środa, 19 września 2018

Horyzontalny przepływ roztoczy, czyli myślenie czterowymiarowe

Ostatnio znów pojawia się w dyskusjach zagadnienie "roztoczowej bomby" (samo zjawisko opisywałem tu: http://pantruten.blogspot.com/2018/01/strzez-sie-mite-bomb.html), a wraz z nim tzw. "horyzontalny przepływ roztoczy", który jakoby wpływa na zwiększenie zjadliwości roztoczy. Głos w tej dyskusji zabrał również profesor Seeley w opublikowanym przeze mnie wywiadzie na Youtube. I oczywiście daleki byłbym od spierania się z profesorem, ale taką już mam naturę, że daleki nie będę i trochę się tu pospieram. A raczej podywaguję sobie na ten temat, bo do spierania się potrzebny byłby partner. Choć... a bo ja wiem? Mój szef mówi, że czasem gdy czyta moje rozważania w pisanych przeze mnie opracowaniach, staje mu przed oczami Reb Tevye. Tenże szacowny bohater przy wyborze wybranków (masło maślane?) dla swoich cór potrafił świetnie dywagować i znajdywać argumenty zaprzeczające wymyślonym poprzednio. Podawał argument, a zaraz mówił "but on the other hand" (ale z drugiej strony) i tam znajdywał kolejny. Nieźle mu to wychodziło - o choćby tu: https://www.youtube.com/watch?v=bWGtjqv19ZA. Więc ponoć i ja tak potrafię. Sam Reb Tevye na pewnym etapie stwierdził jednak: "there is no other hand - if I bend further, I'll break" ("nie ma już drugiej strony - jeżeli ugnę się bardziej, złamię się"). Więc gdzieś tam jest granica ustępstw i każdy ma ją zapewne w innym miejscu. Ale to tylko dygresja na wstępie, zakończona dygresją do dygresji. Bo przecież nie o tym miało być, a o roztoczach. Co ma do nich Tevye? Chyba nic.

