niedziela, 8 października 2017

Podziały a ilość roztoczy w ulu

W jednym z wcześniejszych postów opisałem "pszczelarski model ekspansji" - TU. Plan ten ma szereg wad i zalet. Największą jego wadą jest to, że od 4 lat nie mogę uzyskać "upragnionego" 1 kilograma miodu z ula. W tym roku mógłbym tego miodu trochę wziąć - na siłę. Odbierając pszczołom to, co gromadzą na bieżąco, a tzw. żelazny zapas uzupełnić cukrem. Zdarzyło mi się kilkukrotnie w mniejszych czy większych rodzinach pozostawić pełną ramkę miodu lub dwie, które następnie, zamiast się cudownie rozmnożyć - zniknęły. Zapewne w całym sezonie zebrałbym z tego 2 może 3 korpusy. Uważam jednak, że miód jest w pierwszej kolejności dla pszczół. Dopiero gdy one są zaspokojone mógłbym coś wziąć dla siebie. A ponieważ "model ekspansji" nie sprzyja ich zaspokojeniu, a ostatnie 2 sezony pod względem nektarodajności pozostawały wiele do życzenia, to i słoiki zakupione 4 lata temu - jak się okazuje w olbrzymiej ilości 100 czy 130 sztuk - stoją na półce w folii, lub mniej czy bardziej regularnie napełniane są syropem do karmienia pszczół. Cechy "modelu ekspansji" przedstawiłem w przytoczonym powyżej tekście. Nie wchodząc w opisane już poprzednio szczegóły, generalnie chodzi o to, żeby rodziny przeżywające, które mogą wykazywać, czy to genetyczne, czy pozagenetyczne zdolności do radzenia sobie z warrozą, namnożyć maksymalnie jak tylko się da - w granicach rozsądku. Tą granicą rozsądku musi być zdolność do odbudowania się do takiej wielkości, która umożliwi znaczącej większości rodzin przetrwanie zimowli. Nie sposób podać obiektywnie jaka to ma być wielkość rodziny (bo czasem i 3 ramki pszczół potrafią przeżyć, a z drugiej strony moje doświadczenia pokazują, że najsilniejsze rodziny umierają pierwsze - jaki powód? być może ten, który opisuję poniżej) i ile da się zrobić rodzin z jednej przezimowanej. Wszystko zależy od siły tej rodziny, jej wigoru i stanu zdrowia, pożytków czy pogody. Co do zasady nie powinno być problemem zrobienie z jednej rodziny pięciu lub sześciu w ciągu sezonu - wliczając w to rodzinę ze starą matką. Ale praktyka pokazuje że jest różnie.

Jeden z kolegów od kilku lat stale zarzuca mi wykonywanie zbyt licznych podziałów i tworzenie zbyt małych rodzin, mówiąc, że wszelkie moje "niepowodzenia" wynikają właśnie z tego. A prawda jest taka, że ja nie widzę "porażek" czy "niepowodzeń". Owszem, nie mogę mówić też o "sukcesach". Bo jak mówić o sukcesie czy porażce, w sytuacji kiedy mamy kilkuletni plan działań, w toku którego zakładamy jeden lub dwa praktycznie całkowite spadki? Toż dzieje się to, co zakładałem (choć oczywiście licząc na łagodniejsze spadki). W jednym z poprzednich tekstów (TU) opisałem historyjkę o słoniu. Pozwolę sobie ją przytoczyć jako cytat:

Ostatnio na forum napisałem "koledze adwersarzowi" o moim dziecięcym druhu, który jako kilkuletnie dziecko został zabrany do zoo. Tam stojąc przed ogrodzeniem wzięto go na ręce i pokazywano słonia, który stał bardzo blisko niego (w zasadzie opierał się o ogrodzenie na przeciwko, o kilka metrów - albo bliżej - od mojego dziecięcego znajomego). Pokazywano mu słonia, a on go nie widział, bo... patrzył na jego brzuch i nie miał odpowiedniej perspektywy. Patrząc na słonia nie widział słonia, bo (nomen omen) zasłaniał mu słoń (a raczej jego część). 

A więc jesteśmy w sytuacji kiedy ktoś nazywa porażką to, że nastąpiła eliminacja osobników nieprzystosowanych, podczas gdy nasza metoda na tym właśnie polega. Oczywiście, cieszyłbym się niezmiernie gdyby te spadki na drodze na wypracowania odporności były na poziomie 60 czy 70%, a nie 98. Jeszcze bardziej cieszyłbym się, gdybym był już na poziomie pasieki przystosowanej ze spadkami na poziomie 20 - 40%. Ale przecież właśnie jesteśmy w tym momencie naszej historii, kiedy liczymy się z olbrzymimi stratami, aby odsiać nieprzystosowanie z naszej pasiecznej populacji. Nie da się być pięć lat do przodu po roku czy dwóch. A przynajmniej nie w pszczelarstwie bez leków w naszej polskiej rzeczywistości.

