wtorek, 14 maja 2019

O zaleszczotku książkowym i nie tylko, czyli w poszukiwaniu naturalnego wroga dręcza pszczelego - część 2

W majowym numerze miesięcznika "Pszczelarstwo" ukazała się druga część mojej kolejnej pszczelarskiej publikacji o badaniach Torbena Schiffera.

Tekst dostępny jest też na stronie Bractwa Pszczelego, na którą serdecznie zapraszam.

Z częścią pierwszą tekstu możesz zapoznać się tutaj.

Zapraszam do lektury!


O zaleszczotku książkowym i nie tylko, czyli w poszukiwaniu naturalnego wroga dręcza pszczelego - część 2


Fizyka ula a nowoczesne pszczelarstwo 


Zaleszczotki pojawiły się w pszczelich siedliskach w sposób całkowicie naturalny i samoistny. Potrafią „uchwycić się” wylatującej wraz z rojem pszczoły. Ponoć w taki sposób może zmienić siedlisko nawet do kilkudziesięciu sztuk. Między innymi dzięki temu rozprzestrzeniały się między dziuplami. Funkcjonowały w nich, potem w kłodach, a w końcu w ulach jako organizm symbiotyczny pszczół, aż zostały wyparte przez pszczelarzy. Stało się to z dwóch powodów. Po pierwsze, niewątpliwie ogromne znaczenie miało rozpoczęcie wykorzystywania rozległego arsenału substancji chemicznych w walce z dręczem pszczelim. Po drugie, zniknęły z pasiek z powodu upowszechnienia się nowoczesnej konstrukcji ula, a zwłaszcza masowego wprowadzenia do użytkowania uli z materiałów sztucznych oraz drewnianych jednościennych z dennicą osiatkowaną. Nowoczesne konstrukcje wyjątkowo nie sprzyjają zaleszczotkom.

Substancje chemiczne stosowane w pasiekach są dobierane w taki sposób, żeby były możliwie szkodliwe dla pajęczaków, do których należą zarówno roztocza, jak i zaleszczotki. Kwas mrówkowy jest zabójczy dla zaleszczotków nawet w bardzo niewielkich dawkach. Tymol powoduje u nich rodzaj chronicznego zatrucia, który skutkuje ograniczeniem apetytu, a w efekcie zaleszczotki najpierw wpadają w apatię, a w przeciągu kilku lub maksymalnie kilkunastu dni czeka je śmierć. Kwas szczawiowy wydaje się nie zabijać dorosłych „pseudoskorpionów”, ale badania wykazują, że może szkodzić nimfom, a więc formom niedojrzałym. Badania te nie są jednoznaczne i dlatego obecnie przyjmuje się, że kwas szczawiowy jest najmniej szkodliwy dla „pseudoskorpionów” z całego chemicznego oręża używanego do walki z dręczem. Pestycydy stosowane w ulach przeciwko warrozie są zabójcze także dla zaleszczotków. Oba rzędy pajęczaków są pod tym względem podobne i w zasadzie te same substancje są dla nich toksyczne. Działają one zresztą destruktywnie na całą mikrofaunę ulową, niszcząc skomplikowane zależności ekologiczne. Jeżeli nawet nie zabiją „pseudoskorpionów”, to zrobią wyrwę w sieci powiązań – np. może to przyczynić się do zaniku organizmów stanowiących pokarm pajęczaków, co spowoduje ich wyprowadzkę z ula. Schiffer postuluje więc całkowitą rezygnację ze stosowania substancji chemicznych w walce z dręczem. W przypadku nadmiernego porażenia zaleca usuniecie całego czerwiu z rodziny - tam bowiem znajduje się znacząca większość roztoczy. Biorąc pod uwagę cały złożony ekosystem „żywego” ula, metoda ta ma wiele zalet względem wykorzystywania silnych substancji toksycznych, parzących czy biobójczych. Niewątpliwie jednak (z różnych powodów) jest też kontrowersyjna.

