czwartek, 3 maja 2018

Witaj maj, suchy maj

Kolejny rok zapowiada kolejną suszę. Nasz klimat chyba się faktycznie zmienia. Odkąd zajmuję się pszczołami - chyba jak każdy pszczelarz - zacząłem wnikliwiej obserwować przyrodę. I dostrzegam, że od dłuższego już czasu po prostu nie jest "optymalnie". Wcale też nie twierdzę, że każdego roku i w każdym okresie tak ma być, niemniej jednak przydałoby się, żeby każdego roku przynajmniej pewien dłuższy okres był po prostu dla pszczół dobry. Tylko wówczas można liczyć na to, że pozostaną zdrowe. Kilka pokoleń pszczół musi się wychować w dobrym czasie przy dużej różnorodności nektaru i pyłku. Tymczasem od około 5 tygodni nie było porządnego deszczu, a jedynie 2 razy popadał średni czy słaby deszcz, około tydzień temu. Rzecz jasna już śladu po nim w glebie nie ma. Na głównej pasiece każdego roku w maju był piękny widok fioletowych i żółtych kwiatów - w zasadzie to jedyny okres kiedy tak tam bywa. Potem chrzęści pod stopami jak ściernisko. W tym roku (na razie - a może to się jeszcze zmieni?) nie ma tam w ogóle kwiatów, początek maja przynosi chrzęszczący odgłos pod stopami, a i widok przedstawia się dokładnie taki jak każdego lipca czy sierpnia. Po prostu susza. No cóż, o ile zima była długa, a jej powrót wyrządził trochę szkody w mojej pasiece (o tym za chwilę), to jednak cieszyłem się, że to była pierwsza wilgotna zima od lat, która porządnie napoiła glebę, tak jak to powinno się dziać co roku... I cóż, zima się skończyła, a o tej wilgoci można już zapomnieć. Do tego przedłużenie się intensywnych mrozów, a następnie nadejście lata spowodowało kolejną anomalię - wszystko kwitnie na raz. Wczesne rośliny opóźniły się, inne przyszły normalnie w swoim czasie, a część roślin w związku z wysoką temperaturą w kwietniu przyspieszyło kwitnienie. Więc teraz, póki moje rodziny w większości są jeszcze raczej słabe, wszystko kwitnie na raz, niektóre rośliny nie nektarują lub nektarują słabo (np. nie widzę pszczół na mniszku i nie widziałem na drzewach owocowych, które już w zasadzie praktycznie przekwitły). Czyżby to zwiastowało powtórkę zeszłego roku, kiedy w maju praktycznie z uli wylewał się miód, a od czerwca do końca sezonu pszczoły walczyły z głodem? Oby nie, ale może tak niestety być.


Ale wróćmy do mojej pasieki. W połowie marca napisałem, że o ile przedwiośnie przed nami, to mogę ocenić już przebieg zimowli. I się pomyliłem. Bo jak każdy wie, zima wróciła i niestety dała się porządnie we znaki. W tamtym czasie żyło 26 na 40 rodzin, co stanowiło 65%. Bez rewelacji, ale byłem zadowolony. W ogóle uznaję, że około 20% średniej wieloletniej śmiertelności w pasiece nieleczącej pszczół jest nie tylko normalne, ale i pożądane, natomiast w pierwszych latach selekcji (tzw. okresie przejściowym) te 30 - 40% jest po prostu wartością oczekiwaną, która stanowi o dobrym wyniku zimowli. Tyle, że w związku z odbudową mojej pasieki pod wieloma względami powinienem przyjąć, że to był dla wielu pszczół tak naprawdę pierwszy rok bez leczenia, a zatem można było śmiało oczekiwać lepszego wyniku. A z drugiej strony wiosną 2015 roku po pierwszym roku bez leczenia stan pasieki wynosił 0 rodzin, a poprzedni rok był rokiem głodu i słabego rozwoju pszczół. Powrót mrozów niestety wynik zimowli znacząco pogorszył. Ale po kolei (w tej samej kolejności jak w poście marcowym).

