środa, 24 kwietnia 2019

Upadek słabiaków, osłabienie średniaków czyli klasyfikacja egzaminu dojrzałości 2019

Przedwiośnie chyba za nami. Gdy patrzę na prognozy wydaje mi się, że pogoda się stabilizuje. Teraz pszczoły powinny dostać wiatru w żagle - a raczej w skrzydła. Przy stabilnej pogodzie, dostawie świeżego pyłku i nektaru powinno być już wszystko dobrze, a rozwój rodzin powinien ruszyć z kopyta. Wszystko to być powinno, ale czy będzie?

Obecnie, po zakończonym przedwiośniu, jest równocześnie mniej i bardziej optymistycznie niż wtedy, gdy się ono zaczynało. Kilka rodzin osypało się lub ma jakieś problemy (o tym poniżej), a z drugiej strony inne z rodzin ruszyło ostro do przodu i widzę, że są całkiem silne jeszcze przed pierwszymi pożytkami towarowymi, a nie, jak w zeszłym roku, dopiero na akacji czy lipie. W bilansie sytuacja obecna nastraja mnie ciut większym optymizmem niż ta z 2018 roku. Zrobię trochę porównań, żeby pokazać dlaczego.

1. Stan liczbowy i procent upadków jest podobny do zeszłorocznego. Zarówno wtedy jak i tym razem osypało się około 50% pasieki. W liczbach bezwzględnych w tym roku jest ciut lepiej, ale są to wartości pomijalne. Co jednak istotne, to - powtarzane przeze mnie jak mantra, bo już chyba dziesiąty raz - fakt, że minęła właśnie druga zima od dokupienia pszczół. A zatem okres, po którym pszczoły powinny mieć skumulowane roztocza w takiej liczbie, która, patrząc z perspektyw schematów, modeli czy wyliczeń, teoretycznie doprowadza do śmierci rodzin. To się jednak nie stało, a zatem optymistyczny wniosek jest taki, że pszczoły mogły wypracować j_a_k_i_e_ś, znane tylko sobie, mechanizmy obronne. A nawet jeżeli nie wypracowały, to jakiś czynnik pozwolił im przetrwać. Jeżeli więc co rok zaistniałoby to samo zjawisko, to systematycznie przewidywalna, statystyczna długość życia rodziny powinna się wydłużać. Owszem, podziały mogły mieć tu jakiś wpływ na zwiększoną przeżywalność (http://pantruten.blogspot.com/2017/10/podziay-ilosc-roztoczy-w-ulu.html), ale nie zmienia to faktu, że w tym czasie roztocza nie były zwalczane, a więc każda z rodzin na pewno miała swoją ich dawkę na starcie. Podziały pszczołom nie pomogły ani w 2014, ani w 2016 roku, a więc trudno je traktować jako cudowne remedium na dręcza i inne problemy, jak to niektórzy twierdzą. Są nawet i tacy, którzy głoszą, że podziały mogą w zasadzie zapobiec stratom pszczół - to oczywiście można między bajki włożyć.

2. Choć zeszłemu sezonowi nie można było nic zarzucić (kto miał silne pszczoły w zeszłym roku się obłowił, a niektórzy cieszyli się wybitnie dobrymi zbiorami), to patrząc na problem z punktu widzenia rozwoju pszczół, ten sezon zapowiada się lepiej. Mówię tu raczej o pogodzie i następstwie pożytków, bo przecież nie mogę przewidzieć, czy w tym roku nie będzie np. dotkliwej suszy (już się to zaczyna w wielu miejscach kraju), czy zimna, które wpłynie na słabe nektarowanie roślin. To kwestia przyszłości, a ja nie podejmuję się jej przewidywać. Piszę tu o czymś innym. W zeszłym roku nastąpiło ocieplenie w zimie, po którym wróciły ostre mrozy. Gdy jednak puściły, to w zasadzie zaczęło się lato. Pamiętam moje, związane z pogodą, obawy przed wyjazdem rowerem na konferencję w Neusiedl (http://pantruten.blogspot.com/2018/06/musimy-byc-bardziej-jak-pszczoy-relacja.htmlhttp://pantruten.blogspot.com/2018/07/musimy-byc-bardziej-jak-pszczoy-relacja.html). Było jednak słonecznie i ciepło - i tak już pozostało. Skutkiem tego uderzenia zimy pożytki wczesne były później, a w wyniku lata w kwietniu, późniejsze wystąpiły wcześniej - wszystko było na raz, równocześnie. Kto miał silne pszczoły ten zebrał rekordowe plony wiosną. Ale bodaj w połowie czerwca przekwitła lipa i zaczął się standardowy u mnie letni głód. Z racji przedłużenia ataku mroźnej zimy, moje pszczoły doszły do siły dopiero praktycznie na lipę. W tym roku rozwój pożytków zapowiada się (na razie) raczej w większym stopniu zgodny ze średnią wieloletnią, czyli raczej powinny one następować po sobie, a nie na raz. Czy realnie wystąpią i czy będą "bogate", to już kwestia przyszła.

3. Siła pszczół jest chyba lepsza niż zeszłoroczna, choć jest bardziej "rozstrzelona". Być może obecną siłę można by porównać do tamtej, pod tym warunkiem, że zabralibyśmy z mojej pasieki najsilniejsze obecnie rodziny. Ale i chyba więcej jest takich rodzin, które są wyraźnie słabsze. W zeszłym roku, z racji opóźnienia startu, ale przyspieszenia wystąpienia pożytków (patrz punkt 2 powyżej) moje pszczoły w ogóle nie miały rozwoju skorelowanego z wystąpieniem pożytków. Dominowały u mnie rodziny średnie i słabe. Były raptem nieliczne, które do rozsądnej siły doszły na lipę (w normalnym roku byłoby to mniej więcej na akację). W tym roku mniej więcej podobna liczba rodzin zapowiada dojście do względnej siły na rzepak (no, może na koniec rzepaku). Poza tym, nawet jeżeli niektóre z rodzin dziś są słabsze, mają szansę wzmocnić się do lipy, jeżeli ta wystąpi tym razem w normalnym terminie. Jeżeli pożytki wystąpią później, to i okres letniego głodu zapowiada się krótszy. Pod tym względem wygląda to więc lepiej.

Martwi natomiast to, że niektóre marcowe średniaki dość mocno osłabły, a kilka słabiaków niestety odpadło z wyścigu o szanse przetrwania. Te ostatnie zostały zastąpione w tym boju, przez rodziny, które w marcu zapowiadały może niewielką siłę na starcie, ale ładny rozwój. W marcu miały "bite" 3 uliczki, a czasem 4, a dziś są w uliczce czy dwóch. W planach miałem zapszczelenie kilku ze sztucznych barci, które zamierzamy w tym roku znów powiesić (http://pantruten.blogspot.com/search/label/sztuczna%20bar%C4%87). Niestety, na chwilę obecną wygląda to tak, że chyba może się to odbyć kosztem najsilniejszych rodzin, które dawały szansę na to, żebym mógł w tym roku zgarnąć trochę miodu i wreszcie przestać go kupować. Przez najbliższe dwa tygodnie będę się bił z myślami, czy wybrać "barcie", czy choć skromne zbiory miodu wiosennego (bo wczesnoletniego to pewnie nie przekreśla). Pewnie pójdę na kompromis i zapszczelę nie więcej niż dwie skrzynki (choć planowałem co najmniej 3 lub 4, a w skrytości ducha liczyłem na całą piątkę).