Badania mikroklimatu dziupli zajmowanej przez pszczoły

W kontekście omawianego zagadnienia, stosowanie substancji chemicznych przeciwko warrozie nie wymaga dalszego komentarza, bo po prostu będzie ono szkodliwe dla wszystkich organizmów wewnątrz ula i pośrednio lub bezpośrednio zabójcze dla zaleszczotków. Skupię się więc na samym ulu. Wbrew wyobrażeniom, nie jest to „pudełko” z desek, styropianu czy poliuretanu, w którym żyje jeden gatunek owada, ale miejsce, w którym tętni, czy raczej powinno tętnić, życie. W związku z tym „pudełko” to powinno spełniać szereg wymogów, aby wspierało te gatunki organizmów, które są dla pszczół korzystne i jednocześnie było nieprzyjaznym siedliskiem dla „wrogów” pszczoły miodnej.

Torben Schiffer wyszedł z założenia, że aby badać ekologię pszczoły miodnej, powinien w pierwszej kolejności poznać cechy i zależności panujące w naturalnych historycznie pszczelich siedliskach - dziuplach. Tam bowiem pszczoły ewoluowały i tam wykształciły szereg powiązań ekologicznych. Schiffer przeprowadził więc badania mikroklimatu dziupli, zauważając, że zachodzą tam inne zjawiska fizyczne niż w większości uli wykorzystywanych w pasiekach. Dziuple są biotopami stabilniejszymi, a więc zachodzą w nich zdecydowanie mniejsze dobowe czy sezonowe wahania zarówno temperatury, jak i wilgotności. Są też w większości bardziej suche niż standardowy szczelny ul, choć z uwagi na różne ułożenie ich otworów, zdarzają się i takie, do których wprost cieknie woda. Dominują jednak te, w których poziom wilgotności oscyluje w przedziale od 40 do 70%, a przynajmniej są one chętniej zasiedlane przez pszczoły. Konstrukcje większości uli sprzyjają natomiast kondensacji i nadmiernej wilgotności, a to z kolei promuje organizmy nieprzyjazne pszczołom lub wprost dla nich patogenne. Przykładowo, bardzo szkodliwe dla pszczół pleśnie rozwijają się, gdy poziom wilgotności osiąga 70 – 80%, a więc nie będą się tworzyć w większości dziupli. Według Schiffera tak naprawdę większość wykorzystywanych systemów ulowych sprzyja rozwojowi organizmów, które normalnie nie wystąpiłyby w przyjaznym dla pszczół otoczeniu, co diametralnie zmienia zależności ekologiczne.

Warstwa propolisu zapobiega wchłanianiu wody w stanie ciekłym w strukturę drewna
Przekrój poprzeczny dziupli ma stosunkowo małą powierzchnię, co w zimie zdecydowanie ułatwia pszczołom ogrzanie kłębu. Im większa objętość siedliska, tym trudniej jest utrzymać ciepło. Pszczoły muszą wówczas wykonywać więcej pracy, a tym samym zużywają więcej pokarmu, produkując duże ilości pary wodnej, w przypadku której istotne jest to, co się z nią dzieje. W szczelnym ulu z powałką foliową lub z innego tworzywa sztucznego (np. styropianu czy styroduru), wilgoć ta zostaje w środku i kondensuje się na ściankach w najchłodniejszych miejscach ula, najczęściej w rogach najdalej oddalonych od kłębu i na nieogrzewanych plastrach. Tam bowiem występują tzw. „mostki termiczne” i wentylacja jest niewystarczająca dla pozbycia się nadmiaru wilgoci z powietrza. W wymienionych miejscach może rozwijać się patogenna mikroflora. W dziupli natomiast jest inaczej. Duże znaczenie ma tu budowa „stropu” oraz warstwa propolisu, którym najczęściej pokryta jest dziupla, zwłaszcza w górnej części. Propolis pozwala parze wodnej przenikać, ale zatrzymuje krople wody, działa więc jak tkanina z warstwą goreteksu. Generowana przez pszczoły para wodna przenika przez wypropolisowane powierzchnie do drzewa i tam, po ochłodzeniu skrapla się, ale nie może wrócić do gniazda, zablokowana warstwą kitu. Czy wystarczyłoby więc zmienić nasze powałki na drewniane, żeby uzyskać ten sam efekt? Niestety nie. Znaczenie ma tu budowa drzewa, a dokładnie ułożenie kanałów (cienkich rurek) przenoszących wodę, soki i składniki odżywcze. Kanały te ułożone są pionowo, wzdłuż pnia, a więc otwarte są w „suficie” czy „stropie” dziupli. Ponieważ budowa ich jest dokładnie taka sama, jak budowa rurki, to wilgoć może wnikać jedynie przez jej otwory, a bok (ściany rurki) jest dla niej zamknięty. Deska jako powałka ma wspomniane kanały ułożone prostopadle (poziomo), a więc będzie szczelnym przykryciem. Oczywiście szczelność ta jest mniejsza niż folii, niemniej jednak taka deska nie będzie równie skutecznie odprowadzać wilgoci z ula. Podsumowując, para wodna w dziupli będzie naturalnie przenikać na zewnątrz gniazda, a środowisko pszczół pozostanie suche i ciepłe. Ma to, rzecz jasna, najistotniejsze znaczenie w zimie, kiedy pszczoły pozostają bierne, a wszystkie zjawiska muszą zachodzić obok nich same i bez ich ingerencji.

