sobota, 26 grudnia 2015

Kiedy pszczoły przestaną umierać?

Chciałbym, żeby odpowiedź na to pytanie była prosta i jednoznaczna... I taka właśnie jest. Odpowiedzią jest jedno słowo: nigdy.
Co więcej, doświadczenia ostatnich dziesięcioleci z całego świata wskazują, że walka o przeżycie pszczół wcale nie zbliża nas do innych wniosków.

Do napisania tego postu skłoniły mnie doświadczenia jednego z kolegów, który w tym roku przeżywa ciężkie straty w swojej pasiece. Na razie jeszcze parę rodzin u niego żyje, ale do wiosny daleko...

W zeszłym roku przeżywałem mniej więcej to samo. Znam aż za dobrze te wszystkie smutki i rozterki, które wiążą się ze zbieraniem pustych uli z pasieczyska. Niestety sprawa nie jest prosta. Przez ostatni wiek (a w szczególności ostatnie 35 lat) tak bardzo odsunęliśmy pszczoły od natury, że nie da się przywrócić tego stanu w sezon, dwa czy trzy. A ile lat to tak naprawdę zajmie, zależy od bardzo wielu czynników - w szczególności od czystości środowiska, pożytków, naturalnych warunków życia pszczół i selekcji.

Musimy pamiętać, że pszczoły w ostatnim wieku selekcjonowane były na cechy nie do końca niezbędne im do przetrwania (np. nadnaturalną miodność, czy całkowity brak obronności). Nie ma co się oszukiwać: 1 sezon wrzucenia takiej pszczoły na komórkę w rozmiarze 4.9 mm nie przyniesie nam sukcesów. Tym bardziej, jeżeli będzie to zwykła węza komercyjna (wszyscy wiemy jaki wosk trafia do skupu).

Od dawna myślę co trzeba zrobić, żeby poprawić szanse pszczół na przeżycie bez leczenia. Czy moje wnioski są słuszne czy nie, to już zupełnie inna sprawa. W ostatnim czasie zacząłem też trochę więcej pisać na forum Beesource. Pewnie się to skończy wraz z wiosną (o ile będą pszczoły), bo nie będę wiedział w co rąk włożyć (mam nadzieję, że w związku z tym, w tej całej konfuzji nie włożę ich ponownie w piłę...). Próbowałem podpytać trochę bardziej doświadczonych kolegów z USA jakie znaczenie mają sąsiedzi leczący pszczoły w naszej pszczelarskiej praktyce. I jasnym jest, że opinie były skrajnie różne, bo chyba nie ma ani jednego tematu, w którym zgodziłoby się już dwóch pszczelarzy! A jak jest ich więcej to już kłótnia gotowa! Ale kilka - liczących się dla mnie - głosów wskazało, że to raczej obce pasieki mają większy wpływ na pasieki nieleczone (głównie przez przekazywanie nieprzystosowanych genów), niż pasieki nieleczone na pozostałe. Nawet leczący pszczelarze przyznawali, że przenoszenie chorób przez pszczoły nieleczone (głównie w toku rabunków) nie jest takim zagrożeniem jak się powszechnie uważa. Więc to raczej "my" - nieleczący - musimy się bardziej obawiać "ich" niż "oni" "nas".


Więc co jest ważne, żeby poprawić nasze szanse?

1. Istnienie dzikiej populacji pszczół zdolnych do życia bez ingerencji człowieka

Z tekstów amerykańskich kolegów wynika, że ilość pszczół zdolnych do życia bez chemii w naszym otoczeniu jest kluczowa dla przetrwania naszej pasieki. Z tym w Polsce nie jest najlepiej. Albo inaczej - jest bardzo źle. W USA są rejony, które są daleko bardziej zniszczone monokulturowym rolnictwem niż w Polsce, są też rejony daleko bardziej zaludnione niż u nas. Ale obok nich funkcjonują też wielkie obszary gdzie ingerencja ludzka nie jest aż tak wielka lub jest praktycznie żadna. To właśnie są obszary zdolne utrzymywać dziką populację pszczół, niezależnie od występujących obok ogromnych pasiek komercyjnych, gdzie natury nie uświadczysz nigdzie. Może to jest właśnie kluczem dla faktu, że w Ameryce się da, a w Europie nie? W Europie choć są obszary mniej zaludnione, gdzie rolnictwo jest jeszcze dość prymitywne, to praktycznie nie ma obszarów liczonych w tysiącach hektarów gdzie ingerencja ludzka nie jest duża.

Niezależnie od tego czy tak jest czy nie, uznaję, że naszym zadaniem jako pszczelarzy naturalnych jest podjąć działania w kierunku umożliwienia odtworzenia naturalnej populacji "dzikich" pszczół. Każdy z nas może wynieść jeden ul na jakiś nieużytek czy do pobliskiego lasu i po prostu go tam zostawić (oczywiście za zgodą właściciela ziemi). To całe nasze zadanie. Prędzej czy później rójka go znajdzie. Jeżeli nie ma już wielu starych drzew w lesie gdzie występują dziuple, to trzeba takie miejsca dla pszczół stworzyć. Tak jak tworzymy "ule" dla murarek.
Michael Bush na Beesource stwierdził, że bez istnienia dzikiej populacji pszczół w jego ocenie pszczelarstwo bez leczenia będzie trudniejsze, ale nie niemożliwe. Inny z pszczelarzy (nie leczący od 2005 roku) stwierdził, że przez pierwsze lata "wypuszczał" bardzo dużo rójek ze swoich obiecujących pszczół. Dzięki temu na swój sposób stworzył taką dziką populację w swoim rejonie. Padły również sugestie rozdawania swoich pre-selekcjonowanych matek innym.

Każdy hodowca wie, że kluczowe dla "poprawy" pogłowia jest nasycenie okolicy "odpowiednimi" trutniami. Pytanie tylko jak definiujemy "poprawę", a jak "odpowiednie". Bo ta "poprawa" może być zdecydowanie przeciwproduktywna dla "pszczelarstwa naturalnego" czy "pszczelarstwa bez leczenia" czy jak tam to pszczelarstwo zwał.

W każdym razie wniosek jest następujący: zamiast marudzić, że sąsiedzi leczą i mamy wszędzie nie tylko kiepskie geny, ale i "selekcjonowane" na zjadliwość choroby, zastanówmy się jak nasycić okolicę tymi genami jakie chcemy. To nie jest łatwy i szybki proces. Nie oszukujmy się, jest również kosztowny. To musi trwać wiele lat i musi kosztować nas wiele wysiłku. Ważne jest więc stworzenie siedlisk (a to można zrobić przez wynoszenie uli do lasu czy rozbudowę własnej pasieki) i rozprzestrzenianie genów (wypuszczanie rójek, rozwijanie wielkości pasieki, rozdawanie matek). Zaletą pszczelarstwa naturalnego jest to, że z reguły ilość naszych trutni "na ul" jest większa niż w innych pasiekach. To daje pewną przewagę genetyczną - ale tylko w przeliczeniu na ul. Jeżeli mamy 3 ule, a dookoła jest 300 "obcych", to raczej nie mamy co myśleć o zdominowaniu rejonu. Jeżeli natomiast mamy tych uli nawet już 30 czy 40, a okolica nie jest bardzo napszczelona to jest szansa, że nasze trutnie będą stanowić zacną część latających. Aby jednak zdominować nasz rejon potrzebne byłoby pewnie kilkaset pni z trutniami "selekcjonowanymi naturą". Pytanie też pozostaje na ile w okresie przejściowym będą "cenniejsze" niż tamte...



2. Wieloletnia selekcja

Oczekiwanie, że pierwsze pokolenie pszczół poradzi sobie z warrozą jest niestety nieracjonalne. Ja nigdy nie byłem zwolennikiem selekcji "na cechę" (np. VSH). Pszczoły z takiej selekcji są natomiast bardzo dobrym startem dla dalszych działań. Nie chcę tu powtarzać w kółko tego co już pisałem (choćby w artykule do "Pszczelarstwa"). W tym poście chcę tylko zaznaczyć, że pasieka naturalna, jeżeli ma dojść do stanu samowystarczalności i komercyjnej opłacalności (choćby przy niewielkich dochodach "na ul") musi przejść kilka cyklów załamania i odbudowy. Kirk Webster pisze o 2 lub 3 takich cyklach. Takie załamania pewnie mogą przyjść w 3 kolejnych latach, ale bardziej prawdopodobne, że rozłożą się na 5 czy 7 lat, podczas których dwu lub trzykrotnie selekcja zabierze większość pszczół, a w pozostałych latach wyeliminuje "ledwie" paręnaście procent pogłowia. Dla mnie to teoria, ale taka wiedza idzie od zagranicznych praktyków.

W toku załamania populacji zagęszczają się geny korzystne dla przetrwania pszczół. I oczywiście tym bardziej zagęszczą się im bardziej nasyciliśmy rejon selekcjonowanymi pszczołami, bądź na ile prężna i zdrowa jest populacja dzikich pszczół. Tu jest więc dla nas w Polsce jest przysłowiowy pogrzebany pies...

Ale jak mówił Puchatek, z pszczołami nigdy nic nie wiadomo. I to też można usłyszeć w wykładach naukowców. Dr Keith Delaplane z Uniwersytetu Stanowego Georgii (TU) opowiada o selekcji pszczoły w wykładzie "Hodowla Pszczół: Fakt czy Fikcja?". Nie wiem co to za naukowiec. Nie mam pojęcia czy jest niezależny, czy też chce coś udowodnić - a jeżeli tak to ewentualnie co i dla kogo. To jedyny jego wykład jaki oglądnąłem i to przyznam, że wcale nie pochłonął mnie jakoś specjalnie. Ale jeden z wniosków był ciekawy. Dla mnie to znane i oczywiste od jakiegoś czasu, ale zawsze to dobrze dla propagowania pewnych idei usłyszeć to samo z ust naukowca. Od razu waga wiedzy wzrasta. Jakiś Truteń może "se" pisać do woli, ale jak powie to profesor od razu informacja zyskuje na znaczeniu i wiarygodności! Otóż według przytoczonych obserwacji pszczoły potrzebują różnorodności wewnątrz ula. Nie potrzebują 100% pogłowia będącego wspaniałymi zbieraczkami czy nawet czyścicielkami utrzymującymi ulową higienę. Wręcz przeciwnie. Dla zdrowia w ulu lepsza jest różnorodność gdyż zapewnia większe prawdopodobieństwo wystąpienia przynajmniej w pewnym procencie cech korzystnych dla przetrwania.

Znów więc wracamy do potrzeby istnienia jak najprężniejszej dzikiej populacji (lub własnej różnorodnej dużej lub bardzo dużej pasieki), bo tylko taka jest bazą różnorodności (nie oszukujmy się, pasieki - zwłaszcza towarowe - nie są przykładem pszczelego indywidualizmu, to masa "takich samych" pszczół, pochodzących od "najwspanialszych" reproduktorek).


3. Naturalne warunki w ulu

Naturalny ul to nie jest :
- węza 4.9 mm (czy nawet "dziki plaster");
- nowy drewniany ul;
- dennica osiatkowana czy górne wylotki, itp, itd.

Naturalny ul to zdrowe - absolutnie nie sterylne - siedlisko dla pszczół. Takie siedlisko również tworzy się latami. Aby zrównoważył się ekosystem takiego ula (tak, oprócz braku toksyn, to właśnie ten ekosystem jest jednym z kluczowych czynników naturalnego ula!), on też musi przejść kilka wieloletnich cyklów załamania i równoważenia populacji najróżniejszych mikro i makro organizmów (tak jak pszczoła i roztocza). Nie możemy mówić o naturalnym ulu, jeżeli ledwie zapszczeliliśmy nowe oheblowane i wyszlifowane deski. Bogactwo życia w ulu tworzy się latami. Być może wieloletnia selekcja pszczół musi postępować równolegle do tworzenia takich naturalnych siedlisk?
To, że wrzuciliśmy pszczoły na węzę 4.9 mm w ulu, który dopiero zbudowaliśmy (nawet z "najlepszego" drewna), bądź też w zeszłym roku wysterylizowaliśmy chemią czy ogniem, nie znaczy, że zapewniliśmy pszczołom naturalny ul i naturalne warunki życia. Musimy mieć tego świadomość.

Oznacza to również, że moje ule praktycznie na dziś nie można nazwać naturalnymi. I ja akurat mam tego świadomość. Potrzebują jeszcze paru lat. Mam nadzieję, że dennice z próchnem przyspieszą proces unaturalniania środowiska życia pszczół. Być może kiedyś, gdy drewno korpusów zacznie żyć, próchno w dennicy nie będzie już do niczego potrzebne. Musimy mieć dużo cierpliwości.