Rodziny się rabują. To niezaprzeczalny fakt. Rodziny żyjące blisko siebie - np. na pasiece w rządku - doświadczają też błądzenia pszczół. To pewnie bywa rzadsze lub częstsze, ale na pewno zachodzi. Im mniej błądzenia tym lepiej. Bez dwóch zdań. Pszczoły wpadające raz do tego ula, a raz do tego, mają kontakt z potencjalnie różną mikroflorą (w tym patogenną) i choroby się roznoszą. Kto ma dzieci, ten pewnie wie, że wystarczy je puścić do przedszkola i na pewno coś przyniosą. A im większa gęstość osobników, tym choroby przenoszą się łatwiej i intensywniej. Profesor Seeley uważa, że o ile zwykły dryf (błądzenie) pszczół jest względnie niegroźny przy roznoszeniu roztoczy, to rabunki potrafią "wykończyć" nie tyle rodzinę rabowaną, bo ta i tak już się wykańcza, co rabującą. Pszczoły z tej ostatniej wpadają bowiem do słabnącego ula i przynoszą do swojego, do tego czasu zdrowego, wszystkie możliwe patogeny i pasożyty na jakie tam trafią. Według profesora rodzina po rodzinie zbiera roztocza, potem sama słabnie i umiera, wówczas i ona zaczyna być rabowana i roztocza trafiają do kolejnej, potem kolejnej i kolejnej. Sam ten proces może wykończyć całą pasiekę, bo roztocza zaczynają się kumulować w coraz to mniejszej liczbie uli, z coraz większym arsenałem patogenów. Czy tak jest? Ja uważam, że tak być może. Profesor potwierdził to obserwując rodziny ustawione blisko siebie i ustawione pojedynczo. Te blisko siebie po 2 latach od zaprzestania leczenia zginęły wszystkie, a te w oddali od siebie w części przetrwały. Ale wiem, że nie każdy zjawisku "mite bomb" przypisuje tak niszczycielską siłę. Ja uważam, że to zjawisko jest groźne w początkowej fazie selekcji (a sam profesor o ile wiem badania prowadził na pszczołach "nieodpornych" - czyli takich jak są dostępne wszystkim). Wtedy kiedy pszczoły faktycznie z roztoczami nie walczą, a na pasiece może ich (w sensie roztoczy) być dużo, bardzo dużo, lub ogromne liczby. Być może na samym początku mojej pszczelarskiej przygody z nieleczeniem pszczół mogłem to zjawisko zlekceważyć i kto wie - być może przyczyniło się to do moich olbrzymich strat w 2014 i 2016 roku. Inną rzeczą jest co mogłem zrobić - i w teorii wiem, a w praktyce byłoby to ciężkie. Dziś wydaje mi się, że to zjawisko może być zwykłą presją selekcyjną, jaką pszczoły mają i mieć będą zawsze na pasiekach. W końcu Bush, Lusby, Webster czy nawet i sam Seeley mają pszczoły na pasiekach i one jakoś sobie dają radę. Choć sam profesor twierdzi, że te pszczoły w pasiekach na pewno mają się gorzej niż mogłyby się mieć w naturze. I ja się z nim w tym zgadzam. Więc w przyszłości liczę (gdybam), że tak olbrzymich spadków przez "mite bomb" już nie będzie (o ile w ogóle były wcześniej). Wcale jednak nie jestem pewny, że na pewno tak było jak wspomniałem, jak i że może się tak wydarzyć jak gdybałem chwilę potem. (A mieszam celowo, żeby już każdy się pogubił w tym o co mi chodzi...) A czemu nie jestem pewny? Bo nie tylko ja wówczas traciłem pszczoły - umierały u wszystkich - również leczących książkowo. Jeżeli więc tłukący dręcza mieli te same problemy co ja, który go nie tłukłem, to oznacza, że niekoniecznie same roztocza doprowadziły do śmierci moich rodzin. A jeżeli nie one, to zapewne sama roztoczowa bomba nie była kluczowym czynnikiem zabijającym pszczoły. Trzeba też pamiętać, że same roztocza nie zjawiają się znikąd, a i mają pewną "bezwładność". A więc wydaje się, że w tydzień raczej zdrowej rodziny nie wykończą. Przykładowo wyobraźmy sobie taką sytuację, że mamy rodzinę pozbawioną roztoczy (tak wiem, takie zjawisko nie istnieje i jest to przykład wyimaginowany - zupełnie jak ta wspólnota, o której mówił Adrian D.), a nagle ktoś dosypuje do niej 1000 robali. Wydaje mi się, że one muszą się tam rozgościć, zacząć wchodzić do komórek, zżerać to co zeżreć mają, przenieść swoje patogeny na larwy, a potem na inne osobniki. To chwilę trwa. I typuję, że więcej niż tydzień. Ciekawe swoją drogą czy ktoś prowadził takie badania...? Jeżeli więc rodziny padały szybko jedna po drugiej (znacznie szybciej niż wynosiłaby racjonalna "bezwładność" roztocza) w ciągłym procesie, a były to rodziny z danego roku, które - w teorii - tych roztoczy nie mogły mieć tysięcy, a nawet setek, czy wręcz dziesiątek, a dodatkowo na sąsiednich pasiekach padały rodziny leczone, to być może przyczyna była inna. Ale kto wie. To tylko rozważania.

To tylko tytułem wstępu. Bo sam wpis ma być o tym czy przepływ roztoczy w czasie "mite bomb" sprzyja ich selekcji na zjadliwość, czy też wręcz przeciwnie lub odwrotnie, albo jeszcze inaczej. Oczywiście - niezależnie od poglądów tego, kto to będzie czytał - zakładamy, że zjawisko roztoczowej bomby występuje i że roztocza faktycznie przenoszą się setkami, a nawet dziesiątkami, na sąsiednie rabujące rodziny.
Założenie zwiększenia zjadliwości roztoczy w toku horyzontalnego przepływu jest następujące. Hipotetyczna sytuacja nr 1. Mamy nosiciela A i nosiciela B. Nosiciel A jest nieodporny i ma robala bardzo zjadliwego, a nosiciel B jest odporny, a robala ma łagodnego. Jeżeli zjadliwy robal nomen omen zje nosiciela A i ten umrze, a wraz z nim umrze robal, to on eliminuje sam siebie. W tym czasie łagodny robal, nie zabije odpornego nosiciela B. W tym hipotetycznym przypadku ewolucja wypromowała nosiciela B i łagodnego robala. Tworzy się więc w kolejnym pokoleniu bardziej zrównoważona relacja "nosiciel-robal" niż w przypadku nosiciela A i zjadliwego robala. Ewolucyjnie to pożądany krok i zgodnie z moim rozumieniem pszczelarstwa bez leczenia do tego właśnie długofalowo dążymy.
Hipotetyczna sytuacja nr 2. Nasz zjadliwy robal, zanim zabije nosiciela A przenosi się na nosiciela C, D, E i F. Nosiciel A ginie, a wraz z nim robal, ale potomstwo robala żyje w rodzinie C, D, E i F. Zjadliwy robal przeniósł się więc przed śmiercią nosiciela - tak jak w przypadku "mite bomb" i roztoczy. Rodzina ginie, ale wraz z nią nie ginie zjadliwy robal. On trwa nadal.
Hipoteza mówi więc (na ile ją rozumiem), że jeżeli zjadliwy robal przed uśmierceniem nosiciela przeniesie się na innych, to wraz z nim rozprzestrzenia się zjadliwy szczep, który zwiększa zjadliwość populacji.
Na logikę pełna zgoda. I zgadzam się więc z profesorem Seeleyem, że ewolucja w kierunku zrównoważenia relacji "pasożyt-żywiciel" działa najszybciej w warunkach naturalnych, w których rodziny żyją w odosobnieniu, a zjadliwy dręcz zabijając rodziny sam ginie. Tu nie ma sporu.