Pszczelarze bronią foliowych powałek (również, a może przede wszystkim na zimę) między innymi dlatego, że pszczoły zlizują z nich skroploną wodę i dzięki temu zaspokajają pragnienie. Schiffer jednak wcale nie uważa tego za jednoznaczną zaletę. Przede wszystkim woda wydzielana w zimie w ulach przez pszczoły, czy też odparowywana z nektaru w lecie jest skroploną parą wodną – a więc jest zdemineralizowana. Pszczoły, owszem, zaspokajają pragnienie, ale równocześnie nie przyjmują potrzebnych im mikroelementów, co w efekcie może doprowadzić do wypłukania z ich ciał niezbędnych do życia elektrolitów. Dlatego też w lecie pszczoły wolą zaspokajać zapotrzebowanie na wodę w sadzawkach i innych zbiornikach. Wydaje się więc, że optymalnym rozwiązaniem byłoby, aby w razie potrzeby pszczoły szukały w krótkich okresach ociepleń innych źródeł wody, a w czasie mrozów pozyskiwały ją z miodu – tak jak odbywało się to przez miliony lat, zanim w ich siedliskach pojawiła się folia.

Schemat obrazujący zjawiska zachodzące w dziupli w czasie zimowli
(tłumaczenie uproszczone względem oryginalnego schematu)

W przypadku dennic osiatkowanych, chociaż wilgotność w ulach faktycznie utrzymuje się dzięki nimi z reguły na niższym poziomie, powodują one jednak ogromne wahania temperatury w gnieździe. W zimie znacząco zwiększają zapotrzebowanie na energię, a tym samym zużycie pokarmu (jak wspomniałem powyżej, w efekcie prowadzące do zawilgocenia). Dennice takie rozwiązują więc problemy, które sami spowodowaliśmy, uszczelniając ule i odstępując od wykorzystywania materiałów, które chłoną wilgoć, oddają ją na zewnątrz lub po prostu w inny sposób utrzymują z dala od kłębu. Pszczelarze tłumaczą, że dennice osiatkowane, wychładzając gniazdo, powstrzymują matki przed czerwieniem. To jednak znów jest rozwiązaniem problemu, który sami spowodowaliśmy przez dziesiątki lat selekcji i sprowadzania z daleka pszczół, które nie reagują na miejscowe warunki pogodowe i klimatyczne. Przecież dawniej pszczoły same kończyły czerwienie późnym latem lub najdalej wczesną jesienią, choć zajmowały znacznie lepiej izolowane i ciepłe siedliska, jakimi były dziuple. Według Thomasa Seeleya straty ciepła dziko żyjącej rodziny są średnio cztery do siedmiu razy niższe niż w standardowym ulu. A jednak, o dziwo (!?), pszczoły potrafiły wstrzymać się z czerwieniem wtedy, kiedy był na to właściwy czas.