W liczbach całościowych chyba nie jest najgorzej - a przynajmniej (znów moja mantra) patrząc na to, w którym punkcie selekcji jestem i jaki mam teren. A jest on taki, który całkowicie nie współgra z "modelem ekspansji". Tu, żeby cieszyć się zacnymi zbiorami, trzeba iść z duchem pszczelarstwa komercyjnie słusznego - czyli zimować silne rodziny (lub wiosną łączyć) i mieć co najmniej 2 korpusy pszczół na czarno na 1 maja. Wtedy przez maj i czerwiec można się względnie "obłowić", a pszczoły rozwijają się na naturalnym pokarmie. Silna rodzina jakoś okres głodu przetrwa, a i potem może coś zbierze z nawłoci. U mnie zaś, w miesiącach wiosennych trwa rozwój średniaków, które po prostu takie są, bo takimi je tworzę sezon wcześniej w ramach "ekspansji". Słowem, dopóki nie ustabilizuję śmiertelności na niskim poziomie i będę mógł tworzyć silniejsze rodziny, nie mam najmniejszych szans na konkurowanie w zbiorach z pszczelarzami w otoczeniu.

Wydaje mi się, że nawet te pszczoły, które są dziś w solidnej uliczce, czy miernych dwóch, mają już pewne szanse przetrwania. Mój marcowy optymizm podyktowany był zeszłorocznym doświadczeniem ze słabiakami, które pięknie rozwijały się, nawet jeżeli w ulu była tylko garstka pszczół. Pozwalała im na to pogoda, która - odpowiednio - "miesiąc temu" (czyt. 13 miesięcy) była stabilna. Chyba już dziś mogę mniej więcej porównać słabiaki z przełomu marca i kwietnia 2018 roku z tymi, z końca kwietnia 2019. Czas pokaże.

Ponieważ strajk nauczycieli trwa, to ja zrobię tu małą klasyfikację przed egzaminem dojrzałości z kolejnego sezonu.

Pasieka R1 - dom.
Tu żyją 4 rodziny. W marcu 2 (w warszawiakach) były bardzo ładne i to się utrzymało. Rodziny dobrze się rozwijają, ale liczyłem na ciut więcej. Można je zobaczyć na filmie. Daję im solidną 4kę. Dwie pozostałe były średniakami w marcu. Jedna została słabym średniakiem, ale raczej idzie ku dobremu (dostateczny+), druga raczej osłabła (dostateczny-). Ale i ona powinna się z tego wygrzebać.



Pasieka R2 - działka w sadzie we wsi.
Stan marcowy zmniejszył się. Było 3, które oceniałem na silne, 1 średniak i dwa słabiaki. Dziś te 6 rodzin oceniłbym jako odpowiadające szkolnym ocenom.
Słabiak R2-SŁ1 - nie żyje, a więc otrzymuje ocenę niedostateczną;
Słabiak R2-SŁ2 - żyje, ale po pierwsze osłabł, po drugie stracił matkę (tak to wygląda), po trzecie być może wychował matkę z mikro-matecznika ratunkowego, po czwarte trudno powiedzieć czy ta matka ma szansę się unasiennić - i wcale nie dlatego, że nie ma trutni, bo są, tylko może być to prawdziwie złej jakości matka ratunkowa - o ile jest. Podałem rodzince ramkę z garstką czerwiu na wygryzieniu i garstką jajek - nie po to, żeby ratować bezmatka, ale raczej sprawdzić czy bezmatkiem jest, a jeżeli matka jednak się wychowała i unasienni, to ciut zwiększyć jej szansę przetrwania. Ocena mierna (na wyrost, ale jednak wciąż żyje).
Średniak marcowy - dalej siłą nie grzeszy, ale czerwiu ma na 4 ramkach. Ocena dostateczna.
Dalej idzie jedna z rodzin z oceną dobrą, kolejna z moją już przeselekcjonowaną genetyką z oceną bardzo dobrą. Ocenę celującą w zakresie rozwoju (przynajmniej porównując rodziny z mojej pasieki) otrzymuje "victoria" (córka oryginalnej Łysoniowej, z rodziny podarowanej mi w zeszłym roku przez kolegę). Pszczoła ta rozwija się pięknie, wspaniale buduje. Problem w tym, że to jej dopiero drugi sezon, a więc kryzysy w niej jeszcze się nie pojawiły i tak naprawdę nie sposób gdybać, czy ma jakiekolwiek zdolności do poradzenia sobie z nimi. Z różnych statystyk i doświadczeń domniemywać raczej trzeba, że nie ma, a więc tylko czekać aż tam zacznie się coś niedobrego dziać. Wtedy nie omieszkam oceny obniżyć.

Pasieka K - "główna"
Nie byłem tam bodaj 2 tygodnie. 1 rodzina w rozwoju na dobry+, 1 słaba, ale stabilna (dadant Łukaszowy) - coś pomiędzy dostateczny, a dostateczny-, i jedna bardzo słaba na mierny+(przynajmniej wtedy)

Pasieka B - działka kolegi
Tam też straciła się jedna rodzina od marca - słabiak B2-SŁ3 (niedostateczny). Rodzina B2-StM (stara matka - matka słabiaka SŁ3) za to pięknie się rozwija i należy do czołówki pasiecznej. "Linia" B2 wywodziła się z zeszłorocznego dwuliczkowego słabiaka. Dziś, jak wspomniałem, należy do ścisłej pasiecznej czołówki. "Linia" B1 natomiast z tamtej pasieki, która w zeszłym roku do takiej pasiecznej czołówki należała, kończy się. Z 5 rodzin z czerwca zeszłego roku (odkład ze starą matką + 4 nowe odkłady) została uliczka pszczół  w jednym ulu. Sytuacja więc odwróciła się. Czy znów odwróci się w przyszłym roku?
Oprócz tych 2 rodzin żyje tam stara matka "victoria" - słabiak i jedna przywieziona rodzina - "słabiak".
Na tej pasiece mam więc jedną rodzinę z rozwojem bardzo dobrym i 3 z ocenami od miernego do dostatecznego-.

Pasieka L - las
Na tej pasiece jedna rodzina - fortowa L1 ma rozwój na bardzo dobry, rodzina fortowa B5 na dobry. Rodzina fortowa BL ma duże kłopoty. Zmniejszyła się i chyba straciła matkę. Ma 2 uliczki pszczół, pszczoły zaniepokojone, trochę "dziwnego" czerwiu. Do rodziny podałem ramkę z jajkami i czerwiem z B5 (mierny).
Rodziny poza fortem to córka przedwojennej - rozwój na dobry i rodzina z córką pszczoły L1 - podobny. Rodziny w lesie - zakładam, że z powodu swoistego mikroklimatu - mają chyba lekko opóźniony rozwój, choć 4 z 5 raczej nic nie dolega.

Pasieka T - nowosądeckie
Sprawdziłem je bodaj z początkiem kwietnia - od tego czasu nic nie wiem o ewentualnych zmianach sytuacji. 1 rodzina w dobrym rozwoju (dobry+/bardzo dobry-), jedna średnia (dobry-) i jedna słabsza (dostateczny-).

Żyje więc 24 na 48 zimowanych rodzin (50%), ale ich stan jest bardzo różny: od 1 uliczki i prawdopodobnego braku matki do bardzo fajnego i dynamicznego rozwoju.