Wracając do kolegi - w tym roku (mam nadzieję, że nie zdradzam jakiejś tajemnicy) wykonał bardzo zacne podziały rodzin i nie tylko udało mu się zrobić tych rodzin "na głowę" więcej niż mi, ale też z jego opisu wygląda, że doszły do zimy w znacząco lepszej sile, a i w jakimś tam czasie sezonu zdołał wziąć miód. Co trzeba jednak napisać przy okazji zużył kilkakrotnie więcej cukru niż ja, który pozostawiałem rodziny bez karmienia tak długo jak długo widać było, że mają w ramkach - jak to mówił Jakub Puchatek: "małe co-nieco". No cóż, być może faktycznie lepiej czekać aż rodzina osiągnie swoje maksimum, bo dzięki temu uda się nie tylko szybsze dojście pszczół do siły (wzrost pszczelich rodzin wiosną jest wykładniczy z czynnikiem wzrostu od 2 - 4 w zależności od rasy/linii pszczół i warunków zewnętrznych. Oznacza to mniej więcej tyle, że każda młoda pszczoła wychowuje od 2 do 4 - a czasem i więcej - kolejnych młodych pszczół), co później pozytywnie wpłynie i na siłę odkładów, a i pszczoły lepiej wykorzystają pożytek dla siebie i dla pszczelarza. Kto wie, być może trzeba to będzie zmienić w mojej praktyce. Od lat czytam w książkach jak doprowadzić pszczoły do siły na pożytek, jak go wykorzystać - ja jednak zupełnie nie nastawiałem się na miód i pożytek. Albo inaczej - nastawiałem się na to, żeby "wykorzystać pożytek" (jak to mówią pszczelarze), ale w zupełnie inny sposób to rozumiejąc. Otóż zawsze chciałem "wykorzystać pożytek" nie w ten sposób, żeby brać miód z maksymalnie rozwiniętych rodzin, a do tego, aby w czasie tego pożytku wykonać podziały - bo zawsze uznawałem, że z punktu widzenia młodych rodzin, to bardzo dobry pomysł. Na razie zdania nie zmieniłem. Chodzi mi przede wszystkim o kwestię odżywienia larw matecznych czy dobrego startu młodej rodziny. Patrząc jednak na wynik wspomnianego kolegi - czy takie myślenie to błąd z mojej strony? Ha! Nie wiem. Porównując tylko efekt pasieki we wrześniu można by tak ocenić i wcale nie mówię, że tak nie jest. Ale ani kolega nie miał swoich pszczół w moim terenie, ani ja w jego, a pszczoły mieliśmy z różnych źródeł i w różnej kondycji. U mnie udało się zrobić około 35 odkładów z 4 rodzin, a około 15 z 4 kolejnych, które jednak nie bardzo chciały iść do siły i pozwolić się dzielić. Oczywiście ilościowy efekt końcowy mojej pasieki jest pomniejszony o rodziny, które z różnych powodów zostały zlikwidowane lub zlikwidowały się same - mówię o tym, co udało się wytworzyć w czasie podziałów. Dodatkowo czy mogłem przewidzieć, że praktycznie od końca maja nie będzie już nektaru? A może wobec tego powinienem kupić dodatkowe 500 kilo cukru i już wtedy zacząć tuczenie, jak tylko stwierdziłem, że zapasów nie przybywa, a ubywa? Nie wiem. To już kwestia decyzji i podejścia. Ja chciałbym pracować nad samodzielnością pszczół. Dopóki sobie radzą (nawet jak są sztucznie utworzoną i malutką rodziną) staram się nie ingerować. Często mając pełną świadomość, że ingerencja by im "pomogła" (rzecz jasna z perspektywy pszczelarza lubiącego patrzeć na rosnące w siłę i zalane pokarmem rodzinki). Patrząc na "dominującą czwórkę" - mój wynik byłby lepszy ilościowo "na głowę", ale składając do kupy całą pasiekę - jak pisałem u wspomnianego kolegi było lepiej zarówno ilościowo jak i końcowo w sile przygotowanych do zimowli rodzin - nie mówiąc już o naszych zbiorach miodu. Spora część z tego wynikała w jakiejś mierze z winy różnych moich decyzji.  Tak czy siak nie dojdziemy już do tego co jemu udałoby się zrobić w moich warunkach i przy moich pszczołach, a co mi mając do dyspozycji jego warunki. Ale - na usprawiedliwienie moich działań - mogę powołać się na pewien poligon doświadczalny. Inny z kolegów wiosną wziął do siebie zarówno przedwojenne jak i te pszczoły, które miał tamten pierwszy. Dzięki temu można było na swój sposób porównać jedne i drugie pszczoły, bo te i te były w jednym miejscu i traktowane przy podobnym rodzaju włożonego serca i "troski" pszczelarskiej. Z przedwojennych, zgodnie z moją wiedzą "wycisnął" mniej niż ja i sporo mniej niż z tej drugiej grupy. Więc, w świetle powyższego, być może mogę uznać, że moje decyzje i działania nie były takie złe? A kto wie, może i były - jak na te warunki - całkiem dobre?

Ale nie o tym miał być ten tekst.

W czasie dyskusji prowadzonej z Szymonem na Zjeździe Wolnych Pszczół pojawił się temat tego, czy podziały (w ramach modelu ekspansji) realnie wpływają na ilość roztoczy w ulu i czy wobec powyższego wykonywanie takich podziałów może wpłynąć na stan porażenia rodziny. Oczywiście chodzi o to, czy możemy to działanie traktować w duchu "ulżenia" rodzinie. A więc czy możemy uznać, że skoro podzieliliśmy, to nie tylko mamy więcej rodzin, ale czy "w delikatny" sposób zwiększamy ewentualną szansę przeżycia rodziny w związku z obniżeniem (bądź nie) ilości roztoczy "na głowę" pszczoły. W końcu dzieląc n razy rodzinę wielkości x i porażeniem y (przy założeniu matematycznym, że dzielimy zarówno pszczoły jak i roztocza na równe części) uzyskujemy rodziny wielkości x/n z porażeniem y/n, a więc dokładnie w takiej samej proporcji. Rzecz jasna statystycznie - a wszystko zależy jak nam się uda podzielić pasożyta i czy po równo. Ponieważ dyskusja - choć jej kaliber był nad wyraz znaczny, jak to w każdej dyskusji pszczelarskiej - prowadzona była w piątkowy wieczór w ogólnie wesołej atmosferze, to rzecz jasna, jak się można domyślać, nie została dokończona. Obiecałem, że w sobotę wszystko rozrysuję i ... na tym się zakończyło. W związku z tym postanowiłem umieścić na ten temat tekst - który dedykuję niniejszym Szymonowi jako wyraz dokończenia naszej dyskusji.

Po pierwsze więc potwierdzam: w chwili podziału (zakładając, że dzielimy równo) faktycznie nic się nie zmienia. Proporcja pszczół i warrozy jest taka sama przed podziałami i po. Ale ja w dyskusji mówiłem o czymś innym. O tym poniżej.

Wyjdźmy od faktów niekwestionowanych - od ilości i tempa namnażania roztoczy w ulu. W tym przypadku - ponieważ nie chce mi się wyważać otwartych drzwi - posłużę się opracowaną tabelą, którą znalazłem w sieci - akurat trafiłem na portalu pasieka24.pl na taką, która dokładnie obrazuje, to co chcę pokazać.
źródło: https://pasieka24.pl/index.php/pasieka-czasopismo-dla-pszczelarzy/87-pasieka-2-2005/941-warroza-kontratakuje
W tabeli widać wyraźnie, że porażenie warrozą zależy od wielu czynników - pozostańmy przy tych mierzalnych i pomińmy dziesiątki innych. Przede wszystkim są to: ilość warrozy w ulu wiosną, tempo namnażania pasożyta (a więc co poprzednio - w przypadku pszczół - określiłem "czynnikiem wzrostu"). Czego nie widać bezpośrednio na tabeli, ale nie sposób temu zaprzeczać, porażenie będzie zależeć również od długości czerwienia matek pszczelich. A więc im później matka zacznie czerwić wiosną, im wcześniej skończy jesienią oraz im dłuższa będzie przerwa w czerwieniu w sezonie, tym więcej ominiemy pokoleń roztoczy. Na przykład, odnosząc się do tabeli, podane ilości roztoczy będą dotyczyć, załóżmy, nie 1 czy 2 połowy marca, a wartości kolejnej.

