piątek, 13 września 2019

"Pszczelarstwo darwninistyczne" czyli perspektywa ewolucyjna w pszczelarstwie - część 3

We wrześniowym numerze miesięcznika "Pszczelarstwo ukazała się trzecia część mojego tekstu opisującego prace, przemyślenia i badania profesora Thomasa Seeley'a z Cornell University (NY, USA). Zapraszam do zapoznania się z tekstem. Kolejna część już za miesiąc.

część 1
część 2



„Pszczelarstwo darwinistyczne”, czyli perspektywa ewolucyjna w pszczelarstwie – część 3

Obserwacje i eksperymenty 

Obserwacje dotyczące różnic pomiędzy sposobem życia pszczół w naturze i w pasiekach doprowadziły profesora do postawienia wielu hipotez, a w dalszej kolejności do przeprowadzenia ich weryfikacji w drodze eksperymentów. Po pierwsze, profesor założył, że rodziny z lasu Arnot nie są nowymi „rójkami-uciekinierkami” z pasiek, ale potomkiniami dziko żyjących pszczół. Profesor przeprowadził badanie DNA mitochondrialnego i ponad 600 loci DNA jądrowego pszczół obecnie zajmujących dzikie siedliska oraz zabezpieczonych próbek z poprzednich dziesięcioleci. Stwierdził, że pszczoły żyjące w lesie przed czasem inwazji dręcza pszczelego wywodziły się z jedenastu linii matecznych, natomiast obecnie - jedynie z trzech (pokrywających się z trzema z wcześniejszych jedenastu). Wyniki badań genetycznych doprowadziły go więc do wniosku, że inwazja dręcza pszczelego przyczyniła się do czasowego załamania populacji pszczół i powstania efektu „wąskiego gardła”. Obronną ręką wyszły z tego tylko te rodziny pszczele, które miały zdolność utrzymania populacji dręcza na akceptowalnym poziomie.

Profesor weryfikował hipotezę dotyczącą wyeliminowania lub ograniczenia liczby rabunków i błądzenia pszczół poprzez zwiększenie odległości między ulami (a co za tym idzie, zmniejszenia przenoszenia patogenów i pasożytów) - mapa. Wykorzystał do badań łącznie 24 rodziny w dwóch grupach po 12. Pierwszą grupę ustawił dokładnie tak, jak w pasiekach, a więc blisko siebie, w rzędach i z wylotkami zwróconymi w jedną stronę. Rodziny z drugiej grupy były rozstawione w odległościach od 30 do 80 metrów od siebie, przy średniej wynoszącej około 50. W tym eksperymencie na samym starcie utworzono dwuramkowe odkłady z dwóch linii genetycznych. Na potrzeby eksperymentu wykorzystano pszczoły włoskie (intensywnie żółte) oraz pszczoły ciemne. W odkładach umieszczono „matki-siostry”, a więc można było domniemywać, że cechy i zachowania pszczół będą zbliżone. Profesor zaznacza, że były to pszczoły kupione od hodowcy, który selekcjonuje pszczoły na zwiększenie miodności, a nie odporności na dręcza pszczelego. Pszczoły pochodziły więc z takich linii, jakie standardowo wykorzystuje się w pasiekach, również komercyjnych. Starano się ujednolicić wszystko, z wyjątkiem jednej zmiennej, a więc rozstawienia rodzin. Eksperyment miał trwać dwa lata i nie zakładał stosowania żadnych metod zwalczania pasożytów. W pierwszym etapie Seeley badał błądzenie trutni. Tu właśnie wykorzystano po dwie charakterystyczne rodziny z odmienną barwą od pozostałych dziesięciu, które umieszczono w centrum każdej z grup. Jak się okazało, w „pasiece” aż ponad 30% trutni wlatujących do uli było odmiennego koloru niż matki. W rodzinach rozstawionych w dużych odległościach od siebie nie stwierdzono tego zjawiska, a trutnie wlatujące do uli były w 100% tej samej barwy, co właściwa rodzina. Nie dało się przeprowadzić podobnych obserwacji związanych z robotnicami, gdyż matki były unasiennione z wolnego lotu, a więc ich potomstwo żeńskie miało praktycznie pełną paletę barw. Profesor mniema jednak, że w warunkach pasiecznych wystąpi również bardzo silne zjawisko błądzenia robotnic, nawet do kilkudziesięciu procent. W ramach dygresji dodam, że w czasie Konferencji „Learning From the Bees” w Holandii jeden z prelegentów odnosił się do swoich obserwacji dotyczących poruszonego w artykule zagadnienia. Stwierdził, że po zmianie umiejscowienia wylotka w ciągu dnia z bardzo silnymi lotami, przez wiele godzin (a nawet kolejnego dnia) robotnice szukały go tam, gdzie był poprzednio, podczas gdy trutnie od razu nalatywały się na właściwe miejsce. Wyjaśnienie tego zjawiska może być dwojakie. Po pierwsze, robotnice mogą mieć zdecydowanie silniejszy instynkt powrotu w to samo miejsce niż trutnie. Po drugie, te ostatnie kierują się wzrokiem w o wiele większym stopniu niż robotnice, a więc już z daleka widzą otwór ulowy. Z badań wynika też, że nawet w przypadku malowania uli na różne kolory kilka procent pszczół robotnic może w przeciągu swojego życia zmienić ul w pasiece. Biorąc pod uwagę wszystkie te okoliczności, można przyjąć, że w każdych warunkach robotnice będą błądziły zdecydowanie mniej niż trutnie.