Oczywiście oceny, które wystawiłem pszczołom, są po pierwsze subiektywne, a po drugie tyczą się tego specyficznego momentu, w którym je odwiedziłem. Jeżeli przyrównamy to do ocen z marca, to jednak zauważyć można, że oceny rodzin pogorszyły się. Wówczas oceniałem około 12 na bardzo ładne, 10 na średnie i 4 na słabiaki na granicy przetrwania. Dziś widać, że celująco rozwija się tylko genetyka komercyjna (1 rodzina victoria). Rodzin w rozwoju, który oceniam na bardzo dobry i dobry jest 11, ale jednak widzę rozwój połowy z nich gorzej niż oceniałem perspektywy w marcu. Rodziny z oceną "dobry" raczej nie nadają się do wczesnych podziałów, czy wykonania pakietów do sztucznych barci. Jak wszystko pójdzie w miarę w porządku, te rodziny rozwiną się w maju mniej więcej na koniec akacji. A to zawęża pole wczesnych działań wiosennych. Straciłem też 2 słabiaki, w przypadku 2 kolejnych rodzin wystąpiły problemy z matkami więc wątpliwym jest czy uda się je wyprowadzić. Szeregi "jedno i dwu-uliczników" "zasiliły" natomiast kolejne rodziny.

W zeszłym roku rodziny były w "równiejszej" sile, ale raczej ta stabilizacja biegła w dół. Za to każda - nawet taka z 2 uliczek - rozwijała się pięknie. Życzyłbym sobie takiego samego rozwoju i w tym roku. Zależy on jednak od wielu czynników. Na większości terenu Polski trwa bezprecedensowa o tej porze roku susza. Choć ja pamiętam, że i w zeszłym roku w kwietniu praktycznie nie padało. Jestem jednak dobrej myśli - jak co roku.

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Ecocide, czyli "Sory, taki mamy klimat"

Dziś na stronie "Bractwa Pszczelego" ukazał się mój artykuł, inspirowany smutnym wydarzeniem - śmiercią prawniczki i eko-aktywistki, Polly Higgins. Jest ona autorką koncepcji "ecocide" czyli zbrodni ekologicznej. Polly poświęciła wiele lat życia, żeby "ecocide" stało się przestępstwem w systemach prawa karnego krajów na całym świecie. Dziś kto inny musi przejąć jej rolę.

Zapraszam do lektury.


Jeżeli dobrze zrozumiałem Facebookowe doniesienia z 21 kwietnia br., to właśnie wtedy zmarła Polly Higgins. Zmarła na raka, którego stwierdzono u niej zaledwie miesiąc wcześniej.

Nie poznałem jej osobiście, ale, podobnie jak inni uczestnicy Konferencji "Learning From The Bees" w Doorn, miałem okazję wysłuchać jej przemówienia za pośrednictwem łącza internetowego. Było to w czasie sobotniego wieczoru 1 września 2018 roku, poświęconego ochronie nie tyle pszczół, co całej naszej planety. Wcześniej o tej osobie nie słyszałem. Polly jest, a może raczej powinienem napisać "była", znana w "światku" eko-aktywistów. Rzecz jasna, jak większość z takich działaczy, dla jednych będzie oświeconym wzorem, a dla innych wariatką, która głośno krzyczy "wilk" i niepotrzebnie mąci, choć tak naprawdę nic strasznego się nie dzieje. Dziś, nawet wśród pszczelarzy, którzy uważają się za ludzi ściśle związanych z naturą, panuje w większości przekonanie, że wszystko jest w porządku. A nawet jeśli nie do końca, to przecież z przemysłem i intensywnym rolnictwem nie wygramy, więc trzeba się dostosować. Gdy rolnik wyjeżdża na oprysk w ciągu dnia (a takich jest coraz więcej), to raczej trzeba uznać to za normę, którą się to zresztą staje, może czasem coś głośniej powiedzieć, ale generalnie przyjąć trzeba, że "sory, taki mamy klimat" i przyjąć jego działania z dobrodziejstwem inwentarza. Z przemysłem nie wygramy. W tym przemysłem rolniczym (o ile można tak powiedzieć) i chemicznym. To jedna z tych działalności biznesowych, która kręci tym światem. Dzięki temu, że rolnik opryskuje zboża 9 - 10 razy w ciągu sezonu, mamy przecież co jeść, a nie znając jego ciężkiej pracy i trudnej sytuacji, nie powinniśmy nawet próbować go krytykować.

Na Konferencji w Doorn wybuchła mała aferka. Jeden z prelegentów miał na prezentacji "doklejony" wiele mówiący znaczek "Bayer'a", świadczący o tym, że badania, które przedstawiał, finansowane były przez tą korporację. Rzecz jasna podniosły się głosy krytyki z sali, że nie powinno się finansować badań ekologicznych z pieniędzy "trucicieli". A ci przecież robią na prawo i lewo marketingowe akcje rozdając ochłapy i kupując sobie za nie dobry PR. Kto się nie wgłębi w temat, ten uznaje kierujących działalnością koncernów, za ludzi myślących pro-ekologicznie, generalnie tylko zaspokajających przecież popyt i potrzeby zwykłych ludzi, którzy borykają się z trudną codzienną rzeczywistością. A przecież i nasionka rozdają i czasem jakiś milion przeznaczą na badania o pszczółkach. Tyle że przemysł wart jest miliardy, miliardy dolarów. Podnoszone są też głosy, że "chemia" i tak będzie, więc jeżeli dają nasionka czy inne grosze, to trzeba je brać, bo przecież mogliby nie dać, a skoro nikt nie weźmie, to nie dadzą w przyszłości i nie będzie nawet tego. No cóż, każdy robi co uważa. Nikt z nas święty nie jest i każdy zużywa zasoby. Można próbować zużywać ich mniej, albo nie myśleć o tym wcale, uznając jednostkowy efekt zmian za pomijalny w skali planety. Każdy wybór jaki podejmiemy obciąża planetę. Jeśli chcemy mieć coś z "ekologicznego drewna", zamiast wspierać produkcję plastiku, doprowadzamy do wycinki lasów. Jeśli chcemy się napić kawy, kakao czy zjeść niewinną nutellę, bo przecież mamy do tego prawo, to też doprowadzamy do ogromnych wycinek lasów tropikalnych i zaniku miejscowych gatunków - z tymi wyjątkowo pięknymi, które podziwiamy, lub tymi inteligentnymi, które dzielą z nami grubo ponad 90% genów włącznie. I tak dalej. Więc skoro to wszystko i tak się to dzieje, a ludzi przybywa, pytanie czy da się coś w ogóle z tym zrobić, a kolejne pytanie czy warto przy tym zgrywać "wariata" i krzyczeć "wilk", gdzie go nie ma, a nawet jeśli jest, to trudno z nim wygrać. Sami nie wygramy z przemysłem wartym miliardy. Przecież, powtórzę się: "Sory, taki mamy klimat".