Zatrzymajmy się w tej chwili na małą dygresję, skoro już jesteśmy przy tej tabeli, choć może nie dotyczy ona wprost tematu posta, ale idei pszczelarstwa naturalnego jako takiego i kierunków pewnych działań - a więc tematyki zgodnej z całością przekazu mojego bloga. Otóż pszczelarstwo - nazwijmy je "tradycyjne" (komercyjne?) - ukierunkowuje swoje działania na minimalizacji ilości warrozy w ulu. A więc dąży do tego, żeby stan ilościowy roztoczy był taki jak obrazowany w 1 połowie marca lub niższy. Niestety to można uzyskać jedynie poprzez działania ukierunkowane na roztocza, a nie na pszczoły. A więc musimy je (w domyśle: roztocza - choć często dzieje się tak i z pszczołami czy czerwiem) zabijać, truć, wycinać wraz z czerwiem itp. Te działania nie zmieniają niczego w zdolnościach populacji pszczół do radzenia sobie z roztoczami - a pośrednio wręcz pogarszają sytuację, doprowadzając do większej podatności pszczół na choroby poprzez niszczenie ich ochronnych barier i gubienia odporności genetycznej. Idee pszczelarstwa naturalnego - tzw. TF - ukierunkowane są natomiast na inne czynniki. Po pierwsze i najważniejsze na to, aby pszczoły nauczyły się same ograniczać czynnik wzrostu warrozy. A więc jak spowodować, żeby wartości z prawej części tabeli (czyli tam gdzie widzimy wartości dla roztoczy rozmnażających się z czynnikiem wzrostu 2), zbliżyć do jej lewej połowy (a więc gdzie widzimy wartości dla czynnika wzroztu 1,5), a wręcz zmniejszyć jeszcze bardziej. Takie pszczoły na świecie są. Po drugie chodzi o to, aby skrócić sezon, podczas którego ilość roztoczy rośnie - a więc sezon zakończyć na wartościach takich jak podane są dla drugiej połowy sierpnia czy pierwszej połowy września. No cóż - zapewne kosztem miodu wierzbowego i nawłociowego. Po trzecie wreszcie chodzi o to, aby pszczoły uzyskały tolerancję dla większej ilości roztoczy w ulu. Tu przypominam fakt, który kiedyś podałem za dr Chorbińskim czy dr Howisem - pszczoły kiedyś umierały po 3 - 4 latach, dziś po 1 - 2 sezonach. Popatrzymy na tabelę i zastanówmy się jak pszczoły nieumiejące radzić sobie z roztoczami przeżywały aż 3 lata. Dziś w teorii same mechanizmy odporności czy tolerancji są u pszczół rozwinięte lepiej, a i tak ponury żniwiarz (pszczelarz?) zbiera plon przy daleko niższym porażeniu roztoczami. Ot zagwózdka... Jak były w stanie to robić, skoro z tabeli wynika, że przy braku umiejętności ograniczania pasożyta, powinny mieć po 3 latach pewnie parę milionów pasożytów? A jednak tyle żyły i miały ich "raptem" po około 7 tysięcy - czyli, posługując się prawą kolumną tabeli, tyle ile mogłyby mieć w czerwcu gdyby w 1 połowie marca było ich 50! Czy aby na pewno nie miały zdolności przeżycia z roztoczem? Wróćmy jednak do tematu, bo to już kolejna dygresja w tym tekście.

Na tabelę dotyczącą roztoczy musimy nałożyć kolejną warstwę - pszczoły.

Ilość pszczół robotnic, również będzie rosła wykładniczo. Ale o ile przyrost ilości roztocza jest praktycznie stały przez cały sezon (dopóki jest czerw), to pszczoły mają swoje maksimum rozwoju gdzieś w czerwcu, potem przez jakiś czas matka czerwi w swoich maksymalnych możliwościach, a następnie ogranicza czerwienie i ilość pszczół najpierw stabilizuje się na pewnym poziomie, a potem systematycznie maleje aż do zimy. Statystyczna rodzina pszczela zimuje pewnie przy około 8 - 15 tysiącach osobników, a w szczycie sezonu może ich liczyć od około 30-40 do nawet 100 tysięcy. Do takich ilości osobników rodzina pszczela dochodzi w około 4 miesiące po zimie. A więc przez 4 miesiące ilość pszczół rośnie, potem przez około miesiąc utrzymuje się w swoim +/- maksimum, następnie maleje przez kolejne około 3 miesiące i pozostałe 4 miesiące znów utrzymuje się na mniej więcej stabilnym poziomie w okresie zimowym. Oczywiście to pewnego rodzaju uproszczenie, a też trzeba mieć na względzie to, że w każdej rasie zarówno wspomniane liczby, jak i podane okresy mogą się różnić. Nowoczesna pszczoła hodowlana zaczyna rozwój wcześniej, szybciej dochodzi do siły i znacząco dłużej utrzymuje się w maksymalnym rozwoju. Zimuje również w rodzinach silniejszych. Rysuje się nam mniej więcej taki schemat, że ilość pszczół rośnie wykładniczo przy czynniku wzrostu od 2 do 4 (acz przyrost następuje statystycznie co 20 - 21 dni, bo tyle trwa rozwój czerwiu) przez około 4 - 5 miesięcy, podczas gdy ilość roztoczy przyrasta przez 7 - 9 miesięcy przy czynniku wzrostu około 1,5 (w okresach krótszych niż u pszczół - wg tabeli powinniśmy liczyć go co około 2 tygodnie). Wraz z zakończeniem czerwienia matki pszczelej ilość roztoczy też trochę spadnie - będą systematycznie wymierać stare osobniki, a młodych nie będzie przybywać aż do wiosny. Wygląda to mniej więcej tak jak na wykresie poniżej (za pomoc w opracowaniu graficznym wykresów dziękuję Mariuszowi).

Sytuacja 1
Wykluczamy w niej podziały czy rójkę. Rodzina od rozwija się w sposób naturalny aż do swojego maksimum (X2), ilość pszczół (P) rośnie do połowy sezonu (Y2), następnie obniża się. W tym czasie systematycznie narasta ilość roztoczy (V) do poziomu, który w jesieni jest w stanie zagrozić życiu rodziny. Rodzina będzie zimować mniej więcej w tej samej sile co poprzedniego roku.