Eksperyment badający wpływ rozstawienia uli na przetrwanie rodzin. W grupie 1 ule ustawione były
jeden przy drugim, w grupie 2 natomiast, w odległościach od 30 do 80 metrów od siebie
Druga część eksperymentu profesora polegała na obserwacji wpływu ewentualnej rójki lub wymiany matki na dalszy los rodziny. Rzecz jasna nie wykonywano żadnych zabiegów przeciwrójkowych. Pierwszy rok w obu grupach przetrwało po 11 rodzin, a zatem przeżywalność w nich była taka sama. W drugim roku w „pasiece” cztery rodziny nie wyroiły się, dwie wyroiły się i nastąpiła skuteczna naturalna zmiana matki, natomiast pięć rodzin wyroiło się, ale ostatecznie matkom nie udało się podjąć czerwienia. Profesor nie jest w stanie jednoznacznie podać przyczyn tego zjawiska. Twierdzi jednak, że przed kilkoma ulami znalazł martwe młode matki, co w jego ocenie może świadczyć o tym, iż wracając z lotów godowych wleciały do obcych uli i zostały tam zabite. W drugiej grupie nie wyroiły się również cztery rodziny, natomiast z pozostałych siedmiu, które wydały roje, tylko w dwóch nie udało się zastąpić matek młodymi. Proporcje były więc odwrotne. Profesor uważa, że z racji małej próby nie jest to wynik statystycznie istotny, ale na pewno sugestywny i wskazuje na pewną tendencję i prawidłowość.

Ule z grupy 1 - rozstawione tak, jak standardowo rozmieszcza się ule w pasiekach
Trzecia część eksperymentu polegała na obserwacji populacji dręcza pszczelego w obu grupach oraz jej wpływu na przeżywalność. W pierwszym roku eksperymentu w zasadzie nie zaobserwowano znaczących różnic w populacji pasożytów, a samo porażenie nie było duże. W lecie drugiego roku w rodzinach z obu grup, które się nie wyroiły, populacja roztoczy osiągnęła bardzo wysoki poziom. W 48-godzinnym osypie znajdowano nawet kilkaset sztuk. W rodzinach, które się wyroiły nastąpił natomiast wzrost populacji roztoczy, ale do akceptowalnego poziomu. W ulach ustawionych blisko siebie populacja ta zaczęła znów gwałtownie rosnąć w końcu roku, kiedy zaczęły się osypywać niewyrojone rodziny. Nie stwierdzono natomiast tego zjawiska w rodzinach, które były ustawione daleko od siebie. Rzecz jasna, w jednej grupie były to tylko 2 rodziny, a w drugiej 5 (pozostałe rodziny z braku matki wycofano z eksperymentu), więc trudno mówić o statystycznie zasadnym wnioskowaniu, ale sam profesor stwierdza, że ta tendencja już o czymś świadczy. W obu grupach w jesieni lub zimie wieńczącej drugi sezon osypały się rodziny, które wcześniej się nie wyroiły. Osypały się również dwie rodziny, które wyroiły się, ale znajdowały się w grupie uli ustawionych blisko siebie – te, w których z końcem lata znacząco zwiększyła się populacja roztoczy. Profesor sugeruje, że wzrost ten nastąpił z powodu rabowania słabnących rodzin przez sąsiednie. Wystąpił więc efekt tzw. „roztoczowej bomby”.

Grupa rodzin utrzymywanych w trakcie eksperymentu w 1 korpusie Langstrotha

Podsumowując, z dwudziestu czterech rodzin eksperyment przetrwało pięć, które wyroiły się i były rozstawione w odległościach kilkudziesięciu metrów od siebie. Według profesora połączenie obu tych czynników było istotne z punktu widzenia przetrwania rodzin do trzeciego sezonu.

Tym rodzinom, wraz z ich wzrostem, dodawano kolejne korpusy

Kolejna hipoteza profesora dotyczyła pozytywnego wpływu względnie niewielkiej kubatury ula (siedliska) na zdrowie rodziny pszczelej. W eksperymencie profesor ponownie porównał dwie grupy po dwanaście rodzin. Wszystkie rodziny utworzone były w tym samym czasie i w takiej samej sile (2 plastry z czerwiem obsiadane przez pszczoły). Do każdego z tych odkładów podano matki wywodzące się od jednej reproduktorki, aby wyeliminować ewentualny wpływ różnej „genetyki” pszczół na wynik badania. Przez cały czas trwania eksperymentu rodziny nie były leczone przeciwko warrozie i nie prowadzono zabiegów przeciwrójkowych. Tym razem zmienną miała być kubatura pszczelego siedliska. Pierwsza grupa umieszczona została w jednym korpusie Langstrotha (42 litry). Drugą grupę również osadzono w jednym korpusie, ale wraz ze wzrostem rodzin dokładano kolejne. W pierwszym roku eksperymentu różnice pomiędzy grupami nie były znaczące. Największe ujawniły się dopiero wiosną kolejnego roku. Populacje w małych ulach rosły średnio do około dziesięciu tysięcy pszczół i na tym etapie się stabilizowały. Z tej grupy wyroiło się dziesięć na dwanaście rodzin. Niektóre z rodzin wyroiły się kilkakrotnie lub wychodziły z nich drużaki, a nawet kolejne roje. Złapano 10 rójek, ale (jak stwierdził profesor) zdecydowanie nie były to wszystkie. W obszernych ulach populacja osiągnęła średnio około trzydziestu tysięcy pszczół. W tej grupie wyroiły się tylko dwie rodziny pszczele.
kształtowanie się średniego porażenia roztoczami
w dużych ulach (niebieski) oraz w małych (czerwony)

W toku eksperymentu badano regularnie poziom porażenia dręczem pszczelim. W małych ulach populacja już od początku drugiego roku obserwacji była mniejsza i utrzymywała się na względnie niezmienionym poziomie przez cały rok, aż do jesieni, kiedy osiągnęła poziom około 2% porażenia. Liczba roztoczy w dużych ulach zwiększała się natomiast przez cały rok, a rodziny zaczęły się osypywać już na przełomie sierpnia i września. W tym czasie w czterech spośród małych uli populacja roztoczy zaczęła się gwałtownie powiększać. Profesor uważa, że było to spowodowane rabowaniem osypujących się dużych rodzin właśnie przez te cztery. Seeley stwierdził, że z jednej strony był to jego błąd, jako badacza, gdyż obie grupy były ustawione zbyt blisko siebie (w odległości jedynie 60 metrów). Jednak właśnie dzięki temu zaobserwował ciekawe zjawisko. Zimę po drugim sezonie przeżyły tylko dwie rodziny z grupy trzymanej w dużych ulach (te, które się wyroiły) i aż osiem z małych uli. Spośród tej ostatniej grupy osypały się właśnie te, które rabowały w jesieni osypujące się rodziny.