Nowoczesny ul posiada gładkie ściany, bez pęknięć, szczelin, dziurek czy szpar. Taki doceniają pszczelarze, bo pszczoły nie oblepiają go propolisem, a jeżeli nawet to zrobią, łatwo jego powierzchnie oskrobać, zdezynfekować, a w przypadku drewna opalić. To oczywiście nie służy budowaniu zdrowych zależności międzygatunkowych, a samego zaleszczotka pozbawia całkowicie siedlisk. Aby zobrazować to, o czym mówię, pozwolę sobie na pewne porównanie. Ekosystem naturalnego siedliska pszczół, a więc dziupli, można by przyrównać do ekosystemu lasu pierwotnego, podczas gdy nowoczesny ul przypomina nawet nie wykarczowaną polanę, a bardziej świeżo zaorane pole, które dodatkowo opryskano herbicydem. Taka jest mniej więcej różnica pomiędzy warunkami, w jakich pszczoły żyły kiedyś, a w jakich żyją dziś. I oczywiście w takim „leśnym” ekosystemie pszczoły także miały wrogów, ale był on na tyle złożony, że nierzadko ci wrogowie po prostu zajmowali się sobą lub swoimi problemami i pozwalali pszczołom żyć w spokoju. Byli niejako „kontrolowani” przez całą złożoność tego układu i zajmowali w nim swoje miejsce. Przykładowo, dziki nie tylko nie są szkodnikami lasu, ale też są jednym z kluczowych gatunków dla utrzymania jego zdrowia. Między innymi zjadają mnóstwo poczwarek i larw gatunków szkodliwych dla drzewostanu, a także są „sanitariuszami” lasów oczyszczającymi go z padliny. Jednak same dziki, wchodząc w pola uprawne mogą poczynić znaczące szkody. Przywołując to porównanie, zamiast pozwolić pszczołom żyć w „lesie”, musimy stale „orać”, „odchwaszczać”, „nawozić”, „walczyć ze szkodnikami”, czy wreszcie „przepędzać dziki”. Dzięki temu być może uzyskujemy większy „plon”, ale sami skazujemy się na wieczny przymus ingerencji i powstrzymywanie tworzącej się powoli równowagi ekosystemu. A trzeba też mieć świadomość, że zanim ta chwiejna równowaga zostanie osiągnięta, niektóre, bardziej inwazyjne gatunki, mogą próbować zdominować całą biocenozę.

Torben Schiffer podkreśla, że wiele rodzin pszczelich ma problem z przeżyciem nie dlatego, że w ulu znajdują się roztocza, ale z powodu bujnego rozwoju niekorzystnej mikroflory patogennej. Oczywiście roztocza są dziś problemem numer jeden pszczelarstwa. Jako jeden z wektorów szkodliwych mikrobów, a także czynnik ogólnie osłabiający rodziny pszczele przyczyniają się pośrednio lub bezpośrednio do znaczącej części spadków pszczół. Nie powinny one być czynnikiem aż tak znaczącym dopóki nie osiągną populacji na poziomie wielu tysięcy sztuk. Dziś, „dzięki” zastosowaniu substancji chemicznych, roztocza w większości pasiek znajdują się pod względną kontrolą. Spustoszenia robią w dużej mierze inne choroby, a jak się okazuje, na nie możemy mieć wpływ poprzez stworzenie odpowiednich warunków życia dla pszczół. W celu weryfikacji tej tezy Schiffer badał zawartość jelit pszczół zimujących w zawilgoconych „standardowych” ulach oraz w dziupli. Umieścił próbki na specjalnych podłożach hodowlanych (przygotowanych pożywkach, służących namnażaniu bakterii) i zaobserwował, że z próbek pochodzących z pszczół z osypu zawilgoconych uli bujnie rozwijała się mikroflora patogenna, której nie stwierdził w osypie pszczół z dziupli.

Za miesiąc część 3.

środa, 24 kwietnia 2019

Upadek słabiaków, osłabienie średniaków czyli klasyfikacja egzaminu dojrzałości 2019

Przedwiośnie chyba za nami. Gdy patrzę na prognozy wydaje mi się, że pogoda się stabilizuje. Teraz pszczoły powinny dostać wiatru w żagle - a raczej w skrzydła. Przy stabilnej pogodzie, dostawie świeżego pyłku i nektaru powinno być już wszystko dobrze, a rozwój rodzin powinien ruszyć z kopyta. Wszystko to być powinno, ale czy będzie?