UZUPEŁNIENIE: podobny wykres można by narysować porównując rozwój pełnej rodziny (zielony - P) i odkładu (czerwony -V). O ile w szczycie sezonu rodziny mają diametralnie różną siłę, to w jesieni ta dysproporcja maleje. Przy utworzeniu odkładu w odpowiedniej sile, tak naprawdę w jesieni możemy uzyskać rodziny dokładnie w tej samej wielkości. 
Wygląda to mniej więcej tak, że przez cały sezon, nawet gdy roztocza będą się mocno namnażać, porażenie utrzymuje się na niskim poziomie, dlatego, że ilość pszczół w ulu jest spora. W jesieni jednak, przy naturalnym wypszczeleniu rodziny porażenie gwałtownie rośnie. O ile nawet 4 tysiące roztoczy w szczycie sezonu w przypadku rodziny liczącej 80 - 100 tysięcy osobników nie stanowi ogromnego problemu, to gdy taką samą ilość roztoczy będziemy mieli w jesieni przy rodzinie liczącej 10 - 12 tysięcy osobników otrzymujemy porażenie na poziomie 30%. Takiego porażenia pszczoły nie są w stanie wytrzymać.

Wprowadźmy nową zmienną - podział rodziny. Sytuacja 2, to podział rodziny na pół i poddanie każdej z nich matki czerwiącej. Przy okazji dzielimy również roztocza do dwóch rodzin (przyjmijmy hipotetycznie, że dzielimy je również idealnie na pół). Przy hipotetycznym czynniku wzrostu roztoczy 1,5 (korzystamy z tabeli), widać, że "zarobiliśmy" na tym około półtora miesiąca, gdyż mniej więcej w tyle czasu ilość roztoczy podwaja się. O tyle też czasu "skracamy" więc sezon. Jeżeli pszczoły będą czerwić do tego samego okresu w sezonie (przyjmijmy do połowy października), to do zimy wraz z pszczołami pójdzie tyle roztoczy ile byłoby ich w sezonie w końcu sierpnia - dwa razy mniej. Przy podziale rodziny na pół możemy liczyć, że pszczoły dojdą do takiej samej siły na zimę jaką miałyby w przypadku gdybyśmy rodziny nie dzielili, jednak w sezonie prawdopodobnie nie osiągną maksymalnej ilości osobników, jaką mogłyby mieć, gdyby nie wykonywać podziałów. Prawdopodobnie też do pełnej siły dojdą chwilę później niż gdybyśmy ich nie dzielili. Tą sytuację obrazuje wykres poniżej. Przepołowienie rodziny, choć w czasie podziału ilość roztoczy "na głowę" jest ta sama, okazuje się więc korzystne w pewien sposób dla rodziny pszczelej w końcu sezonu.

Sytuacja 2
Mniej więcej w szczycie czerwienia matki - na chwilę przed osiągnięciem maksymalnego rozwoju rodziny wykonujemy podział rodziny na równe połowy w czasie X1 podając matkę czerwiącą. Rodzina prawdopodobnie do siły dojdzie później niż rodzina bez podziałów i zapewne nie osiągnie maksymalnej możliwej siły Y2. Do zimy prawdopodobnie pójdzie mniej więcej w takiej sile jak gdybyśmy jej nie dzielili zapewne przy około połowie tych roztoczy w ulu, które byłyby tam bez podziałów (co i tak będzie dużym porażeniem). 
Rzecz jasna schematy i opisy są pewnym uproszczeniem. Trzeba mieć świadomość, że mamy do czynienia z organizmem żywym, a nie maszyną wiernie trzymającą się zasad matematyki. Sam rozwój i czerwienie matki, też będą się różnić w zależności od wielu czynników. Dodatkowo podanie młodej matki może wpłynąć na parudniowy okres bez czerwiu (np. czas uwolnienia matki z klateczki). Później musi nastąpić jeszcze tzw. rozczerwienie matki. Na pewno więc nastąpi pewne zawahanie na wykresie, którego tu - upraszczając - nie pokazałem. Inaczej też będzie wyglądać sytuacja gdy roztocza będą się namnażać z czynnikiem wzrostu 2 (patrz tabela). Wówczas do zimy będzie ich znacząco więcej - zapewne będą w ilości, która nie pozwoli rodzinie pszczelej dotrwać do wiosny.

A teraz przejdźmy do opisu sytuacji w modelu ekspansji przy licznych podziałach, kiedy damy dodatkowo rodzinie przerwę w czerwieniu. Podobnie jak w poprzednim przypadku, w czasie gdy rodzina dochodzi do mniej więcej swojego maksimum wykonujemy tyle podziałów, na ile pozwala nam racjonalny osąd sytuacji i doświadczenie. Z bardzo silnej rodziny jesteśmy w stanie utworzyć nawet do parunastu małych rodzinek. Tyle mi się nigdy nie udało i pewnie tyle nigdy nie utworzę. W tym roku jednak z najsilniejszej czwórki udało mi się utworzyć po około 9 młodych rodzinek. A te rodzinki wcale nie były potęgami. Nie jestem w stanie powiedzieć też ile z tych rodzinek później wymagało wspomagania. Przyjmijmy jednak, że z rodzin silnych możemy w ramach modelu ekspansji utworzyć po 6 - 10 odkładów. W przypadku rodzin nieleczonych co najmniej sezon zapewne raczej będziemy operować liczbami bliżej 2 - 5, zanim nie będziemy w stanie wypracować powrotu wigoru do rodzin, a później i tak zapewne będziemy bliżej wartości 5 - 6 niż 10. W 2016 na przykład stan pasieki udało się ledwie podwoić i choć utworzone rodzinki nie były słabeuszami, to wiadomo jaki był ich ostatecznie koniec.