"But on the other hand...."
... mówimy o sytuacji w pasiekach.

Zanim przejdę dalej, to wrócę do jednej myśli, którą poruszałem tu już na blogu. Otóż każdy słyszy to co chce usłyszeć. Ja też od tego wolny nie jestem. Gdy rozmawiam z ludźmi, albo słucham wykładu czy wywiadu, też skłaniam się bardziej do jednych usłyszanych tez od innych. Nie jestem więc wolny od grzechu subiektywizmu. Profesor Seeley - a powołuję się na niego w tym poście, bo też jego wypowiedź (między innymi) wskazuje na to, że horyzontalny przepływ roztoczy od umierającej rodziny może wpływać na zwiększenie zjadliwości. Problem tylko w tym, że ... on the other hand... profesor powiedział tam jeszcze parę innych rzeczy, a jego rada, nie do końca brzmiała jednoznacznie tak jak ją interpretują niektórzy.
Otóż według części osób Seeley podkreśla potrzebę leczenia pszczół, w których poziom roztoczy osiąga bardzo wysokie poziomy, a brak tego leczenia wspiera zjadliwość. Otóż w moim odbiorze profesor powiedział mniej więcej to, ale ... on the other hand... powiedział też co innego. Do tego mam wrażenie - i tu po prostu w pewnym zakresie się nie zgodzę i będę z nim polemizował - że zrobił zbyt wielkie uproszczenie, które w efekcie dało opis nie do końca tej sytuacji jaką profesor opisał - a przynajmniej nie taką jaka występuje w naszych pasiekach. Być może profesor miał na myśli swoją pasiekę lub pasiekę wzorcową zorganizowaną według zasad "darwinian beekeping". W tej sytuacji być może to co powiedział byłoby prawdą. Zależy to więc od wielu czynników. Ale do rzeczy, czas wytłumaczyć o co mi chodzi.

