piątek, 8 stycznia 2021

Dziko żyjące rodziny pszczoły miodnej: zagrożenia i nadzieje - część 2

W styczniowym numerze miesięcznika "Pszczelarstwo" ukazała się druga część mojego tekstu o dziko żyjących rodzinach pszczelich, które wypracowały swoje zdolności do radzenia sobie z problemami związanymi z roztoczami.

Zapraszam do lektury!

Część 1  


Dziko żyjące rodziny pszczoły miodnej: zagrożenia i nadzieje 
- część 2


Pszczoły i dręcz pszczeli z Gotlandii

W 1999 roku na szwedzkiej wyspie Gotlandii przeprowadzono eksperyment1, którego celem było sprawdzenie czy roztocza są w stanie unicestwić populację pszczół, jeżeli nie będzie ona wspomagana żadnymi kuracjami [Fries i in. 2006]. W ośmiu lokalizacjach na południowym cyplu wyspy rozmieszczono 150 rodzin.

Dręcz na Gotlandii

Każda z nich zarażona została kilkudziesięcioma osobnikami dręcza pszczelego. Miejsce eksperymentu z trzech stron otaczają wody Bałtyku, a od północy cypel łączy się z wyspą wąskim przesmykiem. Na początku twierdzono, że populacja była izolowana od innych pszczół. Faktycznie jednak w odległości około 10 kilometrów na północ znajdowały się inne rodziny pszczele, gdzie zwalczano inwazję Varroa destructor.

Uważam, że eksperyment może poniekąd symulować zarówno populację dziką, jak i pasieczną. Z jednej strony bowiem wykorzystano pszczoły ras/linii hodowanych w pasiekach i utrzymywano je w ulach (o objętości około 80 l), z drugiej - w zasadzie pozostawiono je własnemu losowi. Zabiegi pasieczne ograniczono do karmienia nielicznych rodzin, które nie zdołały zebrać odpowiednich zapasów na zimę. Prowadzono okresowe badania stopnia porażenia rodzin roztoczami. Przed pierwszą zimowlą było ono niewielkie; tym samym śmiertelność pszczół była niska (około 5%). W kolejnym sezonie rodziny wciąż były silne i roiły się, jednak porażenie roztoczami gwałtownie wzrosło. To doprowadziło do utraty około 30 proc. populacji. W kolejnym sezonie kondycja rodzin znów się pogorszyła i po zimie osypało się około 80 proc. pozostałej części rodzin. Do 2003 roku przetrwało tylko 9 rodzin, ale ich stan zaczął się poprawiać. Znacząco zmniejszył się stopień porażenia roztoczami, poza tym kondycja jednej z rodzin była w wystarczająco dobra, aby pszczoły mogły się wyroić. Od tego czasu stan pszczół uległ stabilizacji i w kolejnych latach rodziny zaczęły wydawać roje, a śmiertelność populacji była względnie niska. Najmniej, bo tylko 7 rodzin naliczono wiosną 2004 roku, ale też od tego czasu populacja zaczęła rosnąć. W latach 2005 – 2015 rodziny pozostawiono same sobie. W tym czasie populacja utrzymywała się na stabilnym poziomie 20 – 30 rodzin i była samowystarczalna.

Odporność przychodzi z czasem


W 2006 roku przeprowadzono badania porównawcze zdolności do ograniczania populacji dręcza u pszczół, które przetrwały eksperyment oraz pszczół z innych części Szwecji. Do badań wykorzystano roztocze pozyskane w rodzinach pszczelich populacji eksperymentalnej na Gotlandii, jak i z innych regionów, z rodzin, w których zwalczano dręcza pszczelego. Stwierdzono, że przyrost populacji roztoczy u „niedobitków” z Gotlandii był mniejszy średnio o 82 proc. w stosunkuk do rodzin z pasiek usytuowanych w innych miejscach. Uznano więc, że zdolność ograniczania tempa namnażania roztoczy w rodzinach pszczół z Gotlandii uzależniona była od wykształcenia cech odporności pszczół, nie zaś mniejszej zjadliwości gotlandzkiego pajęczaka.
Zmiany w populacji pszczół (liczbie rodzin) w pierwszej
fazie eksperymentu przeprowadzonego na Gotlandii
źródło: 
https://www.researchgate.net/publication/42384375 Fries I. i.in. 20016
                                     