Obecnie, po zakończonym przedwiośniu, jest równocześnie mniej i bardziej optymistycznie niż wtedy, gdy się ono zaczynało. Kilka rodzin osypało się lub ma jakieś problemy (o tym poniżej), a z drugiej strony inne z rodzin ruszyło ostro do przodu i widzę, że są całkiem silne jeszcze przed pierwszymi pożytkami towarowymi, a nie, jak w zeszłym roku, dopiero na akacji czy lipie. W bilansie sytuacja obecna nastraja mnie ciut większym optymizmem niż ta z 2018 roku. Zrobię trochę porównań, żeby pokazać dlaczego.

1. Stan liczbowy i procent upadków jest podobny do zeszłorocznego. Zarówno wtedy jak i tym razem osypało się około 50% pasieki. W liczbach bezwzględnych w tym roku jest ciut lepiej, ale są to wartości pomijalne. Co jednak istotne, to - powtarzane przeze mnie jak mantra, bo już chyba dziesiąty raz - fakt, że minęła właśnie druga zima od dokupienia pszczół. A zatem okres, po którym pszczoły powinny mieć skumulowane roztocza w takiej liczbie, która, patrząc z perspektyw schematów, modeli czy wyliczeń, teoretycznie doprowadza do śmierci rodzin. To się jednak nie stało, a zatem optymistyczny wniosek jest taki, że pszczoły mogły wypracować j_a_k_i_e_ś, znane tylko sobie, mechanizmy obronne. A nawet jeżeli nie wypracowały, to jakiś czynnik pozwolił im przetrwać. Jeżeli więc co rok zaistniałoby to samo zjawisko, to systematycznie przewidywalna, statystyczna długość życia rodziny powinna się wydłużać. Owszem, podziały mogły mieć tu jakiś wpływ na zwiększoną przeżywalność (http://pantruten.blogspot.com/2017/10/podziay-ilosc-roztoczy-w-ulu.html), ale nie zmienia to faktu, że w tym czasie roztocza nie były zwalczane, a więc każda z rodzin na pewno miała swoją ich dawkę na starcie. Podziały pszczołom nie pomogły ani w 2014, ani w 2016 roku, a więc trudno je traktować jako cudowne remedium na dręcza i inne problemy, jak to niektórzy twierdzą. Są nawet i tacy, którzy głoszą, że podziały mogą w zasadzie zapobiec stratom pszczół - to oczywiście można między bajki włożyć.

2. Choć zeszłemu sezonowi nie można było nic zarzucić (kto miał silne pszczoły w zeszłym roku się obłowił, a niektórzy cieszyli się wybitnie dobrymi zbiorami), to patrząc na problem z punktu widzenia rozwoju pszczół, ten sezon zapowiada się lepiej. Mówię tu raczej o pogodzie i następstwie pożytków, bo przecież nie mogę przewidzieć, czy w tym roku nie będzie np. dotkliwej suszy (już się to zaczyna w wielu miejscach kraju), czy zimna, które wpłynie na słabe nektarowanie roślin. To kwestia przyszłości, a ja nie podejmuję się jej przewidywać. Piszę tu o czymś innym. W zeszłym roku nastąpiło ocieplenie w zimie, po którym wróciły ostre mrozy. Gdy jednak puściły, to w zasadzie zaczęło się lato. Pamiętam moje, związane z pogodą, obawy przed wyjazdem rowerem na konferencję w Neusiedl (http://pantruten.blogspot.com/2018/06/musimy-byc-bardziej-jak-pszczoy-relacja.htmlhttp://pantruten.blogspot.com/2018/07/musimy-byc-bardziej-jak-pszczoy-relacja.html). Było jednak słonecznie i ciepło - i tak już pozostało. Skutkiem tego uderzenia zimy pożytki wczesne były później, a w wyniku lata w kwietniu, późniejsze wystąpiły wcześniej - wszystko było na raz, równocześnie. Kto miał silne pszczoły ten zebrał rekordowe plony wiosną. Ale bodaj w połowie czerwca przekwitła lipa i zaczął się standardowy u mnie letni głód. Z racji przedłużenia ataku mroźnej zimy, moje pszczoły doszły do siły dopiero praktycznie na lipę. W tym roku rozwój pożytków zapowiada się (na razie) raczej w większym stopniu zgodny ze średnią wieloletnią, czyli raczej powinny one następować po sobie, a nie na raz. Czy realnie wystąpią i czy będą "bogate", to już kwestia przyszła.