Otóż w naszych pasiekach ule ustawione są w taki sposób, że następuje dryf roztoczy zgodny z dryfem pszczół. Nie wyobrażam sobie sytuacji takiej, aby leczenie rodziny umierającej mogło zapobiec wcześniejszemu rozprzestrzenieniu się roztoczy przez cały okres funkcjonowania tej rodziny. I nawet przyjmując, że rodzina "gubi" 1 roztocze dziennie w ramach dryfu (a nawet 1 przychodzi - 1 odchodzi) i nie wpływa to znacząco na sam poziom porażenia, to jednak roztocz rozprzestrzenia się cały czas. Przecież są już setki, a nawet dziesiątki badań i obserwacji o tym jak dręcz czatuje na kwiatach, czy wylatuje na pszczole niczym Krzysztof Kolumb z ula, tylko po to, żeby wylądować w Hameryce (czytaj innym ulu). A więc nawet jeżeli wraz z rabunkami do innych uli przeniesie się 500 czy nawet i 1000 rozotoczy, to wcale nie znaczy, że wcześniej się to nie działo. Działo się - tyle, że wolno i systematycznie, a nie gwałtownie. Na dowód: tempo i poziom ekspansji roztocza z lat poprzednich gdy obejmował nowe tereny. A więc to się po prostu dzieje. Zapobieżenie rabunkom zapobiegnie roztoczowej bombie, ale nie przeniesieniu się tegoż pasożyta (genetyki - zjadliwej?) wcześniej gdzie indziej. A to jest ten sam pasożyt, który doprowadzi potem do upadku rodziny pszczelej. O ile więc ule ustawione są gęsto tych roztoczy w ciągu sezonu czy dwóch przeniesie się kilkaset. Nie zajdzie więc taka sytuacja o jakiej mówił profesor w hipotetycznej sytuacji, że pasożyt zginie wraz z zabitą przez siebie rodziną. Pasożyt umrze, ale rozprzestrzeni się wcześniej. A więc te same zjadliwe geny, które zabiją rodzinę przeżyją i tak. Uważam więc, że w takim usytuowaniu naszych pasiek, sytuacja opisana przez profesora (a raczej tak rozumiana przez tych, co profesora słuchali) jest hipotetyczna i po prostu nie odzwierciedla rzeczywistości. Co więcej, roztocza rozprzestrzenią się nawet przy takim ułożeniu rodzin jak w naturze - bo też spora ich część wyląduje gdzieś na kwiatach i będzie czekała na nową ofiarę. Tak przecież dręcz działa. Po prostu w tym przypadku jego niszcząca siła jak i tempo rozprzestrzeniania się są daleko mniejsze. Można by więc zacytować w tym miejscu bohatera popkultury Doc'a Emmeta Browna: "Marty, myśl czterowymiarowo! Gdy pojawisz się tu w 1885 roku nie będzie tu żadnych Indian!"... yyy... a raczej chodziło mi tylko o tą pierwszą część. Trzeba myśleć czterowymiarowo, czyli do wymiarów przestrzennych dodać czas. A więc samo zapobieżenie przenoszeniu się dręcza na końcu żywota rodziny po prostu nie wystarcza.

W mojej ocenie mamy wszyscy mniej więcej tego samego dręcza. On przemieszcza się między naszymi ulami i między naszymi pasiekami. Oczywiście są niewątpliwie w jakiś sposób dręcze "sprytniejsze" lub odporniejsze - a zetem może "zjadliwsze"? Ale nie oszukujmy się - one wszystkie są w naszych ulach, a jak nie są dziś to będą jutro, albo za rok. Na pewno leczenie umierającej rodziny temu nie przeszkodzi.

Teraz zastanówmy się co jeszcze profesor mówi. Otóż jednoznacznie mówi, że leczenie pszczół jest selekcją na zjadliwość patogenów. W ten sposób tłumaczy choćby to, że skróciła się średnia długość życia pszczół o połowę (gdy nie zastosujemy "leczenia"). Czyli jak? Jeżeli leczymy to selekcjonujemy na zjadliwość, a jeżeli nie leczymy to... też selekcjonujemy na zjadliwość? (oczywiście w warunkach pasieki). Otóż ja to widzę trochę inaczej. Wydaje mi się, że w tym kontekście "selection for virulence" (selekcja na zjadliwość) przy nieleczeniu pszczół, nie oznacza tego, że pasożyt przenosząc się między rodzinami horyzotalnie uzyskuje większą zjadliwość. Ot, przenosi się ten, którego mamy. A więc nie bardziej zjadliwy, a ten... hm... "normalny". W tym kontekście natomiast warunki pasieczne sprzyjają temu, żeby utrwalać w populacji tego zjadliwego dręcza, a więc (jeszcze raz, żeby to zabrzmiało dobitnie) nie tyle zwiększamy jego zjadliwość, co utrwalamy zjadliwość tych, które już tu są i zabijają nasze rodziny. Ale równocześnie jeżeli nie będziemy leczyć, to nie będziemy zwiększać zjadliwości wirusów i bakterii. O tym profesor mówi bardzo wyraźnie (acz od drugiej strony), gdy tłumaczy skrócenie się życia pszczół przez "wyselekcjonowane" przez nas wirusy.
Co więc robić? Znów stajemy w położeniu bohatera greckiej tragedii. Czy lepiej zwiększać zjadliwość wirusów i innych patogenów lecząc, czy umożliwiać przeniesienie się zjadliwych szczepów horyzontalnie nie lecząc? Otóż, uważam, że lecząc faktycznie produkujemy bardziej zjadliwe patogeny i "sprytniejszą" lub "odporniejszą" warrozę. Za to lecząc wcale nie zapobiegamy przenoszeniu się dręcza. Z dwóch powodów - po pierwsze z powodu wcześniejszego dryfu, a po drugie z powodu tego, że jeszcze nie było takiego pszczelarza, który by zabił całego dręcza. Jeden próbował - dawał stale dywaniki z taktiku, a i tak dręcz się sypał i sypał, a jak już się wysypał, to sypał się dalej, bo przeniósł się horyzontalnie z innych rodzin. Więc wydaje mi się, że to "zapobieżenie" rozprzestrzeniania się horyzontalnego zjadliwości należy włożyć między bajki. Choć fakt, zapobiegamy roztoczowej bombie, która wybuchając może poczynić gwałtowne szkody.