Stwierdzono na przykład, że jedynie 50 proc samic roztocza wydawało płodne i zdolne do przetrwania potomstwo, podczas gdy w „zwykłej” populacji pszczół odsetek ten sięgał 80 proc. Z badań wynika, że prawdopodobnie najistotniejszym wykształconym mechanizmem wpływającym na zdolności ograniczania dręcza na wyspie był ten, polegający na odsklepianiu komórek z czerwiem, w których były także pasożyty, oraz ponownym ich zasklepianiu. Wpływa to znacząco na zaburzenie cyklu rozwojowego dręcza, natomiast larwa pszczela ma szansę dalej się rozwijać aż do postaci owada dorosłego, a przy tym jest to cecha mniej obciążająca pszczoły, niż cecha określona jako wrażliwość higieniczna na roztocze Varroa (VSH - ang. Varroa Sensitive Hygiene).
Stwierdzono przy okazji, że pszczoły z Gotlandii, które przetrwały, co do zasady tworzyły mniejsze rodziny niż wcześniej i były bardziej skłonne do rojenia. Eksperyment wykazał też, że chore i osłabione rodziny pszczele są w stanie wyjść z kryzysu i po prostu potrzebują czasu na koadaptację z pasożytem.

Koadaptacja dręcza z pszczołą

Interesujące wyniki badań genetycznych „gotlandzkiego dręcza” zostały opublikowane w sierpniu 2019 roku [Beaurepaire i in. 2019]. Populacja dręcza pszczelego charakteryzuje się niską zmiennością genetyczną. Wynika to ze sposobu rozmnażania pajęczaka. Większość młodych samic-córek jest bowiem zapładniana przez swoich haploidalnych braci pochodzących z pierwszego złożonego niezapłodnionego jajeczka. Zapłodnienie krzyżowe, czyli przez „obcego” samca, może nastąpić tylko wtedy, gdy do tej samej komórki pszczelej wejdą dwie dojrzałe samice-matki dręcza, co nie zdarza się zbyt często. Populacja jest także mocno ograniczana przez stosowane kuracje, a więc większość roztoczy cechuje genetyczne podobieństwo.
Do badań wykorzystano osobniki dręcza zabezpieczone w latach 2009, 2017 i 2018, zarówno z populacji nieleczonej od 1999 roku, jak i z rodzin poddawanych kuracjom, które żyły za przesmykiem. Dobrano też roztocza z pasieki uniwersytetu w Uppsali, aby uzyskać grupę kontrolną spoza Gotlandii. Okazało się, że w 2009 roku populacja ta niewiele odbiegała genetycznie od grupy porównawczej z sąsiedniej pasieki leczonej. Stwierdzono jednak, że w drugiej dekadzie gotlandzkiego eksperymentu genetyka populacji dręcza pszczelego uległa zmianom. Przede wszystkim populacja zróżnicowała się genetycznie o wiele bardziej niż populacja porównawcza (gdzie dręcza zwalczano). Obydwie zróżnicowały się także względem siebie. Jeden z genotypów dręcza z eksperymentalnej populacji pszczół na Gotlandii, który był najbardziej powszechny w próbkach z 2009 roku (58 proc.) nie został wykryty w próbkach pobranych w niej kilka lat później. Ten sam genotyp dręcza, choć zmniejszył swój udział w populacji pszczół leczonych, wciąż był tam obecny. Autorzy sugerują, że w niezwalczanej populacji pasożyta mogła nastąpić bardzo szybka koadaptacja z pszczołą miodną. Tego typu zmiany są wykluczone w populacjach, w których pszczelarze stosują zabiegi przeciwko roztoczom.


Mapa przedstawiająca miejsca pobrania próbek do badań genetycznych
dręcza pszczelego: wykonano na podstawie publikacji: Beaurepaire i in., 2019
 