W tym modelu najistotniejsze jest dla nas to, że powinniśmy utworzyć rodzinki w takim okresie i w takiej sile, aby do zimy były względnie pełnowartościową biologicznie rodziną (co nie równa się pełnowartościowej produkcyjnie! przez pełnowartościową biologicznie nazywam taką, która mniej więcej jest zdolna do podtrzymania swoich funkcji w przeciętnym sezonie). Zapewne nie dojdą do takiej siły jak rodziny "pełne", ale też nam o to w modelu ekspansji nie chodzi, a bardziej o to, żeby zwiększyć ilość "szans" w pasiece. I jaka jest zaleta takich rodzinek? Otóż te rodzinki rozwijają się praktycznie do końca sezonu i praktycznie do końca sierpnia rosną w siłę. Oczywiście matka musi kiedyś wyhamować w czerwieniu, a żeby to zrobić musi zwolnić. Ale to hamowanie jest inne niż w rodzinach dużych i daje też inne objawy. O ile rodzina duża może się zmniejszyć nawet pięcio - sześciokrotnie, to w przypadku małych rodzin, na których pracuję od lat, obserwuję zmniejszenie raczej o 20 - 30 procent, rzadko 50. Nasze doświadczenie musi nam pozwolić tak pracować w tym modelu, aby siła rodzin przed zimą osiągnęła co najmniej wartość graniczną, która da dużą szansę przetrwania zimy. Na wykresie oznaczyłem ją Y0. Musimy więc stworzyć takie rodziny, żeby ich siła była wyższa niż ta wartość.
A to wszystko oznacza to, że w jesiennym wypszczeleniu rodzin porażenie roztoczami nie rośnie tak gwałtownie jak w przypadku rodzin, w których nie wykonywaliśmy podziałów. Dodatkowo dając rodzinie przerwę w czerwieniu zapewniamy jej około 2 - 3 tygodnie bez czerwiu zasklepionego (niecały miesiąc czerwienia matki minus parę dni przez które jest czerw otwarty, który będzie w niedługim czasie zasklepiony dając schronienie roztoczom). W więc w ten sposób skracamy roztoczom sezon do namnażania o właśnie te 2 - 3 tygodnie. Owszem, skracamy ten sezon również dla pszczół, ale pamiętajmy, że one będą rozwijać się szybciej niż roztocza, a gdy utworzymy niewielką rodzinę, ona będzie rosła do końca sezonu, a nie będzie ulegać pomniejszeniu od lipca czy początku sierpnia. A więc będzie rosła wraz z populacją roztoczy utrzymując "korzystny" stosunek wielkości jednej i drugiej populacji. W przypadku pozostawienia rodziny bez matki czerwiącej może się okazać, że w pierwszym okresie ilość pszczół będzie spadać - stąd, trochę na wyrost tak zaznaczyłem na wykresie (Sytuacja 3), ale ten spadek będzie nieznaczny. Z większym prawdopodobieństwem rodzinka pozostanie mniej więcej stabilna.
Sytuacja 3
W czasie X1 dzielimy rodzinę na małe rodzinki pozbawiając je matki czerwiącej (podając matecznik lub pozwalając na wychów matki ratunkowej), ilość roztoczy przestaje narastać z chwilą zniknięcia czerwiu zasklepionego i będzie stała do czasu pojawienia się takiegoż czerwiu od nowej matki. W tym czasie ilość pszczół pozostaje mniej więcej stabilna. Pszczoły idą do zimy w sile niższej niż bez podziałów, ale ilość pszczół nie maleje drastycznie późnym latem i jesienią. Pszczelarz musi zapewnić zimowanie rodziny w odpowiedniej sile - wyższej niż Y0.

Więc jak to wygląda w tym hipotetycznym modelu. Przyjmując, że rodzina, która w początku czerwca miała 50 tysięcy osobników i około 120 - 150 sztuk roztoczy, przy czynniku wzrostu 1,5 do października może ich mieć około 1000. Ten 1000 przypadnie na około dziesięć tysięcy pszczół zimujących, dając porażenie na poziomie około 10%. Bardzo duża część ostatniego czerwiu będzie też pokłuta przez roztocza, bo będzie ich na tyle dużo, że duży procent pszczół zimujących będzie się rozwijał w obecności roztoczy. Dzieląc tą samą rodzinę na początku czerwca na 7 rodzin otrzymujemy małe rodziny z porażeniem około 20 osobników. Kierując się danymi z tabeli (szacunkowo), ta rodzina w październiku będzie mieć około 100 - 130 roztoczy. Rodzina będzie zimować zapewne przy około 6000 - 7000 pszczół, co powinno dać porażenie na poziomie około 2%.

Tak w liczbach i hipotetycznym modelu. A wiadomo, że przyroda to przyroda. To nie matematyka i nie da się tego wrzucić w ramy wzorów. Oczywiście, że w chwili podziałów, te podziały proporcjonalnie nie mają żadnego znaczenia dla stopnia porażenia. Mogą mieć znaczenie gdy nie podzielimy pszczół i roztoczy po równo. Któraś rodzina dostanie roztoczy więcej, któraś mniej. Każda z rodzin będzie się też rozwijać się innym tempem, a to będzie rzutować na porażenie jesienią. Dodatkowo wraz z większą ilością rodzinek dajemy szansę na takie działanie doboru i selekcji naturalnej, które będzie sprzyjać naszym założeniom. Ważne jest to, że model ekspansji wykorzystuje cechę małych rodzinek polegającą na stałym rozwoju i wzroście praktycznie do końca sezonu i względnie zmniejszonego wypszczelenia w jesieni. Stan, w którym rodzina jest niewielka zapewne w jakiś negatywny sposób może wpływać na same pszczoły. Nie można wykluczyć, że małe rodziny w jakiś sposób "stresują się" tym, że ilość pszczół w rodzinie z końcem sezonu nie pozwala na optymalną zimowlę. Jak to jednak w wielu sytuacjach bywa - jest coś za coś. A ten tekst miał zobrazować tylko wpływ podziałów na ilość roztoczy w ulu. Na tym etapie na jakim obecnie jesteśmy uważam, że plusy modelu ekspansji przeważają nad minusami. A każdy i tak podejmuje własne decyzje na swojej pasiece.

Na zakończenie trzeba dodać, że właściwość, o której piszę da się też w pewien sposób wykorzystać w komercyjnej pasiece. Otóż jeżeli wykonamy podział rodziny na 2 czy 3 równe części, to prawdopodobnie żadna z nich nie da nam miodu, a zimować będą w sile mniej więcej rodzin nie dzielonych. Jeżeli natomiast z pełnej rodziny zabierzemy dwa 2 - 3 ramkowe odkłady, to prawdopodobnie macierzak pozwoli nam na wzięcie względnie normalnych zbiorów miodu, a odkłady dojdą do bardzo porównywalnej siły na zimę. Właśnie dlatego, że rozwijają się do końca sezonu, a nie tylko do jego szczytu. To podejście jeszcze przede mną - gdy uda się ustabilizować pszczoły na tyle, że będzie można zminimalizować model ekspansji do znacząco mniejszych podziałów.

niedziela, 24 września 2017

O odporności i humanitaryzmie

No cóż, parę dni polało i od razu skoczyła liczba postów na różnych forach. Jak tylko pojawi się taka jesienna pogoda, pszczelarze zaczynają tęsknić za owadami i rzucają się do internetu, żeby sobie o nich podyskutować. W efekcie zaczynamy kolejny punkt pszczelarskiego sezonu: jesienne udowadnianie, że warrozę należy tłuc do zera, a jak nie, to postępujesz niehumanitarnie dla pszczół, które wziąłeś w opiekę. Jesteś niemoralny i postępujesz nieetycznie. Kolejny raz czytam deklaracje, że pszczelarze od razu, niezwłocznie, natychmiast i za każde - nawet wygórowane - pieniądze kupią pszczoły odporne na warrozę. Bardzo chętnie by to zrobili, tylko, że takich pszczół nie ma. A skoro nie ma, to najwidoczniej należy iść dalej wyznaczoną ścieżką, bo przecież ona jakoś tam działa. I choć tych różnych moich rozważań, zarówno o etyce postępowania, jak i o odporności, na tym blogu było już sporo, skoro kolejny raz temat wałkujemy, to i ja sobie nie odmówię. A co!