Z małych uli nie pozyskano w ogóle miodu, natomiast po dwóch sezonach żyło osiem zdrowych rodzin. Z dużych rodzin pozyskano ponad dwieście kilogramów miodu, ale po dwóch latach żyły jedynie dwie rodziny. Profesor potwierdził więc znaczenie wielkości ula dla uzyskiwanych wyników – dla zbiorów miodu, rojliwości rodzin (co wydawało się oczywiste) i przede wszystkim ich przeżywalności.


Zapraszam na kolejną część za miesiąc!

wtorek, 20 sierpnia 2019

Sezon inny niż wszystkie?

Każdy sezon jest inny niż wszystkie pozostałe, ale ten jest bardziej inny, o ile można tak powiedzieć. Stąd też spróbuję wysnuć trochę moich subiektywnych wniosków na ten temat i pozwolę sobie trochę przynudzać długim wpisem. Bo wydarzeń i przemyśleń było wiele, a wcześniej nie było czasu, żeby je przelać na blog. Zresztą od końca lipca próbuję stworzyć ten wpis i wciąż nie ma na to wolnej chwili.

Rok 2019 jest kapryśny. Zimna i głodna wiosna, ulewny maj, nadzwyczaj upalny czerwiec i pierwsza połowa lipca. Ale potem... ? No cóż, na razie to "potem" oznacza raptem końcówkę lipca i połowę sierpnia. Ale na tą chwilę to właśnie "potem" zdaje się lepsze niż ten sam okres w latach poprzednich. Powiedziałbym wręcz, że jest względnie "normalnie" i takiego sierpnia chciałbym zawsze. No cóż, pierwszy taki od 2013 roku...

A choć ten rok jest kapryśny, to wcale w mojej pasiece nie mogę go nazwać jednoznacznie "złym". "Dobrym" zresztą też byłoby trudno. Prawdziwie "zły" był chyba tylko 2016, a "źle" (najgorzej) skończył się też 2014. Inne były pożytkowo lepsze czy gorsze, z reguły średnie, albo okresowo dobre, a potem słabe czy kiepskie (np. 2017 i 2018, które bardzo dobrze się zaczęły, zwłaszcza 18, a potem nastały 2 miesięczne okresy suszy i upału). Czyli jak w kalejdoskopie. A lata oceniam nie tylko przez pryzmat pogody i pożytków, ale też stanu zdrowia pszczół, siły, tempa rozwoju. I choć z "tempem rozwoju" bywa i bywało różnie, bo i niektóre pszczoły okresowo wstrzymywały się (co przy ich względnie niewielkiej sile może być kłopotem), to jednak sporo rodzin pokazuje, że zaczynają już się adaptować do tego co z pszczołami wyczyniam ja, czy też ich mniejszy wróg, czyli dręcz pszczeli.

W tym roku nie wykonałem planu w żadnym punkcie. Nie było więc ani 1 kg miodu z ula, ani wystarczającego rozwoju liczebnego, a pszczoły na pewno nie zakarmią się same do zimy - zresztą już do tej pory do uli poszło około 200 kg cukru....

Może zacznijmy od końca, czyli od tego "samozakarmienia".
Rok był kapryśny i pogoda nie rozpieszczała. Przez większość czasu pszczoły nie miały co zbierać. Był suchy i dość ubogi w pożytki kwiecień i ogłoszono suszę, potem ulewny maj i ogłoszono zagrożenie powodziowe, następnie upalny i suchy czerwiec i ogłoszono go najgorętszym czerwcem w historii pomiarów temperatury w Polsce (o ile czegoś nie pomyliłem) i takaż była pierwsza połowa lipca, w której ogłoszono drugą suszę. Od drugiej połowy lipca jest względnie normalnie. Jak w bolywódzkim filmie, czyli "czasem słońce czasem deszcz". Wreszcie? Tyle, że mamy tu wtedy dziurę pożytkową. Trochę pada, jest względnie sporo wilgoci, pożółkła trawa od naprzemiennego jej suszenia i zalewania do poziomu gnicia, zaczęła się wreszcie zielenić. Dopiero z końcem sezonu. W tych warunkach roku 2019 było słabo, źle, lub bardzo źle. Jedyny lepszy tegoroczny okres to około 3 tygodnie czerwcowe, dopóki nie wyschła całkiem wilgoć "popowodziowa". Trafiło też w miarę dobrze na lipę, a i w początku czerwca (zamiast akacji) pojawiła się u nas spadź. Mój znajomy pszczelarz, który pszczelarstwo uprawia już 35 lat, twierdzi, że nigdy tu spadzi nie było. A tym razem była. W moim przypadku tylko w 2 miejscach - na pozostałych pasieczyskach było trochę czystego miodu nektarowego. W tym więc okresie udało mi się wziąć ciut miodu. Trochę lipowego i trochę właśnie spadziowego. Było to około 20 słoików (które rzecz jasna rozdałem w większości i teraz - jak co roku zresztą - muszę sobie miód kupić). Dobre i tyle. W tych warunkach ciężko było jednak zapewnić pszczołom wystarczająco miodu na dobry rozwój i odłożenie czegoś dla siebie (i dla mnie). Zresztą rok jest taki, że z całej Polski dochodzą słuchy o pszczelarzach podających tony cukru swoim pszczołom. Czy tak jest w istocie? Na pewno nie wszędzie, ale niewątpliwie były rejony, w których pszczelarze miodu nie uświadczyli w ogóle. Pszczelarstwo jest lokalne i ja widzę to dobrze u siebie mając porozrzucane pasieki. Poniżej kilka przykładów, żeby to zobrazować.