4. Minimalizacja jednostkowych oczekiwań

Nie mam żadnych oczekiwań względem poszczególnych rodzin pszczelich. Nawet nie oczekuję od nich, że przeżyją. Owszem mam oczekiwanie względem mojej pasieki. Dopóki przetrwa choćby jedna rodzina pszczela uznaję, że moja pasieka przetrwała. Dopóki moja pasieka przyniesie mi tyle miodu, żebym miał dla siebie i najbliższych uznaję, że jest produktywna. Takie są moje oczekiwania na dziś i na najbliższe lata "budowania dzikiej populacji", "selekcji" i tworzenia "naturalnych warunków ula". Wiem też, że są to oczekiwania nieakceptowalne dla 99.99% pszczelarzy... Ale jakoś muszę zacząć odbudowę tego co zniszczyliśmy przez ostatnie dziesiątki lat. Ponieważ mam właśnie takie "wygórowane" oczekiwania od moich pszczół, choć zima temu nie sprzyja podchodzę do mojej pasieki ze spokojem. Nie zaglądam do uli, nie przeszkadzam im. Nie sprawdzam czy żyją i czy mają jedzenie (przecież sprawdziłem to we wrześniu!).

Jeżeli uznajesz, że:
- selekcja naturalna jest dla ciebie stratą, a nie inwestycją w przyszłość;
- strata rodziny jest twoją porażką, a nie równoważeniem populacji pszczół i roztoczy;
- każda rodzina musi przynieść ci realny dochód;
- każda rójka, która ucieknie, to twoja strata, a nie potencjalne budowanie populacji zdolnych do przetrwania pszczół;
- każde żądło to przeszkoda dla ciebie, a nie uznanie prawa pszczół do obrony własnego domu i zapasów;
- stan rojowy to twoje straty, a nie objaw zdrowia konkretnej rodziny pszczelej;
- itd itd itd
to... nie baw się w pszczelarstwo o jakim ja tu piszę, bo się wielokrotnie zawiedziesz. Nie da się wrzucić pszczoły komercyjnej do sztucznego ula, zaprzestać leczenia i oczekiwać dochodów z naturalnej pasieki i przeżycia pszczół. To po prostu tak nie działa.

Od razu zastrzegam. Nie chodzi mi o propagowanie pszczelarstwa, które nigdy nie przyniesie dochodu. Chodzi o propagowanie pszczelarstwa, które w najbliższych kilku latach pozwoli zbudować zdrową populację pod każdym względem spośród wymienionych powyżej czynników. To po prostu wymaga inwestycji i musi potrwać kilka lat. Dziś musimy to wszystko tolerować i zmniejszyć nasze oczekiwania, żebyśmy mogli co roku je zwiększać gdy osiągniemy minimum przystosowania pszczół.


Alternatywy

Możemy znaleźć kilka alternatywnych dróg pszczelarstwa. Jedne prowadzą do pogłębienia kryzysu, a inne do jego zmniejszenia, albo przynajmniej pozostawienia po sobie mniej więcej utrwalonego stanu.

1. Droga którą stosuję u siebie i która dla mnie jest racjonalna długofalowo, za to dla większości nieakceptowalna krótkofalowo, to kilkuletnie zaciśnięcie pasa i poczynienie proponowanych przeze mnie "inwestycji"... tak wiem, to droga dla większości nierealna.

2. Negowanie problemu. To częste zjawisko. Pszczoły są zdrowe i fantastyczne. Dają tony miodu - jeszcze nigdy w historii pszczelarstwa tak dobrze nie było! Znam to podejście aż za dobrze. Ale skoro są takie zdrowe, to czemu musimy je stale leczyć? Czemu wymagają kontroli cały sezon, gruntownego leczenia, potem izolacji matki czy innych zabiegów?
I skoro jest tak wspaniale, to czemu na forach można przeczytać apele (cytuję dosłownie): "Polbart ratuj. sam już nie wiem co robić". A przecież porady jak ratować pszczoły są już powszechnie znane. I wiemy też do czego długofalowo prowadzą - do takich właśnie apeli!... Do konieczności prowadzenia takich właśnie wieloletnich inwestycji o jakich piszę, przez zwykłych pszczelarzy amatorów, którzy nie godzą się na trucie pszczół toksynami.

3. Ignorowanie problemu. To też jest dość częste. Wielu pszczelarzy wie, że dzieje się źle, ale boją się lub z innych względów nie godzą się na pierwszą z dróg. A to żyją z pszczół, a to lubią miód, a to tłumaczą wszystkim, że doprowadzenie do śmierci pszczół jest niehumanitarne. Ciekawe dlaczego humanitarne są eksterminacja nieekonomicznych matek pszczelich czy trutni, a także trucie pszczół toksynami i inne zabiegi typu więzienie matek, obcinanie im skrzydełek, czy nawet obcinanie im nóżek (np. w celu wyhodowania ładnych matek z cichej wymiany).

4. Jakaś forma przejściowa. Jeżeli ktoś ma na nią pomysł to niech ją zastosuje. Gdy ja zaczynam się nad tym zastanawiać, to zawsze dochodzę do wniosku, że każda forma przejściowa jest co najwyżej utrwalaniem status quo. Moje wnioski mówią, że czasem jakieś rozwiązanie może przyniesie pewną poprawę w jednym punkcie, ale od razu prowadzi mnie na manowce w innym... Dlatego przyjąłem takie wybory.

Wszyscy mamy przed sobą długą drogę. Nie da się dojść do celu stosując wycinek rozwiązań. Co więcej nie da się celu osiągnąć bez wieloletnich systemowych inwestycji, bez strat, bez budowy naturalnych warunków dla naszych pszczół. To jest droga, która długofalowo przyniesie poprawę losu pszczół. Rozwiązania krótkoterminowe są znane: dymek z apiwarolu i dywanik z taktiku. Nie ma nic prostszego i bardziej opłacalnego. Poprzednie pokolenia pszczelarzy pozostawiły nam taką schedę jaką dziś mamy. To nie warroza jest problemem. Jest nim niedopuszczanie przez pszczelarzy do osiągnięcia przystosowania przez pszczoły. Nie można wykluczyć, że jesteśmy ostatnim pokoleniem pszczelarzy, które ma szansę poznać dziką czy półdziką pszczołę i zwrócić ją naturze. Nie można wykluczyć, że za 10 lat nie będzie już tych pszczół w naszych rejonach, jeżeli nie zaczniemy czegoś robić. Ostatnie pasieki, w których żyją nieselekcjonowane "dzikusy" zanikają na naszych oczach wraz ze śmiercią lub zniedołężnieniem starszych panów, którzy je prowadzili.


Sławku, życzę Ci powodzenia w Twoim projekcie i mądrej wytrwałości. Jeżeli wierzysz w efekty długoletnich inwestycji - nie poddawaj się pierwszym niepowodzeniem. Potraktuj je tak jak ja - jako nauczkę, jako ukazanie (braku) przystosowania Twoich pszczół, czy niedoskonałości metod jakie stosowałeś. Wszyscy mamy przed sobą co najmniej kilka cykli załamania i odbudowy zanim dojdziemy tam gdzie mamy dojść.
Jeżeli natomiast nie jesteś w stanie tego udźwignąć, nie umiesz lub z jakichś przyczyn nie możesz zminimalizować swoich oczekiwań względem swoich pszczół, to... nie ma co walczyć ze sobą...

sobota, 19 grudnia 2015

Węzowy syndrom odstawienny, czyli jak gospodarować bez węzy

Od dwóch lat praktykuję pszczelarstwo bez węzy. Z niezrozumiałych dla mnie przyczyn jest to coś dziwnego i nietypowego. Osobiście nie mogę się nadziwić dlaczego pszczelarze używają węzy. Owszem, widzę jej parę zalet. Można dołożyć korpus i mieć wszystko gdzieś - pszczoły powinny raczej zbudować plastry na węzie, czyli tam gdzie chcemy. Można też szybciej przeprowadzić regresję pszczoły. Można ... no w zasadzie tyle tych poważniejszych zalet praktycznych. Owszem, dodaje się trochę wosku do ula, a więc teoretycznie mniej spracują się pszczoły. Ale czy to na pewno zaleta? Do wirowania węza i druty nie są potrzebne. Trutnie uważam, za niezbędne dla prawidłowego rozwoju rodziny zgodnie z potrzebami pszczół. Różnicę w wielkości komórek na plastrze uważam za zaletę... No i mógłbym tak dłużej, ale w sumie o większości tych spraw już pisałem. Dziś chciałem podsumować bardziej praktycznie jak to wszystko bez węzy ma działać.

bezwęzowa ramka przed wirowaniem
W zeszłym roku prowadziłem do jesieni 23 rodziny podając im do budowania puste ramki. W tym roku zazimowałem 34 rodziny - również węzy ode mnie nie dostały. Nie jest to skala pszczelarstwa komercyjnego. To łącznie raptem 57 rodzin i pewnie koło 800 odbudowanych bez węzy plastrów. Były to plastry budowane w starych zwykłych ramkach, w takich samych ramkach, ale odrutowanych, w ramkach ze zheblowaną do szpica górną beleczką, a także w ramkach z wklejonym paskiem węzy. Skąd się wzięły te ostatnie? Rok 2014 był pierwszym rokiem prowadzenia przeze mnie pszczelarstwa naturalnego. Mniej więcej wiedziałem co chcę robić i dokąd dojść, za to za bardzo nie wiedziałem jak. Wiedziałem już, że potrzebuję "małej pszczoły". Co więcej wówczas wierzyłem w konieczność posiadania małej pszczoły!
plaster bezwęzowy na ramce odrutowanej -
drut został z wcześniejszych czasów
Zacząłem sezon wierząc, że przejdę cały sugerowany cykl regresji pszczoły - czyli w pierwszym sezonie podam pszczołom węzę z komórką 5.1, a w kolejnym (czyli w obecnym) będę podawał węzę 4.9. Rok 2016 miał być według tych założeń pierwszym bez węzy. Zbiłem kilkadziesiąt ramek i zacząłem je drutować. Węza 5.1 z RZP (ponoć to węza z komórką faktyczną 4.95 - nie wiem, nie mierzyłem) czekała. Kiedy odrutowałem już z 25 czy 30 ramek przyszedł kryzys. Miałem dość zbijania i drutowania ramek. Wiedziałem jednak, że zapewne będę ich potrzebował około 300 lub 400 na bieżący sezon. Załamałem się, poddałem się. Byłem już po (czy w trakcie?) lekturze Bush'a. A Bush twierdzi, że pszczoła, która radzi sobie z warrozą, to pszczoła z komórki poniżej 5.0. Więc uznałem, że lepiej wykorzystać węzę, żeby szybciej dojść do celu. Ale po odrutowaniu części stwierdziłem, że ta robota nie ma sensu, skoro pszczoły i tak będą same się zmniejszać. Uznałem, że skoro już odrutowałem ramki i mam trochę węzy to część jej wprawię na próbę. Ale pociąłem arkusz na 4 czy 5 pasków i takie paski wstawiłem. Stąd łącznie było u mnie właśnie koło 30 ramek z wprawionym kilkucentymetrowym paskiem węzy. Reszta była pusta - sama drewniana ramka.

Przez te dwa lata zauważyłem, że pszczoły świetnie sobie radzą bez węzy. Faktycznie trzeba jednak trochę je "pilnować" jeżeli chcemy mieć odbudowany plaster w ramce, a nie w poprzek.

A jak zrobić, żeby było właśnie tak jak chcemy?
młode pszczele gniazdo bez węzy
Metod jest kilka, a i tak nie będzie nigdy tak równo jak oczekują pszczelarze. Tylko czy to źle? Gdy obecnie patrzę na pszczeli plaster odbudowany na węzie jest dla mnie mocno nienaturalny i ... po prostu brzydki, nieciekawy. Nie, nie. Nie chodzi mi o to, że jest to plaster nie nadający się do pszczelarstwa naturalnego. Chodzi mi o zwykłe poczucie estetyki, o jego wizualną stronę. Przywykłem już do pewnych nieregularności, do różnej wielkości komórek, do niesymetrycznego wzoru, do lekkiej fali. I taki niedoskonały wzór jest po prostu dla mnie naturalny i piękny. Myślę, że dla pszczół też.


Jeżeli masz już rodzinę pszczelą w swoim ulu...

Jeżeli masz już pszczoły siedzące na plastrach, to przejście na system bezwęzowy jest prawie całkowicie bezbolesne i dziecinnie proste. Zapewne masz już jakiś swój opracowany system rotacji plastrów. Od sezonu 2016 po prostu dodawaj puste ramki tak jak dodawałeś te z węzą. Wycofuj plastry na węzie, tak jak wycofywałeś do tej pory. Owszem, jeżeli dodawałeś cały korpus na raz (w końcu tak praktykuje się w ulu korpusowym), to może być z tym jakiś kłopot. Ale jeżeli dodawałeś po kilka ramek na raz to rób tak jak do tej pory.