Więc jak to jest z tą pszczelą warroaodpornością? Wraz z kolegami ze stowarzyszenia staramy się cały czas, od zawsze i nieustająco uświadamiać jedno. Nie ma czegoś takiego jak odporność na warrozę. A przynajmniej nie ma w takich warunkach w jakich przyszło nam żyć. Pszczelarze oczekują odporności pszczół "zero-jedynkowej". Jeżeli takiej nie ma (kupuję matkę - żyje, warrozy brak), to nie ma sensu sobie tym głowy zawracać. Czyli albo odporność na warrozę jest (a jej nie ma) i pszczoły po prostu są nieśmiertelne, co oznacza, że można je doić z miodu do końca świata i o jeden dzień dłużej, albo tej odporności nie ma (bo przecież nie ma) i należy na pszczołach stosować środki, bądź to toksyczne, bądź to parzące (bo innych nie ma) i doić je z miodu do końca świata i o jeden dzień dłużej. Wybór jest jasny. Odporności nie ma. I nie będzie. Bo gdyby miała być, to przecież by już była. Tak mniej więcej wygląda ta logika. W skrócie. W uproszczeniu. Ale właśnie mniej więcej tak. Nikt nie patrzy na to, że od niego bardzo wiele zależy, że wiele zależy od nas wszystkich. Że to całe środowisko musi podjąć starania, a nie Instytut Taki czy Owaki, hodowca Iksiński bądź Igregowski, bo przecież nie żaden Truteń, choćby się uważał za Pana, bo on to tylko bezsensownie zabija swoje pszczoły postępując niehumanitarnie.

Odporność na warrozę jest tematem skomplikowanym. Od lat mówi się o tym, że niektórym hodowcom udaje się wyselekcjonować jakieś zachowania sprzyjające odporności, pszczoły radzą sobie lepiej, ale przecież nie wyśmienicie, a gdy tylko te pszczoły kupimy, to praktycznie nie zauważamy odporności, bądź jest ona w granicy błędu pomiaru. Słowem - oszukiwał, bo przecież odporności nie ma. Dla mnie (choć mogę być w błędzie - przecież praktycznie całe środowisko mówi, że jestem w błędzie) kwestia odporności (braku) może wynikać z prostej przyczyny. Roztocza nie zabijają pszczół, a są tylko wektorem chorób. A więc organizmem, który przenosi patogeny. Teoretycznie, gdybyśmy mieli po 2 roztocza na każdej pszczole (wliczając matkę), to rodzina byłaby w stanie żyć, o ile nie byłoby tych wszystkich wstrętnych i brudnych patogenów, które pszczoły toczą. Owszem, pszczoły byłyby słabsze, nosiłyby mniej miodu, ale dlaczego miałyby umrzeć? To tak jakbyśmy ludzie mieli ranę na skórze, do której przyczepiła się pijawka i sobie z nas nomen omen spijała. Można z tym żyć, choć trzeba więcej dźwigać, a krwi trochę mniej. Mniejsza wydolność, szybsze zmęczenie - ot wszystkie tegoż konsekwencje. Problem zaczyna się gdy dodamy to, co pszczoły faktycznie zabija. Wirusy, grzyby, bakterie czy inne badziewie. Wówczas takie osłabiane pszczoły nasączane są patogenami. Choroby się rozwijają i rodzina umiera. Popatrzmy na inną sytuację - mamy tony patogenów w ulu, ale nie mamy roztoczy. Te bakterie siedzą sobie na chitynie, pukają, stukają i nie mogą wejść do środka. Podobnie próbują przez komórki nabłonkowe, ale tam odbijają się od naturalnych barier. Czasem niektórej się uda. Pojedyncze pszczoły umierają, ale umierają poza ulem, albo są wynoszone przez pszczoły-grabarki. Bywało lepiej, bo jednak jakiś tam znikomy procent pszczół choruje i osłabia to całość, ale rodzina funkcjonuje. Mamy więc dwa czynniki chorobotwórcze. Kiedy je zsumujemy zaczyna się problem. Warroza przenosi choroby, a tym więcej pszczół umiera im więcej warrozy jest w ulu. Już nie może być po 2 sztuki roztoczy na pszczole, jak to być mogło w naszej hipotetycznej sytuacji nieistnienia organizmów patogennych. Jest źle, bo okazuje się (w świetle badań z lat 80tych), że w takiej sytuacji rodzina umiera po 3, czasem po 4 latach. Niefajnie. Ale dochodzi jeszcze kolejny czynnik braku odporności pszczół - utoksycznienie ich środowiska życia, z czym mamy do czynienia obecnie. Ten trzeci główny czynnik (bo o licznych pomniejszych nie ma co mówić), za który wprost odpowiadają w 90% pszczelarze, powoduje, że zanikają bariery ochronne owadów. Niszczony jest nabłonek pszczół, niszczone są biofilmy bakteryjno-grzybicze, rozregulowane są organy wewnętrzne, komunikacja wewnątrz ulowa, zanieczyszczone jest środowisko życia i wychowu larw, zwiększona jest podatność na w zasadzie wszelkie czynniki chorobotwórcze. Kiedy w ostatnich dziesięcioleciach dodaliśmy trzeci czynnik okazało się, że pszczoły umierają przy około pięcio(lub więcej)krotnie mniejszym porażeniu roztoczami i mniej więcej 2 - 3 razy szybciej. Spora część rodzin umiera po 1 sezonie, znacząca większość granicząca z całością populacji umiera po dwóch.

Kiedy hodowca selekcjonuje pszczoły, to selekcjonuje je u siebie - w swojej lokalizacji. Wybiera ze swojej populacji te, które radzą sobie dobrze. Zlicza roztocza, obserwuje VSH czy grooming, ale też wybiera przecież reproduktorki z populacji lokalnej, a nie z zagranicy. Jego pszczoły - choćby były z mocno ograniczoną różnorodnością genetyczną - są lokalne. Ale lokalne są tylko u niego. Nie u tych co kupią jego matki. Co to oznacza? Ano tyle, że większość pszczół odporna jest na te szczepy bakterii czy grzybów, które występują w jego tak czy inaczej chwiejnie zrównoważonym ekosystemie, przy jego pożytkach czy zawartości mineralnej lokalnych wód (i 1000 innych czynnikach). A więc jeżeli pszczoły radzą sobie z ograniczeniem warroa (bo przecież nie ma pszczół odpornych, które wyczyściłyby ul do 0 - a przynajmniej nie na zawsze), to radzą sobie też siłą rzeczy i niejako przy okazji z miejscowymi patogenami. Przeniesienie tych samych pszczół gdzieś indziej powoduje zwiększenie podatności na inne choroby w nowej lokalizacji. Pszczoły zaczynają się zajmować słabnącym stanem zdrowia, coraz więcej pszczół choruje i umiera, a tym samym cała ulowa populacja mniej pilnuje roztoczy, bo ma inne problemy. Tak to widzę. Może źle, może niewłaściwie. Zapewne nieściśle. Ale nie zmienia to faktu, że przeniesienie "odporności" na warrozę do innych lokalizacji, do tej pory okazywało się awykonalne (bo oszuści i hochsztaplerzy ją ogłaszali, choć jej nie było!), gdy tymczasem odporność na inne choroby jakoś udawało się selekcjonować. Dla mnie wynika to z faktu, że inne choroby nie są wektorem kolejnych chorób, tylko są po prostu zjadliwe. A więc nie pośrednio, a bezpośrednio są czynnikiem "problemotwórczym", a dzięki temu można to selekcjonować "zerojedynkowo" co w przypadku warrozy jest niemożliwe.