Pasieka B stała przy ogromnym polu rzepaku. W maju, kiedy wszystkie pszczoły na innych pasieczyskach zjadły do zera to co miały (niektórym musiałem podawać ramki z miodem z zimy, inne dotrwały na oparach), tam pszczoły w okresach między deszczem zalewały się nakropem. Nie robiłem miodobrania tylko dlatego, że miały to porozrzucane po całym ulu i niezasklepione. Niemniej jednak jedna rodzina na 3 (potem 4) korpusach miała na pewno paręnaście ramek zalanych bądź to w całości, bądź w sporej części. Oceniam, że jakby złożyły to wszystko do poszczególnych ramek i ostatecznie przerobiły i zasklepiły, to zrobiłoby się z tego co najmniej z 8 ramek pełnych miodu. A mówimy o czasie nieustającej prawie ulewy i moich, wcale nie najsilniejszych rodzinach. Inne 2 rodziny na tamtym miejscu, które wyszły bardzo słabo z zimy (2 - 3 mizerne uliczki), w maju również miały mnóstwo pokarmu i pięknie się rozwijały. Na pozostałych miejscach w tym czasie był głód (jak pisałem, ratowałem pszczoły wtedy miodem z padłych rodzin i pszczoły jakoś dotrwały, choć ze słabym rozwojem). Gdy skończył się maj nagle na pasiekach K, R, R2 i L zaczęły się ładne przybytki (na pasiekach R i R2 było wtedy spadziowo). Ale oczywiście pszczoły do tamtej pory miały w zasadzie sam wosk (+ moje porcje ratunkowe), sporo rodzin nie rozwinęło się tak jakbym chciał i sobie życzył, a więc chwilę zeszło zanim przybytki pojawiły się w kilku ulach na tyle duże, żebym i ja coś uszczknął dla siebie. Ale we wszystkich ulach przybywało i pomyślałem więc, że skoro tam jest tak dobrze, to na pasiece B będzie super i już cieszyłem się na co najmniej korpus miodu w połowie czerwca. No i cóż, stało się tak jak to z moimi planami pszczelarskimi bywa. Gdy tylko pogoda się poprawiła (?) na pasiece B w ulach zaczęło powoli, ale systematycznie ubywać pokarmu. Ostatecznie wziąłem stamtąd chyba ze 2 ramki miodu, bo wszystko pozostałe musiało już zostać dla pszczół. A pasieka T? Cóż... tam cały rok był głód. Cały. No może poza wczesną wiosną, bo o ile pomnę w kwietniu mogło tam być dość dobrze. Za każdym razem gdy tam jechałem musiałem pszczoły ratować i za każdym razem dostawały ode mnie cukier. Po 20 lipca nie było w ulach praktycznie ani pierzgi, ani miodu - wosk i pszczoły i trochę komórek podlanych nakropem. Do tego pszczoły wstrzymane w rozwoju i rodziny, które prawie nie rosły przez cały sezon. Oczywiście znów dostały porcję - tym razem zdecydowanie solidniejszą (po ok 4 kg ciasta).