Wideokonferencja z udziałem Polly Higgins - Doorn, 1 września 2018

Na Konferencji w Doorn obecni byli ludzie z kilkudziesięciu krajów. W niektórych z nich tzw. "leczenie" pszczół jest nakazane prawem i zapewne jest to też obwarowane jakąś sankcją. Oczywiście też brak leczenia przez wielu postrzegane jest jako eko-barbarzyństwo, znęcanie się nad zwierzętami, a do tego głupie, nieopłacalne, szkodliwe dla innych, a według niektórych wręcz szkodliwe środowiskowo: bo umierają zapylacze, a dodatkowo umierając roznoszą patogeny na inne, dziko żyjące gatunki (patrz choćby tu: „O Narodowej Strategii Ochrony Owadów Zapylających Greenpeace krytycznych słów kilka”).
Ludzie z tych krajów pytali, co mają robić, w sytuacji w której ich państwo nakazuje im używania substancji toksycznych czy biobójczych, a gdy oni są bardziej niż przekonani, że jest to po prostu szkodliwe. Natural Beekeeping Trust przyjął postawę mówiącą: "My jako organizacja nie możemy nikogo namawiać do łamania prawa. Pszczelarzu, musisz więc radzić sobie w ramach tego prawa, które obowiązuje w twoim kraju. My po prostu pokażemy ci co uważamy za dobre dla pszczół, a sam musisz znaleźć prywatne rozwiązanie dla siebie. Ale ogólnie ci współczujemy i uważamy, że twoje państwo powinno zmienić to prawo - możesz się na nas powoływać i czerpać z naszego dorobku, jeżeli chcesz coś zmienić". Ta postawa jest pewnie, na swój sposób dobra. Jeżeli prawo jest złe, należy go zmienić, a nie łamać. Ale problem powstaje, gdy większość stanowiąca prawo, albo myśli inaczej (nie znaczy że ma rację), albo myśli w perspektywie krótkoterminowej - bo taka się bardziej opłaca, albo (co też wysoce prawdopodobne) nie myśli w ogóle. Czasem dopiero pewne skrajne (łamiące prawo?) działania otwierają niektórym oczy lub zachęcają innych do podjęcia działań i szukania alternatywnych rozwiązań. A oczywiście innych - tych bardziej "umiarkowanych" - takie działania mogą zniechęcać, czy odstręczać. My, w naszym środowisku, znamy to przecież z autopsji, gdy mówimy, że pszczół nie należy „leczyć”. Już tylko to potrafi wywołać skrajne emocje, a czasem ogromną agresję.

 Polly Higgins była prawniczką - adwokatem. W pewnym okresie swojej kariery uznała, że poświęci się ochronie środowiska, starając się zrobić wszystko, aby planeta dostała "prawa", na kształt praw przysługujących ludziom. Opracowała koncepcję "ecocide", na kształt "genocide" (ludobójstwa). "Ecocide" jest więc masowym "zabijaniem" ekosystemów. To niewątpliwie się dzieje. Dyskusyjne jest to czy:
- mamy nieograniczone prawo korzystania z zasobów planety – obrońcy tej tezy twierdzą, że w końcu inne zwierzęta nie znają ograniczeń odgórnych - mają co najwyżej "słabsze" narzędzia niż my, gdyby miały większe możliwości robiłyby to samo;
- mamy prawo krzywo patrzeć na biedne społeczeństwa, gdy szukają dochodów i lepszego życia, podczas gdy my już swoje dzikie i naturalne ekosystemy doprowadziliśmy do degradacji;
- powinniśmy uznać, że "sory, taki mamy klimat" i po prostu pogodzić się z tym, że to wszystko się dzieje i po prostu jakoś to będzie;
- …. i tym podobne.
Ale dyskusyjne nie jest (przynajmniej w moim mniemaniu), że środowisko się zmienia za naszym udziałem, że na planecie jest coraz mniej dzikich i naturalnych ekosystemów, że te ekosystemy ubożeją, a wszystko pokrywa warstwa plastiku i smogu.

Polly Higgins stwierdziła, że poświęci sporą część życia na przekonywanie do tworzenia prawa chroniącego planetę. Mówiła, że prawo musi zacząć być tworzone w oparciu o inne priorytety. Dziś, jak podaje, prawo korporacyjne stanowi, że każde przedsiębiorstwo musi być zarządzane w taki sposób, aby najistotniejszy był zysk - zarządzający przedsiębiorstwem są to "winni" akcjonariuszom. A to oczywiście wspiera też prawnie naszą ludzką naturę. Polly twierdziła, że powinniśmy siebie zacząć postrzegać jako powierników tego, co otrzymaliśmy i winniśmy kolejnym pokoleniom "duty of care" - "obowiązek troski". Po to, aby oni otrzymali od nas planetę w stanie niepogorszonym. Pomijam tu filozoficzne dysputy, co znaczy "niepogorszone", co znaczy "lepsze", a co "gorsze" i co znaczy "troska" i tak dalej, i tak dalej. Przecież żyje nam się lepiej, dłużej, a jeżeli nawet nie "zdrowiej", to na choroby mamy swoje sposoby, a tym samym jesteśmy w stanie je "zaleczyć" do stopnia, w którym nie są dla nas uciążliwe (tak samo u pszczół). A poza tym, po co tyle krzyku, skoro choćby badania pokazują, że ci, którzy odżywiają się żywnością ekologiczną i ci którzy spożywają to co przemysłowo przetworzone, mają takie same wyniki morfologiczne i cierpią na te same schorzenia. Zostawię to filozofom (a i fizjologom, lekarzom i innym badaczom), a sam za naszą spuściznę przyjmę wyspę śmieci na Pacyfiku.

 Polly stwierdziła, że narody powinny przyjąć wspólną odpowiedzialność za kataklizmy ekologiczne - również te wywoływane przez siły natury, a wzmacniane (lub powodowane) przez choćby zmiany klimatyczne, których jesteśmy udziałem (wiem, to też dyskusyjne). Na ile zrozumiałem jej myśl, państwa, zamiast chmurnie patrzeć i grozić palcem tym, którzy wycinają lasy tropikalne (choćby), żeby się "dorobić", powinny wspierać je materialnie i technologicznie, żeby one tej wycinki nie musiały robić. Wydaje mi się więc, że mogła mieć myśl na miarę "planetarnego Fortu Knox" (http://bees-fortknox.pl/). Podpisując się pod tą ideą, pesymistycznie dodam, że, aby stracić nadzieję na lepsze jutro w idealistycznej wizji Polly, chyba wystarczy popatrzeć na nasz kraj, który został już ponoć zaliczony do wysoko rozwiniętych, a wciąż nie uporał się ze smogiem i spalaniem mułu węglowego (o śmieciach nie wspomnę). Jeżeli więc nie radzimy sobie z rozwiązywaniem własnych problemów środowiskowych, to ciężko żebyśmy na swój grzbiet wzięli te, które uznajemy za "cudze". Różnica jest (chyba) taka, że Polly nie uznawała tych problemów za "cudze", ale za jej własne. I chyba tak powinniśmy to postrzegać.

Na Konferencji w Doorn, odpowiedź Natural Beekeeping Trust nie do końca zadowalała tych, którym państwo nakazuje stosowanie toksyn czy substancji biobójczych w ulach. Tak to już jest w naszej naturze, że będziemy drążyć i pytać różnych osób o nasze problemy tak długo, jak nie usłyszymy satysfakcjonującej odpowiedzi. Chyba każdy z nas jest „winny” tego „grzechu”. Gdy w czasie sobotniego wieczoru odbywała się wideokonferencja z udziałem Polly, pytanie o ten problem po prostu musiało znowu paść. Adwokat Polly Higgins bez chwili wahania powiedziała: "łamcie prawo". Oczywiście została nagrodzona gromkimi brawami, na sali podniósł się harmider i chwilę trwało zanim opadły emocje. Żeby jednak nie było tak różowo, stwierdziła też "wówczas musicie się liczyć z konsekwencjami - jeżeli w coś wierzycie i jesteście gotowi je ponieść, róbcie tak jak podpowiada wam rozum i serce". To mniej więcej wynika z koncepcji tzw. "nieposłuszeństwa obywatelskiego". A więc nie mówimy tu o demolowaniu przystanków i ukrywaniu twarzy. Mówimy o stanięciu twarzą w twarz z konsekwencjami naszych czynów i wyborów w sytuacjach, gdy uznajemy prawo za "złe" czy "niewłaściwe". Temat jest kontrowersyjny, a dylemat trudny i każdy musi go rozważyć sam, zanim podejmie swoje decyzje. Być może czasem tylko tak można zwrócić uwagę na jakiś problem. Przykładów ludzi, którzy świadomie i z podniesionym czołem łamali prawo, walcząc o - w ich mniemaniu - wyższe racje, było w historii i znanej nam teraźniejszości wielu. Niektórzy pewnie za swoje przekonania oddali głowy na szafot. Czy to coś zmieniło w historii? Wydaje mi się, że w wielu przypadkach tak.

