środa, 1 listopada 2017

Gdzie się podziała dzika populacja?

Weźmij naczynie i wlej w nie soku. Najlepiej aroniowego. Bo zdrowy, smaczny i intensywnie kolorowy. Weź i kolejne naczynie - puste. Potem co rusz z pierwszego ulewaj małą lub większą część do naczynia pustego (lub wypijaj, bo smaczne), a do pierwszego uzupełniaj płyn dolewając, a to wody, a to płynu z drugiego naczynia, a to drobiny stężonego soku. W różnych proporcjach. Powtarzaj to setki, a nawet i dziesiątki razy. Co rusz uzupełniaj w naczyniu głównym płyn do pełna. 

Nie trudno zauważyć, że jeżeli Twoim priorytetem będzie dolewanie raczej wody niż soku (bo sok za słodki, a woda dobrze gasi pragnienie), czy jego roztworu, to płyn będzie systematycznie tracił intensywność barw i smak soku. Jeżeli w jednym cyklu odlejesz 90% płynu z naczynia, a uzupełnisz go wodą, to roztwór już po jednym takim cyklu będzie dość przejrzysty. 

Trudne do pojęcia? Wydaje się oczywiste. A jednak. 

Jeżeli dziką populację pszczół podstawimy jako sok (bo przez jej historycznie opisywany wigor i obronność zdałoby się ją nazwać "juicy" tj. soczystą), a pszczołę hodowlaną jako wodę, to z czasem zobaczymy, że intensywnie namnażana pszczoła hodowlana rozwodni nam dzikość prawie zupełnie. A może nawet nie tyle chodzi o "dzikość" co po prostu "przystosowanie lokalne". Bo też chyba nikomu nie przychodzi do głowy odbudować prawdziwie dzikiej populacji z jej potomków, a bardziej po prostu prozaicznie o to, żeby radziły sobie w tym środowisku w jakim żyją. Tak samo jak nikomu nie przychodzi do głowy odbudowywanie genetycznej populacji tura z populacji krów hodowlanych, ale mimo to utrzymuje się stada zachowawcze ras krów lokalnie przystosowanych (nie wypowiadam się odnośnie jakości tych programów), czy walczy się o utrzymanie przywróconych naturze populacji żubrów czy koników polskich. Pewnych rzeczy nie da się cofnąć, ale o pewne możemy wciąż zadbać. 