Przejdźmy teraz do rozwoju pasieki.
W tym roku ostatecznie nie udało mi się odbudować stanu liczbowego sprzed poprzedniej zimowli. Nie jestem pewny, ale wydaje mi się, że obecnie na moich pasieczyskach jest bodaj 42 lub 43 moje rodziny (w zeszłym roku do zimy przygotowałem 48 rodzin). Piszę "moje", bo wciąż pod domem stoi 4 ule Langstroth 3/4 z rodzinkami, które zrobiłem dla kolegi. Bo tak, gdyby wliczyć pszczoły, które rozdałem, to udałoby się zwiększyć liczebność pasieki. W tym roku ratowałem bowiem 2 kolegów, którzy nie mieli szczęścia w poprzedniej zimowli i w kilku przypadkach przekazałem pszczoły w ramach naszej współpracy selekcyjnej (w części w ramach Projektu "Fort Knox", a w części poza nim). Łącznie więc z mojej pasieki do innych powędrowało paręnaście rodzin. W zamian za nie na mojej pasiece pojawiło się 2 rodziny w ramach uzupełnienia strat w Projekcie i też 2, które otrzymałem w prezencie od Łukasza z genetyką, której nie było jeszcze na mojej pasiece. Za rodzinki te dziękuję!
Jak już pisałem rok był kapryśny. Był więc wyjątkowo niesprzyjający stabilnemu rozwojowi pszczół i bardzo trudny dla rodzin małych. A takich to u mnie - jak co roku - nie zabrakło. Jak już pisałem i mówiłem na moich filmach, projekt "SŁ" ("Słabiak") zakończył się w tym roku niepowodzeniem. Rodzinki, które przeżyły zimę w 1 czy 2 uliczkach nie przetrwały złej wiosny i czasu głodu. Tak więc ostatecznie nie wiem ile rodzin dotrwało do końca maja z zimowanych 48, ale chyba była to liczba około 20, a nie 23 czy 24 jak wyglądało to w kwietniu. W czasie podziałów zrobiłem tyle rodzinek, że dla samej mojej pasieki powinno zostać około 56 czy 57. Kilkanaście jednak "zniknęło" w różnych okolicznościach przez ten trudny sezon. 1 była wyrabowana z mojej winy (podałem syrop głodnej rodzinie i choć zmniejszyłem wylotek "na pszczołę", po 3 dniach zastałem pusty ul). W 4 czy 5 przypadkach rodziny zostały wyrabone z mniejszym moim udziałem, gdyż były to rodzinki już lepiej ustabilizowane, z matkami czerwiącymi, których albo nie karmiłem w ogóle, albo karmiłem ciastem - co według przekazów pszczelarzy ma zapobiegać rabunkom. Tak czy siak biorę i tu jakąś część winy na siebie i sypię głowę popiołem. Wciąż popełniam błędy i mam nadzieję uda się je w przyszłości choć w części wyeliminować. Ale w 100% na pewno się nie uda. Niestety błędy będą zawsze - oby były mniejsze, popełniane coraz rzadziej i coraz mniej boleśnie odbijające się na pszczołach. Około 8 - 9 rodzin "zniknęło" przez problemy z matkami. W tym roku miałem chyba 3 lub 4 przypadki "ułomnych matek" z pogiętymi skrzydłami. W 1 przypadku z 6 czy 7 pięknych mateczników wygryzła się matka z wirusem zdeformowanych skrzydeł (DWV), która zlikwidowała matki w pozostałych matecznikach lub wygrała z nimi bój o życie. Niestety nie miała prawa się unasiennić. Było to dla mnie dziwne i nietypowe, że pszczoły pozwoliły na to. Ale fakt, że gdyby nie pozwijane skrzydełka, matka wyglądała bardzo dobrze. Była duża i poruszała się szybko i dynamicznie. Być może jej feromon był na tyle silny, że pomimo DVW dała radę zwieść swoje siostry. Żałuję, że nie zrobiłem jej zdjęcia lub nie nagrałem filmiku, bo naprawdę nie spodziewałem się, że ułomna i chora matka, może wyglądać i zachowywać się tak, jak wyglądała właśnie ta. W kilku pozostałych przypadkach matki po prostu nie wygryzły się z mateczników lub nie wróciły z lotów. W bodaj 3 przypadkach straciły się matki już czerwiące (zaczerwiły 2 - 3 ramki i następnie zastałem mateczniki ratunkowe) - w jednym z tych przypadków była to młoda matka rojowa. Tak więc te wymienione rodzinki zostały w większości złączone do rodzin z matkami, a liczba rodzin w pasiece systematycznie malała. W kilku przypadkach likwidując rodzinkę robiłem to na zasadzie nalotu (na miejscu likwidowanej rodzinki stawiałem ul z inną z matką czerwiącą, a z tamtej pierwszej strzepywałem pszczoły przed wylotkiem). Metoda ta według mojej dotychczasowej wiedzy miała być praktycznie bezpieczna. Pszczoły "pozbawione domu" i w stresie, nalatując się na nowy ul miały nie być agresywne względem domowników i obcej matki. Cóż, w 2 przypadkach zakończyło się to ścięciem matki. Będę więc musiał wykonywać to w przyszłości ostrożniej.
Stąd też liczba rodzinek z potencjalnych około 55 zmalała do 42 lub 43. Pewnie do zimy jeszcze coś się wykruszy i zostanie około 40. Mało, ale z drugiej strony dzięki łączeniu maluchów w zasadzie dziś większość rodzinek jest w takiej sile, która nie wzbudza moich obaw co do zimowli. To prawda, że niektóre pszczoły nie rozwijały się szybko przez okresy upałów i suszy letnich, a to wzbudzało moje obawy czy zdołają się ładnie odbudować do racjonalnej siły. Dziś takich obaw już nie mam i pozostało może 2 czy 3 rodziny w całej pasiece, którym być może trzeba będzie dodać jeszcze ramkę z czerwiem. Inne, choć nie wszystkie są silnymi odkładami, są w sile jaką już wielokrotnie zimowałem z sukcesami w latach poprzednich. Jeżeli więc zdrowie im pozwoli, to sama wielkość na pewno nie będzie przeszkodą w zimowli.
Dodam też w tym miejscu, że większość maluchów, które pokazywałem na filmach wzbudzających w niektórych pszczelarzach tyle (niezrozumiałych dla mnie) emocji ma się albo dobrze, albo zostało zlikwidowanych przez problemy z matkami. Zadziwia mnie zdolność niektórych do oceny sytuacji po kilku niewyraźnych ujęciach i opowiadanie o pszczołach w "męczarni" lub "agonii". Ba, niektórzy widzą nawet popleśniałe pszczoły na moich dennicach, choć dennice pokazywałem chyba ostatni raz w "przedwiosennych" filmach o sprzątaniu uli po zimie. Ale może na tym tu poprzestanę.

No to zajmijmy się teraz czymś, co z punktu widzenia pszczelarstwa jest najważniejsze, najistotniejsze i w ogóle nic innego sensu nie ma: produkcją.
Od lat wszystkie moje produkcyjne niepowodzenia tłumaczę cały czas tak samo:
1. za bardzo dzielę (ale muszę dzielić, żeby rozwijać pasiekę, uzupełniać straty i tworzyć odpowiednio szeroką pulę selekcyjną);
2. tworzę za małe rodzinki (jw.) - takie miodu nie noszą. Jak jest bardzo dobrze, to noszą dla siebie na bieżąco, ale "bardzo dobrze" to w moim regionie bywa przez miesiąc do dwóch w roku;
3. pożytki nie są skorelowane z moimi działaniami w ramach tzw. "modelu ekspansji" - tj. są wtedy dobre, kiedy jest czas na odbudowę niewielkich rodzin po zimowli, a podzielone rodziny akurat wchodzą w rytm rozwoju na czas letniego głodu;
3a. pożytki ogólnie nie są wybitnie dobre w moim regionie (delikatnie mówiąc), a od kilku lat zmagamy się z letnimi upałami i suszą. Słowem kto utrzymuje rodziny zgodnie z pszczelarskimi podręcznikami, ten bardzo nie narzeka, choć też nie ma się czym zachwycać, a kto ma swoje teoryje na temat selekcji (czyli np. ja), ten niestety musi liczyć się z tym, że tu czy tam pojawią się jakieś niepowodzenia, a w "słabym" czy "średnim" okresie, jest bardzo słabo lub po prostu źle.
4. zła pogoda.

Czyli to, że ze mnie "dupa nie pszczelarz" tłumaczę sobie czynnikami mniej lub bardziej obiektywnymi oraz świadomymi i przemyślanymi wyborami długofalowymi. Hmm. Tu każdy sobie postawi swoją diagnozę tego corocznego tłumaczenia. A ja co rok tłumaczę każdemu kto pyta, że generalnie jest coraz lepiej... tyle, że miód zamiast sprzedawać i w tym roku kupuję, tak samo jak i kupowałem w latach zeszłych, rodzinki też bywają słabe, też różnie bywa z ich rozwojem. A kto wie co będzie w kolejnym sezonie? Wcale nie twierdzę, że przeżywalność tegoroczna będzie wyższa niż z lat poprzednich. Ba, ucieszę się jak nie będzie niższa. No cóż, część osób powie, że zaklinam rzeczywistość, a część, że próbuję oszukać sam siebie i wszystkich dookoła. Bo jakże to "jest lepiej", skoro jest co najwyżej tak samo jeżeli chodzi o obiektywne wyniki czy oczekiwania na przyszłość?