3. Siła pszczół jest chyba lepsza niż zeszłoroczna, choć jest bardziej "rozstrzelona". Być może obecną siłę można by porównać do tamtej, pod tym warunkiem, że zabralibyśmy z mojej pasieki najsilniejsze obecnie rodziny. Ale i chyba więcej jest takich rodzin, które są wyraźnie słabsze. W zeszłym roku, z racji opóźnienia startu, ale przyspieszenia wystąpienia pożytków (patrz punkt 2 powyżej) moje pszczoły w ogóle nie miały rozwoju skorelowanego z wystąpieniem pożytków. Dominowały u mnie rodziny średnie i słabe. Były raptem nieliczne, które do rozsądnej siły doszły na lipę (w normalnym roku byłoby to mniej więcej na akację). W tym roku mniej więcej podobna liczba rodzin zapowiada dojście do względnej siły na rzepak (no, może na koniec rzepaku). Poza tym, nawet jeżeli niektóre z rodzin dziś są słabsze, mają szansę wzmocnić się do lipy, jeżeli ta wystąpi tym razem w normalnym terminie. Jeżeli pożytki wystąpią później, to i okres letniego głodu zapowiada się krótszy. Pod tym względem wygląda to więc lepiej.

Martwi natomiast to, że niektóre marcowe średniaki dość mocno osłabły, a kilka słabiaków niestety odpadło z wyścigu o szanse przetrwania. Te ostatnie zostały zastąpione w tym boju, przez rodziny, które w marcu zapowiadały może niewielką siłę na starcie, ale ładny rozwój. W marcu miały "bite" 3 uliczki, a czasem 4, a dziś są w uliczce czy dwóch. W planach miałem zapszczelenie kilku ze sztucznych barci, które zamierzamy w tym roku znów powiesić (http://pantruten.blogspot.com/search/label/sztuczna%20bar%C4%87). Niestety, na chwilę obecną wygląda to tak, że chyba może się to odbyć kosztem najsilniejszych rodzin, które dawały szansę na to, żebym mógł w tym roku zgarnąć trochę miodu i wreszcie przestać go kupować. Przez najbliższe dwa tygodnie będę się bił z myślami, czy wybrać "barcie", czy choć skromne zbiory miodu wiosennego (bo wczesnoletniego to pewnie nie przekreśla). Pewnie pójdę na kompromis i zapszczelę nie więcej niż dwie skrzynki (choć planowałem co najmniej 3 lub 4, a w skrytości ducha liczyłem na całą piątkę).

W liczbach całościowych chyba nie jest najgorzej - a przynajmniej (znów moja mantra) patrząc na to, w którym punkcie selekcji jestem i jaki mam teren. A jest on taki, który całkowicie nie współgra z "modelem ekspansji". Tu, żeby cieszyć się zacnymi zbiorami, trzeba iść z duchem pszczelarstwa komercyjnie słusznego - czyli zimować silne rodziny (lub wiosną łączyć) i mieć co najmniej 2 korpusy pszczół na czarno na 1 maja. Wtedy przez maj i czerwiec można się względnie "obłowić", a pszczoły rozwijają się na naturalnym pokarmie. Silna rodzina jakoś okres głodu przetrwa, a i potem może coś zbierze z nawłoci. U mnie zaś, w miesiącach wiosennych trwa rozwój średniaków, które po prostu takie są, bo takimi je tworzę sezon wcześniej w ramach "ekspansji". Słowem, dopóki nie ustabilizuję śmiertelności na niskim poziomie i będę mógł tworzyć silniejsze rodziny, nie mam najmniejszych szans na konkurowanie w zbiorach z pszczelarzami w otoczeniu.