Jedno z internetowych forów. Pszczelarz pyta: "Gdzie jest dzika populacja?", a dalej pisze, wykazując z jednej strony drobne przebłyski inteligencji, a z drugiej całkowity brak zrozumienia tego, co się do człowieka pisze od lat: "Sekta [tak, tak, "sekta to my - Wolne Pszczoły!] uważa, że poprzez "samooczyszczenie" da się wyeliminować nieprzystosowane kolonie. Problem drobny w tym, że nie ma kolonii genetycznie odpornych. A tego nie chcecie przyjąć do wiadomości". A na to dalej kolejny Tytan: "To pytanie zadałem jakiś czas temu (...). I sensownej odpowiedzi nie otrzymałem. Gdzie są wszystkie te roje które wyszły i nie zostały złapane? 40 lat z warrozą, chyba wystarczająco czasu minęło? Przecież powinno być już masa odpornych dzikich pszczół. Więc gdzie są?". No i cóż. Trzeba powiedzieć prawdę. Nie ma. Bo szklanka jest tylko lekko zabarwiona sokiem, a generalnie w środku jest głównie woda. Przez ostatnie dziesiątki lat, ba, i z dwieście zapewne, pszczelarze robią wszystko co w ich mocy, żeby zmienić soczysty skład dzikiej populacji. Z różnych powodów. Bo mało produktywna, bo żądliwa, bo rojliwa, bo za bardzo propolisująca. Ba! nawet źle sklepi, bo na mokro, a przecież lepiej jest na sucho! I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Mam wrażenie, że pszczelarze w większości jakby nie zdawali sobie sprawy, że to co robią ma realny skutek w ich otoczeniu. Że akcja budzi reakcję. Że kto jak kto, ale pszczelarz ma wpływ na środowisko życia pszczół, a i środowisko pszczelarskie. Że jak rozmnoży swoją matkę, to ma swoje matki, a jak kupi obcą, to wprowadza obcą genetykę w swoje otoczenie. To ostatnie jest dla pszczelarzy jakoś wyjątkowo trudne do ogarnięcia. Wprowadza i wprowadza te wytwory hodowli do swojej pasieki chyba tylko po to, żeby potem opowiadać, że już nie ma dzikiej populacji. A pszczoły przecież umierają. Co roku. Jednego roku więcej, innego roku mniej. Dochodzą różne głosy, że śmiertelność populacji pszczół oscyluje rocznie wokół 30% (co jest systematycznie uzupełniane przez tworzone nowe rodziny). Niech to będzie 20 czy 10, ale nie zmienia to faktu, że co parę lat lokalnie czy regionalnie jest to i 70 czy nawet 90 procent. Nawet i w przypadku pszczół leczonych. Tak jak to było wiosną 2015 roku u nas, czy tej wiosny w Karkonoszach. Jak i w pasiekach, tak i tyle samo (czasem mniej czy więcej) umiera ich w naturze. Na moim przykładzie zobaczmy co się w takiej sytuacji dzieje. Pszczelarze mnożą ile mogą z tego co przeżyło, a do tego w sposób zorgniazowany czy prywatnie sprowadzają odkłady lub przezimowane rodziny z dalekich odległości. Rzecz jasna do tych rodzin kupują matki hodowlane, lub ciągną je po reproduktorkach. Gdy ostatniej zimy padło mi 40 rodzin, sprowadziłem wiosną 6 rodzin, z których znów do zimy doszło 40. A więc pszczelarze są w stanie nawet straty przekraczające 90% odbudować praktycznie w ciągu jednego sezonu. Gdybym chciał odbudować straty w tempie dzikiej populacji, to z mojego przetrwalnika zrobiłbym do zimy kolejną rodzinę, a zakładając, że udałoby się wypuścić "dwójniaka" czy "trójniaka", to do zimy poszłoby maksymalnie 4 dzikie rodziny. Popatrzmy na wynik. Pszczelarz: 40, Przyroda (hipotetycznie i nad wyraz optymistycznie): 4. A teraz przyjmijmy teoretyczne wyliczenia. Jeżeli na określonym obszarze koła pszczelarskiego chowa się około 1000 rodzin pszczelich i żyje w naturze (znów bardzo optymistycznie i na wyrost) nawet i 100 rodzin i z każdej z tych populacji padnie równo po 70 % to powstaje olbrzymia nisza do zapełnienia. Ale z tych 300 rodzin pszczelarze bez problemu odbudują populację do końca roku. Bo zrobią o jeden odkład więcej z rodziny czy sprowadzą pszczoły z sąsiedniego województwa. W naturze z dużą dozą prawdopodobieństwa do zimy dojdzie maksymalnie 60 rodzin, z 30, które przetrwały. A więc w kolejnych latach proporcja obu populacji będzie inna. Coraz więcej wody. Coraz więcej "hodowlanych rójek" zajmie też naturalne siedliska dzikich pszczół i "blokując dziuplę" padnie w bieżącym roku nie doczekawszy nawet zimy. A przecież spadki pszczół w naturze nie będą zawsze równe spadkom w pasiekach. Choć w pojedynczych latach mogą być zbliżone, to zakładam, że długofalowo jednak "naturalne" straty są wyższe. Bo tak naprawdę nie są naturalnymi! Są stratami rozwodnionej populacji, wymagającej troski, a troski tej nie otrzymują. Część z naturalnych rójek nie znajdzie miejsca w dziuplach, bo drzew dziuplastych coraz mniej, a część tych dziupli zajmie najlepszy hodowlany obcy Buckfast. Choć nie taki znów najlepszy skoro uciekł z rojem. I wciąż i wciąż z racji sprowadzania coraz większej ilości wybitnych matek hodowlanych i rozmnażania ich ponad miarę w pasiekach, zachodzi proces rozwadniania niegdyś soczystej dzikiej populacji... Przyznam, że dla mnie jest to tak oczywiste, że sam zastanawiam się czy nie będzie wstyd publikować tego posta, jako odkrywcze opisanie oczywistej oczywistości. A jednak czytając te powyżej przytoczone przeze mnie cytaty nie wiem, czy te oczywiste oczywistości nie są tak oczywiście oczywiste jak mi się wydaje, czy też ktoś po prostu prowokuje. Ale chyba raczej nie jest to prowokacja. Otóż z jednym z autorów przytoczonych postów miałem już wcześniej osobiście do czynienia. Opowiadał mi historię drzew sadzonych w górach, które sprowadzone były z terenów nizinnych i po osiągnięciu wieku dojrzałego (dla drzew to 50 - 70 lat od nasadzeń) zaczęły chorować i usychać. Dziś stanowią problem, bo trzeba je ratować. Tenże sam człowiek, pszczelarz, opowiada też o tym, że w wysoce napszczelonym regionie, co roku najmniej 5 - 10 % rodzin się roi, a z tychże rójek spora część uchodzi w las (wcale bym się im nie dziwił, wiedząc co je czeka). Są to ponoć liczby idące w kilkadziesiąt rojów idących rok w rok w dziki i mało dostępny las. A pomimo tego w lesie pszczół nie ma. To ponoć też dowodzi, że pszczoły nie są w stanie przeżyć bez leczenia. I przez 40 lat nie udało się wytworzyć populacji, co musi świadczyć o tym, że tego po prostu nie da się zrobić w świecie na którym istnieje varroa. I nawet bym przyznał rację, że mogłoby tak być, gdyby powiedział, że jednego roku obserwuje nowo zasiedlone dziuple, a kolejnego zawsze widzi je puste - i tak w kółko od lat 40. Wówczas przyznałbym rację: ten czy inny rój nie dał rady przetrwać. Albo żaden z nich nie dał rady. Ale ponoć pszczół w ogóle nie ma. Więc, skoro w ogóle nie widzimy pszczół, nawet tych tegorocznych choć dziesiątki rojów idą w las, które leczenia jeszcze nie powinny wymagać, może trzeba się zastanowić czy one na pewno w las uchodzą? A może tych rojów jest znacząco mniej - na tyle mniej, że "gubią się" w czeluściach lasu i populacja nie ma z czego się zbudować?
Ten sam pszczelarz nie widział też żadnej analogii zamierających obcych środowiskowo drzew do sprowadzanych przez siebie umiłowanych buckfastów, które co prawda umarły, ale według niego wcale nie radziły sobie gorzej bez leczenia niż "lokalne dzikie pszczoły". Bo jak niby dzikie miałyby sobie radzić lepiej skoro przecież ich nie ma i od dawna nie było, bo umarły? No nie było, bo z pierwszym uderzeniem warrozy, obcego inwazyjnego gatunku, z którym żadna pszczoła nie umiała sobie radzić, "ulało się" 90 - 95% "soku" z naczynia, a kolejne 5 - 10% przez lata tak się genetycznie rozwodniły, że praktycznie w niczym nie różnią się od pszczół trzymanych w pasiekach (one też przecież mają w sobie resztki "soku"). Tak, tak, te wspomniane powyżej 40 lat z warrozą nie tylko nie uczyniły nic dobrego dla lokalnie przystosowanej populacji, ale wręcz jeszcze bardziej ją rozwodniły, bo odbudowa populacji (wypełnienie naczynia) opierała się na pszczole hodowlanej (czysta kranówa), a nie na lokalnej półdzikiej pszczole (sok). A żyjącej dziś wolno rójki na pewno nie można porównywać do dzikich populacji z lat siedemdziesiątych, czy początku lat osiemdziesiątych poprzedniego wieku - nie wspominając już nawet czasów zanim zaczęto sprowadzać obce rasy. Dziś nie ma dzikich populacji, bo w pasiekach mamy już praktycznie samą wodę, którą żeśmy sobie sami wlali do wielkiego naczynia jakim jest krajowa populacja pszczoły miodnej. 