Chętnych (znających angielski) zapraszam do obejrzenia wystąpienia Polly na spotkaniu TEDx i odwiedzenia profilu na Facebooku "Stop Ecocide: Change the Law".


Na stronie Konferencji "Learning From the Bees" możesz też zobaczyć wystąpienie Polly - https://www.learningfromthebees.org/reflections

piątek, 12 kwietnia 2019

O zaleszczotku książkowym i nie tylko, czyli w poszukiwaniu naturalnego wroga dręcza pszczelego - część 1

W kwietniowym numerze miesięcznika "Pszczelarstwo" ukazała się pierwsza część mojej kolejnej pszczelarskiej publikacji. Tym razem będzie o badaniach niemieckiego naukowca Torbena Schiffera, którego poznałem w czasie konferencji w Austrii (tu relacja - część 1 i część 2). O niektórych z aspektów poruszanych w niniejszym tekście wspominałem już w relacjach z obu Konferencji. I tu i tu wykłady Torbena Schiffera cieszyły się najwyższym zainteresowaniem i chyba nie skłamię, gdy napiszę, że był on gwiazdą obu wydarzeń (nawet pomimo obecności takich osób jak prof. Thomas Seeley w Holandii), a zwłaszcza tego, które odbyło się Austrii.

Tekst dostępny będzie też na stronie Bractwa Pszczelego, na którą serdecznie zapraszam.

Zapraszam do lektury!


O zaleszczotku książkowym i nie tylko, czyli w poszukiwaniu naturalnego wroga dręcza pszczelego - część 1


W artykule przybliżę badania młodego niemieckiego naukowca i nauczyciela biologii Torbena Schiffera, współpracującego z prof. Jürgenem Tautzem z Uniwersytetu w Würzburgu. W środowisku pszczelarskim od zawsze toczą się dyskusje na temat różnych rozwiązań i konstrukcji pszczelego siedliska. Tak naprawdę nie chodzi tu ani o kształt czy wymiary ramki, ani o przekrój czy wysokość korpusów, a przede wszystkim o podtrzymywania istnienia w ulach skomplikowanego ekosystemu kształtującego środowisko pszczoły miodnej. Jeżeli wnioski Schiffera są słuszne, powszechne wyobrażenie o tym, jaki ul jest dla pszczół najlepszy, pozostawia wiele do życzenia. Ale po kolei.
Zaleszczotek książkowy polujący na dręcza pszczelego
Torben Schiffer wywodzi się z pszczelarskiej rodziny, ale miłością do pszczół „zaraził się” dopiero w czasie studiów biologicznych na Uniwersytecie w Hamburgu. W tym czasie zaczął się uczyć pszczelarstwa od swojego dziadka. Na początku, podobnie jak znacząca większość pszczelarzy, praktykował w ulach z tworzyw sztucznych, a do leczenia pszczół używał kwasu mrówkowego. Wraz ze zgłębianiem wiedzy zarówno pszczelarskiej, jak i „ogólnobiologicznej”, dostrzegł złożoność organizmów żywych i całych ekosystemów. Zrozumiał też znaczenie selekcji naturalnej, jak i zależności wewnątrz- i międzygatunkowych dla zdrowia wszystkich zwierząt. A wiedza ta jest znana już od kilkuset lat, choć dziś często wydaje się zapomniana. Jeszcze przed sformułowaniem „teorii ewolucji” przez Karola Darwina inny wielki podróżnik i twórca nowoczesnej geografii, jeden z najznamienitszych przyrodników w historii Alexander von Humboldt (1769-1859r.) zrewolucjonizował sposób postrzegania świata naturalnego. Humboldt stworzył koncepcję przyrody jako nierozerwalnej sieci życia, w której wszystkie organizmy są ze sobą powiązane w łańcuchy zależności. Podkreślał jednak, że taka sieć może być też podatna na zniszczenie poprzez wyeliminowanie „nici”, które ją tworzą. Podobnie, łańcuch rozpadnie się, gdy osłabimy czy usuniemy z niego jedno z ogniw. W takich bowiem sytuacjach powiązane ze sobą organizmy tracą źródła pokarmu albo zmienia się ich środowisko, które przestaje być zdolne do podtrzymywania ich istnienia. Im bardziej złożona jest sieć powiązań, tym bardziej jest stabilna i odporna na zmiany, bowiem różne organizmy mogą się w niej wzajemnie zastępować i uzupełniać. Pszczoła miodna również funkcjonuje, a może raczej funkcjonowała w takim złożonym ekosystemie. Im bardziej oddalamy ją od środowiska, w jakim ewoluowała, tym bardziej staje się podatna na zagrożenia.
Zaburzając proces selekcji naturalnej, sprowadzając do pasiek nieprzystosowane lokalnie pszczoły i trzymając je w jałowych ulach, wykorzystując metody nowoczesnego intensywnego pszczelarstwa, czy wreszcie zatruwając środowisko życia pszczół tzw. „lekami” i produktami ich rozpadu, przez ostatnie kilkadziesiąt lat znacząco zmniejszyliśmy tolerancję pszczół na negatywne czynniki zewnętrze. Nie możemy też zapomnieć o coraz mniej przyjaznym środowisku zewnętrznym – zubożałym, pełnym monokultur i zatrutym pestycydami i innymi toksynami. To wszystko przejawia się choćby w zmniejszonej tolerancji pszczół na samego dręcza pszczelego (Varroa destructor). Gdy warroza pojawiła się w Europie, według danych przekazywanych przez naukowców (w Polsce zagadnienie to poruszali choćby dr hab. Paweł Chorbiński oraz dr Maciej Howis), rodzina pszczela była w stanie żyć co najmniej trzy pełne lata od zarażenia i umierała przy porażeniu na poziomie kilku tysięcy osobników. Zapewne średnia porażenia, przy której umierały pszczoły wynosiła od czterech do sześciu tysięcy roztoczy, ale zdaniem niektórych mogła ona wynosić nawet około dziesięciu tysięcy! Obecnie pszczoły rzadko są w stanie przetrwać drugą zimę od ostatniego leczenia, a wiele z nich umiera już po pierwszym sezonie i przy znacząco mniejszej liczbie roztoczy. Przez te kilkadziesiąt lat skróciliśmy więc średnią długość życia pszczół o połowę, jeżeli pozbawimy je „należytej opieki”.
Zaleszczotek książkowy i samice roztoczy
Wielu pszczelarzy uważa, że śmierć rodziny pszczelej może wywołać już kilkaset roztoczy w ulu. Profesor Jürgen Tautz stwierdził już w 2008 roku, że rodzinę pszczelą może zabić jedna dziesiąta tej liczby roztoczy, co przed dekadą. Profesor Thomas Seeley zjawisko to tłumaczy znaczącym zwiększeniem zjadliwości wirusów przenoszonych przez dręcza pszczelego, które z kolei wywołane zostało przez kilkudziesięcioletnie stosowanie w pasiekach środków toksycznych i biobójczych. Niewątpliwie zwiększenie zjadliwości patogenów ma miejsce. Wydaje się jednak, że problem jest o wiele bardziej złożony i wynika z sytuacji, w jakiej obecnie znalazły się pszczoły. Niezależnie od sporej gamy dostępnych dziś środków roztoczobójczych (oficjalnie lub „spod lady”), problemy z warrozą oraz innymi chorobami pszczół systematycznie narastają.
Torben Schiffer postanowił poszukać alternatywy dla kierunków, jakie środowisko pszczelarskie obrało kilkadziesiąt lat temu, z chwilą inwazji dręcza. Postanowił skupić się na badaniu organizmów występujących w ulach, licząc na to, że w czasie tych studiów uda mu się znaleźć naturalnego wroga dręcza pszczelego. Przeglądając zasoby biblioteki uniwersytetu w Hamburgu, natrafił na dawne zapiski dotyczące związku symbiotycznego pomiędzy pszczołą miodną i zaleszczotkiem książkowym (Cherlifer cancroides). Większość osób, z którymi rozmawiał na ten temat albo nigdy nie słyszała o tym pajęczaku, albo twierdziła, że jest on niezmiernie rzadki i bliski wyginięcia, co w zasadzie pozbawiało dalsze badania jakiegokolwiek praktycznego znaczenia. Ci, którzy słyszeli o zdolnościach pajęczaków do ograniczania populacji różnych pasożytów pszczoły miodnej powątpiewali w zdolność zaleszczotków do polowań na dręcza pszczelego. Schiffer postanowił jednak zgłębić to zagadnienie i tak powstał projekt, który uważam za jeden z bardziej interesujących, z jakimi zapoznałem się w ostatnim czasie. Interesujący jest nie tylko zaleszczotek, ale i badania dotyczące ula jako przyjaznego siedliska bardzo różnorodnych organizmów współistniejących z pszczołą miodną.
Przybliżając wiedzę zawartą w dalszej części artykułu, posiłkuję się książką Torbena Schiffera, pt. „Guide to species appropriate beekeeping with pseudoscorpions” [Poradnik pszczelarstwa zgodnego z potrzebami gatunku z wykorzystaniem zaleszczotków], jak również wiedzą zdobytą w czasie jego wykładów, których wysłuchałem na międzynarodowych konferencjach pszczelarskich w Neusiedl am See w Austrii oraz Doorn w Holandii (o których jest w poprzednich moich tekstach). Nie zamierzam drążyć aspektów biologii zaleszczotków książkowych, gdyż nie czuję się wystarczająco kompetentny – skupię się jedynie na tym, co może być istotne z punktu widzenia niniejszego opracowania. Zainteresowanych odsyłam do wspomnianej powyżej książki Schiffera, na jego stronę internetową: https://beenature-project.com/ (dostępne w języku angielskim i niemieckim), bądź do naszych rodzimych opracowań dotyczących tych pajęczaków.