Ja dodaję puste ramki w różnej ilości i w różny sposób - w zależności od siły rodziny i jej układu w ulu (ilości zajmowanych korpusów). Jeżeli pogoda jest odpowiednia rozsuwam odbudowane ramki i wkładam pustą pomiędzy (np. w układzie O-odbudowana, P-pusta - O-O-P-O-O-P itp itd). Jeżeli mam pszczoły na 1 korpusie, a chcę rozdzielić je na dwa i dodać pustych ramek to w zależności od pory roku, pogody czy innych czynników układam dwa korpusy w układzie: P-O-O-O-O-O-P-P-P itp. Jeżeli jest bardzo ciepło być może zdecyduję się na przedzielenie pustą ramką układu odbudowanych (np. O-O-P-O-O-O-P-P), jeżeli będę widział, że rodzinka bardzo ładnie idzie z rozwojem.

Jeżeli pracujesz z zatworami możesz dodać pustą obok odbudowanych, a przed zatwór. I tak dalej i tak dalej i tak dalej.
rozpoczęty plaster na zwykłej ramce wielkopolskiej typu hoffmanowskiego
bez jakiegokolwiek przygotowania górnej beleczki

We wszystkich tych sposobach odbudowane plastry będą równe i będą pięknie mieścić się w ramce. Zagrożeniem jest tylko to, że trzeba podzielić gniazdo, być może również i przedzielić czerw, a przy rodzinie wielkości 1 korpusu (mi często zdarza się pracować na takich z racji prowadzenia "modelu ekspansji") pszczoły do wygrzania takiej rodziny nie ma za dużo. Przy załamaniu pogody istnieje zagrożenie wychłodzenia czerwiu i rozwinięcia się choroby czy choćby załamania rozwoju rodziny. Wszystko zależy od warunków. Trzeba nabrać doświadczenia i umiejętności oceny bieżącej sytuacji. Ja przyznam, że jeszcze nie do końca to umiem. Zdarzało mi się popełniać błędy i parę razy zawężałem gniazdo, które wcześniej poszerzałem... Do tego - jak i do wielu innych pszczelarskich prac - potrzebne jest odpowiednie doświadczenie. Przy węzie jest o tyle prościej, że można wrzucić korpus na górę lub pod spód i tak zostawić. Pszczoły przejdą sobie kiedy będą chciały, a my nie rozdzielamy gniazda.

pszczele gniazdo z góry - plastry
budowane są równo w ramkach
Jeżeli rodzina jest większa - zajmuje 2 lub 3 korpusy, a nie 1, to problem jest znacząco mniej groźny dla rodziny. Po pierwsze w większej rodzinie pszczoły jest więcej, a więc rozdzielenie czerwiu raczej nie powinno skutkować jakimiś problemami, o ile nie przyjdzie prawdziwe, długotrwałe załamanie pogody. Po drugie z racji większej ilości odbudowanych ramek, dokładane ramki puste można wkładać rzadziej, a tym samym w ulu mniej będzie pustych miejsc, które mogą grozić wychłodzeniem czerwiu. I wówczas najlepiej wrzucać puste ramki w rejon centrum gniazda systematycznie rozsuwając gniazdo w bok, a skrajne ramki wycofywać, lub przerzucać na górę ula - do miodni.

W przypadku dokładania pustych ramek do istniejącej rodziny w zasadzie możesz mieć zwykłą najprostszą ramkę. Nie musi być w żaden sposób dostosowywana do gospodarki bezwęzowej. Pszczoły będą budować pomiędzy plastrami, pomiędzy plastrami, a ścianką ula, czy zatworem, albo równolegle do odbudowanego plastra. Oczywiście przy dużym pożytku jeżeli będzie kilka ramek z boku, każda kolejna będzie bardziej wygięta, gdyż pszczoły, chcąc zebrać jak najwięcej nakropu będą wydłużać odbudowane komórki, zamiast tworzyć nowy plaster.

ZASTRZEŻENIA : Oczywiście metody poszerzania gniazda należy dostosować do wielkości rodziny, pory roku i pogody! Nie chcę, żeby mi ktoś zarzucił, że sugeruję rozdzielanie czerwiu w czasie np. wczesnego rozwoju wiosennego. W tym przypadku należy dodawać tylko ramki z boku. Te metody podziału rodziny, które opisałem można zastosować w czerwcu czy lipcu, czy ogólnie w okresie rójek lub przy silnej rodzinie.
Poza tym, jeżeli wsadzisz pustą ramkę między ramki miodu, może się okazać, że pszczoły nie będą chciały jej budować, a będą wolały wydłużyć komórki bocznych plastrów (jest to dla nich bardziej ekonomiczne rozwiązanie z uwagi na zużycie wosku). Jeżeli wsadzisz pustą ramkę pomiędzy ramki w gnieździe, na 99% pszczoły odbudują piękny, nowy, równy plaster.


Osadzanie nowej rodziny na pustych ramkach, lub dołożenie pełnego korpusu


Bardzo sporadycznie zdarza się większy kłopot... Zwłaszcza
przy małych rodzinkach. Tu osadzony pakiet wziął się ostro
do budowy - pszczoły wyginały plaster, wydłużając komórki.
Jakby tego było mało urwał się jeden plaster. Ostatecznie
rodzinka została ładnie wyprowadzona, plastry wyrównane.
Dziś te pszczoły mają 2 pełne korpusy równych
(względnie) ramek.
Tu sytuacja jest trochę inna. Jeżeli pszczoły nie mają jeszcze żadnego zaczątka gniazda, mogą zacząć budować niezgodnie z naszą wolą. Kto wie co nimi kieruje kiedy wybierają właśnie taki układ gniazd? Mówią, że chodzi o wentylację. Ale czy na pewno? Jestem głęboko przekonany (choć jest to tylko moje wewnętrzne osobiste przekonanie, którego nie zamierzam weryfikować), że każda rodzina miałaby swój nie powtarzalny układ plastrów w takim samym ulu czy dziupli. Kto wie, może nawet nie dałoby się wyciągnąć z tego żadnej statystycznej prawidłowości...? Nieważne - może i tak nie jest. Może mają jakiś wewnętrzny zmysł i odbywają swoje studia inżynieryjne? Ale ja raczej obstawiałbym, że budują jak im się podoba i jak jest zgodnie z ich poczuciem estetyki - po prostu tak jak zaczną pierwsze pszczoły "projektantki" - być może nawet i całkiem przypadkowo. Potem być może coś korygują, poprawiają i dostosowują do jakichś czynników zewnętrznych.

Aby trochę pokierować ich wolą można spróbować paru sztuczek. Pewnie czasami zadziałają, a czasami trzeba będzie odgiąć plaster lub nawet odciąć jego kawałek, jeżeli nie będzie dało się go naprostować.

1. paski z węzy.
Faktycznie to pomaga. Ramki z paskami węzy odbudowywane są równo. Tylko tak naprawdę niewiele zarabiamy naszej roboty i kłopotu. Musimy drutować (chyba że mamy jakiś inny patent na wprawianie węzy), musimy wklejać węzę, musimy podjąć trud znalezienia dostawcy dobrej węzy z czystego wosku. Potem jest już dobrze, bo pszczoły mają sporo swobody, a plaster jest równy.
... Ale mnie to nie przekonuje. Mnóstwo niepotrzebnej pracy, zysk z tego niewielki (rzecz jasna według mojej subiektywnej oceny opartej na moich doświadczeniach, ale i oczekiwaniach).

rozpoczęty warszawski poszerzany
bez węzy
2. patyczki doklejone do górnej listewki.
Próbowałem tego patentu na ramkach w moim warszawiaku - pszczoły budują ładne plastry, ale wcale nie jestem pewny, że to właśnie dzięki temu... Może tak? Nie potwierdzam nie zaprzeczam. Miałem jednak wrażenie, że czasem zaczynały budowę niejako z boku tych listewek i zabudowywały je, ale bardziej jakby te patyczki im przeszkadzały, a nie nakierowywały na właściwą oś... Nie wiem.

3. heblowane górne beleczki
To jest patent jaki mam na większości moich ramek. Generalnie działa. Pszczoły zaczynają budowę od wykonanego szpica. Ale i tak wyginają czasem plastry czy idą po skosie łącząc plastrem kilka ramek... Ten patent dla mnie jest jednak najlepszy dając mi największą "kontrolę" (jeżeli mogę się łudzić, że mam jej choć trochę) przy najmniejszej ilości mojej pracy. Kiedyś zmierzyłem sobie czas tej pracy i niecałe 3 minuty zajęło mi zheblowanie 11 górnych beleczek ramek (korpus) - przy przygotowanej wcześniej kupce beleczek na wyciągnięcie ręki. Wychodzi paręnaście sekund na ramkę. Nie wiem czy to dużo czy mało, ale na pewno mniej niż przy drutowaniu i wtapianiu węzy.

Bush podaje jeszcze kilka innych sposobów. Kto chce może zajrzeć na jego stronę. Sugeruje na przykład wycięcie starego plastra w taki sposób, że pozostawione są pojedyncze rzędy komórek. Tej metody jeszcze nie próbowałem, ale przyznam, że jest dla mnie kusząca. Chcę na razie jednak jeszcze trochę podawać tylko puste ramki, aby nie sugerować pszczołom większych rozmiarów komórek nawet tylko pojedynczym ich rzędem.

A jaką metodę wypracowałem u siebie?
obawy przed krzywymi plastrami,
są mocno przesadzone
Po pierwsze mam wspomniane zheblowane ramki, które przynajmniej każą pszczołom zacząć tam gdzie chcę. Do tego osadzając rójkę czy pakiet podaję im jedną odbudowaną ramkę z jajkami lub młodym czerwiem otwartym. Dzięki temu pszczoły mają już "ścianę plastra" do której mogą budować równolegle, a czerw powstrzymuje je od chęci ucieczki. A potem trochę trzeba korygować, ale radzą sobie dobrze. Czasem wyginają rożek plastra, to przy przeglądzie im go prostuję zgodnie z moją wolą. I tak sobie jakoś radzimy.

Zauważyłem ponadto, że znacząco mniej jakichkolwiek problemów jest przy większej rodzince, która pomału zaczyna oddzielać sama ramki gniazdowe od miodni (kraty nie używam) - czyli mniej więcej kiedy dochodzi do siły 2 pełnych moich korpusów wielkopolskich. W takiej rodzinie jaką ramkę bym nie dodał zawsze będzie odbudowana dobrze. W rodzinach 2 - 3 ramkowych kiedy czerw ułożony jest centralnie, a po bokach pszczoły odkładają miód, zawsze chcą wydłużać boczne komórki i tym samym zawijają plaster. Wynika to niewątpliwie z małej ilości dostępnej woszczyny i małej ilości woszczarek, które nie są w stanie nadążyć za zapotrzebowaniem powierzchni (a raczej objętości) magazynowej. Zawsze będą wolały wydłużyć komórki, niż budować plaster od nowa.
sfalowane plastry - to się zdarza
(tu: gniazdo padłej niewielkiej rodziny - jesień 2014)


Pszczelarskie poczucie estetyki


każda ramka bezwęzowa ma swój
indywidualny wzór komórek


Plastry "równe" są uznawane przez znaczącą większość pszczelarzy za "lepsze". Nie wiem w czym są lepsze zarówno obiektywnie jak i dla tych, którzy wygłaszają te opinie. Nie są ani ładniejsze, ani trwalsze, ani lepiej nie trzymają miodu. Mój bezwęzowy plaster bardzo mi się podoba. Czasem mam z nim problem, kiedy nadmiernie się wykrzywi w czasie budowy. Odcinam wówczas parę centymetrów plastra od góry, a jeżeli doszedł do bocznej beleczki sąsiedniej ramki to również z boku, przesuwam go palcami lub dłutem ... i już. Tak wiem, to nienaturalne tak psuć pszczołom, a sam śmiem twierdzić, że uprawiam pszczelarstwo naturalne. Nudzi mnie jednak stałe odpowiadanie na te same argumenty. Uważasz, że Twój nudny plaster z równymi rzędami i kolumnami jest lepszy? Drutuj, wprawiaj węzę. Twój ul będzie czysty, schludny i "doskonały".

niedziela, 13 grudnia 2015

Pszczelarstwo naturalne - jak zacząć?

Moje wnioski wynikające z obserwacji, śledzenia różnych internetowych forów i prowadzonych  dyskusji są następujące: pszczelarstwo naturalne jawi się jako wymysł ekooszołomów, bandytów ekologicznych, ludzi odklejonych od rzeczywistości. Można gadać w kółko jedno i to samo, a ktoś i tak powie, że to "naturalne" gonić pszczoły cukrem do rozwoju wiosną, wymieniać matki kiedy tylko nie spełniają naszych oczekiwań, zamknąć matkę w izolatorze na miesiąc, a potem odymić rodzinę apiwarolem... "Ale tylko raz"! Przecież minimalizujemy chemię... to takie naturalne...