Taka mniej więcej wiedza płynie z analizy tego, co można gdzieś usłyszeć czy wyłowić na temat "warroaodporności". A przynajmniej ja to tak rozumiem. Czyli trzeba nad odpornością pracować lokalnie, z własną populacją, a do tego trzeba dodać czynnik detoksykacji uli. To niestety wymaga pracy nad populacją. Pracy każdego komu dobro długofalowe pszczół i pszczelarzy leży na sercu. Niestety roztoczy nie da się wymazać gumką, tylko albo trzeba je czymś zabić, albo próbować wypracować tolerancję. Selekcja na dany czynnik nie może zachodzić pod nieobecność lub przy minimalizacji tego czynnika. Ten czynnik musi być obecny stale i musi cisnąć swe piętno. Nie wyobrażam sobie selekcji o następujących założeniach: 1. zabijam roztocza, żeby ochronić cenne życie pszczół; 2. z tych rodzin pobieram pszczoły lub czerw do badania stopnia porażenia; 3. rozmnażam te, które nie mają roztoczy - ergo są na nie odporne (???). Takie założenia selekcyjne chyba dla każdego brzmią absurdalnie, a przynajmniej mam nadzieję, że tak jest. Co się jednak okazuje? Otóż w czasie jesiennego cyklu dysput pszczelarskich po raz tysięczny udowadnia się, że takie postępowanie byłoby humanitarne, moralne, etyczne, czy po prostu ludzkie. A patrzenie na śmierć rodzin pszczelich, które wzięliśmy pod opiekę będzie temu przeciwne.

W przeciwieństwie do części z moich kolegów ja nie mam problemu z toczeniem tego rodzaju dyskusji o pszczelarstwie na gruncie jakiejś tam etyki postępowania. Oczywiście, że można przyjąć założenie, że długofalowa selekcja i uzyskanie odporności jest po prostu racjonalna, choćby ekonomicznie (wyhodowanie pszczół odpornych = mniej roboty = brak zakupu środków toksyczno-parzących = czysty zysk i możliwość dojenia pszczół z miodu do końca świata i o jeden dzień dłużej). Ja jednak uważam, że tą dyskusję można toczyć również na gruncie etyki. "Właściwe" jest nie trucie klienta toksynami. "Właściwe" jest pozwolenie organizmom żyć tak jak natura chciała. "Właściwym" jest nie parzenie pszczół środkami chemicznymi. "Właściwe" jest nieodbieranie pszczołom możliwości wychowania trutni czy wychodzenia rójek. Itp itd itp. Niestety to co wydaje się "właściwe" po pierwsze może wiązać się z patrzeniem na śmierć organizmów (czy to jest "właściwe"? a może coś jest "właściwsze" niż coś innego?), a po drugie na dzień dzisiejszy wiąże się (może wiązać się) z ujemnym bilansem ekonomicznym. Czy więc "właściwsze" będzie skazywanie pszczelarza i jego rodzinę na śmierć głodową z powodu całkowitego braku dochodów czy parzenie pszczół środkiem nomen omen parzącym? Można tak w kółko, aż całkowicie się zapętlimy i sami udowodnimy tezę przeciwną do postawionej na początku. Więc zamiast rozważać co jest "właściwsze" w tak subiektywnym czy względnym zagadnieniu jakim jest moralność (a ta jest chyba najbardziej względna ze wszystkich względności tego świata), zastanówmy się jakie są proste "humanitarne" alternatywy dla "niehumanitarnej" rzeczywistości tzw. TFB czyli pszczelarstwa bez leczenia.