Po wielu latach stabilizacji eksperymentalna populacja pszczół na Gotlandii w 2017 roku zaczęła przeżywać kryzys [Matthieu i in., 2020]. Dlaczego tak się stało - trudno powiedzieć. Dla utrzymujących populację naukowców ze Szweckiego Uniwersytetu Rolniczego (SLU) w Uppsali jest oczywiste, że pszczoły wykształciły genetyczne mechanizmy odporności na roztocza. Te jednak okazały się niewystarczające: pszczoły przestały sobie radzić z dręczem w stopniu pozwalającym im utrzymać zdrowie i populacja zaczęła się kurczyć. W związku z tym zdecydowano się przeprowadzić zabiegi zwalczające roztocza. Według autorów „Schweizerishe Bienen Zeitung”, szwajcarskiego magazynu pszczelarskiego, którzy w 2019 roku udali się na Gotlandię, prowadzący populację szwedzcy naukowcy nie byli przekonani czy przeprowadzone zabiegi na pewno były niezbędne do uratowania populacji: ryzyko jej utraty oceniali jednak na zbyt wielkie [Baudendistel, 2019]. Uznano, że dla dobra nauki lepiej będzie utrzymać pszczoły przy życiu, aby móc dalej badać wykształcone przez nie genetyczne mechanizmy odporności. Nie jestem pewien, czy ta decyzja była słuszna. Tymi zabiegami zaburzono przecież ciągłość eksperymentu. Z naukowego punktu widzenia populacja ta była cenna właśnie dlatego, że przez tak długi okres potrafiła funcjonować bez kuracji. Zresztą podczas wspomnianej wizyty stwierdzono, że rodziny na Gotlandii wcale nie miały się dobrze, choć stosowano zabiegi przeciwko dręczowi.
W ostatnich latach pszczelarstwo na Gotlandii stało się popularne, a tamtejsi pszczelarze zaczęli leczyć swoje pszczoły. Większość z nich nie wierzy bowiem w możliwość utrzymania ich przy życiu bez stosowania kuracji, choć po sąsiedzku przez blisko dwie dekady żyły pszczoły, u których nie zwalczano dręcza. Według jednej z hipotez genetyczne przystosowania pszczół eksperymentalnych zostały „rozwodnione” w wyniku bliskiej obecności stale rosnącej populacji nieprzystosowanych pszczół. Być może z racji częściowej izolacji pszczoły w pierwszym okresie stale krzyżowały się między sobą, co doprowadziło do tzw. inbredu (chowu wsobnego), i – w konsekwencji – ich osłabienia. Moim zdaniem na pogorszenie stanu zdrowia pszczół mogła mieć wpływ także obecność nowych szczepów zjadliwych patogenów we wzrastającej populacji okolicznych leczonych pasiek. Jedna z osób odpowiedzialnych za populację, dr Barbara Locke (SLU), odpowiadając na moje pytanie o przyczyny słabszej kondycji rodzin stwierdziła, że publikacja podsumowująca ten okres badań jest w przygotowaniu. Liczę, że wyjaśni przyczynę osłabienia pszczół, a przynajmniej przedstawi wiarygodne hipotezy.

Rodzina pod kontrolą

Profesor Thomas Seeley w książce The Lives of Bees. The Untold story of the Honey Bee in the Wild, przedstawia wiele danych z różnych stron świata, w tym z Europy, dotyczących gęstości występowania dziko żyjących rodzin. W publikacji znalazł się też polski akcent: autor wskazuje bowiem m.in. na badania przeprowadzone przez dr hab. Andrzeja Oleksę w północnej Polsce. Jest zatem prawdopodobne, że w niektórych regionach znajdziemy nawet kilka dzikich rodzin pszczelich na kilometr kwadratowy. Niestety trudno stwierdzić, na ile rodziny te są częścią odrębnych dzikich i samowystarczalnych populacji, a na ile są to tylko roje z okolicznych pasiek, które umierają, zastępowane kolejnymi. Wydaje się jednak, że chyba każdy, kto zada sobie trud wyszukania dziko żyjących rodzin w swojej okolicy, z pewnością je znajdzie. One są wśród nas. Ubolewam tylko, że jedynie w bardzo niewielu miejscach na świecie prowadzi się rzetelne i i długofalowe obserwacje populacji tych pszczół, obejmujące wyszukiwanie dzikich siedlisk, weryfikowanie długości życia rodzin pszczelich i mechanizmów jakimi posługują się w walce z dręczem, a także badania genetyczne, które mogłyby potwierdzić przejście rodzin przez tzw. „wąskie gardło ewolucyjne” (tzw. bottleneck). Mechanizm ten polega na zmniejszeniu się liczebności populacji po katastrofie (np. chorobie), na skutek czego zmienia się pula genowa populacji (osobniki, które przetrwały kataklizm nie mają wszystkich genów tworzących pulę genową całej populacji), co z kolei powoduje zmniejszenie różnorodności genetycznej. Po ponownym wzroście liczebności populacji, w wyniku nowych mutacji, zwiększa się również jej różnorodność genetyczna. Od tej zasady istnieje tylko kilka wyjątków w skali całego świata. 