Pod domem żyło w połowie marca 4/8 przy czym trzy były dość słabe, a jedna (w dadancie) całkiem w porządku. Mrozy zabiły 2 słabe rodziny w budce, a choć oba dadanty przetrwały mrozy, to w jednym pozostała absolutna garstka pszczół, a ostatecznie padła tam matka. Została więc jedna rodzina dla Łukasza, która już została do niego zawieziona.
Ostateczny wynik zimowli: 1/8 (12,5 %)

Tak mniej więcej zimowane były rodziny
Na głównej pasiece żyło 6/8 rodzin, przy czym wszystkie były we względnie dobrym stanie. Powrót zimy niestety przypieczętował los macierzaka po przetrwalniku. Połowa kłębu zamarzła i została mizerna rodzinka, która ostatecznie padła. Do tego 2 rodzinki znacząco osłabły choć żyją do dziś. Jedna ma się wyśmienicie (wywodząca się z Łukaszowej 16tki), 2 całkiem dobrze, a los wspomnianych chwilę temu dwóch (a bardziej jednej) pozostaje wciąż otwarty.
Ostateczny wynik zimowli 5/8 (62,5%)

W lesie wynik pozostaje taki jaki był - żyje 5 na 6 rodzin. Wszystkie we w miarę dobrym zdrowiu, przy czym jedna rodzinka (w warszawiaku z matką od Joli wychowaną u Łukasza) ma się wyśmienicie i na tą chwilę to chyba najładniejsza rodzina w całej mojej pasiece. Luźno bo luźno, ale obsiada z 9 czy 10 ramek warszawskich poszerzanych, a matka czerwi bodaj na 6 czy może 7 (z czego ze 3 - 4 w wysokim stopniu zaczerwione). Życzyłbym sobie wszystkich takich rodzin.
Ostateczny wynik zimowli 5/6 (83%)

Poniżej 2 filmy z przeglądu rodzin Fortowych na pasiece leśnej - przegląd bodaj z 21 kwietnia. Przez ten czas obie filmowane rodzinki lekko się powiększyły - co zwłaszcza w przypadku rodziny po przetrwalniku bardzo mnie cieszy.



Pasieka we wsi również we względnie niewielkim stopniu ucierpiała w czasie mrozów. Przeżyło ostatecznie 6 z 7 zimowanych rodzin, przy czym 2 w czasie mrozów mocno osłabły. Jedna z nich nawet ładnie się zebrała i rozpoczęła dość dynamiczny rozwój. Choć wciąż jest słaba wróżę jej dobry sezon. Druga jest mizerna, ale widzę, że matka również ładnie czerwi jak na bieżącą siłę, więc powinna do końca sezonu spokojnie się odbudować. Obydwie słabsze rodzinki powędrowały w inne miejsca, a na pasiece zostało 4 ładne rodziny z dużym potencjałem na rozwój (a może jakiś miód?).
Ostateczny wynik zimowli 6/7 (85%)

W skrzyni w lewym dolnym rogu zagościł ptaszek
Z ciekawostek - na tej pasiece już drugi rok mam atak dzięciołów. Na szczęście w tym roku nie poniszczyły uli tak bardzo (choć parę zdziobały). Natomiast w jednej skrzyni jeszcze w zeszłym roku zniszczyły mi powałkę, którą po prostu usunąłem. Jakie było moje zdziwienie przy poprzednim przeglądzie kiedy zobaczyłem tam wymoszczone gniazdo. Ostatniej niedzieli ostrożnie zdjąłem daszek i ... zostałem spiorunowany karcącym wzrokiem jakiegoś niewielkiego ptaszka. Czym prędzej położyłem daszek na miejscu - cieszę się, że puste ule przydają się jeszcze komuś. Nie wiem co to był za ptaszek, bo po pierwsze nie bardzo znam się na ptakach, a poza tym nie chciałem mu (jej?) przeszkadzać i nie zdążyłem się przyglądnąć (typuję Modraszkę zwyczajną, albo Bogatkę zwyczajną).