Mam wrażenie, że niezależnie od tego ile czasu spędzi się na tłumaczeniu, pszczelarze i tak stawiają znak równości pomiędzy naturą, a tym co napisałem wyżej. Pewnie trzeba tłuc do głowy, że to nie tak, że chodzi zupełnie o coś innego, a ktoś i tak jako alternatywę postawi jedynie obserwacje dzikiego roju w lesie. Bo przecież nie ma nic pomiędzy "izolatorem Chmary", a taką dziką pszczołą w niedostępnej dziupli, z której "nie mamy żadnego pożytku". Nieprawdaż?

Nie o tym jednak ma być ten post. Ci, do których dotarło, że jednak jest jeszcze coś pomiędzy, poszukują swoich pomysłów i swojej drogi. Więc postanowiłem parę słów o tym napisać.
Osobiście nie czuję się najmniejszym nawet autorytetem w dziedzinie gospodarki pasiecznej. Sam często poszukuję odpowiedzi na dręczące mnie wątpliwości dotyczące pracy przy pszczołach. Ale choć mam bardzo duże braki praktyczne, to jednak widzę, że wiedzy teoretycznej o pszczelarstwie naturalnym mam więcej niż przeciętny pszczelarz, choćby z dwudziesto czy trzydziestoletnim stażem.

Spróbujmy więc "wrzucić parę myśli praktycznych do przemyśleń teoretycznych" i zastanowić się jak zacząć godzić pszczelarstwo z naturą.


Wybór ula

Dla pszczelarstwa naturalnego wybór ula nie ma znaczenia. Może to być Kłoda, Japończyk, Warszawiak czy Langstroth. Ważne, żeby miał w miarę odpowiednią kubaturę. Układ gniazda w mojej ocenie nie ma znaczenia. Pszczelarstwem naturalnym - z sukcesami - zajmują się zarówno ci, którzy trzymają ule w bezramkowych kenijczykach (TBH) - czyli leżakach, gdzie pszczoły rozbudowują gniazdo w poziomie, jak i ci, którzy uwierzyli, że Japończyk najlepiej symuluje dziuplę i rozwijają nieprawdopodobne wieżowce sięgające nieba, będące ulami o wąskim przekroju poziomym.
Z praktyki pszczelarzy na całym świecie, wynika jednak, że pszczoły bardzo dobrze czują się w ulach o gniazdach obszernych - Langstrothach, Dadantach, Optimalach. Czy to "najlepsze ule"? Nie mam pojęcia. Na pewno są wygodne dla pszczelarza, a i pszczołom nic nie brakuje.
Z tym wyborem oczywiście wiąże się wybór ramki - czy lepsza wąsko-wysoka czy szeroko-niska?
Mając na własnej pasiece zarówno szeroko-niską (nie taką znowu szeroką...) wielkopolską i wąsko-wysoką warszawską poszerzaną, widzę, że jedna i druga ramka ma swoje wady i zalety z punktu widzenia wygody pracy. Nie ma sensu tu tego analizować. Każdy wybór będzie dobry... z innego punktu widzenia.

Czy potrzebne są siatki, górne wylotki, otwór w każdym korpusie? Nie sądzę. Ważne, żeby była dobra wentylacja.

Według mnie z punktu widzenia pszczelarstwa naturalnego to wszystko są wybory drugorzędne. Najlepiej wybierz to co odpowiada Tobie i będzie dla Ciebie wygodne.

Ul za to ma być naturalny - najlepiej drewniany, słomiany czy z trzciny. Ważne, żeby sprzyjał rozwojowi mikrożycia.

O ulach pisałem w tych postach:
Dlaczego pełne dennice z próchnem, a nie siatki
Mój ul jest najlepszy


Pszczoła 

Odwieczny dylemat - skąd wziąć "dobrą" pszczołę?
Jeżeli jesteś już pszczelarzem nie zabijaj swoich matek i nie sprowadzaj innych. Przejdź na metody naturalne i rozmnażaj te, które przeżywają. Ot, cała filozofia.

Jeżeli dopiero zaczynasz i chcesz sprowadzić coś wartościowego do swojej pasieki to proponuję na start 2 klucze doboru matek:
1. matki lokalne, z pasiek, w których nie wymieniano pszczół od dziesięcioleci
2. matki selekcjonowane na cechy higieniczne, odporność na warrozę lub inne choroby.
A potem... rozmnażaj te, które przeżywają.

O pszczołach, hodowli czy moim podejściu do tego tematu, pisałem w tych postach:
Matka jest tylko jedna
Pszczołą na trudne czasy
Juhani Lunden i znaczenie bioróżnorodności
Nowe pszczoły, nowe geny, nowe szanse
Ciekawy przypadek Juhaniego Lundena
Poszukiwanie doskonałości
Mój plan, czyli pszczelarski model ekspansji

Oprócz tego napisałem szereg postów o znaczeniu bioróżnorodności.

Poza tym, wraz z kolegą Łukaszem napisałem o tym temacie artykuł, który został opublikowany w miesięczniku "Pszczelarstwo".
Łukasz napisał również ciekawy artykuł o pszczole lokalnej na swoim blogu, który został zamieszczony na stronie Wolnych Pszczół, a nadto ciekawe podsumowanie na temat źródeł dostępności selekcjonowanych matek.

Wszystko to jednak sprowadza się do tych dwóch kryteriów, które wskazałem powyżej.


Dawać węzę czy nie dawać?

Ja nie daję.
Dzięki temu odpada mi szereg zmartwień. Nie muszę się martwić o :
- czystość wosku
- odpowiednią wielkość komórek (przynajmniej docelowo, po regresji pszczół)
- ilość trutni w rodzinie
- najlepszy układ komórek w gnieździe
- niepotrzebne wydatki
- skąd wziąć kupę czasu, żeby tą węzę do ramki wprawić

Dodatkowymi problemami są:
- jeżeli chcemy zachować nasz ul jako ul ramkowy, to trzeba co jakiś czas kontrolować i sporadycznie poprawiać plaster w ramce, aby budowany był równo
- wirowanie młodego wosku musi się odbywać na niższych obrotach
- regresja pszczół idzie trochę wolniej niż w przypadku podania węzy z małą komórką.

Dla mnie bilans jest jaki jest - świadczy o tym mój wybór.

O węzie, wosku pisałem przede wszystkim tu:
Wosk i środowisko ula
Like grandpa did... czyli nowoczesne pszczelarstwo


Cukier czy miód?

Dla pszczelarstwa naturalnego kluczowe musi być opowiedzenie się po stronie miodu... Oczywiście nie zawsze się da. U siebie robię wszystko, żeby zminimalizować karmienie pszczół cukrem. Oprócz miodobrań, które wykonałem, aby uwolnić stare ramki, w tym roku odebrałem miód tylko z 2 rodzin. Jedna później nie dostała cukru, gdyż tego nie wymagała, druga dostała 3 lub 4 litry syropu, ale jak się później okazało (przy dźwiganiu ula), również syropu nie potrzebowała.
Reszta młodych rodzinek cukier dostała z powodu suszy. Nie odbierałem im jednak niczego dla siebie. Tak zamierzam to praktykować i myślę, że nie da się prowadzić pszczelarstwa naturalnego równocześnie prowadząc gospodarkę "rabunkową".
Pszczelarz dostaje nadmiar. Pszczoła dostaje tyle ile potrzebuje.


Stop dezynfekcji i znaczenie mikroflory

Zaczynając przygodę z pszczelarstwem naturalnym musisz zaprzyjaźnić się ze wszystkim co żyje w ulu. Od dziś skorki i barciaki to Twoi przyjaciele. Zdrowej rodzinie nie zaszkodzą, mogą za to wspomóc cię w prowadzonej selekcji przyspieszając eliminację nieprzystosowanych. Dezynfekcja i substancje chemiczne krótko i długofalowo szkodzą przystosowaniom pszczoły. Jak to pogodzić z potrzebą okresowego wspomagania chorych pszczół? Nie wiem. Nie mam odpowiedzi na to pytanie i dlatego podjąłem decyzję o odstąpieniu od takiego wspomagania. Jeżeli znajdziesz na to pomysł to:
- zastosuj go bez wahania;
- ... będziesz pierwszy na świecie....

W tym miejscu polecam lekturę przetłumaczonego przeze mnie tekstu Michaela Bush'a:
Dlaczego nie biorę pod uwagę jakiejkolwiek formy leczenia


Wywozić czy nie wywozić?

Problemem pszczelarstwa jest ... ten cholerny miód! Trzmiele mają się względnie dobrze, murarki też (o ile nie wytrujemy ich w czasie oprysków). A pszczoła miodna ma się coraz słabiej. No tak, chcemy miodu, więcej i więcej. A jak już mamy więcej to i tak jest go za mało. Selekcja i metody pszczelarstwa komercyjnego robią swoje i pszczoła słabnie.
Wywożenie pszczół to z reguły dodatkowa solidna porcja miodu i ... olbrzymi stres dla pszczół. Ale cóż poradzić jak pszczelarze chcą więcej?
Chcesz prowadzić pszczelarstwo naturalne? Odpuść sobie wywożenie, nie stresuj pszczół. Nie zmieniaj im non stop warunków życia. Znajdź miejsce gdzie dadzą radę żyć i ciesz się tym ile dają. Chcesz więcej? Postaw więcej uli, postaw je w innych miejscach. Ograniczaj pracę i tym minimalizuj koszty i ciesz się z tego co pszczoły ci dają. Na chytrość nie ma rady... Pszczoła będzie cierpieć...

Poczytaj tu...
Pszczelarz na głodzie


Podsumowanie

Pszczelarstwo naturalne prowadzić można na wiele sposobów i nie ma tu prostych odpowiedzi. Nie ma gotowych rozwiązań. Nie można powiedzieć: zrób tak a tak, a pszczoły nie będą potrzebowały chemii, będą żyły w zdrowiu i szczęściu i będą dawały tony miodu.
Pszczelarstwo naturalne to dostosowanie metod gospodarki pasiecznej do pszczoły, a nie pszczoły do metod gospodarki pasiecznej. Kilka dodatkowych prostych rad na start zawarłem tutaj.

Jeżeli ktoś mi powie, że wrzucenie matki w izolator Chmary na miesiąc to sama natura i dostosowanie się do potrzeb pszczół, to odpowiedź może być tylko jedna: upadł na głowę...

środa, 9 grudnia 2015

Zapomnieliśmy co dla niej dobre - cz. 1


W grudniowym numerze miesięcznika "Pszczelarstwo" ukazał się artykuł współautorstwa Łukasza Łapki oraz mojego. Artykuł pisany był pod patronatem Stowarzyszenia Pszczelarstwa Naturalnego "Wolne Pszczoły" i został umieszczony na jego stronie.  Podobnie jak poprzednio chciałbym podziękować innym członkom Stowarzyszenia, którzy wnieśli swoje uwagi i pomogli nadać taki właśnie kształt poniższej publikacji.

Artykuł ma być pierwszą z serii kilku publikacji pod tytułem "Zapomnieliśmy co dla Niej dobre... czyli analiza grzechów pszczelarstwa ostatnich dziesięcioleci". Pierwszy tekst pod tytułem:


"Selekcja niezgodna z naturalnymi potrzebami gatunku".


W poprzedniej publikacji („Pszczelarstwo" 11/2015) staraliśmy się wykazać, dlaczego długofalowe zwalczanie roztoczy Varroa jest nieracjonalne i przynosi więcej szkody niż pożytku. Ale samo nieustanne leczenie pszczół nie jest jedynym powodem, dla którego gatunek Apis mellifera ma się źle. My, pszczelarze, popełniamy wiele „grzechów" przeciwko naturze pszczoły. Zapomnieliśmy, co jest dla Niej dobre bądź... nigdy nas to nie interesowało. Najważniejszym i, być może, tak naprawdę jedynym problemem nowoczesnego pszczelarstwa jest niedostrzeganie lub ignorowanie natury pszczoły miodnej. Możemy jednak pokusić się o rozbicie go na kilka składowych. Pierwszą z nich jest selekcja niezgodna z naturalnymi potrzebami pszczoły.