Popatrzmy na ten problem jeszcze od innej strony. On the other hand, pasieki - bo mówimy cały czas o warunkach pasieki, a nie idealnej wersji "darwinian beekeeping" z ulami rozstawionymi co kilkaset i więcej metrów - w których nie leczy się dręcza mogą przejść głębokie załamania w czasie wybuchu roztoczowych bomb. Mogą, a nie muszą - bo jak wiadomo nie każdy się z tym zgadza. I co się wówczas dzieje? Cóż. Występują olbrzymie straty rodzin. Tych rodzin, które umierają, bo rabowały lub dlatego, że pozwoliły sobie na wychowanie mnóstwo dręczy, które ich dręczyły. I wówczas właśnie mamy sytuację zbliżoną do hipotetycznej sytuacji nr 1, czyli zjadliwy dręcz wyeliminował sam siebie. Bo śmierć w zimie zapobiegnie rabunkom, a wiosna zostaną - teoretycznie - te rodziny, które sobie z dręczem radzą. Oczywiście gdzieś przetrwa roztocz, gdzieś przetrwa zjadliwy szczep wirusa czy bakterii. To jest nieuniknione i koło się zamknie.

Biorąc więc pod uwagę przytoczony powyżej kontekst twierdzenie, że profesor "nakłania do leczenia" rodzin, które mają dużą populację dręcza, jest w moim odczuciu bardzo dużym nadużyciem i wyrywa jedno zdanie z całości systemowo zbudowanej koncepcji. Seeley oczywiście podaje to jako alternatywę, ale jest to jeden z elementów całej koncepcji "darwinian beekeeping", a więc takiego sposobu prowadzenia pasieki, który zbliża pszczoły do naturalnych warunków życia - a więc również, a w tym kontekście przede wszystkim, w takim ustawieniu uli, który niweluje zagrożenie dryfu, błądzenia czy rabunków. Ostatnio sporo na ten temat myślałem i dochodzę do wniosku, że właśnie zwiększenie zjadliwości patogenów, jest tym czynnikiem dla którego profesor w pierwszej kolejności zaleca "dobicie" (jak to nazywa: "eutanazję") rodziny pszczelej, która umiera. Jest wtedy mniejsza szansa, że dręcz przetrwa ten zabieg i się "uzłośliwi".

Uważam więc, że wszystkie rady profesora po pierwsze trzeba brać przez pryzmat teoretycznych koncepcji, a nade wszystko (i to najistotniejsze) interpretować w określonym kontekście całego systemu "darwinian beekeeping". Podkreślę ponownie: przełożenie tego bezpośrednio do naszej pasieki i twierdzenie, że profesor zaleca leczenie, jest nadużyciem interpretacyjnym.

Oczywiście to moje poglądy, a każdy wysnuwa własne wnioski. W części interpretuję słowa profesora, a w części po prostu mam inne zdanie. Natomiast nie mam żadnych wątpliwości, że zrealizowanie koncepcji "darwinian beekeeping" co do joty, byłoby dla pszczół z korzyścią. Ba, uważam, że rezygnacja z pszczelarstwa (czego ja osobiście robić nie zamierzam - a przynajmniej na tym etapie życia) byłoby najlepszym co spotkałoby pszczoły.