Pasieka na działce kolegi to miejsce, które wizualnie zawsze mnie zachęca - co rok sieją tam rzepak, jest trochę akacji, lip, a do tego trochę sadów, łąk i przede wszystkim las. Natomiast odkąd stoją tam pszczoły jest z nimi zawsze co najwyżej średnio. W połowie marca było tam 3 z 7 rodzin, ale po marcowych mrozach zostało 2, z czego jedna mocno osłabiona.
Ostateczny wynik zimowli 2/7 (28%)

Pszczoły w powiecie nowosądeckim (4 rodziny) ostatecznie nie przetrwały zimy. Jeszcze w kwietniu (ponoć) był ruch na 2 wylotkach i nawet ponoć nosiły pyłek. Ostatecznie nie przetrwały, a może nawet moja "pomoc" z ciastem pomogła im zejść z tego świata. Wniosek: jeżeli rodzin nie udało się porządnie doprowadzić do zimowli, lepiej zostawić je w spokoju, albo zrobić porządne ratowanie.
Ostateczny wynik zimowli 0/4 (0%)

Ostatecznie przeżyło więc 19 rodzin z 40 (47,5%), z czego 18 moich i 1 Łukasza. Z tych osiemnastu, trzynaście oceniam na będące w sile i kondycji, która pozwoli na mniejsze czy większe namnożenie. Z kolei z tych trzynastu dwie rodziny są naprawdę piękne, a sześć czy siedem kolejnych dość ładnych. Cztery z tych trzynastu rodzin pozostaje w niewielkim stopniu do mojej dyspozycji, gdyż są to rodziny w projecie Fort Knox. Zostaje mi więc dziewięć na odbudowę pasieki. Nie najlepiej, zważywszy, że w połowie marca oceniałem, że będę dysponował około 20 rodzinami w całkiem dobrej sile (wówczas tylko 2 rodziny oceniałem na słabe - reszta była całkiem zacna). Co uda się z nich zrobić, pokaże sezon. Mam tylko nadzieję, że od połowy maja, w związku z tym od czego zacząłem tego posta, nie czeka nas głód. A właściwie nie tyle nas, co raczej moich pszczół, choć to będzie też oznaczać, że i ja znów na miód będę mógł liczyć od innych, a nie z własnej pasieki.

Na wizytach w pasiece korzystają pieski
A na koniec może trochę więcej optymizmu. Choć moja pasieka na razie nie nadaje się na podziały, uznałem, że z kilku rodzin wydzielę jednoramkowe odkłady (podobnie jak zacząłem robić w zeszłym roku), żeby w pasiece zaczęły pojawiać się mateczniki. Zainspirował mnie do tego Łukasz, który jednak - z tego co pisze - ma już rodziny w znacząco lepszym stanie. Zarówno jeżeli chodzi o samą siłę, jak i o ich wigor. Tak czy siak dziś zrobiłem kilka takich jednoramkowych odkładów. Każdy dostał odpowiednią ilość pokarmu, trochę pierzgi i sporo pszczoły lotnej. Owszem, takie działania może osłabiły rodziny, które jeszcze nie doszły do dobrej siły, ale dzięki temu mam nadzieję dysponować wczesnymi mikro-odkładami, które będą się spokojnie budować do jesieni. Na razie mam jeszcze trochę woszczyny (z niewielką ilością przerobionego zimowego pokarmu) więc taka rodzinka powinna mieć w miarę dobry start. Oby.


ps. Właśnie grzmi. Czyżby jednak czekał nas deszcz?

środa, 18 kwietnia 2018

Czy trzeba więcej umieć, żeby nie leczyć?

Wielu spośród moich znajomych pszczelarzy promuje tytułową tezę. Uważa, że zanim zarzuci się leczenie pszczół należy się nauczyć je obsługiwać. Potem ponoć będą umierać mniej, bo nie będzie się im przeszkadzać, zawadzać, czy utrudniać życia. Słowem (upraszczam, "zaokrąglam", może lekko manipuluję), im więcej wie i umie pszczelarz, tym pszczoły są szczęśliwsze, mniej umierają i nawet i warroza i inne choroby są im mniej straszne. I ja nawet bym się mógł z tą tezą zgodzić, problem tylko w tym, że się do końca nie zgadzam. Sam proces uczenia się pszczół i pszczelarstwa oddzielam zupełnie od tego czy leczę czy nie leczę i traktuję jako dwa niezależne od siebie byty. O tym też spróbuję parę słów napisać, bo o przedstawionej na początku tezie - traktującej o tym wprost lub pośrednio - mamy już co najmniej kilka tekstów, czy wygłaszanych publicznie opinii.