Od zarania starożytnych cywilizacji i początków rolnictwa, człowiek selekcjonował zwierzęta hodowlane oraz rośliny. Selekcja ta zawsze była, jest i będzie. W uproszczeniu polega ona na systematycznej zmianie osobników w kolejnych pokoleniach, aby były bardziej wydajne, łagodniejsze i lepiej znosiły ingerencję oraz towarzystwo człowieka. Nowoczesne rolnictwo, które jest główną przyczyną degradacji środowiska naturalnego, przesuwa dziś selekcję organizmów do granic absurdu. O ile przed erą rozwoju nauk medycznych (i weterynarii) „wytworzone" w taki sposób zwierzęta umierały, kiedy ich zbyt wyśrubowane" cechy powodowały nieprzystosowanie do środowiska, o tyle dziś na porządku dziennym jest ratowanie zwierząt, które nie potrafią funkcjonować bez opieki człowieka. Podobnie jest wśród roślin uprawnych — i tu ceną za wyższe plony jest konieczność częstego wspomagania chemią.

Cechy pszczoły naturalnej

Pszczoła miodna wciąż jeszcze ma szereg przystosowań do funkcjonowania w środowisku naturalnym bez człowieka, choć czasem wydaje się, że pszczelarze robią wszystko, co w ich mocy, żeby te cechy bezpowrotnie usunąć. Selekcja na wzmocnienie jednych cech osobniczych, zawsze pociąga za sobą nadwątlenie innych. A przecież zmieniamy wówczas cały organizm, cały złożony i współzależny system, który przez dziesiątki tysięcy lat doskonalił się w zdolności przeżycia. Na danym obszarze przeżywały pszczoły, które „znały" klimat i pożytki, radziły sobie z miejscowymi patogenami, które „wiedziały" jak reagować na długotrwałe deszcze, powracające wiosenne chłody czy przeciągające się susze. Zupełnie inne warunki panowały choćby na obszarach puszcz klimatu umiarkowanego, a inne w skalistych czy suchych rejonach południa Europy. I to właśnie „pszczoła lokalna" — w odniesieniu do jakiejś konkretnej lokalizacji — była najlepiej przystosowana do miejscowych warunków środowiskowych.

Dzika pszczoła używała dużo propolisu, który zapobiegał rozwojowi patogenów. Była obronna i dzięki temu lepiej walczyła z intruzami. Ograniczała się w czerwieniu w czasie załamania pogody i dzięki temu była w stanie przetrwać ciężki okres, a nadmiar czerwiu nie stanowił wówczas obciążenia dla rodziny i nie był narażony na wychłodzenie czy głód. Roiły się pszczoły, które radziły sobie najlepiej i które osiągały sukces biologiczny. To, rzecz jasna, pewne uproszczenie i skróty myślowe, bo zagadnienie złożonego systemu cech pszczelich jest zbyt skomplikowane, aby opisać je w paru prostych zdaniach. Pszczelarze nie lubią tych wszystkich cech dzikiej pszczoły i prawdopodobnie nigdy nie zastanawiali się nad tym, czy są one pszczole do czegoś potrzebne. Interesowało ich tylko to, ile miodu pszczoła przyniesie i jak łatwo będą mogli go odebrać...

Dzisiejsze pszczoły w zastraszającym tempie tracą przystosowania do życia w środowisku naturalnym. Przez ostatni wiek tak bardzo oddaliliśmy pszczołę od jej naturalnego pierwowzoru i zmniejszyliśmy plastyczność przystosowań gatunku, że wraz z pojawieniem się nowych zagrożeń niezwykle trudnym stało się utrzymanie pszczół przy życiu. W dużej mierze odpowiedzialna jest za to praca hodowlana. Ale to wszystko nie znaczy, że mamy wrócić do „żądlących bestii", które — jak głosi legenda —zatrzymały pochód legionów rzymskich przez ziemie Słowian. Pszczelarze organiczni wskazują po prostu na potrzebę zapewnienia naturalnego rozwoju gatunku Apis mellifera, równoważącego potrzeby pszczelarzy z naturalnymi potrzebami pszczoły. Przykłady ze świata dowodzą, że to zrównoważenie jest możliwe i, co więcej, taka hodowla pozwala na osiągnięcie sukcesów komercyjnych. Rozmnażajmy więc te, które nadmiernie nie propolisują, mniej się roją czy zbierają więcej miodu, ale pozwólmy naturze wyeliminować te z nich, które po prostu same sobie nie radzą.

Musimy sobie uzmysłowić, że pewien próg śmiertelności pszczół jest niezbędny, aby zapobiec rozprzestrzenianiu nieprzystosowanych genów oraz pożądany z punktu widzenia przeżywalności i wzmocnienia całej populacji. Historyczna śmiertelność dziko żyjących pszczół, która trzymała populację pszczoły miodnej w zdrowiu przez miliony lat, mogła się zapewne zbliżać okresowo nawet do 50%. Dziś, walcząc o przeżycie każdej rodziny, wpływamy negatywnie na zdrowie całego gatunku, co widać na każdym kroku. Bardziej doświadczeni hodowcy i pszczelarze niezmiennie jednak szczycą się przeżywalnością pszczół na poziomie 98-99% (rzecz jasna przy użyciu chemii), wyznaczając też takie standardy i oczekiwania wśród amatorów. Musimy jednak mieć świadomość, że tym samym podcinamy gałąź, na której opiera się pszczelarstwo przyszłych pokoleń. Gdyby trzydzieści kilka lat temu nie rozpoczęto zwalczania warrozy na terenie Polski, dziś prawdopodobnie mówilibyśmy o tym roztoczu jako o pasożycie pszczoły, który współistnieje w ulu i przynosi znikome straty ekonomiczne i wyjątkowo rzadko powoduje spadki rodzin pszczelich. Jako pszczelarze wybraliśmy jednak inną drogę i pomimo ewidentnej porażki tego kierunku, wciąż bezrefleksyjnie brniemy w tę samą stronę. Nie jest za późno, aby z tej drogi zejść, ale musimy mieć świadomość, że każdy kolejny sezon ratowania nieprzystosowanych biologicznie rodzin pszczelich utrwala i rozprzestrzenia niezdolność do zwalczania warrozy przez same pszczoły.

Nowe pożądane cechy pszczół

Ostatnie dziesięciolecia to ciężki okres dla pszczelarstwa. Roztocze Varroa destructor stało się „papierkiem lakmusowym" złej sytuacji pszczoły. Dlatego obecnie niezwykle istotne jest podjęcie selekcji w kierunku innym niż dotychczasowy. Dziś to nie miodność czy łagodność pszczoły muszą być najważniejsze, ale jej odporność na choroby i możliwość współistnienia z roztoczem Varroa — bo ono już nie opuści naszych pasiek, niezależnie od tego, ile chemii wpompujemy do uli. Przyjazne dla nas cechy pszczół musimy dziś odsunąć na drugi plan i zacząć ich ponowną selekcję, po osiągnięciu satysfakcjonującego progu przeżywalności populacji.

Dzisiejsi pszczelarze komercyjni nie zawracają sobie głowy zdrowiem pszczół, bo wynika to z ich kalkulacji ekonomicznej. Taką postawę można było zauważyć w filmie „Więcej niż miód", w scenie obrazującej opryski prowadzone w lotny dzień, podczas zapylania migdałowców — wszystko za wiedzą i zgodą pszczelarzy... I choć — na szczęście — podobnych praktyk raczej w naszym kraju się jeszcze nie spotyka, to bezsprzecznie można zaobserwować następujące podejście: pszczoła ma zbierać miód, pyłek, propolis, ma produkować wosk i zapylać (najlepiej odpłatnie dla pszczelarza), a przy życiu można ją utrzymać dzięki stosowaniu najróżniejszych „leków" i środków chemicznych. Ale pszczelarze, którym leży na sercu dobro pszczół, powinni zacząć interesować się tymi cechami pszczół, które pozwolą samym pszczołom radzić sobie z zagrożeniami.

Najważniejszym zagadnieniem jest tak naprawdę umiejętność wykrycia obecności roztocza przez pszczoły. Podstawowym zmysłem pszczoły w tym zakresie jest powonienie. Ale roztocza posiadają niezwykłe umiejętności maskowania swojego zapachu i upodabniania go do zapachu żywicielki, co powoduje, że stają się one dla pszczół jakby niewidzialne. Dlatego kluczowym zadaniem jest wyselekcjonowanie pszczół, które po prostu są w stanie „zauważyć" Varroa. Te pszczoły, które stwierdzą obecność pasożyta, podejmują z nim walkę na różne sposoby i w wielu zagranicznych pasiekach, podejmowana jest ze znakomitymi efektami odpowiednia selekcja. Sposoby pszczół, o jakich mówimy, to przede wszystkim podstawowa higieniczność, grooming (czyszczenie się dorosłych osobników z roztoczy) i VSH („higiena wrażliwa na Varroa). Jest ich niewątpliwie więcej, ale akurat te są łatwe do obserwowania i oceny dla każdego — nawet pszczelarza amatora. Dzięki wykorzystaniu takich pszczół, jeden z nas (Ł.Ł.) zauważył we własnej pasiece, że przeżywalność przy ograniczonym użyciu organicznych substancji chemicznych (Tymol, olejki eteryczne), jest praktycznie na takim samym poziomie jak w typowych pasiekach komercyjnych, w których leczenie wykonuje się kilka razy do roku środkami mającymi znacznie gorszy wpływ na zdrowie owadów.

Nie wdając się w szczegóły, przeprowadzimy krótką analizę wymienionych cech pszczelich. Pszczoły higieniczne to te, które sprzątają gniazdo z obcych substancji i przedmiotów znajdujących się w ulu, usuwają też martwy czy chory czerw, który mógłby być przyczyną namnażania się patogenów. Najprostszym testem na stwierdzenie higieniczności rodziny pszczelej jest wprowadzenie do ula jakiegoś przedmiotu, np. kawałka tektury, trocin, czy kulek styropianowych i sprawdzenie jak szybko pszczoły pozbędą się tych „śmieci". Typowy test higieniczny związany z usuwaniem porażonych lub martwych larw wykonuje się przez nakłuwanie zasklepionego czerwiu (poczwarki) igłą, bądź też zamrożenie fragmentu piastra w taki sposób, aby uśmiercić młode pszczoły w komórkach i sprowokować pszczoły czyścicieiki do ich usunięcia. Wyznacznikiem higieniczności jest czas, w którym pszczoły poradziły sobie z tym zadaniem. Uznaje się, że odsklepione i wyczyszczone komórki w 100% po dwudziestu czterech godzinach, to bardzo dobry wynik i rodzina posiada wysoką higieniczność. Pszczoły selekcjonowane na tę cechę potrafią taki sam obszar piastra wyczyścić w czasie poniżej dziesięciu godzin.

Tak zwany „grooming", to oczyszczanie się dorosłych osobników z roztoczy. Pszczoły mogą usuwać roztocza same z siebie (autogrooming) lub też wykonują to inne pszczoły robotnice (allogrooming). W celu oceny stopnia tego zachowania austriacki hodowca Alois Wali-ner opracował prosty test. Co kilka dni liczył osyp martwych roztoczy na wkładce dennicowej, oddzielając osobniki uszkodzone od nieuszkodzonych. Dzięki temu obliczał procentowy udział okaleczonych osobników w całej liczbie spadłych roztoczy. Obecność uszkodzonych anatomicznie Varroa destructor świadczyła o umiejętności zwalczania roztoczy przez pszczoły. W rodzinach wybitnych, które przeszły już selekcję, liczba uszkodzonych samic Varroa sięgała nawet powyżej 90% (oznacza to, że niecałe dziesięć procent z nich dożyło naturalnej śmierci). Dzięki opisom testów Walinera i innych pszczelarzy, w tym choćby polskiego pszczelarza — Jerzego Smotera z Tymbarku, możemy sami w swoich pasiekach przeprowadzać podobne obserwacje. Niezbędnym wyposażeniem są tylko osiatkowane dennice z wkładkami (przy pełnych dennicach higieniczne pszczoły usuną martwe roztocza z ula, co uniemożliwi ocenę wyniku testu) oraz szkło powiększające czy inny rodzaj lupy. Pamiętać trzeba przy tym, że nasze obserwacje może zakłócić obecność innych żyjątek. Martwe roztocza mogą zostać na przykład usunięte przez mrówki.