Popatrzmy znów na mój przykład czy innych kolegów od pszczół wolnych. Czy możemy z całą pewnością powiedzieć, że trzymamy lokalne półdzikie kundle (sok)? Na tą chwilę na pewno nie. Ale tu chodzi o proces. Ten "sok" gdzieś drzemie w populacji, bo ta choć jest rozwodniona to raczej nigdy nie dotrze do homeopatycznych stężeń, jako że przecież pszczoły, zawężane w cechach ekonomicznie słusznych, wywodzą się z dzikich populacji. Owszem, nie dzikich podkrakowskich, kieleckich, mazowieckich czy rzeszowskich. Często dzikich z Włoch, Turcji czy Słowenii. I właśnie da się to zrobić przez "samoczyszczenie", które wyruguje nieprzystosowanie lokalne. I nie musi to być wówczas pszczoła historycznie lokalna. To ma być pszczoła przystosowana lokalnie, choćby wywodziła się z lasów równikowych Grenlandii czy arktycznej sawanny. Da się to zrobić, bo przyroda jest na tyle plastyczna. Jeżeli więc przetrwały u nas pojedyncze rodziny, które mogą się wykazać większym stężeniem soku, to należy po prostu je pomnożyć, a więc w naszej początkowej analogii do naczynia dolać roztworu soku, zamiast wody. Tu po prostu chodzi bardziej o przyjęcie pewnego modelu. Procesu. Ot cała filozofia działania. Trudne do pojęcia. 