Na początku chciałbym zaznaczyć, że zgadzam się w całej rozciągłości z tym, że każdy, kto zajmuje się zwierzętami, winien poświęcić możliwie wystarczająco wysiłku, żeby poznać ich biologię i "zasady obsługi". To teza dla mnie bezdyskusyjna. Im więcej czasu poświęcisz, z im większej ilości źródeł czerpiesz wiedzę i im bardziej jest ona różnorodna, tym lepszą masz perspektywę spojrzenia na problem. To w końcu organizmy żywe, a nie zabawki. Jeżeli bierzemy je w swoje łapy (jak to niektórzy szumnie nazywają "opiekę"), winniśmy im przynajmniej tyle, żeby rzetelnie starać się zapoznać z tym jak funkcjonują, żeby ze swojej strony robić im jak najmniejszą krzywdę i żeby uczynić cele obu gatunków (zwierząt hodowlanych i ludzi) mniej więcej zbieżnymi. Nie zamierzam więc dyskutować z tym, że im więcej wie i umie pszczelarz tym dla pszczół lepiej. To oczywiste.
Pszczoły są zwierzętami równie silnymi i odpornymi jak i delikatnymi i podatnymi. Nie jeden raz dzięki swej sile i plastyczności wychodzą z opałów w jakich pozostawia je pszczelarz, ale i niejeden raz jakiś drobiazg przyczynia się do ich śmierci (patrz choćby post o "zabijających korpusach", gdzie parę takich kwestii było przeze mnie poruszonych, ale spraw tych jest więcej, jak choćby przyczynianie się do rabunków, bezmateczności rodzin i wiele wiele innych). Zarówno wiedzę, jak i umiejętności należy więc zdobywać, stale doskonaląc warsztat i przypominając sobie o podstawach.