Skrót VSH pochodzi od angielskiej nazwy „Varroa Sensitive Hygiene", co w tłumaczeniu można rozumieć jako „higiena wrażliwa na Varroa". W przeciwieństwie do groomingu, który dotyczy usuwania roztoczy z wykształconych osobników dorosłych, zachowania VSH polegają na wyszukiwaniu przez robotnice zaczerwionych komórek pszczelich, w których znajduje się dorosła samica Varroa, zdolna wydać na świat potomstwo. Obserwacje wskazują, że niektóre pszczoły celowo odsklepiają komórki, w których może dojść do prawidłowego cyklu rozrodczego Varroa, natomiast pomijają te, w których samica nie jest w stanie rozmnożyć się. Odsklepianie powoduje: po pierwsze, zakłócenie biologicznego cyklu rozwoju roztoczy, a ponadto jest oznaczeniem komórek dla innych pszczół, które następnie usuwają porażoną poczwarkę i roztocza z ula. Cecha VSH została zidentyfikowana i zbadana w USDA (Departamencie Rolnictwa Stanów Zjednoczonych), w laboratorium hodowli pszczół w Baton Rouge. Na terenie USA pszczoły mające tą cechę rozwiniętą w wysokim stopniu, są powszechnie dostępne. Od kilku lat o pszczołach VSH mówi się coraz więcej w Europie i są już ośrodki, z których można sprowadzić selekcjonowane matki do Polski. Dzięki obserwacjom małżeństwa John'a i Carol Harbo, a także opracowaniu przez nich prostego testu, również w amatorskich pasiekach możemy starać się wyszukiwać i selekcjonować pszczoły o pożądanych zachowaniach VSH. Taki test polega na odsklepianiu poczwarek i wyszukiwaniu na nich roztoczy oraz w komórkach pszczelich. Musimy stwierdzić, czy w zasklepionej komórce znajdowały się roztocza, a jeżeli tak, to ile ich było i czy obecny był samiec. Liczba komórek, które dadzą nam względnie wiarygodny obraz obecności zachowań to około 100-150 sztuk. Rodziny o wysokim wskaźniku zachowań VSH, to te, w których nie stwierdza się potomstwa roztoczy, lub jest ono w nielicznych komórkach, a także te, które nie dopuszczają do wspólnej obecności zdolnych do rozpłodu samicy i samca roztocza Varroa destructor.

A czy to jedyna droga?

Selekcjonowanie opisanych zachowań, to niewątpliwie jedna z dróg do wzmocnienia pszczoły w walce z roztoczem. Dzięki obecności tych zachowań, rodzina zaczyna się czyścić z pasożyta znacznie wcześniej niż osiągnięty zostaje próg krytyczny porażenia, w którym najczęściej nie ma już odwrotu od zagłady rodziny.

Ale cech i zachowań wspomagających pszczołę w walce z warrozą może być znacznie więcej. Pojawiają się choćby obserwacje i badania dotyczące chemicznego oddziaływania niektórych pszczół na zdolności reprodukcyjne roztoczy (poprzez feromony), czy też wpływu długości cyklu rozwojowego czerwiu pszczelego na rozwój potomstwa roztoczy. Na pewno nie jesteśmy w stanie wszystkich tych cech poznać, obserwować, mierzyć, a także odkryć ich wzajemnych zależności. Nie da się stwierdzić, jak bardzo rozwijanie jednych zachowań kosztem innych wpłynie na zdrowie i ogólny stan populacji. Być może, że nienaturalna selekcja jednych cech przez hodowców, spowoduje nieprzystosowanie względem innych zagrożeń(?). Kto wie czy wraz z rozwojem groomingu czy VSH nie wpłyniemy negatywnie na inne cechy pszczoły. Dziś wydaje nam się, że to może być dobra droga, ale kto wie z jakimi jeszcze innymi problemami zetkną się pszczoły i pszczelarstwo w przyszłości. Ludzie zawsze uzurpowali sobie prawo poprawiania Natury, a w konsekwencji musieli walczyć z problemami, których sami byli przyczyną...

W celu zobrazowania tych ostatnich myśli, pozwolimy sobie przytoczyć — jako ciekawostkę — pewne spostrzeżenie pioniera pszczelarstwa organicznego Michaela Busha (www.bushfarms.com/bees).

Każdy pszczelarz wie, że zwarty, doskonały wzór zaczerwienia piastra świadczy o jakości matki pszczelej. Encyklopedia PWN „czerw pszczeli" (http://encyklopedia.pwn.pl/haslo/czerw-pszczeli;3889586.html) podaje: „ze względu na sposób wypełnienia piastra czerwiem wyróżnia się czerw zwarty, gdy plaster jest równo zaczerwiony, i czerw rozstrzelony z komórkami pustymi wśród powierzchni zaczerwionej; czerw rozstrzelony świadczy o wadach matki, jej starości, genetycznej letalności pokolenia; wynik zjadania części młodych larw płci męskiej przez pszczoły". Jednak wcześniej wskazaliśmy, że pszczoły o wysoko rozwiniętych zachowaniach VSH odsklepiają i usuwają poczwarki, w rezultacie plaster z czerwiem przestaje mieć doskonały zwarty wzór. Jak więc zauważa Bush, przez dziesięciolecia hodowcy preferując zwarty wzór czerwiu (co miało świadczyć o tym, że matka jest „lepsza") selekcjonowali przy okazji pszczoły przeciwko zachowaniom higienicznym... Czy wobec tego, mając przed oczami ten przykład, możemy przyjąć, że wiemy lepiej niż Natura, które cechy wybrać i które pszczoły powinny przetrwać. Może po prostu trzeba zdać się na selekcję naturalną, żeby wrócić do odległego w historii punktu, kiedy pszczoły były zdrowe i żyły w zrównoważonej populacji. Wydaje się, że powinniśmy całkowicie zmienić nasze wyobrażenia o potrzebie i kierunkach selekcji. Chcąc mieć dziś parę słoików miodu więcej, tak naprawdę działamy na szkodę gatunku pszczoły miodnej i przyszłych pokoleń pszczelarzy.

niedziela, 22 listopada 2015

Dlaczego pełne dennice z próchnem, a nie siatki

Nie prowadzę badań naukowych, ani nawet szczegółowych obserwacji porównawczych rodzin pszczelich. Ale czytam co mogę, wyciągając wnioski o tym, jak pszczoły żyły kiedyś i porównuję do tego jak żyją dziś. I jaki obraz przedstawia się z tych przemyśleń?

Drzewiej

1. dziuple w starych drzewach

Praktycznie każde stare drzewo jest puste w środku, wypróchniałe, z dziuplą... Przynajmniej te osobniki, które dożywały do takiego wieku, prędzej czy później takie były (będą). Te, które umarły, nie będąc puste w środku, zostały wycięte przez człowieka, ścięte przez bobry czy inne stworzenia, złamał je wiatr czy zostały "zagłuszone" przez inne drzewa i chorowały umierając w młodszym wieku. Drzewo rośnie właśnie w taki sposób, że przewodzi soki w tkankach zewnętrznych, a środkowe tkanki jako starsze zamierają, a z czasem próchnieją. Więc dziupla w drzewie nie jest objawem jakiejś strasznej dolegliwości drzewa. Jest objawem jego wieku i naturalnych procesów zachodzących w przyrodzie. Ot, jak zmarszczki na twarzy starszych ludzi.
I cóż w tych dziuplach było? Wszystko co tylko żyło w lesie. Przede wszystkim tysiące szczepów bakterii i grzybów. One to bowiem, żywiąc się materią, rozkładały ją i tworzyły dziuplę. Były tam też owady żerujące w umierającym drewnie, toczące swoje korytarze. W końcu szereg insektów, których nie sposób wymienić nie oddając się w pełni badaniom.
Do tego były liście, gałązki, orzechy, żołędzie i inne organiczne "przedmioty" naznoszone przez żyjące w dziuplach stworzenia takie jak ptaki, wiewiórki czy najróżniejsze leśne gryzonie.
W takich właśnie warunkach ewoluowały pszczoły. Żyły w skomplikowanym ekosystemie, współistniejąc z bakteriami, grzybami, owadami... Niektóre były dla pszczół groźne, ale większość przystosowała się do wzajemnego współżycia na zasadzie wzajemnego korzystania z własnych usług. Na tym polega symbioza. W makroświecie często możemy znaleźć takie zależności, a to jakieś ryby czyszczą łuski rekina, a to ptaki bez strachu wlatują w paszcze krokodyli czy hipopotamów, zajmując się "higienizacją jamy ustnej" tych zwierzęcych "potworów".
Oczywiście zdarzały się i spadki rodzin pszczelich w takich dziuplach, spowodowane chorobą, ale nowe rodziny wchodziły do takich gniazd i dobrze się miały. Mikroorganizmy występowały zawsze, ale lokalne patogeny z reguły nie zagrażają zdrowym osobnikom. Więc do naszego spisu inwentarza dziupli trzeba dodać pozostałości padłych rodzin (stary wosk, miód, pierzga czy ... rozkładające się owady).

2. barcie

Barcie, jako sztucznie tworzone siedliska pszczół miały symulować pierwotne dziuple. I choć nowa barć była dość jałowa, to jednak po wieloletnim użytkowaniu jej ekosystem coraz bardziej zbliżał się do naturalnej dziupli.

3. ule ocieplane

Dawniejsze ule były z drewna (desek) i były ocieplane sieczką słomianą czy trocinami. Takie były niegdyś materiały. I te materiały służyły rozwojowi mikro życia, podobnie jak dziupla czy wieloletnia barć. Dziura po sęku, czy szpara między rozsychającymi się deskami prowadziła do królestwa życia: naturalnego ocieplenia, pełnego szpar, otworów tworzących siedliska bakterii, grzybów i owadów. Ul, im był starszy, tym bardziej tętnił życiem.


Dziś

1. ule ocieplane

dzisiejsze ule ocieplane budowane są często z płyt najróżniejszego rodzaju - często sztucznych, poklejonych parującymi tworzywami. Dzisiejsze ocieplenie to pianki czy styropian. Takie podłoże nie służy rozwojowi naturalnego życia, choć można przyjąć, że w starym ulu podłoża organiczne są w stanie wytworzyć się w pewnym zakresie (podobnie jak trawnik wchodzący na chodnik czy ulicę). Jeżeli więc ul jest stary, pełny szpar, dziur, to nawet jeżeli jest zbudowany ze sztucznych tworzyw, które rozkładają się przez tysiąclecia, to najprawdopodobniej mogą stworzyć potencjalnie korzystne warunki do istnienia mikro życia.
Dziś jednak buduje się ule w taki sposób, żeby ściany były gładkie, a szpary nie uświadczyć...
Cóż, muszę przyznać, że zaczynając swoją pszczelarską przygodę i mając pewnie 5% tej świadomości jaką mam dziś, robiłem wszystko co w mojej mocy, żeby w ulu szpary nie było, a potem... wymalowałem pierwsze moje 2 korpusy lakierem bezbarwnym również od wewnątrz... Cóż, właśnie taką miałem świadomość 3 lata temu. Od tego czasu wiele się zmieniło...

2. Ule styropianowe, styrodurowe, poliuretanowe itp

Wszystkie powyższe uwagi i tu pozostają aktualne. Gładkie ściany, zmywane rapicidem czy roztworem kwasów, myte detergentami i odkażane. Nie ma żadnego miejsca na życie owadów innych niż pszczoły, a wolno tworzące się podłoża dla mikrożycia są systematycznie i regularnie niszczone.

3. Ule drewniane jednościenne

Tu wydaje się być trochę lepiej, bo jednak jest to naturalne podłoże. Ale i w tym przypadku może być różnie. Weźmy jednak pod uwagę następujące okoliczności. Ściany niejednokrotnie są gładkie (heblowane, szlifowane - w moich ulach też takie są. Dopiero ostatnia partia wykonywanych korpusów jest całkowicie nieoszlifowana - deska od wewnątrz jest taka jak leżała na składzie) i nie ma zakamarków stanowiących punkt zaczepienia dla rozwoju mikrożycia. Wszystko ma pasować, ma nie być otworów, szczelin, wypaczeń - bo tam odkłada się materia organiczna!... tak jakby właśnie nie o to chodziło...!
Takie ule często też są odkażane, lub opalane. I znów regularnie niszczymy to co przyroda wolno buduje.... "Trawnik wchodzi na chodnik", to trzeba go usunąć, bo zaburza naszą wizję czystości, estetyki i ... pełny jest groźnych  mikroorganizmów rozkładających materię!

W ulach jednościennych często stosuje się przy tym dennice osiatkowane. Sam mam takich chyba około 20 - 25 (w użyciu 5). Czy to dobra dennica? Mówią, że tak. Jest - jak to wskazują pszczelarze - "higieniczna"...


Wnioski i przemyślenia

I cóż to wszystko znaczy? Ano tyle, że dzisiejsze pszczoły mają daleko inne warunki życia niż pszczoły 100, 200 czy 10000 lat temu. Czy to lepiej czy gorzej? W pewnym zakresie zapewne jedno i drugie równocześnie, ale patrząc długofalowo na problemy ewolucyjne rozwoju gatunku w jego środowisku (czytaj ekologię Apis mellifera), na pewno to źle. Burzymy powiązania międzygatunkowe pszczoły miodnej. Oddalamy ją od istot, z którymi współżyła przez miliony lat i które jakoś ... nie doprowadziły do zagłady gatunku. Kto wie, może dziś już nie ma w ekosystemie pszczoły takich gatunków, które "czyściły jej łuski" czy "wydłubywały rozkładającą się materię z paszczy"...