Gdybyśmy nagle jako ludzie stracili całkowicie zainteresowanie pszczołami i nie przejawiali już tej ogromnej troski o los owadów, przyroda zapewne byłaby w stanie odbudować dziką populację pszczół na przestrzeni 5, 10, maksymalnie 15 lat. Na pewno ta dzikość byłaby inna niż ta sprzed 200 lat, ale udałoby się to zrobić, gdyż wówczas nie byłoby tak rażących dysproporcji rozmiarów obu populacji i ciągłego "dolewania wody" po ubytku "soku". Dziś, w czasach zjadliwej warrozy, nierzadko wykazującej odporność na pestycydy (nie zawsze poprzez odporność na truciznę - ot, na przykład poprzez siedzenie w spokoju pod zasklepem) coraz częściej w czasie konferencji, szkoleń czy wykładów mówi się o tym, że zdrowe pszczoły w pasiece może z dużą dozą prawdopodobieństwa zapewnić trzymanie się własnej populacji i rozmnażanie swoich pszczół. Nawet i tych leczonych. Co więcej moje osobiste rozmowy na temat pszczół, które przeżyły "hatakumby" wskazują, że śmiertelność jest niższa w tych pasiekach, gdzie trzyma się własną populację, a nie sprowadza co rok nowych matek. Są też miszczowie pszczelarstwa, którzy chełpią się, że ze swoich własnych - mocno selekcjonowanych - pszczół mają rekordowe zbiory miodu (ile w tym prawdy to nie wiem) i wcale nie potrzebują heterozygotycznych matek od najlepszych hodowców ze wszystkich stron świata. Niestety w czasach gdy aktywnie dolewa się wody do roztworu, aby utrzymać wyższe stężenie soku trzeba by równie aktywnie dolewać soku. Przyroda działa konsekwentnie i skutecznie, ale nie oszukujmy się - wolniej. Stąd w mojej osobistej ocenie potrzebnych jest jak najwięcej aktywnych działań w kierunku odbudowy dzikiej (albo raczej przystosowanej) populacji, bo bierność w tym zakresie nie wystarczy. Bierna obserwacja jednej czy dwóch rójek wychodzących z uli, to nie jest wystarczająca kontrreakcja na niszczenie przystosowania do życia w przyrodzie (bo oczywiście pszczoły użytkowane przez cech pszczelarski w pasiekach cechują się innymi cechami - są więc przystosowane do życia w pasiece, a ich przystosowanie polega na tym, że są świetnymi producentami miodu i prawdopodobnie dlatego tylko żyją). Opowiadanie więc, że to wszystko bajki, bo "u mnie" są lasy i dziuple, a i tak nie ma dzikiej populacji jest po prostu... pitoleniem. Ot co. 