Wydaje mi się, że nawet te pszczoły, które są dziś w solidnej uliczce, czy miernych dwóch, mają już pewne szanse przetrwania. Mój marcowy optymizm podyktowany był zeszłorocznym doświadczeniem ze słabiakami, które pięknie rozwijały się, nawet jeżeli w ulu była tylko garstka pszczół. Pozwalała im na to pogoda, która - odpowiednio - "miesiąc temu" (czyt. 13 miesięcy) była stabilna. Chyba już dziś mogę mniej więcej porównać słabiaki z przełomu marca i kwietnia 2018 roku z tymi, z końca kwietnia 2019. Czas pokaże.

Ponieważ strajk nauczycieli trwa, to ja zrobię tu małą klasyfikację przed egzaminem dojrzałości z kolejnego sezonu.

Pasieka R1 - dom.
Tu żyją 4 rodziny. W marcu 2 (w warszawiakach) były bardzo ładne i to się utrzymało. Rodziny dobrze się rozwijają, ale liczyłem na ciut więcej. Można je zobaczyć na filmie. Daję im solidną 4kę. Dwie pozostałe były średniakami w marcu. Jedna została słabym średniakiem, ale raczej idzie ku dobremu (dostateczny+), druga raczej osłabła (dostateczny-). Ale i ona powinna się z tego wygrzebać.



Pasieka R2 - działka w sadzie we wsi.
Stan marcowy zmniejszył się. Było 3, które oceniałem na silne, 1 średniak i dwa słabiaki. Dziś te 6 rodzin oceniłbym jako odpowiadające szkolnym ocenom.
Słabiak R2-SŁ1 - nie żyje, a więc otrzymuje ocenę niedostateczną;
Słabiak R2-SŁ2 - żyje, ale po pierwsze osłabł, po drugie stracił matkę (tak to wygląda), po trzecie być może wychował matkę z mikro-matecznika ratunkowego, po czwarte trudno powiedzieć czy ta matka ma szansę się unasiennić - i wcale nie dlatego, że nie ma trutni, bo są, tylko może być to prawdziwie złej jakości matka ratunkowa - o ile jest. Podałem rodzince ramkę z garstką czerwiu na wygryzieniu i garstką jajek - nie po to, żeby ratować bezmatka, ale raczej sprawdzić czy bezmatkiem jest, a jeżeli matka jednak się wychowała i unasienni, to ciut zwiększyć jej szansę przetrwania. Ocena mierna (na wyrost, ale jednak wciąż żyje).
Średniak marcowy - dalej siłą nie grzeszy, ale czerwiu ma na 4 ramkach. Ocena dostateczna.
Dalej idzie jedna z rodzin z oceną dobrą, kolejna z moją już przeselekcjonowaną genetyką z oceną bardzo dobrą. Ocenę celującą w zakresie rozwoju (przynajmniej porównując rodziny z mojej pasieki) otrzymuje "victoria" (córka oryginalnej Łysoniowej, z rodziny podarowanej mi w zeszłym roku przez kolegę). Pszczoła ta rozwija się pięknie, wspaniale buduje. Problem w tym, że to jej dopiero drugi sezon, a więc kryzysy w niej jeszcze się nie pojawiły i tak naprawdę nie sposób gdybać, czy ma jakiekolwiek zdolności do poradzenia sobie z nimi. Z różnych statystyk i doświadczeń domniemywać raczej trzeba, że nie ma, a więc tylko czekać aż tam zacznie się coś niedobrego dziać. Wtedy nie omieszkam oceny obniżyć.