Ale spróbujmy po kolei omówić te czynniki, żeby rzeczywistość zakląć i oszukać wszystkich dookoła, że sezon jest inny, choć jest taki sam.

Pszczelarstwo lepiej jest uprawiać w terenach bogatych w pożytki. Podobnie lepiej jest tam robić selekcję - a już zwłaszcza na odporność na choroby czy przeżywalność. Bo te czynniki akurat są skorelowane z dobrym odżywieniem. W terenach biedniejszych czy średnich - jakim jest mój teren, a przynajmniej tak go oceniam z mojej perspektywy - na pewno pszczoły obciążone są dużą presją. Zamiast zajmować się roztoczami, muszą często zastanawiać się co do garnka włożyć. Zwłaszcza gdy jako metodę selekcyjną przyjmuje się tzw. "pszczelarski model ekspansji". Wiem, że model ten jest kontrowersyjny. Część pszczelarzy w ogóle nie wierzy w jego skuteczność selekcyjną, a inni wprost mówią, że to ciągłe gonienie króliczka, bo przecież tego dręcza nie będzie nigdy na tyle dużo, żeby rodzina mogła wykazać się zdolnościami do radzenia sobie z nim. A wpis ten i tak jest zbyt długi, więc ja już nie będę ponownie przytaczał argumentów, dlaczego uważam inaczej. Są na tym blogu i kto jest zainteresowany to do nich dotrze, a niezainteresowanych nie ma co zanudzać bardziej. Dość powiedzieć, że zaczynając moją selekcję przyjąłem ten model, gdyż wierzę w jego skuteczność (z powodów, o których jest pewnie ze 100 ze 170 wpisów na tym blogu). Przyjąłem więc już kilka lat temu, że pierwszy etap selekcji będę prowadził na odkładach - pisałem o tym w jeszcze 2014 roku, zanim opisałem właściwy "model ekspansji" dopiero w 2015. O choćby tu: "Resistant bees, czyli system na okres przejściowy" (wrzesień 2014). Swoją drogą wiele z tamtych założeń (np. o komórce 4.9, czy metodzie Housela) porzuciłem, a było tam też i wiele głupot z mojej strony. O, choćby to, że z odkładami jest mniej roboty niż z dużymi rodzinami. Może i jest mniej roboty z odkładem niż dużą rodziną, gdy doliczymy miodobranie, ale czy na pewno nie chodzi o to, żeby czasem miodobranie zrobić? Dziś wiem, że odkłady wymagają ogromnej pracy, doglądania i starań. Wymagają zasilania i (w moim rejonie) karmienia. Słowem takie pszczelarstwo to o wiele więcej troski i wysiłku niż prowadzenie dużej rodziny. Żeby było śmieszniej, wszystko po to, żeby praktykować lazy beekeeping i docelowo przyjechać na pasiekę 2 czy 3 razy w ciągu roku.... ech... Tak czy siak model ekspansji wymaga pewnego bilansu zachowania odpowiedniej siły rodziny z utworzeniem możliwie najwięcej (racjonalnej wielkości) odkładów. Słowem balansowania na granicy samowystarczalności pszczół. A prawda taka, że moje odkłady często bywają poniżej granicy samowystarczalności i wymagają zasilenia (ale jednak zasilam je z innych, więc te inne są co najmniej na tej granicy, a czasem powyżej), ale jak dowodzi historia często bywają też powyżej granicy "przeżywalności", zwłaszcza jeżeli chodzi o ich siłę, bo w kwestiach zdrowia, to właśnie po to selekcję robię, żeby wyłonić te, które sobie radzą.
Ostatnio znów pojawiła się w "eterze" jakaś myśl Randy'ego Olivera, że od "zabijania" pszczół (zwłaszcza komercyjnych) nie poprawia się genetyki populacji. Należy więc leczyć, a na hodowcach wywrzeć presje, aby ci zaczęli wreszcie coś z tematem robić - słowem Randy ostrzega przed samodzielną selekcją sugerując, że trzeba pozostawić to specjalistom. I ja się z tym zgodzę i nie zgodzę równocześnie. Bo po pierwsze specjaliści ten akurat aspekt mają w dupie, bo w dupie mają go ich klienci (miód się liczy i tyle), a po drugie genetykę populacji poprawiamy przez stałe namnażanie tych, które przeżywają, a nie przez pozwolenie pszczołom na śmierć (...w męczarniach). Czyli w zasadzie Randy ma rację, tyle, że do problemu trzeba podejść od innej strony, niż on w tej swojej złotej myśli przedstawia. Zmierzam do tego, że model ekspansji oprócz eliminowania pszczół, które sobie nie radzą, pozwala na (ba, nakazuje!) powielenie genetyki tych, które sobie radzą wystarczająco dobrze (czasem wcale nie wybitnie, ale jak piszę "wystarczająco"). I o to chodzi w tym etapie selekcji, który powoli mam nadzieję kończę, ale czy tak jest w istocie, pokaże najbliższa zima i wiosna. Ekspansja nie polega na stałej pracy na odkładach, ale na zbudowaniu racjonalnej liczbowo populacji, która sobie radzi, po to, żeby można było zacząć powoli wyławiać te pszczoły, które zaczynają też przy tym nosić miód i nie wymagają tych wszystkich zabiegów i starań, których dziś wymagają moje maluchy. Selekcja nie polega też na tym, co czasem sugeruje Randy, czyli na stałym sprowadzaniu genetyki komercyjnej, która umiera (w męczarniach). Cała idea właśnie w tym, żeby tą genetykę przestać sprowadzać i oprzeć się na tym, co przetrwało.