Liczba rodzin pszczelich w Arizonie (USA): w 1997 roku zaobserwowano 
wzrost liczby rodzin pszczół zafrykanizowanych. Żródło: T. Seeley, The Lives of Bees
          

Populacja z Arizony

Jednym z tych wyjątków jest populacja pszczół badana w Arizonie bezpośrednio w czasie inwazji dręcza [patrz: „Pszczelarstwo”, 01/2019]. W latach 90-tych ubiegłego wieku obserwowano około 250 okresowo zajmowanych siedlisk pszczół (głównie rozstępy skalne). Celem eksperymentu nie miał być jednak monitoring postępu inwazji dręcza, ale tzw. „zafrykanizowanych genów” pszczół na południu Stanów Zjednoczonych (krzyżówki pszczół ras europejskich i afrykańskiego ekotypu Apis mellifera scutellata), których obawiano się z uwagi na ich agresywną naturę. Wraz z pojawieniem się dręcza, w ciągu kilku lat populacja oparta o ekotypy europejskie, zmniejszyła się z około 160 rodzin do 10 i dopiero w szóstym roku zaczęła rosnąć. Wyniki były więc bardzo podobne do tych z Gotlandii, z tą różnicą, że na szwedzkiej wyspie populacja była częściowo izolowana, a odbudowa populacji w Arizonie zbiegła się z „inwazją” pszczół zafrykanizowanych na południu USA. Pszczoły te znane są z wyjątkowej odporności na dręcza i być z tego powodu dzika populacja w Arizonie nie mogła odbudować się na bazie ekotypów czysto europejskich. Być może też populacja pszczół zafrykanizowanych mogła tym łatwiej pojawić się i rozwijać na tych terenach, bo straciła konkurencję ze strony pszczół ekotypów europejskich. Te zostały przecież zdziesiątkowane inwazją dręcza. Nie zmienia to faktu, że tamtejsza dzika populacja ma się dobrze bez żadnych kuracji.

C.D.N.

[autorstwo grafik: Eliza Luty na podstawie danych z przywoływanych publikacji]

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Dziko żyjące rodziny pszczoły miodnej: zagrożenia i nadzieje - część 1

W grudniowym numerze miesięcznika "Pszczelarstwo" ukazała się pierwsza część mojego nowego tekstu, traktującego o zdolnościach dziko żyjących rodzin pszczelich do samodzielnego radzenia sobie w świecie zdominowanym przez dręcza pszczelego.

Zapraszam do lektury.

Przy okazji czytelnikom bloga i nie tylko życzę wszystkiego dobrego z okazji nadchodzących świąt!


Dziko żyjące rodziny pszczoły miodnej: zagrożenia i nadzieje - część 1

Czy dziko żyjące rodziny pszczele są źródłem zagrożenia dla pasiek? Pszczoła miodna potrzebuje wolności i nie musi mieć nad sobą nadzorcy w postaci pszczelarza. Czy ma potencjał, by w czasach warrozy stworzyć dziką populację i przetrwać, a jeżeli tak, to w jakich warunkach?

W myśl ustawy z 29 czerwca 2007 roku O organizacji, hodowli i rozrodzie zwierząt gospodarskich, pszczoła miodna (Apis mellifera L.) jest zwierzęciem gospodarskim. Jej sytuacja jest jednak o tyle skomplikowana, że – w przeciwieństwie do innych zwierząt – jej chów nie może odbywać się w oderwaniu od natury. Bydło, świnie, kozy, owce, zwierzęta futerkowe, a nawet jeleniowate możemy trzymać w boksach, na fermie itd., dostarczając im niezbędnych składników odżywczych i kontrolując warunki ich życia. Daleki jestem od twierdzenia, że warunki te służą zwierzętom, uważam jednak, że w pewien sposób zabezpieczają je przed światem zewnętrznym. Pszczoły miodnej, niezależnie od stale podejmowanych prób zwiększenia nad nią kontroli nie da się oddzielić od środowiska naturalnego. Nawet, jeśli zgodzimy się, że teoretycznie byłoby to możliwe, musimy przyznać, że wówczas jej chów zupełnie straciłby sens.