I w tym ostatnim kontekście "korzyści dla pszczół" - ponieważ przemyślenia na temat horyzontalnego przepływu sprzyjającemu jakoby zjadliwości uznaję za zakończone - czas na dygresję. Stykam się bowiem z twierdzeniami, że "pszczoły nie wymierają". Myśl ta, która jest propagowana również przez jednego z moich "kolegów", wsparta jest danymi statystycznymi liczby "uprawianych" rodzin pszczelich. I z tej statystyki faktycznie wynika, że liczba rodzin pszczelich trzymanych przez pszczelarzy rośnie. To jakoby miałby być dowód na to, że pszczoły nie wymierają. No cóż. Ostatnio byłem na konferencji w Holandii i tam podano inną statystykę - otóż w rejonach Europy Zachodniej cała biomasa zapylaczy (a więc i pszczół - choć nie tylko Apis mellifera) zmniejszyła się aż o 75%. Zapylacze wymierają i mają się źle. Choć ten proces być może zatrzyma się na jakimś poziomie, a zapewne byłby do odwrócenia. Proces ten o tyle nie dotyka pszczoły miodnej, że ta jest sztucznie na każdym kroku namnażana i utrzymywana przy życiu. Ale na pewno fakt ten nie zmienia smutnej rzeczywistości, że pszczoły mają się źle, a sama pszczoła miodna na większości terytorium Europy nie jest zdolna do samodzielnego życia. I cóż mogę powiedzieć. Chyba tylko tyle, że jawne propagowanie hasła, że "pszczoły nie wymierają" bazując na danych statystycznych pasionych chemią Apis mellifera domesticus uważam za głęboko szkodliwy z punktu widzenia rozprzestrzeniania idei pszczelarstwa naturalnego. Głoszenie takich haseł powoduje, że ludzie, którzy nie zastanawiają się nad tym co przytoczone statystyki "uprawianych" pszczół oznaczają, po prostu wyrabiają sobie błędne zdanie na temat całości zagadnienia. Czy na pewno obserwujemy tyle samo owadów zapylających - w tym i pszczołowatych - co w czasach naszego dzieciństwa? Proponowałbym więc niektórym refleksję, zanim będą głosić swoje mądrości, nie zastanawiając się na tym jaki obraz rysują dla amatorów, którzy po prostu nie zastanawiają się nad rzeczywistością.

Na koniec jeszcze jedna dygresja - również poza tematem posta, choć w temacie roztoczy. A więc i pośrednio związanym. Ot, naukowa ciekawostka na koniec, która nie koniecznie przekłada się na praktykę - a przynajmniej moją praktykę nieleczenia pszczół. Bo dla tych leczących padają tam wnioski.
Ostatnio koleżanka z Niemiec Sibylle podesłała mi link do wykładu młodego naukowca Samuela Ramseya (świeżego doktora), który badał sposób odżywiania się roztoczy. Cała sprawa wygląda mi na rzetelną i wiarygodną, choć burzy pewien sposób myślenia o tym, jak same roztocza wpływają na zdrowie pszczół i ich mechanizmy obronne. Otóż (nie spojlerując całości, dla tych co znają angielski i poświęcą wykładowi ponad godzinkę swojego cennego czasu) wnioski są następujące. Błędnie przekazywaliśmy wiedzę, że dręcz odżywia się hemolimfą pszczoły. A przynajmniej było to zbyt wielkie uproszczenie, bo faktycznie w jakiejś części tą hemolimfę spożywa. Z badań wynikało (analiza kału czy składu biochemicznego samego dręcza, a także inne badania samej porażonej pszczoły), że roztocz nie może się odżywiać samą hemolifmą. Gdyby tak było dręcz spożywałby nadmierną ilość "wody" na to, żeby funkcjonować w taki sposób. I co się okazało. Dręcz zjada (bo to zjadliwa bestia) przede wszystkim ciałko tłuszczowe pszczół. A hemolimfą co najwyżej popija sobie po posiłku. Samo ciałko tłuszczowe jest bardzo ważnym organem w biologii pszczół, odpowiedzialnym między innymi za odporność i prawidłowość rozwoju pszczoły. Bierze też udział w niwelowaniu skutków wszelkich zatruć (w tym pestycydami). Dręcz nie tylko przenosi więc patogeny i "wysysa" hemolimfę, ale poprzez naruszenie istotnego organu pszczoły wpływa na całą biologię owadów. Przez to pszczoły są bardziej podatne na zatrucia pestycydami, ale i są po prostu osłabiane. A jako że dobrze odbudowane ciałko tłuszczowe jest istotne też z punktu widzenia dobrego przygotowania do zimy - pszczoły takie po prostu źle zimują. Jeżeli fakty te są prawdziwe (osobiście nie mam powodu w nie wątpić), to samo to może być co najmniej równie znaczącym czynnikiem śmiertelności pszczół porażonych roztoczem jak i przenoszone wirusy. Zainteresowanym polecam obejrzenie.