Miód noszą pszczoły silne i zdrowe. Nie "leczone" czy też "nieleczone", ale właśnie (powtórzę) silne i zdrowe. Im silniejsza rodzina, tym więcej miodu. A patrząc precyzyjniej, to miód nosi ta rodzina, w której jest lepszy stosunek pszczół dorosłych do czerwiu. Im więcej larw na liczbę pszczół dorosłych, tym więcej rodzina zjada, a mniej odkłada. Ta proporcja może być dodatkowo zaburzona przez problemy zdrowotne. Bo te mogą objawiać się na przykład "krótkowiecznością" pszczół. Jak wiadomo miód noszą pszczoły najstarsze, więc jeżeli owady umierają za młodu, to miodu w ulu nie przybywa. A pszczoły mogą umierać jeżeli są osłabione (np. warrozą czy nosemą) i wtedy miodu w ulu nie będzie choćby było 2 korpusy pszczół ulowych - będzie wtedy dużo czerwiu, dużo pszczół młodych, a mało zbieraczek. Cały problem jest złożony. "Nieleczenie" może wpływać na to, że w pierwszym okresie selekcji rodzina będzie dotknięta tymi problemami i zanim sobie z nimi poradzi, to miodu nie będzie. Taka rodzina z obciążonymi chorobą pszczołami najczęściej jednak zapewne nie przetrwa zimy. Bo póki jest zastępowalność pokoleń, to pszczoły dają jakoś radę, głód niwelujemy cukrem i nawet solidnie możemy zakarmić pszczoły do zimy. Ale krótkowieczne pszczoły osypią nam się daleko przed wiosną i w takich przypadkach w listopadzie czy grudniu po prostu zastaniemy pusty ul. Model ekspansji z powieleniem rodzin przeżywających pozwala z czasem (tak mówi mi cała dostępna wiedza) wyłonić rodziny, które ze swoimi problemami sobie radzą.
Ale model ekspansji opiera się na dzieleniu. A w mojej ocenie zdecydowanie lepiej jest gdy pszczoły same wychowają matki. Słowem, cała moja wiedza podpowiada mi, że gorszym rozwiązaniem jest wychów matek w wybranych rodzinach i podanie matek czy mateczników do "obcych" odkładów. Te rodziny, które są najsilniejsze i najszybciej się rozwijają - należy tak założyć - radzą sobie najlepiej. Nie da się ich podzielić nie osłabiając ich (ja tego jeszcze nie umiem). Gdy je podzielimy nie są silne. Zbieraczki (najstarsze pszczoły) najczęściej zostają w macierzaku, chyba że wywieziemy rodzinki na inne miejsca - wtedy się podzielą do różnych odkładów. Rodziny słabsze miodu nie zniosą. Koło się zamyka. Zawsze mam dylemat, czy dzielić już, czy wytrzymać dłużej, czy zrobić rodziny silniejsze czy słabsze. Zawsze. I zawsze (tak było do tej pory przynajmniej) stawiam budowanie populacji pszczół ponad zbiory miodu. Podejmuję więc takie decyzje, które pozwolą mi (w moim mniemaniu) namnożyć najlepsze rodziny, a nie brać z nich miodu. Takie decyzje będę podejmował dopóty, dopóki na pasiece nie wytworzy się stabilna populacja pszczół radzących sobie z problemami i pozwalająca przejść do kolejnego etapu selekcji. Żeby to zrobić trzeba namnażać rodziny przeżywające. W międzyczasie muszę dyskutować z różnymi mądrzejszymi lub głupszymi argumentami, które pojawiają się pod moim przekazem. Jeden z pszczelarzy rzucił, że woli rodziny miodne niż te, które po prostu żyją. No cóż, choć ja też wolałbym rodziny miodne, to na razie nie umiem rozmnażać tych, które owszem i miodne są, ale nie żyją... Owszem, mogę podzielić podmor na kilka kupek i w ten sposób podzielić rodzinę nieżywą, ale na razie nie umiem jej ożywić i przenieść do kolejnego sezonu. Co najwyżej mógłbym wtedy hodować wspomnianą już pleśń na dennicy. Pozostanę więc przy dzieleniu rodzin, które "po prostu żyją", będę je obserwował, dzielił i liczył (naiwnie), że populacja zacznie się stabilizować.

Mam do dyspozycji teren jaki mam. Jedną pasiekę mam bardzo oddaloną, inną trochę mniej, a kilka tu w rejonie mojego domu. Wiem, że wszędzie pożytki nie rozpieszczają. Żeby znaleźć miejsce o rząd wielkości jakościowo lepsze, musiałbym zapewne szukać takiego miejsca minimum kilkadziesiąt kilometrów dalej. Na podziały rodzin mam krótką chwilę - jest to maj i czerwiec. Odkłady zimują jako odkłady, stąd wiosną nie grzeszą siłą, a często są dodatkowo osłabione przez niezwalczanego dręcza. Stąd schodzi im "chwila", żeby zbudować siłę. Podziały w maju, to często podziały rodzin, które jeszcze nie są w pełni siły. Podziały w czerwcu bywają zbyt późne, a więc odkłady po pierwsze mają mniej czasu, żeby odbudować się do siły, a poza tym nowo unasiennione matki trafiają na okres tutejszego głodu z początkiem swojego czerwienia. Tak źle i tak nie dobrze. W tym roku przykładowo pszczelarze krytykowali moje "późne" podziały, a z reguły spora część pszczelarzy, krytykuje mnie, że dzielę za wcześnie - słowem: czego nie zrobię i tak spotkam się z krytyką. A ja po prostu staram się bilansować podziały nie w pełni odbudowanych rodzin, z wizją potencjalnego głodu w lecie. Wczesne podziały to brak miodu dla mnie, ale ciut lepszy start maluchów. Późniejsze pozwoliłyby mi na wzięcie więcej miodu i karmienie cukrem maluchów w okresie kiedy rodzina nie jest jeszcze odbudowana w pełni (a to znów zagrożenie rabunkami). To ostatnie zresztą i tak co roku robię, nawet jeżeli podzielę wcześnie. No więc i tu podejmuję decyzję, którą uważam za lepszą dla budowania szerszej populacji i kolejny powód czemu miodu u mnie nie zbywa. Zazdroszczę tym, którzy mają lepszy teren, a w okresie nektarowych dziur pożytkowych mogą liczyć na spadź. Może i u mnie się coś zmieni w przyszłości? ... Ale o tym może innym razem.