W zgodzie z naturą 

Pszczoły są przede wszystkim zapylaczami, muszą więc żyć tam, gdzie występują owadopylne rośliny. Izolując pszczoły, stracilibyśmy to, co im zawdzięczamy. Możemy więc tylko nadzorować (mniej lub bardziej skutecznie) siedliska pszczół. Nie jesteśmy jednak w stanie – w takim stopniu jak w przypadku innych zwierząt – kontrolować ich kontaktów z różnorodnymi gatunkami fauny i flory, w tym także z takimi, które mogą być dla pszczół szkodliwe, jak np. toksyczne rośliny, drapieżniki, pasożyty czy patogenne mikroorganizmy. Zamiast więc przenosić na pszczoły standardy chowu trzody chlewnej czy bydła (wcale nie najlepsze) powinniśmy raczej starać się szanować naturę pszczół w praktyce pasiecznej.
Gdy mój pies zachoruje, daję mu dzień–dwa na poradzenie sobie z problemem. Gdy dolegliwość nie ustępuje, zabieram go do weterynarza. Dlaczego uważam jednak, że nie jest to standard postępowania w przypadku pszczół? Właśnie z powodu ich specyfiki i nierozerwalnej więzi z naturą, a także dlatego, że muszą stale adaptować się do gwałtownych zmian środowiskowych, za które my, ludzie, w dużej mierze jesteśmy odpowiedzialni. I wreszcie dlatego, że nie jesteśmy w stanie kontrolować całego środowiska w którym pszczoły żyją, a jedynie, i to w ułomny sposób, ich sztuczne siedliska stworzone przez nas. Musimy pogodzić się także z tym, że nie da się ich całkowicie „wyleczyć” z najpoważniejszej z dręczących je chorób nomen omen – spowodowanej inwazją dręcza pszczelego.

Genialny organizm
Dziko żyjąca rodzina pszczela zamieszkująca dziuplę w dębie,
Milanówek k. Warszawy

Pszczoła miodna jest gatunkiem, który istniał na ziemi na długo przed tym, jak Jan Dzierżon wprowadził do praktyki snozy, a Lorenzo Langstroth opracował ul ramkowy. Historię gatunku mierzyć można zapewne w milionach lat, choć niektóre źródła podają, że gatunek Apis mellifera jaki znamy dzisiaj, ukształtował się kilkadziesiąt lub kilkaset tysięcy lat temu. Pszczoły wykształciły cechy, które pozwoliły im na skuteczną ekspansję na całym świecie. Ekotypy jednego gatunku są przystosowane do życia na suchych i gorących terenach pustynnych, na mokradłach w strefie klimatu umiarkowanego, a nawet na dalekiej północy, gdzie okres wegetacji jest bardzo krótki. Groźne patogeny i pasożyty niejednokrotnie doprowadzały rodziny pszczele do upadku, czasem ich ofiarami padały także całe lokalne populacje (lub zdecydowana większość). Wiele z tych patogenów do dziś wywołuje u pszczelarzy lęk. Tymczasem dzikie populacje pszczoły miodnej wciąż żyją w wielu regionach świata, pomimo wszelkich przeciwności losu. Nierzadko występują one obok populacji pasiecznych, które nie są w stanie przetrwać bez pomocy pszczelarza. Dziko żyjące populacje mają jednak swoje sposoby na te zagrożenia, by stawić im czoło. Czasem dzieje się tak dzięki indywidualnej odporności owadów, czasem dzięki jakiemuś czynnikowi środowiskowemu, czy po prostu dlatego, że poszczególne rodziny pszczele funkcjonują w izolacji... Można ufać, że organizm tak plastyczny jak pszczoły miodnej, wyposażony w tak wiele mechanizmów obronnych, poradzi sobie z każdym problemem.
Wiele osób traktuje dziko żyjące rodziny pszczele jako zagrożenie i potencjalne siedlisko patogenów. Spore grono pszczelarzy, w tym naukowców, uważa jednak, że prawdziwym zagrożeniem dla populacji pszczół są pasieki wykorzystujące materiał hodowlany pozyskany z całkowitym pominięciem selekcji naturalnej. Taką opinię podziela np. niemiecki naukowiec, Torben Schiffer czy przedstawiciele Natural Beekeeping Trust z Wielkiej Brytanii z Jonatanem Powellem na czele, który zajmuje się programami przywracającymi pszczoły naturze (tzw. rewilding projects). Podobne wnioski nasuwały się po podczas spotkań panelowych na konferencji w Holandii, poświęconych dzikim pszczołom („Pszczelarstwo”, 3/2019 - http://bractwopszczele.pl/art/art4_4.html).