Problem widzę gdzie indziej - dlaczego tą wiedzę i umiejętności mam zdobywać akurat "lecząc" pszczoły, a nie "nielecząc"? Dlaczego to ta pierwsza droga jest właściwą do nauki, a nie ta druga? Bo jest łatwiej utrzymać pszczoły przy życiu trując warrozę? Być może tak faktycznie jest łatwiej, bo tak plastyczny organizm jak pszczoły gdy pozbawione są pasożytów, są w stanie w zasadzie zadbać same o siebie, gdy nie będziemy im przeszkadzać. A raczej gdy nie będziemy im przeszkadzać bardzo, bo gdy będziemy to robić tylko trochę, jak to normalnie czynią doświadczeni pszczelarze, to i tak sobie poradzą. Ale dlaczego właśnie to jest właściwa droga do nauki? Oczywiście, że można przyjąć, że powinniśmy raczej uczyć się w sytuacjach gdzie jest nam łatwiej, bo mniej szkodzimy. Ale dlaczego to właśnie "leczenie" jest uznawane za ten kierunek? Przecież na dzień dzisiejszy ta sytuacja jest na swój sposób dla pszczół "nienaturalna" (przy wielu wątpliwościach co takie faktycznie jest, a co nie jest), bo obecność pasożyta, jest już dla nich - niestety - właśnie "naturalna".
Koledzy piszą często, że należy zaczynać od leczenia, żeby obserwować jak pszczoły zachowują się wiosną, jak ruszają z rozwojem, jak przechodzą przez wszystkie fazy rozwoju w "sytuacji pełnego zdrowia" (znów: jakkolwiek to rozumieć), jak układają się do zimy, jak zbierają miód i tak dalej i tak dalej i tak dalej. Rozróżniają też widok własnej przezimowanej rodziny, od widoku kupionej przezimowanej. Owszem w przypadku własnej mamy pewną ciągłość obserwacji - wiemy więc co robiliśmy poprzedniego lata i jesieni i wiemy tym samym jaki osiągnęły skutek nasze działania. W przypadku pszczół kupionych - choćby świeżo po oblocie - tejże ciągłości obserwacji nie ma. Ale też, skoro nie chcę z założenia pszczół "leczyć" (czy raczej: używać toksyn do eksterminacji czy trucia roztoczy), to dlaczego mam uczyć się tego jak postępować z pszczołami w sytuacji na swój sposób (znów: przy wielu wątpliwościach) nienaturalnej dla moich przyszłych i zaplanowanych poczynań? Przecież gdy tylko porzucę leczenie pszczoły od razu zaczną się "zachowywać" inaczej - piszę w cudzysłowie, bo tu nie tyle chodzi o zachowanie poszczególnych pszczół, ale o funkcjonowanie całej rodziny pszczelej. Przeżyją zimę słabsze (lub nie przeżyją), wolniej ruszą z rozwojem, albo i będą się "kisić" na 3 ramkach pół sezonu, miodu za wiele nie zbiorą, albo wręcz będą głodne, ułożą się do zimy w mikrokłębie, albo do zimy już dawno ich nie będzie. Patrząc na to w ten sposób, to właśnie "nieleczenie" uczy o wiele większej rozpiętości "zachowań" pszczół i pokazuje zdecydowanie większą różnorodność ich stanów. Pokazuje jak sześcioramkowa rodzina trwa cały sezon i w miarę dobrze zimuje, albo jak prężna, trzy-korpusowa rodzina w ciągu trzech tygodni przestaje istnieć. A czyż nauka nie jest pełniejsza gdy obserwujemy zupełnie różnorodne stany? A może raczej obie te praktyki na swój sposób uczą w równy sposób, ale uczą po prostu całkowicie różnych praktyk i do różnych praktyk przygotowują.