Z końcem września lub początkiem października będzie trochę o podsumowaniu lata i karmienia na zimę. Niestety z początkiem września źle oceniłem stan zakarmienia w niektórych rodzinach i niektóre z nich "przekarmiłem"... O tym już jednak następnym razem.

piątek, 14 września 2018

Profesor Thomas Seeley o niektórych aspektach "darwinian beekeeping"

Podczas konferencji w Doorn w Holandii udało mi się porozmawiać z jednym z najznamienitszych i najsłynniejszych naukowców zajmujących się pszczołą miodną - a to z profesorem Thomasem D. Seeley. Profesora przedstawiałem już na tym blogu wcześniej, a nawet napisałem post, który częściowo omawia tą koncepcję, o której rozmawialiśmy (w poście Wykład Thomasa D. Seeleya). Mowa oczywiście o "darwinian beekeeping", a więc "pszczelarstwie darwinistycznym".

Profesor Seeley okazał się wyjątkowo miłym i uroczym człowiekiem. W czasie konferencji nieustannie był zajęty i nie miał dla siebie ani chwili. A był zajęty, bo stale otaczała go jakaś coraz to nowa grupa osób, która albo chciała podpytać go o jakiś z jego eksperymentów, albo po prostu z nim porozmawiać. Przyznam, że prosząc go o wywiad miałem pewne wyrzuty sumienia z tego powodu, gdyż zabrałem mu kolejne minuty, w których po prostu mógł odpocząć. Heidi Herrmann powiedziała mi jednak, że profesor bardzo lubi kontakt z ludźmi - zawsze jest dla nich miły i absolutnie nie jest to tylko wymuszona postawa. Zachęciła mnie więc do tego, żeby próbować. Ale choć umawialiśmy się na kilka terminów w sobotę, to udało mi się wyrwać chwilkę profesorowi dopiero w niedzielę. Wcześniej po prostu był oblegany, a przerwy w których mieliśmy na chwilę usiąść "gwałtownie" się kończyły i trzeba było wracać na salę, na kolejną część konferencji.

Ostatecznie wynik mojej rozmowy można zobaczyć na załączonym filmie. Rzecz jasna, gdy już skończyłem rozmawiać z profesorem od razu zaczęły mi się cisnąć do głowy nowe pytania. Sam wywiad nie mówi o całości koncepcji "pszczelarstwa darwinistycznego", a jedynie o niektórych z jej aspektów. Ze zrozumiałych względów: musielibyśmy rozmawiać pewnie z półtorej godziny. A przecież - co zresztą wspomniałem w czasie nagrania - opis całości koncepcji można znaleźć w licznych opracowaniach (np. tu: https://www.naturalbeekeepingtrust.org/darwinian-beekeeping - po angielsku) lub wykładach profesora na Youtube. Chciałem porozmawiać głównie o tej części, którą osobiście uważam za najbardziej kontrowersyjną - tj. o uprzedzającym zabiciu rodziny. No i oczywiście nie zadałem najważniejszego pytania... a chodzi o to, czemu profesor częściej mówi o "eutanazji" czy "zabiciu" rodziny, niż jej leczeniu. Bo też najczęściej pada rada: "zabij lub lecz", a nie "lecz lub zabij"... Parę argumentów za tym, aby rodzinę zabić, a nie leczyć (pomimo, że skutek jest ten sam - tj. znikają roztocza - wektory wszelakich patogenów i całego zła tego świata) zapewne bym znalazł. Ale chciałem to usłyszeć od profesora. A może ktoś oglądał jakiś wykład, w którym profesor tłumaczy tą preferencję? A może też ja to źle rozumiem i obydwa rozwiązania są dla niego równorzędne? Nie zmienia to faktu, że rozwiązanie, jakie pierwsze przychodzi do głowy, to raczej leczenie. Bo przecież gdy zabijemy rodzinę to jej nie ma. A gdy leczymy to w kolejnym roku będziemy mogli się nią cieszyć. Można mieć z niej miód, można wykorzystać ją na odkłady, do których podamy "lepsze" matki... Chętnie poczytam Wasze pomysły i komentarze na ten temat. A może jeszcze będzie kiedyś okazja spotkać się z profesorem i dopytać go o tą "preferencję"?

Życzę miłego oglądania.


(również z polskimi napisami)