Nieopowiedziana historia

Jednym z podstawowych źródeł informacji o dziko żyjących rodzinach jest najnowsza książka prof. Thomasa Seeley’a The Lives of Bees. The Untold Story of the Honey Bee in the Wild (Życie pszczół. Nieopowiedziana historia pszczoły miodnej w naturze – tłum. B.M). Autor szczegółowo przedstawia w niej między innymi koncepcję pszczelarstwa darwinistycznego [por. „Pszczelarstwo” nr. 7–10 2019 – red. - http://bractwopszczele.pl/art/art12.html]. Była to dla mnie pasjonująca lektura. Uważam, że autor pokazuje wiele problemów pszczół i pszczelarstwa w zupełnie nowym świetle. To publikacja dla wszystkich pszczelarzy, zwłaszcza tych, którzy uważają, że pszczoła miodna nie jest w stanie poradzić sobie bez człowieka. To bodaj pierwsza próba zbadania jak pszczoła miodna funkcjonuje poza pasieką, ulami, bez ingerencji pszczelarza. Warto spojrzeć na dziko żyjące rodziny pszczele nie tylko jako źródło inwazji roztoczy i siedlisko bakterii zgnilca, ale przejaw piękna i potęgi przyrody, która przetrwała wiele kataklizmów…

Dzika populacja

Mam wrażenie, że najczęściej boimy się tego, co jest nieznane, albo czego nie możemy kontrolować. Większość pszczelarzy uważa, że dziko żyjące rodziny pszczele są źródłem zagrożenia tzw. reinwazją dręcza pszczelego oraz przenoszonych do pasiek patogenów, a zwłaszcza bakterii Paenibacillus larvae, wywołującej zgnilca amerykańskiego. Z moich doświadczeń wynika jednak, że zgnilec amerykański jest chorobą paraliżującą nie tyle pszczoły, co… pszczelarzy. Wywołuje u nich irracjonalny lęk, który powstrzymuje wiele cennych i wartościowych inicjatyw, mogących służyć długofalowej poprawie sytuacji, takich choćby jak wieszanie barci w lasach. Nie neguję przy tym zjadliwości bakterii, które wywołują chorobę o wysokiej zakaźności. Prześledźmy w sposób racjonalny przyczyny i skutki rozwoju zgnilca.
Ci sami pszczelarze (jest ich większość), którzy w dziko żyjących rodzinach widzą źródło wszelkiego zła, negują też nie tylko istnienie stabilnej, dzikiej populacji, ale w ogóle zdolność pszczół do jej stworzenia w świecie zdominowanym przez dręcza pszczelego. Mówiąc o „dzikiej populacji” mam na myśli odrębną genetycznie i zdolną do samopodtrzymania grupę pszczół, żyjącą na określonym zwartym obszarze, natomiast mówiąc o „dziko żyjących rodzinach pszczelich” mam na myśli takie rodziny, które żyją bez nadzoru pszczelarzy. Uważam, że na świecie istnieje o wiele więcej dziko żyjących rodzin, niż powszechnie się uważa. Pytanie brzmi: czy mają one potencjał, by przetrwać i stworzyć dziką populację, a jeżeli tak, to w jakich warunkach?
Wydaje się, że powstaniu dzikiej populacji sprzyjają dwa warunki: względnie małe zagęszczenie pszczół hodowlanych i duża dostępność potencjalnych siedlisk. Zatem na większości obszarów Polski, a może i całej Europy kontynentalnej prawdopodobieństwo samoistnego powstania (wbrew działaniom człowieka) oraz przetrwania dziko żyjącej populacji nie jest wielkie, ale nie jest też zerowe. Nie mam bowiem wątpliwości, że praktyka pszczelarska (świadomie albo nie) przeciwdziała powstaniu takiej populacji, głównie z powodu przyjętego kierunku selekcji pszczół.
Powstaniu takiej populacji nie sprzyjają także np. polityka rolna, leśna, urbanizacyjna, które prowadzą do systematycznego ograniczania liczby dostępnych dzikich siedlisk. Często więcej drzew dziuplastych znajdziemy w niewielkich parkach miejskich niż na znacznie większych obszarach lasów gospodarczych, które przy tym bywają dość ubogie w pokarm dla zapylaczy i nierzadko stają się po prostu monokulturowymi plantacjami drzew. Według statystyki – o ile odzwierciedla ona rzeczywistość – drzewostan lasów powoli się starzeje, a ich bioróżnorodność wzrasta. Od pewnego czasu mówi się też o potrzebie pozostawiania w lesie drzew dziuplastych. Tymczasem w rozmowach z leśnikami pobrzmiewa sceptycyzm, wygląda więc na to, że w praktyce dużo zależy od dobrej woli i przekonań administratorów. Najwidoczniej starsze drzewo dziuplaste jest dla leśników tym, czym dziko żyjąca rodzina pszczela dla pszczelarzy.