Weźmy mój przykład. Zetknąłem się wielokrotnie z polemiką, co do zasadności czy celowości moich praktyk i "mojej" metody. Wskazywano, że utrzymuję za słabe rodziny, że nie karmię gdy trzeba, że trzymam mikroodkłady na głodzie (i tym podobne) i wskazywano, że to dlatego pszczoły u mnie umierają. Potem okazywało się, że inni stosowali zupełnie inne metody - na przykład wybierali "najlepsze" rodziny produkcyjne z których cały rok wylewał się miód, albo trzymali rodziny znacznie silniejsze, a gdy tylko wianuszki zmniejszały się (ale nigdy nie znikały!) od razu biegali z cukrem - i okazywało się, że wyniki mieli zgoła podobne, czasem ciut lepsze (w sposób statystycznie nieistotny gdy mówimy o przykładzie liczby rodzin liczonych na palcach jednej ręki), a czasem nawet i gorsze (z podobnym zastrzeżeniem dotyczącym weryfikowalności metody zważywszy na niezmiernie małe liczby przypadków oraz szereg różnic, co do wszelkich innych "okoliczności pasiecznych"). Ale wróćmy do tematu. Bo też i wskazywano, że to co robię wynika z tego, że zdobyłem zbyt mało doświadczenia i stąd takie a nie inne wyniki na mojej pasiece. Ale potem okazywało się, że ci, którzy szczycili się znacząco większym doświadczeniem niż moje, twierdząc, że mają znacząco lepsze podstawy do oceny stanu pszczół, przeżywali bardzo podobne załamania. A przecież uczyli się oceniać stan pszczół (leczonych!) przez 5, 6 czasem 10 i więcej lat. Obserwowali jak pszczoły zachowują się wiosną, jak ruszają z rozwojem, jak przechodzą przez wszystkie fazy rozwoju w sytuacji pełnego zdrowia, jak układają się do zimy, jak zbierają miód i tak dalej i tak dalej i tak dalej. Pomimo tego te doświadczenia często nie przekładały się na statystycznie istotną zwiększoną przeżywalność rodzin, które poddali selekcji naturalnej. Oczywiście też i nie zawsze, bo jak to zwykłem mawiać przyroda to nie matematyka. Jednemu uda się od razu, a inny będzie podchodził do tematu wielokrotnie z marnym skutkiem. Mówię więc o tym, że doświadczenie i wiedza nie zawsze pomagały - choć też i zapewne i nie przeszkadzały. Z drugiej strony wiedza i doświadczenia "starych wyjadaczy" i w zasadzie wszystkich podręczników podpowiadają likwidację rodzinek małych, które przeżyły zimę w mizernej sile. A potem okazuje się, że te rodzinki na 2 niepełne uliczki i z dwustoma czy trzystoma zaczerwionymi komórkami plastra w połowie kwietnia, w dalszej części sezonu ruszają, mają się dobrze i pięknie zimują (patrz choćby np. najnowszy wpis Łukasza: https://llapka.blogspot.com/2018/04/podsumowanie-3-zimy-tf.html). Owszem ciężko tu mówić o pożytku z tych rodzin w danym sezonie. Wymagają bądź to zostawienia w spokoju, bądź wręcz troski - więc producentów z nich nie będzie. Ale ja zawsze podkreślam, że dla pszczelarstwa naturalnego kluczowa jest samowystarczalność biologiczna rodzin, a nie ich bieżący potencjał produkcyjny.
Doświadczeńsi koledzy wiedzą jak brać miód, jak robić odkłady, jak wychowywać matki pszczele. Nauczyli się tego lecząc pszczoły. Ale przecież ja nauczyłem się (lepiej czy gorzej) tego samego nielecząc, czyż nie? Owszem pierwszy sezon miałem 2 odkłady, które w jesieni leczyłem. Ale w tamtym sezonie nie zrobiłem żadnego odkładu, nie wychowałem żadnej matki. Obsługa tych dwóch rodzin polegała na dołożeniu paru ramek z węzą, dokarmieniu do zimy i spaleniu po 2 lub 3 tabletki apiwarolu. Czego wtedy o pszczelarstwie dowiedziałem się lecząc te pszczoły, czego nie mógłbym dowiedzieć się nielecząc? Niczego. A że przeżyły do wiosny? No cóż - może tamtego roku przeżyłyby i bez tych tabletek, może by umarły, ale w mojej ocenie nie zmieniłoby to w moim procesie edukacji pszczelarskiej absolutnie niczego. Nie pojmuję więc czego mógłbym się nauczyć więcej lub inaczej, lepiej, niż się nauczyłem do tej pory nielecząc pszczół.

Kolega Michał, który przez kilka lat trzymał silne, prężne rodziny, brał wiele wiele litrów miodu z ula i zawsze miał znikome straty (tak twierdził), gdy odstawił część rodzin do nieleczenia - stracił wszystkie. Czy pomogło mu doświadczenie?
Juhani Lunden stracił 70 procent w pierwszym sezonie nieleczenia, nie tyko będąc już wcześniej doświadczonym pszczelarzem i hodowcą, ale i 7 czy 8 lat selekcjonując pszczoły na odporność.
Erik Osterlund twierdzi, że wraz z nadejściem warrozy straciłby 90% pasieki już pierwszego sezonu gdyby nie podjął leczenia. Potraktował rodziny tymolem, więc padło "ledwie" 50%. A przecież nie tylko był doświadczonym pszczelarzem i hodowcą, ale jeszcze przygotowywał się na nadejście warrozy, robiąc wszystko co w jego mocy, aby pasieka przetrwała to starcie.
Jedna z niemieckich koleżanek opisała mi przypadek swojego znajomego doświadczonego pszczelarza, uprawiającego pszczelarstwo całe dziesięciolecia, który miał około 50 rodzin, po pierwszym sezonie nieleczenia stracił około połowę, w drugim sezonie odbudował liczbę rodzin, ale po drugiej zimie został z 1 (jedną!) rodziną. Brzmi znajomo?
Pewnie takich przykładów można by znaleźć więcej. Te wszystkie - ale i inne osoby - zapewne mogłyby mieć zgoła inne wyniki, gdyby nieleczenie zaczęły rok wcześniej czy później, gdyż śmiertelność pszczół zależy od bardzo wielu czynników, które tak naprawdę trudno ocenić na bieżąco, a i z perspektywy czasu raczej opierają się na gdybaniu. Ale pokazują, że wiedza i doświadczenie może pomaga w zajmowaniu się pszczołami, ale nie gwarantują wysokiej przeżywalności.