Jeżeli chodzi natomiast o pogodę, jako przyczynę moich produkcyjnych i stałych niepowodzeń, to jest to jakiś czynnik obiektywny. Tyle, że inni pszczelarze mają taką samą pogodę jak ja (wiadomo lokalnie się to różni, ale żyją przecież na tym samym świecie). Pszczelarze do problemów z pogodą (ciepła zima, wczesna wiosna, wybuch wczesnych pożytków i głód letni) podchodzą na swój gospodarski sposób: rodziny zasilają, łączą, czy po prostu ich nie dzielą i utrzymują je w sile, selekcjonują nie na spokojną zimowlę, ale na siłę wczesną wiosną. A utrzymują pszczoły w sile także dzięki użyciu chemii. Ja tego nie robię i stąd pogoda dotyka mnie mocniej. Mój sąsiad pszczelarz też zawsze ma zbiory znacząco wyższe, choć chemii nie nadużywa i nie stosuje też wymyślnych metod hodowlanych. Tyle, że rodzin mocno nie dzieli, a nawet jak tworzy odkłady, to nie jest to na pewno tak wielkie osłabienie rodzin, jakie praktykuję ja. Robi po prostu silny odkład z silnej rodziny, a nie waży chwilę kiedy może "już" podzielić "średniaka", żeby nie było za późno... Więc i wiosną wychodzą mu pszczoły silniejsze i bywają w lepszej kondycji z racji mniejszych problemów z dręczem (bo załatwionych przez pszczelarza). A takie rodziny zawsze coś zbiorą, jak nie z tego pożytku to z kolejnego. To i tak się dzieje u sąsiada i tak się kręci u wszystkich okolicznych pszczelarzy. Przy stałych kompromisach pasiecznych, jakie muszę podejmować nie jest tak łatwo. Ale wystarczy posłuchać klimatologów. O ile do bodaj 2010 czy 2012 roku susza średnio występowała raz na 5 lat, to w ostatniej pięciolatce jest co roku. A w tym roku nawet i była 2 razy, bo jedna w kwietniu, a druga po połowie czerwca. To są czynniki obiektywne, które nałożone na model ekspansji dają właśnie taki efekt i tłumaczenie się przeze mnie pogodą z moich własnych tzw. "niepowodzeń". No i cóż, po pierwsze liczę, że ludzie zaczną myśleć bardziej o środowisku i problem głupiejącej pogody będzie malał.... jaaasne (kolejny raz wychodzi ze mnie naiwność). Jestem pesymistą jeżeli chodzi o długofalowe myślenie przedstawicieli mojego gatunku, czemu dawałem wielokrotnie wyraz. Po drugie liczę, że rośliny zaczną powoli przystosowywać się do zmian klimatycznych (w rośliny już bardziej wierzę niż w Homo sapiens). Dziś często obserwuję mnóstwo kwiatów, które jednak nie są oblatywane przez pszczoły, gdyż, z uwagi na susze i upały, po prostu nie nektarują. A w Bułgarii, gdzie potrafi nie lać 3 miesiące, a żar leje się z nieba, pszczoły potrafią nanieść niejedną nadstawkę. Jak się to dzieje? Zaś cud? Nie, po prostu rośliny miejscowe do takiej pogody są przyzwyczajone. Toż Dee Lusby praktykuje pszczelarstwo praktycznie na pustyni. I da się. Po trzecie gorąco liczę na stabilizowanie populacji pszczół z czasem i możliwość utrzymywania ich w na tyle większej sile, że pozwolą na wykorzystanie choć połowy tych lotnych i obfitych dni, które pszczoły innych wykorzystują, a dziś moje zbyt słabe rodziny po prostu wykorzystać nie są w stanie. Czy tak będzie? Zobaczymy...

W tym roku pszczoły są raczej zdrowe. Choć czasem wstrzymywały się z rozwojem z powodu czerwcowych upałów (nawet mając pokarm w ulu), to jednak ogólnie nie mogę narzekać. Poza kilkoma przypadkami rodziny są w bardzo dobrym stanie wizualnym. I tak, wiem, że to może być złudne, bo "na oko", jak twierdziło powiedzenie z moich lat dziecięcych, "to chłop w szpitalu umarł". Wszystko - jak zawsze - zweryfikuje zima. Ale na dziś w większości maluchy rosną, budują, a większe rodziny utrzymują siłę i wigor. Rzecz jasna są i wyjątki.
W tym roku w szczycie sezonu widziałem trochę bezskrzydłych pszczół w najsilniejszych rodzinach (po podziałach nie zauważam tego problemu). Dręcza widuję bardzo sporadycznie (w ostatni czwartek przeglądałem około 25 rodzin i widziałem tylko 1 roztocze). Niestety w kilku rodzinach rozpanoszyły się barciaki mniejsze. Ich larwy stały się dość bezczelne i niestety wciskają się w komórki z czerwiem. Wcale nie tyczy to tylko tych najsłabszych rodzin (np. ostatnio zauważyłem je w rodzinie zajmującej 8 ramek WP w bardzo dobrej wizualnej kondycji i obsiadającej dostępną woszczynę "na czarno"), a niektóre zachowują bardzo dobry rozwój. No cóż, dla barciaków widać rok jest dobry. Ciekawy jestem czy panoszące się barciaki po prostu pszczołom nie przeszkadzają i stąd są tolerowane, czy to jednak pierwszy objaw słabnięcia pszczół z końcem lata(?). Niezauważalny dla mnie w części rodzin (bo i w kilku jest to skorelowane ze wstrzymaniem się w rozwoju), ale już wyczuwalny przez te motylki? Barciaki dominują w lesie, ale i pod domem się zdarzają.

Choć kalendarzowe lato jest dopiero za połową, mam poczucie, że właśnie mniej więcej teraz rozpoczyna się pszczelarska jesień. Może jeszcze nie teraz, ale... o... już! Do jesiennego zrównania dnia z nocą jeszcze ho ho, bo blisko półtora pokolenia czerwiu. Ale pszczoły wiedzą co się zbliża. A zbliża się... no ... winter is coming.