Źródła zakażenia

Profesor Seeley przedstawia
w najnowszej książce badania nad
dziko żyjącymi rodzinami pszczelimi

Przyjmujmy na chwilę roboczą hipotezę, że źródłem „zarazy” są dziko żyjące rodziny pszczele, które uciekły z pasiek i nie mając zdolności do samodzielnego życia, giną, stanowiąc potencjalne zagrożenie. Jeśli zatem pszczelarze obawiają się dziko żyjących rodzin, powinni hodować takie pszczoły, które nie będą stanowiły zagrożenia, gdy uciekną im z ula. Problem wydaje się prosty teoretycznie, niemniej jednak jego rozwiązanie jest wyjątkowo trudne w realizacji.
Nie dostrzegam zagrożenia w dziko żyjących rodzinach, nawet jeżeli nie mają one zdolności, by ograniczyć populację dręcza. Uważam, że oddziaływanie dziko żyjącej rodziny pszczelej na inne (nawet mającej kłopoty zdrowotne) jest znikome (choćby z uwagi na odległość), a statystyczny wpływ takiej rodziny na populację ginie w gąszczu innych zagrożeń, jakie niosą pszczoły masowo trzymane w pasiekach w tzw. nowoczesnej gospodarce. Warto wsłuchać się w głosy przedstawicieli środowiska naukowego, wspierające tę tezę, choć uważam, że ciągle mówi się o tym zbyt mało.
Podczas badań monitoringowych prowadzonych na terenie Polski, przetrwalniki P. larvae wykryto w kilkudziesięciu procentach pasiek. Jesienią 2019 roku, goszcząc w Uppsali, w laboratorium Szwedzkiego Uniwersytetu Rolniczego, które zajmuje się badaniem pszczół pod kątem obecności bakterii wywołujących zgnilca amerykańskiego, dowiedziałem się, że dzięki konsekwentnie stosowanym procedurom weterynaryjnym skalę występowania choroby udało się w Szwecji znacząco ograniczyć. Stosowane metody nie obejmowały jednak dziko żyjących rodzin pszczelich.
Moim zdaniem problem tkwi bowiem w pasiekach, a nie dziuplach. Warto zwrócić uwagę, że obecność bakterii P. larvae nie oznacza, że w rodzinie pszczelej wystąpią objawy kliniczne choroby. Wielu pszczelarzy (w tym Michael Bush z USA) uważa, że bakterie P. larvae są w każdym ulu. Problem związany ze zgnilcem amerykańskim jednak stale rośnie. Czyżby zatem liczba dziko żyjących rodzin pszczelich tak bardzo się zwiększała? Raczej nie, liczba dziko żyjących rodzin jest względnie stała.

Pszczeli ekosystem

W roku 2019, kiedy wykryto wyjątkowo dużo ognisk choroby, wojewoda małopolski wydał rozporządzenia w sprawie zwalczania zgnilca amerykańskiego pszczół, dotyczące kilkunastu powiatów ziemskich i grodzkich (oczywiście ustalenia obszarów zapowietrzonych nie dotyczyły całych powiatów, ale ich wydzielonych części). Rok 2020 okazał się pod tym względem znacznie mniej dramatyczny (przynajmniej w Małopolsce). Ale problem wciąż istnieje. Moim zdaniem jego przyczyn upatruje upatruje się jednak tam, gdzie go nie ma. Uważam, że dziko żyjące rodziny pszczele w tej sytuacji stały się kozłem ofiarnym. Proponuję spojrzeć na sprawę od strony ewolucji i adaptacji pszczół, skończyć walkę z naturalnymi zjawiskami w przyrodzie. Problem narasta z powodu postępującego oddalania się pszczelarstwa od natury w ciągu ostatnich dekad (np. wyjałowienie środowiska pszczół, wykorzystywanie detergentów przy produkcji węzy).
Za każdym razem, gdy ktoś przekonuje mnie do zasadności częstego dezynfekowania uli, palenia ramek co 2–3 sezony, czy tzw. „wapnowania” pasieki, ze zdziwieniem pytam, czy naprawdę wierzy, że usunie wszystkie groźne mikroorganizmy. Jeżeli nawet mu się to uda, te znów się tam pojawią. Uważam, że takie działania prowadzą jedynie do zaburzenia procesu budowania równowagi mikro-ekosystemu i ten proces będzie musiał tworzyć się od nowa.
Wyobraźmy sobie zaorane pole, na którym zaczynają się pojawiać różne organizmy. Jeżeli zostawimy ziemię w spokoju, po jakimś czasie powstanie tam jakiś względnie zrównoważony ekosystem (łąkowy, stepowy, bagienny, leśny) w zależności od regionu, klimatu, fauny i flory. Nie można wykluczyć, że na początku zostanie on zdominowany przez organizmy inwazyjne, ale z czasem równowaga wróci. Wysiłki pszczelarzy polegające na czyszczeniu i dezynfekowaniu uli i narzędzi itd. można porównać do corocznego orania takiego pola. Trudno zatem się dziwić, że stale wyrasta tam perz: ekosystem łąkowy czy tym bardziej leśny nie są w stanie się tam wykształcić.