Czy trzeba więc tych co najmniej kilku lat praktyki, żeby mieć szanse na nieleczoną pasiekę? Nie sądzę. Patrząc na mój pierwszy sezon nieleczenia (rok 2014) z perspektywy paru lat, to chcąc nieleczyć i nie ingerować - absolutnie nie wiem co mógłbym zrobić inaczej (przy wielu zastrzeżeniach co do "mniej zgrabnego" obchodzenia się z pszczołami). W sezonie "przypadkowo" karmiłem gdy był głód, gdyż testowałem wtedy produkcję ziołomiodów. A więc pszczoły głodne nie były. Daleko mi też było do tak wielkich podziałów i modelu ekspansji jaki praktykuję dziś. A więc rodziny były silniejsze. Późnym latem miałem rodziny na 2 - 3 korpusach "na czarno", które głodu nie zaznały i od początku sierpnia były karmione do zimy. Wcale nie przesadzałem ze zbyt częstymi przeglądami, a pszczoły były nieleczone raptem ten jeden sezon, czyli w zasadzie praktykowałem zupełnie standardowe pszczelarstwo - bo niepodanie dawki leku należało wówczas do wydarzeń potencjalnych i przyszłych. Słowem postępowałem (z grubsza i wg założeń) dokładnie tak jak większość pszczelarzy radzi. Co więcej robiłem wszystko co mi dziś stale zalecają w mojej praktyce, abym miał mniejsze straty. Rzecz jasna piszę to wszystko zastrzegając moje ówczesne skromne umiejętności - mogłem być po prostu niezgrabny i wiele rzeczy robić w sposób dla pszczół "nieprzyjazny". Czy więc większe doświadczenie i umiejętności mogły mnie uchronić od tamtych spadków? Patrząc na przykład niemieckiego pszczelarza oraz pamiętając mniej więcej przebieg tamtego sezonu i wiedząc na bieżąco co się działo tu u mnie na miejscu - mogę powiedzieć tyle: nie sądzę. Choć kto wie, może "zgrabniejsze obchodzenie" się z pszczołami mogło uchronić 2 - 3 rodziny od spadków i utrzymać przez lata tą ciągłość - a to stawiałoby 2018 rok w mojej pasiece w zupełnie innym świetle. Może - ale to tylko gdybanie. Rzeczywistość jest inna więc nie ma co rozpamiętywać przeszłości. Podaję jedynie kilka przykładów dla obrony pewnej tezy.

Pisząc to wszystko absolutnie nie zniechęcam do zdobywania wiedzy, doświadczenia i umiejętności. Wręcz przeciwnie. Chcę powiedzieć tylko tyle, że trzeba mieć trochę szczęścia i wytrwałości, bo, jak się okazuje, samo - nawet kilkudziesięcioletnie - doświadczenie nie zapewnia pszczołom przetrwania. A w pierwszych latach zajmowania się pszczelarstwem  i tak każdego czekają błędy i będzie musiał się liczyć z ich skutkami. Każdego czeka zgniecenie matki czy zrzucenie ramki z pszczołami na ziemię, a także wiele wiele innych "przygód".
Uważam osobiście, że od pierwszego sezonu możesz zrezygnować z leczenia, jeżeli tak ci w duszy gra. Bo błędy i tak będą przez lata, a czy leczysz czy nie leczysz, pszczoły i tak w pewien sposób w procesie nauki ucierpią. Jako pszczelarze jesteśmy winni pszczołom naszą edukację i zdobywanie doświadczenia, ale ich przetrwanie w pasiekach nieleczących, a kwestie zdobycia wiedzy i umiejętności, to dla mnie absolutnie dwa niezależne zagadnienia.