Zaleszczotek książkowy

Zaleszczotek książkowy, podobnie jak dręcz pszczeli, należy do gromady pajęczaków. Systematyka obu gatunków „rozchodzi się” na poziomie rzędów. Nazwa zaleszczotków zarówno w języku łacińskim (pseudoscorpiones), jak i angielskim (pseudoscorpions) nawiązuje do wyglądu innego rzędu pajęczaków – skorpionów. Obie te grupy posiadają bowiem charakterystycznie ukształtowane nogogłaszczki zakończone szczypcami. W przeciwieństwie do skorpionów, „pseudoskorpiony” nie posiadają odwłoka zakończonego kolcem jadowym.
Wypreparowane do zdjęcia gniazdo zaleszczotka książkowego

Samica zaleszczotka książkowego z jajami
Zaleszczotki występują głównie w strefie tropikalnej i subtropikalnej. W Europie żyje kilkaset z około trzech tysięcy gatunków tych pajęczaków, a szacuje się, że w naszej strefie geograficznej i klimatycznej występuje ich od kilkudziesięciu do około stu. Poszczególne gatunki zaleszczotków upodobały sobie różnorodne środowiska. Niektóre z nich żyją w warunkach dużej wilgotności, inne natomiast preferują środowisko suche. Kształt zaleszczotków wskazuje, że są one mieszkańcami wąskich przestrzeni, bytują pod kamieniami, korą drzew i w różnych szczelinach. Niektóre z tych pajęczaków są również w otoczeniu człowieka. Zaleszczotki są drapieżnikami polującymi przede wszystkim na roztocza lub małe owady. Z racji niewielkich rozmiarów (kilka milimetrów) trudne jest rozpoznanie gołym okiem szczegółów ich budowy i wizualnego podobieństwa gatunków. Z tego powodu są one ze sobą mylone. Jeżeli zobaczymy w ulu małe stworzonko podobne z wyglądu do skorpiona, nie oznacza to, że w naszym ulu zagościł zaleszczotek książkowy, choć może być to wysoce prawdopodobne. Może to być bowiem jakiś inny jego „kuzyn”. Możemy więc gościć w ulu podobnego do skorpiona pajęczaka, który w żaden sposób nie będzie wpływał na populację roztoczy.
Zaleszczotek książkowy występuje w środowisku suchym i ciepłym. Można go spotkać w bibliotekach czy innych księgozbiorach, gdzie żywi się roztoczami zjadającymi papier (celulozę), stąd też jego nazwa. Oczywiście zamieszkuje też ule. Zaleszczotki książkowe ewoluowały w cieplejszych strefach klimatycznych. Chociaż są u nas dość powszechne, to jednak nie są w stanie przetrwać okresu zimowego w naturze. Pod tym względem zależą od człowieka, a raczej od różnych ludzkich budowli. Zimują najczęściej w naszych domach, w różnego rodzaju księgozbiorach oraz w stodołach czy stajniach.
Należy przy tym zaznaczyć, że nie wszystkie gatunki rzędu „pseudoskorpionów” są organizmami symbiotycznymi i przyjaznymi dla pszczół miodnych. Niektóre z nich są komensalne, a więc ich obecność jest dla pszczół całkowicie neutralna. Trzeba jednak pamiętać, że wówczas wchodzą w skomplikowaną sieć powiązań, co już samo w sobie jest pozytywne. Niektóre gatunki zaleszczotków mogą być nawet potencjalnie dla pszczół szkodliwe, na przykład mogą żerować na larwach pszczelich, ale te najczęściej są w ulach bardzo rzadkie i nie stanowią realnego zagrożenia. Zaleszczotek książkowy ponoć nigdy nie żywi się larwami pszczół, a tym bardziej dorosłymi pszczołami, nawet przy skrajnym wygłodzeniu. Zdecyduje się wtedy raczej na kanibalizm, a jeżeli nie znajdzie obok innego osobnika własnego gatunku, to czeka go śmierć głodowa. Być może pojawienie się takiego zachowania pajęczaków pozwoliło pszczołom na drodze ewolucji wykształcić całkowitą tolerancję na ich obecność we własnym siedlisku. W innym przypadku pszczoły mogłyby zwalczać „pseudoskorpiony” jako potencjalne zagrożenie. Takie przystosowanie najwyraźniej opłacało się więc zaleszczotkom książkowym, gdyż dla gatunku długofalowo korzystniej było pozwolić okresowo na śmierć głodową niektórych osobników, bo dzięki temu mógł zachować dogodne siedliska w pszczelich domach.
Zaleszczotki książkowe jako organizmy symbiotyczne dla pszczół, były opisywane jeszcze w końcu XIX wieku. Stwierdzono wtedy, że te pożyteczne pajęczaki polują na wszolinki pszczele (Braula coleca) i inne roztocza i owady, a dzięki temu mogą być bardzo pożyteczne w ulu. Pisał o nich między innymi Alois Alfonsus już w 1891 roku.
Zaleszczotki posiadają bardzo sprawne szczypce, na których znajdują się gruczoły jadowe. Szczypce są też czułym instrumentem pozwalającym orientować się im w przestrzeni, poruszać się w ulu i wykrywać potencjalne ofiary. Zaleszczotki czają się na zdobycz, a gdy ta znajdzie się w pobliżu, atakują błyskawicznie, chwytając ją w mocne szczypce. Po wstrzyknięciu jadu utrzymują ofiarę w odpowiedniej, bezpiecznej odległości, dopóki nie nastąpi jej śmierć. Dzięki temu te pięcio-, sześciomilimetrowe „pseudoskorpiony” mogą upolować ofiarę znacząco większą i silniejszą od siebie. Zauważono też, że mogą zabić nawet kilkukrotnie większe od siebie larwy barciaka. Zdobycz zabierają najczęściej w ustronne miejsce i tam ją wysysają.