Bomba roztoczowa

Innym problemem jest tzw. „bomba roztoczowa” (mite bomb, varroa bomb). Pszczelarze, którzy nie 
walczą z inwazją Varroa, podchodzą do tego zjawiska z dużym dystansem, a większość z nich w ogóle w „bombę” nie wierzy. Nie dlatego, że nie tracą pszczół, choćby okresowo. Wręcz przeciwnie, czasem przyznają nawet, że w niektórych przypadkach przyczyną śmierci ich pszczół jest porażenie roztoczami; negują jednak wpływ „bomby” na inne rodziny pszczele. Uważają, że jedna rodzina ginie , ale inne (obok) mają się dobrze, choć – zapewne – nie są one wolne od dręcza. Nie wykluczają przy tym, że porażenie Varroa może okresowo się nasilać. „Roztoczowa bomba” polega na tym, że rodzina pszczela, która ginie, jest rabowana, co powoduje, że zarówno dręcz, jak patogeny w dużych ilościach zostają przenoszone do innych uli. Tak infekowane rodziny najczęściej umierają, zarażając kolejno inne.
Dlaczego zatem niektórzy z pszczelarzy „nieleczących” negują istnienie „bomby roztoczowej”? Należę do tych, którzy nie mają wątpliwości, że takie zjawisko istnieje. Wielokrotnie opisali je praktycy i badacze. Nie mogę też wykluczyć, że takie „bomby” pokonały niektóre z moich rodzin. Uważam jednak, że zjawisko masowo dotyka tylko te rodziny, które są pozbawione zdolności obronnych. Rodziny, które wykazują odporność lub tolerancję na dręcza najwyraźniej nie rabują intensywnie innych, blokują porażonym pszczołom wstęp do uli, szybko minimalizują ryzyko następnego porażenia (tzw. „roztoczowa czarna dziura”) lub też w jakiś inny sposób ograniczają prawdopodobieństwo negatywnych skutków „bomby”, wykazując np. zwiększoną tolerancję na pasożyta. Zjawisko nie powoduje zatem zauważalnych skutków dla reszty pasieki.

Kierunki selekcji

Nie mam nic przeciwko dziko żyjącym rodzinom w sąsiedztwie. Bardziej obawiam się pasiek, w których używa się dużych ilości chemii i nie stosuje selekcji pszczół w kierunku wzmocnienia ich odporności na choroby. Pszczelarze martwią się jednak o swoje rodziny, bo sami mówią, iż one są przecież selekcjonowane po to, żeby „przyniosły miód nawet spod ziemi także w okresach dziur pożytkowych”. Są świadomi tego, że brak nektaru lub spadzi może oznaczać rabowanie każdej słabnącej rodziny w okolicy – niezależnie od przyczyny jej słabnięcia.
Od lat namawiam, by wspierać pszczoły w budowaniu ich odporności, na każdej płaszczyźnie, zaczynając od przyjęcia właściwego kierunku selekcji. Powinniśmy dążyć do tego, aby nasze pszczoły były odporne i zdrowe i nie wymagały kuracji toksycznymi substancjami lub żrącą chemią. Być może wtedy pszczelarze przestaną się obawiać swoich własnych rójek, które żyją w dzikich gniazdach.
Roger Patterson, doświadczony brytyjski pszczelarz-praktyk, przez kilkadziesiąt lat zajmował się m.in. usuwaniem dziko żyjących rodzin pszczelich w West Sussex na południu Anglii. Łącznie było ich kilkaset, ale jego zdaniem nawet w starych, czarnych plastrach nigdy nie znalazł objawów klinicznych zgnilca amerykańskiego. Sporadycznie napotykał rodziny chore na grzybicę wapienną, ale we wszystkich przypadkach była to bardzo łagodna postać choroby. Patterson uważa, że rodziny chore i nieprzystosowane bardzo szybko eliminowane są na drodze selekcji naturalnej. Wynika stąd, że bezpośrednia przyczyna śmierci pszczół nie przenosi się na te dziko żyjące, skoro są one zdrowe.