Pasieka K - "główna"
Nie byłem tam bodaj 2 tygodnie. 1 rodzina w rozwoju na dobry+, 1 słaba, ale stabilna (dadant Łukaszowy) - coś pomiędzy dostateczny, a dostateczny-, i jedna bardzo słaba na mierny+(przynajmniej wtedy)

Pasieka B - działka kolegi
Tam też straciła się jedna rodzina od marca - słabiak B2-SŁ3 (niedostateczny). Rodzina B2-StM (stara matka - matka słabiaka SŁ3) za to pięknie się rozwija i należy do czołówki pasiecznej. "Linia" B2 wywodziła się z zeszłorocznego dwuliczkowego słabiaka. Dziś, jak wspomniałem, należy do ścisłej pasiecznej czołówki. "Linia" B1 natomiast z tamtej pasieki, która w zeszłym roku do takiej pasiecznej czołówki należała, kończy się. Z 5 rodzin z czerwca zeszłego roku (odkład ze starą matką + 4 nowe odkłady) została uliczka pszczół  w jednym ulu. Sytuacja więc odwróciła się. Czy znów odwróci się w przyszłym roku?
Oprócz tych 2 rodzin żyje tam stara matka "victoria" - słabiak i jedna przywieziona rodzina - "słabiak".
Na tej pasiece mam więc jedną rodzinę z rozwojem bardzo dobrym i 3 z ocenami od miernego do dostatecznego-.

Pasieka L - las
Na tej pasiece jedna rodzina - fortowa L1 ma rozwój na bardzo dobry, rodzina fortowa B5 na dobry. Rodzina fortowa BL ma duże kłopoty. Zmniejszyła się i chyba straciła matkę. Ma 2 uliczki pszczół, pszczoły zaniepokojone, trochę "dziwnego" czerwiu. Do rodziny podałem ramkę z jajkami i czerwiem z B5 (mierny).
Rodziny poza fortem to córka przedwojennej - rozwój na dobry i rodzina z córką pszczoły L1 - podobny. Rodziny w lesie - zakładam, że z powodu swoistego mikroklimatu - mają chyba lekko opóźniony rozwój, choć 4 z 5 raczej nic nie dolega.

Pasieka T - nowosądeckie
Sprawdziłem je bodaj z początkiem kwietnia - od tego czasu nic nie wiem o ewentualnych zmianach sytuacji. 1 rodzina w dobrym rozwoju (dobry+/bardzo dobry-), jedna średnia (dobry-) i jedna słabsza (dostateczny-).

Żyje więc 24 na 48 zimowanych rodzin (50%), ale ich stan jest bardzo różny: od 1 uliczki i prawdopodobnego braku matki do bardzo fajnego i dynamicznego rozwoju.

Oczywiście oceny, które wystawiłem pszczołom, są po pierwsze subiektywne, a po drugie tyczą się tego specyficznego momentu, w którym je odwiedziłem. Jeżeli przyrównamy to do ocen z marca, to jednak zauważyć można, że oceny rodzin pogorszyły się. Wówczas oceniałem około 12 na bardzo ładne, 10 na średnie i 4 na słabiaki na granicy przetrwania. Dziś widać, że celująco rozwija się tylko genetyka komercyjna (1 rodzina victoria). Rodzin w rozwoju, który oceniam na bardzo dobry i dobry jest 11, ale jednak widzę rozwój połowy z nich gorzej niż oceniałem perspektywy w marcu. Rodziny z oceną "dobry" raczej nie nadają się do wczesnych podziałów, czy wykonania pakietów do sztucznych barci. Jak wszystko pójdzie w miarę w porządku, te rodziny rozwiną się w maju mniej więcej na koniec akacji. A to zawęża pole wczesnych działań wiosennych. Straciłem też 2 słabiaki, w przypadku 2 kolejnych rodzin wystąpiły problemy z matkami więc wątpliwym jest czy uda się je wyprowadzić. Szeregi "jedno i dwu-uliczników" "zasiliły" natomiast kolejne rodziny.

W zeszłym roku rodziny były w "równiejszej" sile, ale raczej ta stabilizacja biegła w dół. Za to każda - nawet taka z 2 uliczek - rozwijała się pięknie. Życzyłbym sobie takiego samego rozwoju i w tym roku. Zależy on jednak od wielu czynników. Na większości terenu Polski trwa bezprecedensowa o tej porze roku susza. Choć ja pamiętam, że i w zeszłym roku w kwietniu praktycznie nie padało. Jestem jednak dobrej myśli - jak co roku.