niedziela, 8 października 2017

Podziały a ilość roztoczy w ulu

W jednym z wcześniejszych postów opisałem "pszczelarski model ekspansji" - TU. Plan ten ma szereg wad i zalet. Największą jego wadą jest to, że od 4 lat nie mogę uzyskać "upragnionego" 1 kilograma miodu z ula. W tym roku mógłbym tego miodu trochę wziąć - na siłę. Odbierając pszczołom to, co gromadzą na bieżąco, a tzw. żelazny zapas uzupełnić cukrem. Zdarzyło mi się kilkukrotnie w mniejszych czy większych rodzinach pozostawić pełną ramkę miodu lub dwie, które następnie, zamiast się cudownie rozmnożyć - zniknęły. Zapewne w całym sezonie zebrałbym z tego 2 może 3 korpusy. Uważam jednak, że miód jest w pierwszej kolejności dla pszczół. Dopiero gdy one są zaspokojone mógłbym coś wziąć dla siebie. A ponieważ "model ekspansji" nie sprzyja ich zaspokojeniu, a ostatnie 2 sezony pod względem nektarodajności pozostawały wiele do życzenia, to i słoiki zakupione 4 lata temu - jak się okazuje w olbrzymiej ilości 100 czy 130 sztuk - stoją na półce w folii, lub mniej czy bardziej regularnie napełniane są syropem do karmienia pszczół. Cechy "modelu ekspansji" przedstawiłem w przytoczonym powyżej tekście. Nie wchodząc w opisane już poprzednio szczegóły, generalnie chodzi o to, żeby rodziny przeżywające, które mogą wykazywać, czy to genetyczne, czy pozagenetyczne zdolności do radzenia sobie z warrozą, namnożyć maksymalnie jak tylko się da - w granicach rozsądku. Tą granicą rozsądku musi być zdolność do odbudowania się do takiej wielkości, która umożliwi znaczącej większości rodzin przetrwanie zimowli. Nie sposób podać obiektywnie jaka to ma być wielkość rodziny (bo czasem i 3 ramki pszczół potrafią przeżyć, a z drugiej strony moje doświadczenia pokazują, że najsilniejsze rodziny umierają pierwsze - jaki powód? być może ten, który opisuję poniżej) i ile da się zrobić rodzin z jednej przezimowanej. Wszystko zależy od siły tej rodziny, jej wigoru i stanu zdrowia, pożytków czy pogody. Co do zasady nie powinno być problemem zrobienie z jednej rodziny pięciu lub sześciu w ciągu sezonu - wliczając w to rodzinę ze starą matką. Ale praktyka pokazuje że jest różnie.

Jeden z kolegów od kilku lat stale zarzuca mi wykonywanie zbyt licznych podziałów i tworzenie zbyt małych rodzin, mówiąc, że wszelkie moje "niepowodzenia" wynikają właśnie z tego. A prawda jest taka, że ja nie widzę "porażek" czy "niepowodzeń". Owszem, nie mogę mówić też o "sukcesach". Bo jak mówić o sukcesie czy porażce, w sytuacji kiedy mamy kilkuletni plan działań, w toku którego zakładamy jeden lub dwa praktycznie całkowite spadki? Toż dzieje się to, co zakładałem (choć oczywiście licząc na łagodniejsze spadki). W jednym z poprzednich tekstów (TU) opisałem historyjkę o słoniu. Pozwolę sobie ją przytoczyć jako cytat:

Ostatnio na forum napisałem "koledze adwersarzowi" o moim dziecięcym druhu, który jako kilkuletnie dziecko został zabrany do zoo. Tam stojąc przed ogrodzeniem wzięto go na ręce i pokazywano słonia, który stał bardzo blisko niego (w zasadzie opierał się o ogrodzenie na przeciwko, o kilka metrów - albo bliżej - od mojego dziecięcego znajomego). Pokazywano mu słonia, a on go nie widział, bo... patrzył na jego brzuch i nie miał odpowiedniej perspektywy. Patrząc na słonia nie widział słonia, bo (nomen omen) zasłaniał mu słoń (a raczej jego część). 

A więc jesteśmy w sytuacji kiedy ktoś nazywa porażką to, że nastąpiła eliminacja osobników nieprzystosowanych, podczas gdy nasza metoda na tym właśnie polega. Oczywiście, cieszyłbym się niezmiernie gdyby te spadki na drodze na wypracowania odporności były na poziomie 60 czy 70%, a nie 98. Jeszcze bardziej cieszyłbym się, gdybym był już na poziomie pasieki przystosowanej ze spadkami na poziomie 20 - 40%. Ale przecież właśnie jesteśmy w tym momencie naszej historii, kiedy liczymy się z olbrzymimi stratami, aby odsiać nieprzystosowanie z naszej pasiecznej populacji. Nie da się być pięć lat do przodu po roku czy dwóch. A przynajmniej nie w pszczelarstwie bez leków w naszej polskiej rzeczywistości.