Józef Banaszak w opracowaniu z 1980 roku "Badania nad fauną towarzyszącą w zasiedlonych ulach pszczelich" omawia kilkadziesiąt gatunków owadów, które można było w ulu spotkać. I w ulach stwierdzono takie owady jak zaleszczotki (pseudoskorpions), a nawet hypoapsis, które dziś niektórzy próbują podawać, aby biologicznie kontrolować obecność warrozy. W 90% dzisiejszych uli (również w tych "ekologicznych, jednościennych drewnianych na dennicach higienicznych") nie ma dla tych organizmów miejsca! Nie mają gdzie żyć, nie mają gdzie się schować, nie mają czym się odżywiać...

Wymienionych przez Banaszka organizmów jest znacząco więcej. Przy omówieniach większości znajdują się krótkie adnotacje, że mogą być "szkodnikami" pyłku czy wosku, bądź też, że ich obecność dla pszczół jest neutralna. Ale co jest neutralne jest korzystne - bo bierze udział w tworzeniu łańcuchów powiązań (również pokarmowych), rozkłada materię czy po prostu wypiera swoją obecnością patogeny. Dziś - wyjałowionego człowieka - leczy się często przez podanie pasożytów (to często łagodzi skutki chorób autoimmunologicznych), czy podanie naturalnej mikroflory (np. dojelitowe wlewy .... kałowe pobrane od ludzi zdrowych).

Ciekawy tekst na ten temat napisał Michael Bush. Tekst ten przetłumaczyłem na język polski na stronę Wolnych Pszczół i możesz go znaleźć tu.

Dlatego własnie zdecydowałem się w moich ulach zastosować dennice z próchnem (no nie tylko próchnem...). Są to skrzynki rozmiarów zewnętrznych mojego korpusu wielkopolskiego, głębokie na około 15 cm. Do tej skrzynki wrzuciłem warstwę 8 - 10 cm różnej materii organicznej, a wśród niej: trochę ziemi kompostowej (skoro materia organiczna się kompostuje, znaczy, że są w niej bakterie i grzyby powodujące ten rozkład), próchna (próchniejące drewno, to drewno rozkładane - głównie przez grzyby), trocin i gałązek. Te dennice nie tylko zapewniają obecność mikrożycia, które funkcjonowało w dziupli, ale też wystające elementy (kawałki drewna, gałązek i innych "przedmiotów") tworzą schronienie dla życia większego niż bakterie. Jest to miejsce gdzie mogą wejść naturalnie występujące w ulach roztocza (tych w ulach jest ponoć kilkadziesiąt gatunków - choć pszczelarze wiedzą w zasadzie o 2 tj. Acarapis woodi i Varroa destructor), czy inne pajęczaki. Józef Banaszak na początku swojego tekstu napisał takie słowa: "Fauna ulowa, której wpływ jest bardzo różnorodny, reprezentowana jest głównie przez pajęczaki i owady. Dotychczasowe zainteresowanie tą fauną było zbyt małe w stosunku do jej roli w życiu rodziny pszczelej. Prace naukowe i podręczniki dotyczące tego zagadnienia omawiają głównie organizmy o wyraźnej szkodliwości, pozostałym współmieszkańcom poświęcano natomiast mało uwagi". Cóż, nie sposób się nie zgodzić. Ale nie tylko opracowania naukowe poświęcają zbyt mało uwagi tym organizmom, bo robią to również pszczelarze w swojej praktyce...

W mojej praktyce nie zamierzam używać żadnych substancji chemicznych, które niszczą ulowe życie. Należy mieć jednak na względzie jeszcze inną zaletę "zasobu" materii organicznej w ulu w przypadku stosowania zabiegów zwalczających warrozę. Otóż życie ulowe, po zabiegach przeciwko warrozie, może znacznie łatwiej odrodzić się przy zastosowaniu tego typu dennic, gdyż ma swoją pożywkę, na której łatwiej mu się zaszczepić. To taki "naturalny probiotyk".

Docelowo chcę wprowadzić jak najwięcej tych dennic. Na dziś mam ich prawie 30. Pewnie będę również korzystał z "higienicznej dennicy osiatkowanej", bo skoro już jest, to trzeba ją wykorzystać. Na obecnym etapie mojego pszczelarstwa uważam jednak, że daleko lepsze są te z materią organiczną, jako tworzące możliwości rozwoju życia ulowego i na nich chcę oprzeć moje pszczelarstwo.

czwartek, 5 listopada 2015

Artykuł do "Pszczelarstwa"


W listopadowym numerze miesięcznika "Pszczelarstwo" ukazał się mój artykuł, z Łukaszem Łapką jako współautorem, pod tytułem: "Zwalczanie roztocza Varroa destructor prowadzi donikąd...". Artykuł pisany był pod patronatem Stowarzyszenia Pszczelarstwa Naturalnego "Wolne Pszczoły" i został umieszczony na jego stronie.  W tym miejscu chciałbym podziękować innym członkom Stowarzyszenia, którzy wnieśli swoje uwagi i pomogli nadać taki właśnie kształt poniższej publikacji.

Jestem bardzo ciekaw przyjęcia tego artykułu przez szersze grono odbiorców.



Zwalczanie roztocza Varroa destructor prowadzi donikąd...

Zabiegi zwalczania roztocza Varroa destructor uznawane są przez przeważającą większość pszczelarzy za najważniejszy punkt w całym sezonie pszczelarskim, są dla nich absolutnym priorytetem, z roku na rok coraz więcej mówi się i pisze o malejącej skuteczności tych działań. Zamiast zastanowić się nad przyczyną problemu, pszczelarze coraz bardziej dokręcają śrubę chemioterapii. Jednak ostatnie dziesięciolecia niezbicie dowodzą, że droga ta prowadzi donikąd.

Mówiąc o nieskuteczności owych zabiegów leczniczych, podkreśla się fakt nabycia oporności roztocza Varroa destructor na substancje chemiczne. Nie zawsze chodzi tylko o tolerancję pasożyta na podawane toksyny, ale również o pojawianie się innych mechanizmów przystosowawczych związanych ze zmianą trybu życia roztocza. W odpowiedzi na to podaje się coraz więcej toksyn i coraz częściej, a one nie są przecież obojętne ani dla pszczół, ani dla ekosystemu w ulu i poza nim, ani dla jakości produktów pszczelich, które tak chętnie spożywamy. Coraz częściej uznaje się za zasadne podawanie „leków" uwalnianych powoli i działających przez długi czas (np. tzw. pasków czy nasączanych wkładek tekturowych, z których substancje aktywne parują lub roznoszone są przez pszczoły nawet przez kilka tygodni). Metoda ta ma zapewnić obecność toksyny w ulu w chwili, kiedy cykl życiowy roztoczy skłoni je do opuszczenia komórki pszczelej wraz z wygryzającą się młodą pszczołą, w praktyce powodując stałą obecność szkodliwych substancji chemicznych w owadzim domu, gdzie jest miód, wosk, a przede wszystkim pszczoły.

Warto zaznaczyć już na wstępie, że o ile cały świat dostrzega problem, o tyle polscy pszczelarze zdają się nie zauważać alternatywnych rozwiązań, które przynoszą bardzo dobre efekty w wielu zagranicznych pasiekach komercyjnych i amatorskich.

Sądzę, że artykuł zostanie uznany za kontrowersyjny, ale to właśnie kontrowersyjne podejścia dają nam do myślenia i otwierają oczy na nowe rozwiązania. W mojej ocenie ważne jest, aby podjąć wreszcie dyskusję na temat zasadności nieustannego stosowania chemioterapii u pszczół, a nie tylko na temat wyboru substancji toksycznej i metody jej podawania. Zwalczanie warrozy to odsuwanie problemów, z którymi będą musiały borykać się przyszłe pokolenia pszczelarzy, bo my zostawimy im właśnie taki spadek. Nie można wyręczać pszczół w rozwiązywaniu wszystkich problemów, a potem ze zdziwieniem ob serwować, że te wspaniałe owady umierają na naszych oczach, jako całkowicie nieprzystosowane do obecności pasożyta. Wzywamy więc do dyskusji na temat podjęcia starań zmierzających w przyszłości do całkowitego odstawienia metod zwalczania roztoczy, a to nie musi stać się już dziś. Zdajemy sobie sprawę z konsekwencji i wiemy, że nie każdy od razu zgodzi się na nie. Musimy jednak mieć ten cel stale przed oczami i każdy nasz zabieg w pasiece powinien nas do tego celu zbliżać, a nie oddalać.

Przykłady ze świata dowodzą, że cel ten mógłby być osiągnięty nie za osiemdziesiąt, sto czy tysiąc lat, a już za pięć albo dziesięć, bo właśnie tyle czasu hodowcy, którzy nie stosują żadnych metod zabijania roztoczy, potrzebują na to, aby obniżyć i utrzymać poziom śmiertelności w pasiekach poniżej 20% rocznie. A taka śmiertelność w pasiece jest nie tylko akceptowalna ekonomicznie, ale także środowiskowo zasadna (z uwagi na konieczność stałej selekcji naturalnej, czyli systematycznej eliminacji osobników nieprzystosowanych z puli genetycznej gatunku pszczoły miodnej). Poza tym śmiertelność na poziomie 20% jest nierzadko mniejsza niż w pasiekach stosujących „zalewanie" uli chemią. Rok 2014 udowodnił to ponad wszelką wątpliwość i powinniśmy wyciągnąć z tego wnioski.


artykuł w "Pszczelarstwie" został ozdobiony
rysunkiem Mariusza Uchman
Już w 1988 roku prof. Jerzy Woyke na łamach „Pszczelarstwa" (1988, 39(11), str. 9-10) w artykule „Hodowla pszczół odpornych na warrozę" sugerował, że należy stosować selekcję owadów „odpornych", bo droga chemicznego zwalczania pasożyta nie doprowadzi nas do zwycięstwa. Autor wymienił w publikacji co najmniej kilka różnych metod, jakie pszczoły stosują z powodzeniem, aby utrzymywać w ulu niższy stan porażenia roztoczem. Wskazał też, że praca hodowlana powinna polegać przede wszystkim na rozwijaniu tych cech u pszczół, a pod koniec artykułu zaapelował o przesyłanie do ośrodków badawczych pszczół, które wykazują cechy odpornościowe, aby pozwolić naukowcom je rozwijać. Apel nie odniósł zamierzonego skutku, a może naukowcy nie stanęli na wysokości zadania, skoro dwadzieścia siedem lat później jesteśmy w tym samym miejscu, w którym byliśmy wtedy. Na dodatek stosuje się jeszcze więcej chemii i coraz mniej skutecznie. Możemy tylko ubolewać nad tym, że zmarnowaliśmy tyle lat.

Niedawno jeden ze znanych pszczelarzy komercyjnych rozpoczął eksperyment polegający na utrzymywaniu stałej obecności amitrazy w ulu, podawanej cotygodniowo w postaci wkładek tekturowych nasączonych środkiem weterynaryjnym o nazwie „Taktic", służącym w założeniu — do zwalczania pasożytów w chlewach. Środek ten zawiera 12,5% substancji aktywnej — amitrazy, która jest dziś podstawowym lekiem przeciwko roztoczom pasożytującym na pszczole miodnej. Wnioskuję z kontekstu tego eksperymentu, że celem było udowodnienie, że amitraza nie szkodzi pszczołom i jej stała obecność nie wpłynie negatywnie na funkcjonowanie rodziny pszczelej. Jednak pszczelarz ten udowodnił przy okazji coś całkiem innego (prawdopodobnie wbrew swojej woli i założeniom eksperymentu) coś wyjątkowo cennego dla propagatorów pszczelarstwa naturalnego, o czym już blisko trzy dekady temu pisał prof. Woyke: z warrozą nie wygramy metodami chemicznymi. Po każdej kolejnej dawce Takticu na wkładki dennicowe w ulach spadały martwe roztocza. Z dokumentacji eksperymentu wynika, że liczba tychże była różna, czasem dwie czasem trzy sztuki. Zdarzało się, że nie spadł żaden pasożyt. To wszystko dowodzi, że niezależnie od liczby zastosowanych zabiegów chemicznych Varroa destructor pozostanie w naszych pasiekach.

My, pszczelarze — a przede wszystkim hodowcy — powinniśmy poświęcić te najbliższe pięć—dziesięć lat na inwestycję w przyszłość. Owszem, jak każda inwestycja, wymaga ona „zaciśnięcia pasa", ale czy nie warto (?). Postulowane przez nas działania mogą zapobiec dalszemu nakręcaniu spirali zagłady owadów oraz postępującej chemizacji pasiek.