Opublikowane zdjęcia są autorstwa Torbena Schiffera

część 2
część 3

wtorek, 2 kwietnia 2019

Podsumowanie zimy czyli ruszamy w nowy sezon 2019

Zaczął się kwiecień. Najwyższa więc pora na podsumowanie zimy. Absolutnie nie oznacza to, że wszystkie pszczoły już na pewno przetrwają trudny okres początku wiosny - mogą przecież umrzeć w zasadzie zawsze - dziś, jutro czy za tydzień. A nawet jak nie będą straszne im choroby, to jakaś mądra głowa wyjedzie na oprysk i wyjdzie na to samo. To dzisiejsze podsumowanie i tak nie będzie do końca wiarygodne czy aktualne, bo kilka rodzin odwiedziłem z początkiem marca i od tego czasu tak naprawdę nie wiem co się u nich dzieje. Ale wydaje mi się, że nigdy takie nie będą, bo na takich pasiekach, jak moja, stan zmienia się cały czas. Zaraz zacznie się okres namnażania rodzin i wtedy to już całkiem zgubię się w numerach i liczbach.

Zima (a i ta część przedwiośnia, która już za nami) minęła mi o wiele pozytywniej niż zakładałem, oczekiwałem i obawiałem się. Nie oznacza to, że nie liczyłem na lepszą. Zawsze liczę przecież na co najmniej 100% przeżywalność - ale to na co liczę ma się nijak do rzeczywistości. Oczekiwałem więc dużych strat, a choć małe nie były, to jednak wiosna przywitała mnie pszczołami na każdym pasieczysku, a na niektórych z nich w całkiem niezłych liczbach i kondycji. Choć takie właśnie liczby dla większości pszczelarzy oznaczałyby pogrom czy klęskę, dla mnie oznaczają kolejną zimę, w czasie której pszczoły przechodzą przez wąskie gardło ewolucyjne i na pasiece zostaje "coś", co pozwala na kolejne namnożenie, a kto wie, wreszcie może na... ten... no... jakmutam... miód! Oczywiście, jak zawsze, na ten osławiony miód liczę, a pewnie, jak zawsze, wyjdzie coś w sezonie, co znów każe mi wybrać podziały lub pożytki i wybiorę te pierwsze.

Po blisko półrocznej przerwie od zaglądania do uli, 7 marca przejechałem się przez kilka z moich miejsc. Zastałem tam stan, jaki w części można było zobaczyć na filmie, który wrzuciłem na mój Youtube'owy kanał.
Więc choć liczby mogły się do tego czasu lekko zmienić (oczywiście na mniejsze, bo cudownego rozmnożenia się nie spodziewam), to sytuacja, według mojej ostatniej wiedzy, wygląda następująco:

dom - 4/6
Pod domem żyją 4 rodziny z 6 (tu na pewno tak jest). Osypała się moja wrześniowa rójka (od czasu kiedy ostatni raz o tym informowałem niestety nie odżyła) i inna rójka w kłodzie (podobnież). Przeżyły 2 bardzo ładne rodziny na ramce warszawskiej w budce (w tym córka Łukaszowej 16tki, która wraz z pakietem poszła na tą ramkę zeszłej wiosny) - są to jedyne 2 warszawiaki, które przetrwały w mojej pasiece. Przeżyły też 2 rodziny w ulach wielkopolskich - to takie średniaki (przynajmniej patrząc z perspektywy mojej pasieki). Te dwie ostatnie należały do nielicznych w pasiece, które po zimie miały bardzo niewielkie zapasy pokarmu.
dzisiejszy przegląd - nowosądeckie

pasieka główna 3/10
Tam, już któryś rok z rzędu przeżywalność jest słaba. Nie wiem czy to miejsce jest po prostu dla pszczół nieprzyjazne (pszczoły stoją na piasku, "na patelni", na które praży słońce - czy to dobrze czy źle - nie wiem), czy też może jest to efekt tego, że chyba co roku najbardziej im tam przeszkadzam: mieszam, przestawiam, przekładam, tworzę tam dużo odkładów, rodzin itp. To może odbijać się stresem dla pszczół. Ale miejsce, ponieważ jest moją prywatną działką, będącą na uboczu, jest po prostu dla mnie dogodne do tych wszystkich manipulacji. Mam tam swoją budkę-magazynek, łatwy dostęp, przyjeżdżam kiedy chcę i nikt mi nie przeszkadza. A ponieważ mam spory ogrodzony teren i wiele stojaków, to sprowadzam tam pszczoły z innych miejsc i ... im mieszam i mieszam. Być może to odbija się potem na pszczołach. Same hm... zbiory - są takie jak i gdzie indziej: ładne rodziny zawsze coś mają, te, którym coś dolega, mają problemy z zebraniem pokarmu. Na pewno nie zrezygnuję na razie z tego pasieczyska, bo jest dla mnie wygodne, no a skoro działka należy do mnie, to "łyso" by było trzymać ją bez uli. Niewątpliwie jednak coś niekorzystnego na rzeczy tam jest.
Żyje tu Łukaszowy dadant jako stabilny średniak, żyje jedna "miernotka" i najładniejsza rodzina z tego pasieczyska z zeszłego roku. Inne niestety nie przetrwały - wliczając w to 3 warszawiaki, które poszły do zimy, a i ze 2 czy 3 inne warszawiaki nie dały tam rady przejść przez sezon.

UZUPEŁNIENIE 8.04.2019
Wczoraj zrobiłem przegląd pasieki i okazało się, że dadant Łukasza osłabł. Przestałem go więc zaliczać do średniaków. Osłabł także nomen omen słabiak przedwojenny, choć z drugiej strony pojawiło się tam ciut czerwiu, więc liczę na to, że najgorsze za nami. Rodzina silniejsza, choć w sumie nic jej nie brakuje, też zawiodła mnie o tyle, że liczyłem na jej lepszy rozwój. Ciekawe co zastanę na kwietniowych przeglądach w innych miejscach?
Poniżej film dokumentujący przegląd


las 5/7
Tu już drugi rok z rzędu jest najładniejsza przeżywalność wśród rodzin przy zachowaniu względnie równej i ładnej siły na wiosenny oblot. To miejsce niewątpliwie ma "to coś" czego nie ma pasieka główna (są one oddalone od siebie o niecałe 3 km w linii prostej, czyli zasięg lotów pszczół na pewno w części się pokrywa). Na pewno ma większą wilgotność i co rok pszczoły mają tam nasiąknięte daszki i sporo wody w ulu (a czasem i gdzieniegdzie pleśni, która im na pewno nie służy).
Przeżyły tu 4 bardzo ładne rodziny i jedna jako trochę silniejszy zgrabny średniak.
Nie przeżył tu warszawiak (fortowa rodzina J). Nie przeżyła również inna fortowa rodzina L2 - przywieziona w zeszłym roku od Łukasza.