Ostatnio na stronie Wolnych pszczół ukazał się tekst o tym czy patrzenie na śmierć słabnących rodzin jest humanitarne (autor - Solomon Parker - próbuje udowodnić, że na pewno nie jest niehumanitarne). Ja w zasadzie zgadzam się z tezami artykułu, choć pewnie sam opisałbym to inaczej. Już bardziej nie zgadzam się z tezami jednego z komentarzy pod tym tekstem, popełnionym przez jednego z moich kolegów. Albo przynajmniej uważam go za zbytnie spłycenie i uproszczenie. Ale to jego poglądy nie moje. Nikt nie mówi, że musimy się we wszystkim zgadzać. Tak czy siak tekst wywołał kilka tzw. (za przeproszeniem) gównoburz, bo znów się zaczęło o tym jacy to z nas bandyci. Ot tak patrzymy sobie jak pszczoły, które wzięliśmy pod opiekę sobie umierają, a my nic. Toć już lepiej byłoby je zostawić w lesie, a nie trzymać na pasiece, bo w tym pierwszym przypadku nie popełnilibyśmy grzechu przeciwko humanitaryzmowi. Na ten argument ja przynajmniej mogę przesłać linki do tekstów o tzw. "sztucznych barciach". Zawsze to humanitarniej z mojej strony, bo 2 z rodzin skazuję na śmierć, ale w lesie czyli zgodnie z wytycznymi. Zastanówmy się jednak w kontrze co tzw. "dobra praktyka pszczelarska" mówi o słabnących rodzinach, żeby było bardziej humanitarnie. Bo przecież te też mogą się zdarzyć i w najlepszej pasiece. Otóż najlepsza praktyka pszczelarska mówi, że po pierwsze należy "wyleczyć" (środkiem parzącym lub toksycznym), zabijając przy tym miliony organizmów (choć w zamian "ratując" tysiące!... poza tymi, które już były chore, bo je dobijemy, ale to przecież humanitarna śmierć, bo szybka, a nie w męczarniach). I oczywiście (tu mała dygresja) chodzi o to, żeby zabić szkodnika, a uratować zwierzę gospodarskie, którym się opiekujemy. Bo na tym przecież polega etyka i moralność - żeby uratować "swoich", zabijając "obcych". A tymczasem w nauce ekologii ponoć nie używa się określenia szkodnik. O szkodnikach mówimy m.in. w przypadku produkcji rolnej. Tak czy siak do szkodników nie stosuje się zasad moralności i humanitaryzmu, a tylko do stworzeń gospodarskich (no, chyba że akurat to nam pasuje, to wówczas się stosuje). Wracając do "dobrej praktyki pszczelarskiej" - po drugie możemy zrobić jedną z kilku rzeczy. Po pierwsze po drugie możemy zabić matkę, bo przecież jej dzieci pozwoliły na osłabienie całej rodziny i dołączyć te dzieci do innej rodziny (stres czy lekkie ścinanie pszczół jest pomijalne w debacie o humanitaryzmie ratowania słabnącej rodziny). Zabicie tej matki nie jest "niehumanitarne", bo jak to głosi jeden z pszczelarzy - każda matka i tak prędzej czy później zostanie wymieniona w cichej wymianie, więc my tylko uprzedzamy naturę. Co oczywiście jest logiczne, bo jak uprzedzamy naturę to jest humanitarnie, ale jak pozwalamy naturze działać, to nie jest. Jasne przecież, co nie? Poza tym ta matka przecież nie zasługuje na humanitarne potraktowanie, bo śmiała przekazać takie geny, że aż rodzina osłabła! Straciła więc swój status zwierzęcia gospodarskiego, do którego stosują się zasady humanitaryzmu. Niektórzy pszczelarze też twierdzą, że prawdziwego etycznego pszczelarza poznaje się po tym jak traktuje pojedynczą pszczołę. Ale z innych wypowiedzi tych samych pszczelarzy należy wnioskować, że zasada ta (co jest oczywiste) nie tyczy się nieproduktywnych matek pszczelich i trutni, bo te jak pisałem ten status bądź to straciły, bądź go nigdy nie miały. No chyba, że mówimy o trutniach selekcjonowanych w hodowlach, to wówczas trzeba je traktować tak jak na to zasługują czyli humanitarnie. Po drugie po drugie możemy sobie taką rodzinę bez zabijania matek połączyć z inną takąż słabnącą rodziną. To działanie jest nad wyraz humanitarne przecież, bo ratujemy te wszystkie pszczoły. Nic to, że skazujemy którąś z matek na bezcelową i pozbawioną szans na powodzenia ucieczkę przed śmiercią po ulu - i tak ją przecież pszczoły (lub druga matka) dogonią i zażądlą. Ale w tym wypadku przecież tylko wyprzedziliśmy naturę, czyli było w pełni humanitarnie, co już udowodniłem wcześniej. Po trzecie po drugie wreszcie możemy tą rodzinę zasilić, lub liczyć na to, że po zabiciu tych stworzeń, do których zasad humanitaryzmu się nie stosuje, sobie poradzi. A jak słabnie dalej to patrz punkty po pierwsze po drugie i po drugie po drugie.

UZUPEŁNIENIE:
Co jeszcze w tym miejscu warto dodać, a co jest ciekawe z punktu widzenia względności ocen i wyrażanych poglądów. Otóż bardzo często sposób traktowania pszczół - w ramach szeroko pojętego humanitaryzmu - porównuje się do sposobu traktowania ludzi. Argumenty bardzo często są zbliżone do: "Ciekawe czy gdyby Twoje dziecko było chore, to też byś tak patrzył z boku zamiast coś robić". I to oczywiście bardzo ważki argument. Tyle że na prawdę ciężko przychodzi mi porównywać te dwie sytuacje i zawsze od tego stronię. Otóż po pierwsze patrzę na pszczoły z punktu widzenia bardziej "zbieractwa" niż "uprawy", gdyż pszczoły są i w pewien sposób musza pozostać półdzikie, aby należycie spełniać zarówno funkcje ekologiczne (zapylanie) jak i swoje życiowe, a nasze ekonomiczne (zbieranie czy wytwarzanie produktów takich jak miód, pierzga, wosk). A więc zawsze będą kontaktować się ze światem zewnętrznym, przy okazji narażając się na różne bodźce patogenne. Nie sposób gospodarki pasiecznej porównać do takiej jak "uprawy" kur w klatkach czy krów w boksach, a bardziej takiej jak otwarte hodowle bydła mięsnego w Ameryce Południowej. Tam zapewne "bydło-larze" wykonują 10% tych zabiegów jakie w "uprawie krów" wykonują hodowcy w gospodarce wysoko uprzemysłowionej. Nie mogę więc wykluczyć, że część krów np. w Patagonii ginie w paszczach drapieżników czy z powodu chorób. Czy to humanitarne czy nie? Tym samym pszczoły muszą umieć sobie radzić z bodźcami zewnętrznymi na swój własny sposób, a nie da się tego wypracować robiąc wszystko za nie. Druga sprawa to taka, że Ci którzy najgłośniej krzyczą o humanitaryzmie - a raczej jego braku przy hodowli tzw. "naturalnej" typu hands-off czy treatment-free i porównują to do zajmowania się chorymi członkami rodziny, najczęściej stosują szereg zabiegów, których raczej na członkach rodziny by nie stosowali. Tzw. "dobra praktyka pszczelarska" zaleca na przykład "wymianę matki" gdy jej córki, tj. pszczoły robotnice, są zbyt agresywne, czy za mało produktywne. To ponoć sprzyja ogólnej poprawie pogłowia pszczół (bo te pszczoły nie "rozsiewają" swych złych genów) oraz zmniejszeniu zagrożenia dla sąsiadów w wyniku przypadkowych pożądleń. Jest to więc ponoć działanie ze wszech miar słuszne i dla dobra ogółu - nie tylko pszczelarzy ale i całych społeczności. Idąc tym tropem i porównując całą sytuację do dzieci - w myśl głoszących tezy o właściwości takich porównań - należałoby uznać za "dobrą praktykę wychowawczą" "wymianę" niegrzecznych czy mało produktywnych dzieci. To nie tylko poprawiłoby ogólne "pogłowie dzieci", które nie rozsiewałyby w przyszłości swoich "złych" genów, ale też takie dzieci będąc zbyt głośnie nie przeszkadzałyby sąsiadom "żądląc" ich święty spokój. Przy okazji "wymienilibyśmy" szereg osób malujących po murach, czy nie ustępujących miejsca staruszkom w autobusie. Takie działanie należałoby więc pewnie uznać za ze wszech miar słuszne i dla dobra ogółu, czyż nie? Brzmi absurdalnie? Zapewne, ale też nie zmieni to faktu, że w następnej dyskusji ponownie pojawią się porównania pszczół do ludzi, a działania względem pszczół do tych względem dzieci...

Może faktycznie o humanitaryzmie czy moralności lepiej nie dyskutować, bo ta nie ma sensu w świecie pszczelarskim? Na długie jesienne wieczory i tak pozostaje nam przecież dyskusja o odporności!