Z grupką pszczelarzy-amatorów założyliśmy Stowarzyszenie Pszczelarstwa Naturalnego „Wolne Pszczoły" (www.wolnepszczoly.org), aby przekonywać pszczelarzy do alternatywnego podejścia do prowadzenia pasiek, abyśmy wszyscy również w przyszłości mogli cieszyć sig ze zdrowych pszczół i zdrowego pszczelarstwa. Nie jest to zadanie łatwe, gdyż znacząca większość pszczelarzy wierzy, że zwalczając pasożyta i „zalewając" ule parunastoma dawkami chemii rocznie, ratuje gatunek Apis mellifera. Smutna prawda jest taka, że ratują tylko pojedyncze pszczele rodziny, te ewolucyjnie nieprzystosowane do zagrożenia, jakie stanowi roztocze Varroa i inne choroby. Każdy gatunek dostosowuje się do zmian środowiskowych poprzez eliminację słabych osobników. Varroa destructor jest już integralną częścią środowiska pszczoły miodnej. I tak już pozostanie, niezależnie od tego, czy człowiek podejmie próbę całkowitej jednorazowej eksterminacji roztocza, choćby przez cotygodniowe zabiegi z użyciem amitrazy. Nawet jeżeli zmusilibyśmy wszystkich pszczelarzy na danym obszarze (choćby tak dużym jak obszar całego kraju) do przeprowadzenia zabiegów leczniczych w tym samym czasie (i przy założeniu, że ta metoda okazałaby się skuteczna), roztocza i tak wrócą do nas wraz z dzikimi rojami czy przewożonymi odkładami. Dotychczasowa ich ekspansja udowodniła, że praktycznie żadne miejsce na świecie, gdzie żyje pszczoła miodna, nie jest od nich wolne i bezpieczne.

W uboższych rejonach świata (głównie w krajach Afryki i Ameryki Południowej), gdzie nie stosuje się leków dla pszczół, choćby z uwagi na możliwości ekonomiczne pszczelarzy, praktycznie nie zauważa się problemu warrozy. Tam nikt pszczół nie leczy, a pomimo tego żyją miliony rodzin pszczelich. Problem warrozy i umierających pszczół jest największy w krajach, w których praktykowane jest wysoko wydajne przemysłowe rolnictwo monokulturowe, gdzie każdy problem rozwiązuje się nowym środkiem chemicznym, gdzie rolnicy zachęcani są do zakupu insektycydów czy fungicydów, a pszczelarze dostają dotacje na zakup środków chemicznych zwalczających pszczele choroby.

Chemia stosowana w pasiekach nie pozostaje bez wpływu na pszczoły, choć tak twierdzi większość pszczelarzy. Nie jest ona też bez znaczenia dla ludzi spożywających produkty pszczele. Wszechobecna chemia szkodzi nam i naszemu środowisku. Wiemy to nie od dziś. Wraz z jedzeniem spożywamy toksyny, antybiotyki, konserwanty, nawozy. Wszystko to negatywnie wpływa na nasze zdrowie, odkładając się w naszych organizmach. Miód na półkach sklepowych to często tylko porcja „pustych kalorii", bo zatracił swoje naturalne właściwości lecznicze w wyniku przemysłowej obróbki. Trzeba się temu stanowczo sprzeciwić.

Czy wobec tego tradycyjne „leczenie" pszczół w ogóle się opłaca? Krótkoterminowo — jak najbardziej. Podobnie jak opłaca się oprysk zbóż, uprawy monokulturowe, podawanie nasączonych antybiotykami pasz do chlewów czy kurników, rabunkowa gospodarka dzikich obszarów, wycinanie lasów tropikalnych. Podobne przykłady można wymieniać w nieskończoność. Problem tkwi w tym, że pszczelarze za pewne oburzają się na wszystkie te destrukcyjne działania człowieka, często nawet prowadzą aktywne protesty przeciwko stosowanym opryskom czy używaniu roślin GMO, ale nie widzą analogii do swoich praktyk we własnych pasiekach.

Dziś w Polsce (choć raczej nie z polskich hodowli) dostępne są już matki pszczele z pasiek, w których od lat praktykowana jest selekcja pszczół na tolerancję na obecność roztocza. Owady z tych pasiek nie są nieśmiertelne, mogą jednak stanowić doskonały start do dalszej selekcji pszczoły przystosowanej lokalnie do naszych miejscowych patogenów i warunków środowiskowych. Na razie pszczoły te trzeba sprowadzać zza granicy albo zdać się na ich skrzyżowane potomstwo dostępne u polskich pszczelarzy, głównie amatorów — ludzi, którzy wierzą w trud podejmowany na zachodzie, a którego w Polsce prawie się nie zauważa.

W wielu miejscach na świecie pszczelarstwo organiczne święci małe triumfy już od co najmniej parunastu lat i z roku na rok te triumfy są coraz większe. Jednak my tym bardziej negujemy te sukcesy, im bardziej są one widoczne i spektakularne. „U nas się nie da, bo...nasze pożytki są inne, tamtejsze pszczoły i Varroa mają inną genetykę, napszczelenie jest inne, no i klimat nie ten..." Mnożymy argumenty tylko po to, by negując alternatywę, usprawiedliwić coraz większą chemizację pasiek, źle pojęte „ratowanie" pszczół. Pszczelarstwo naturalne — otwarte na wspomniane przykłady — często budzi wręcz agresję większości środowisk pszczelarskich. Dlaczego tak jest? Może pszczelarze sami dostrzegają, że chemia nie jest właściwą drogą, ale boją się alternatywy? Boją się, że ktoś kiedyś (a może oni sami?) faktycznie uzna ich produkty za niezdrowe. Człowiek wierzący w swoją drogę nie boi się krytyki. Tymczasem środowiska pszczelarskie często zwalczają alternatywne podejście z niesamowitą wręcz zaciekłością. Ale to już raczej temat dla psychologów.

Pszczelarstwo naturalne ma kilka podstawowych założeń. Pierwsze i najważniejsze mówi, że pszczoła nie jest nieśmiertelna. Również ta traktowana amitrazą czy zalewana kwasami. Drugie założenie mówi, że da się we względnie krótkim czasie przystosować pszczoły do obecności pasożyta. Pszczelarze twierdzą często, że nie mogą czekać tysiąca lat na ewolucyjne uodpornienie się pszczół na roztocze. To mylenie pojęć. Ewolucja rzeczywiście zachodzi powoli, a nierzadko potrzebuje setek tysięcy lat. Ale my nie czekamy na to, aby pszczole wyrosły nowe kończyny czy dodatkowa para skrzydełek, bo takie przystosowanie faktycznie mogłoby potrwać tysiąclecia. Mamy tu do czynienia z olbrzymią presją śmiertelnego, powszechnie występującego wroga — roztocza Varroa destructor, które jest w KAŻDYM ulu. I ten wróg albo zabije wszystkie nasze pszczoły, albo w ewolucyjnym mgnieniu oka (przez pięć—dziesięć lat) wyginą te, które tego wroga nie potrafią trzymać w ryzach, pozostawiając nam populację pszczół tolerujących roztocze. Tysiące przykładów ze świata udowadnia, że wygra opcja druga. Oczywiście, pierwszego okresu selekcji nie przetrwałaby każda pasieka, ale gatunek sobie poradzi i pozwoli na odbudowę również pszczelarstwa komercyjnego. Zdrowego pszczelarstwa (!). Dlatego istotna jest rola hodowców, którzy wezmą na siebie ciężar strat i zapewnią podaż przystosowanych pszczół. Dalsze działania zależą już od nas samych. Pszczoła miodna ma potencjał do pokonania roztocza. Musimy jednak jej to umożliwić, pozwolić, aby z roku na rok coraz bardziej dominowały te geny, które pozwalają pszczole na współistnienie z pasożytem.

Ponadto trzeba przyjąć do wiadomości, że zabicie pszczół nie jest w interesie roztocza. Roztocza żyją na pszczołach. „Chcą" żeby pszczoły żyły, bo dzięki temu żyją i one. W relacji pasożyt—żywiciel zawsze tak jest, chyba że pasożyt wykorzystuje żywiciela tylko w jednym stadium cyklu życiowego. A tak nie jest w przypadku relacji Apis mellifera — Varroa destructor. Zwalczając roztocze, sprawiamy, że staje się co raz bardziej zjadliwe. Żeby przetrwać, musi szybciej się mnożyć. Musi chować się pod zasklepem czy w zakamarkach ulowych, a na zwiększenie swojej populacji musi wykorzystywać krótkie chwile pomiędzy zabiegami pszczelarzy. To olbrzymia presja środowiskowa, która odbija się następnie na pszczołach. A więc chemia nie tylko sprzyja osłabieniu pszczół, ale i wzmocnieniu ich naturalnego wroga.

Kolebką nowoczesnego pszczelarstwa organicznego są Stany Zjednoczone. Dlaczego akurat one? Dlatego, że prawdopodobnie tam pszczelarstwo ogólnie ma się najgorzej. A dzieje się tak, bo cały ten wielki kraj został zdominowany przez schemizowane i monokulturowe rolnictwo na przemysłową skalę. Ludzie kochający pszczoły zorientowali się, w jak złym stanie są owady. CCD, warroza i inne choroby otworzyły im oczy. Zrozumieli, że są w samonapędzającym się błędnym kole chemizacji i zamiast wymyślać nowe metody zwalczania roztocza, wreszcie zaczęli zastanawiać się nad praprzyczyną tych zjawisk. Doszli do wniosku, że fatalna kondycja pszczół to nie wina roztocza Varroa destructor czy jakiegokolwiek innego patogenu, ale środowiskowego nieprzystosowania pszczoły oraz nadmiernej ingerencji pszczelarzy w środowisko życia owadów. Uznali, że należy wrócić do warunków, w których pszczoła żyła sto, dwieście czy trzysta lat temu. Do czasów, kiedy w ulach nie było węzy (zwłaszcza tej z powiększoną komórką 5,4 mm), plastiku i chemii. Do czasów, kiedy nie zwalczano trutni, nie pro wadzono intensywnej gospodarki pasiecznej i akceptowano fakt, że pszczoła jest żywym organizmem, a nie maszynką do robienia miodu i pieniędzy. A żywy organizm ma swoje ograniczenia i... cóż, czasem też umiera. Pszczelarze ci podjęli kroki w kierunku przywrócenia pszczoły naturze i okazało się to sukcesem. Zaakceptowali roztocze i inne patogeny jako element środowiska naturalnego pszczół i pozwolili owadom radzić sobie samym. I owszem, warroza zabiła wiele pszczelich rodzin, ale dzięki temu przetrwały pszczoły ewolucyjnie przystosowane do obecności pasożyta — te, które pozwalają roztoczom współistnieć w ulu, ale trzymają je w ryzach.

Spektakularne osiągnięcia w tym zakresie mają Dee Lusby (Arizona) i Michael Bush (Nebraska). Dee Lusby nigdy nie leczyła pszczół zaatakowanych przez Varroa destructor. Kiedy roztocze dotarło do jej pasieki, zabiło znaczącą większość z posiadanych przez nią kilkuset rodzin pszczelich, ale pszczelarka w ciągu kilku lat odbudowała pasiekę i dziś jest wzorem dla wielu wybitnych pszczelarzy nie tylko w USA, m.in. Stephana Brauna (Wyspy Kanaryjskie) i Edka Österlunda (Szwecja). Michael Bush przez kilka lat stosował chemiczne metody zwalczania pasożyta, ale zauważył, że jego pszczoły i tak umierają (z jakiegoś powodu, my tego nie widzimy), za to produkty pszczele i stan rodzin pozostawiają wiele do życzenia. Odstąpił od leczenia paręnaście lat temu i dziś również należy do pionierów „treatment free beekeeping" (pszczelarstwa bez leczenia). Te przykłady można by mnożyć, bo dziś takich ludzi są już tysiące. Ważne, że za ludźmi z wizją podążają inni. I oni również osiągają sukcesy (także komercyjne), prowadząc organiczne pasieki. Coraz więcej pszczelarzy w Europie porzuciło już lub ograniczyło leczenie i podjęło trud selekcji pszczoły miodnej w kierunku uzyskania tolerancji na pasożyta. I tylko od nas zależy, czy sprowadzimy te pszczoły do naszych pasiek, czy wciąż będziemy kwestionować fakt, że na świecie pszczoły żyją bez chemii i bez pasożyta. Od nas też zależy, czy będziemy tych ludzi wspierać i korzystać z ich pracy, czy też wszelkie przejawy działań dających nadzieję na wygranie z warrozą potraktujemy z agresją. Chciałbym, żebyśmy wyciągnęli mądre wnioski, zanim nasze pszczoły będą w takim stanie, jak te z przemysłowych pasiek w USA.