wieś 6/11
Na tej pasiece przeżyły 3 bardzo ładne rodziny (w tym rodzina z matką "victoria" od Łysonia), 1 średniak i dwa słabiaki. Te dwa słabiaczki oznaczyłem sobie jako R-SŁ1 i R-SŁ2 ("sł" od słabiak). Mam nadzieję, że przetrwają - z obu 31 marca były jakieś mizerne loty, ale w przypadku R-SŁ1 nie mam gwarancji czy nie są to rabusie. Oznaczyłem te rodziny, bo chcę ich rozwój (jak i ich ewentualnych całych linii) śledzić przez cały sezon, a może i przez kolejne lata. Celem tego swoistego eksperymentu - tj. o ile nie zakończy się szybko stwierdzeniem zgonu - jest pokazanie, że likwidacja takich słabiaków ma uzasadnienie tylko li ekonomiczne i nie ma nic wspólnego w biologiczną zdolnością pszczół do przetrwania. Wszystko przy założeniu, że pszczoły dadzą radę, bo przecież nie muszą. Ba, one nic przecież nie muszą. Na jednej pasiece w zeszłym roku obserwowałem ciekawe zjawisko dotyczące takiego słabiaka i stąd motywacja i inspiracja do takiego eksperymentu - jak się on skończy, czas pokaże.

działka kolegi 5/10
Już dokładnie nie pamiętam jak te rodziny wyglądają... Byłem tam 7 marca i od tego czasu nie nawiedziłem tego miejsca, choć ostatnio dostałem sms'a od kolegi, że lata 5 rodzin. Na pewno jedna z rodzin jest bardzo ładna i chyba najsilniejsza tam wiosną. Jest to rodzina utworzona ... z takiego właśnie słabiaka, który mniej więcej o tej porze roku wiosną 2018, miał 2 uliczki pszczół na wielkości dłoni na plastrze. Rozwijał się wolno ale konsekwentnie. W końcu maja podzieliłem rodzinę na 2 - rodzina utworzona ze starą matką doszła do siły około 9 ramek WLKP na jesień i dziś jest właśnie (a raczej była 7 marca) najsilniejsza na tamtej pasiece. Za to pozostała część tamtej rodziny, a więc macierzak, który odchował sobie młodą matkę, jesienią był mocny, a teraz jest słabiaczkiem. 7 marca miał praktycznie 1 uliczkę pszczół. Czy przetrwa? Czy wciąż żyje? Nie mam pojęcia, choć tamten sms nakazywałby sądzić, że tak (lub latały tam rabusie). Tą linię też będę starał się śledzić (oznaczyłem ją sobie B2-SŁ3). Pozostałe rodziny o ile pomnę to średniaki. Z ciekawostek jeszcze z tamtego miejsca. Tam do wiosny 2018 roku przetrwały 2 rodziny. Silniejszą podzieliłem w maju na 5 i dziś żyje 2 średniaki. Historię tej słabszej przedstawiłem chwilę temu. Sam z ciekawością zobaczę co z tymi liniami będzie dalej.

nowosądeckie 3/4
Byłem tam dziś. 1 rodzina bardzo ładna, 1 średniak, 1 słaba. Ponieważ bywam tam rzadko, rodzina silniejsza (koło 7 - 8 uliczek) i średnia (koło 5 - 6  uliczek) dostały po korpusie 18tce na górę. A nuż nie pojadę tam przed majem i im się przydadzą... Jak nie, to raczej im nie zaszkodzą, o ile nie przyjdzie wichura i im tego korpusu znad głowy nie zwieje.


Na 48 rodzin żyje na dziś (w części według sprawdzeń na 7 marca?) 26 rodzin. Tegoroczna przeżywalność na mojej pasiece wynosi więc 54%. 12 rodzin oceniam jako bardzo ładne, a pewnie kolejnych blisko 10 to rodziny średnie z potencjałem. Może nie na miód, ale pewnie na to, żeby ich liczbę zwielokrotnić.

Z ciekawostek - w tym roku poniosłem kolejną klęskę w zimowli w ulach warszawskich. Przeżyły 2 rodziny z bodaj 6, które poszły do zimy na tej ramce (było też kilka innych, które w sezonie gościły pszczoły, ale które do końca lata nie dotrwały). Któraż to już porażka tego typu ula z kolei? Staram się jak mogę zapszczelać moje warszawiaki, a one co rok pokazują mi, że powinienem się trzymać ula wielkopolskiego. Ale nie poddaję się i w tym roku również zamierzam wrzucać pszczoły do uli warszawskich. O nie,  nie robię tego z wrodzonej złośliwości dla pszczół i celowo, żeby w tych ulach umarły... choć wiem, że może to tak wyglądać. Uważam, że z tymi ulami to inny problem. Mam nawet swoją teorię jaki. Ale uważam, że śledzenie statystyk na danej ramce i ich porównania, choć może i są ciekawe, to na pewno nie mają nic wspólnego z wiedzą odnośnie tego w jakim ulu należy trzymać pszczoły bez leczenia (czy raczej w jakim tego nie robić). Może mała historyjka o przygodach jednego z moich "telefonicznych kolegów" (którego na żywca nie poznałem). Zadzwonił do mnie pierwszy raz, o ile dobrze pomnę, z półtora roku temu. Opowiadał mi z wielką fascynacją o ulach warszawskich. Stwierdził, że to na pewno najlepszy ul dla pszczół i o wiele lepszy niż dadant, w którym do tej pory pszczoły trzymał. Do zimy puścił więc mnóstwo dadantów i trochę warszawiaków (z tego co wiem około połowy pasieki leczył, a około połowy nie - według znanego sobie klucza, ale nie kierował się tu ramką). O ile pomnę w warszawiakach była klęska (niezależnie od leczenia), a w dadantach przeżywalność bardzo wysoka. Więc zafrasował się był ów pszczelarz, bo nie było to spójne z jego teorią. Gdy rozmawialiśmy potem wiosną, to już zaczął twierdzić - jako i ja starałem się go przekonać wcześniej - że chyba ten kształt ramki nie ma tak wielkiego znaczenia dla zimowli, a już na pewno nie w tym aspekcie, który interesował jego. W ostatnim roku znów zazimował sporo dadantów i warszawiaków (o ile wiem nie leczył pasieki wcale). Przeżyło mu około połowa rodzin, tak jak mi. Ale tym razem wyniki zimowli miał odwrotne: przeżyły praktycznie wszystkie warszawiaki i chyba nie więcej niż 20 % dadantów. Tyle właśnie jest z naszych obserwacji wpływu kształtu ramki na przeżywalność pszczół. Ule niewątpliwie mają znaczenie dla pszczół, ale mniejsze na pewno ma wysokość czy szerokość ramki... W kwietniowym "Pszczelarstwie" ukaże się kolejny mój tekst, w którym opisuję trochę znaczenie niektórych aspektów ula dla zdrowia pszczół (przybliżając badania niemieckiego naukowca Torbena Schiffera). I cóż, nie będzie tam wiele o stosunku wysokości do szerokości ramki... Zapraszam, tekst ukaże się tu na blogu już za parę dni.

Choć jeszcze pszczoły nie przeżyły do samego końca najtrudniejszego okresu, to uznaję, że tenże właśnie końca dobiega. Wierzba kwitnie w najlepsze, coraz więcej widać innych kwiatów (bardzo dużo jest kwiatów w lasach), a prognozy i kalendarz pokazują, że coraz więcej ciepłych i lotnych dni przed nami, a coraz więcej zimnych za nami. Wiosna rusza i od paru dni po prostu ją czuć. Gdy pszczoły dostaną świeżego pyłku i nektaru i odchowają pierwsze pokolenia, powinno być już dobrze. Nawet jeżeli wykruszą się jeszcze pojedyncze rodziny, to i tak pszczelarski maj zapowiada się pracowicie. Wreszcie zaczyna się nowy sezon.