Wracając do kolegi - w tym roku (mam nadzieję, że nie zdradzam jakiejś tajemnicy) wykonał bardzo zacne podziały rodzin i nie tylko udało mu się zrobić tych rodzin "na głowę" więcej niż mi, ale też z jego opisu wygląda, że doszły do zimy w znacząco lepszej sile, a i w jakimś tam czasie sezonu zdołał wziąć miód. Co trzeba jednak napisać przy okazji zużył kilkakrotnie więcej cukru niż ja, który pozostawiałem rodziny bez karmienia tak długo jak długo widać było, że mają w ramkach - jak to mówił Jakub Puchatek: "małe co-nieco". No cóż, być może faktycznie lepiej czekać aż rodzina osiągnie swoje maksimum, bo dzięki temu uda się nie tylko szybsze dojście pszczół do siły (wzrost pszczelich rodzin wiosną jest wykładniczy z czynnikiem wzrostu od 2 - 4 w zależności od rasy/linii pszczół i warunków zewnętrznych. Oznacza to mniej więcej tyle, że każda młoda pszczoła wychowuje od 2 do 4 - a czasem i więcej - kolejnych młodych pszczół), co później pozytywnie wpłynie i na siłę odkładów, a i pszczoły lepiej wykorzystają pożytek dla siebie i dla pszczelarza. Kto wie, być może trzeba to będzie zmienić w mojej praktyce. Od lat czytam w książkach jak doprowadzić pszczoły do siły na pożytek, jak go wykorzystać - ja jednak zupełnie nie nastawiałem się na miód i pożytek. Albo inaczej - nastawiałem się na to, żeby "wykorzystać pożytek" (jak to mówią pszczelarze), ale w zupełnie inny sposób to rozumiejąc. Otóż zawsze chciałem "wykorzystać pożytek" nie w ten sposób, żeby brać miód z maksymalnie rozwiniętych rodzin, a do tego, aby w czasie tego pożytku wykonać podziały - bo zawsze uznawałem, że z punktu widzenia młodych rodzin, to bardzo dobry pomysł. Na razie zdania nie zmieniłem. Chodzi mi przede wszystkim o kwestię odżywienia larw matecznych czy dobrego startu młodej rodziny. Patrząc jednak na wynik wspomnianego kolegi - czy takie myślenie to błąd z mojej strony? Ha! Nie wiem. Porównując tylko efekt pasieki we wrześniu można by tak ocenić i wcale nie mówię, że tak nie jest. Ale ani kolega nie miał swoich pszczół w moim terenie, ani ja w jego, a pszczoły mieliśmy z różnych źródeł i w różnej kondycji. U mnie udało się zrobić około 35 odkładów z 4 rodzin, a około 15 z 4 kolejnych, które jednak nie bardzo chciały iść do siły i pozwolić się dzielić. Oczywiście ilościowy efekt końcowy mojej pasieki jest pomniejszony o rodziny, które z różnych powodów zostały zlikwidowane lub zlikwidowały się same - mówię o tym, co udało się wytworzyć w czasie podziałów. Dodatkowo czy mogłem przewidzieć, że praktycznie od końca maja nie będzie już nektaru? A może wobec tego powinienem kupić dodatkowe 500 kilo cukru i już wtedy zacząć tuczenie, jak tylko stwierdziłem, że zapasów nie przybywa, a ubywa? Nie wiem. To już kwestia decyzji i podejścia. Ja chciałbym pracować nad samodzielnością pszczół. Dopóki sobie radzą (nawet jak są sztucznie utworzoną i malutką rodziną) staram się nie ingerować. Często mając pełną świadomość, że ingerencja by im "pomogła" (rzecz jasna z perspektywy pszczelarza lubiącego patrzeć na rosnące w siłę i zalane pokarmem rodzinki). Patrząc na "dominującą czwórkę" - mój wynik byłby lepszy ilościowo "na głowę", ale składając do kupy całą pasiekę - jak pisałem u wspomnianego kolegi było lepiej zarówno ilościowo jak i końcowo w sile przygotowanych do zimowli rodzin - nie mówiąc już o naszych zbiorach miodu. Spora część z tego wynikała w jakiejś mierze z winy różnych moich decyzji.  Tak czy siak nie dojdziemy już do tego co jemu udałoby się zrobić w moich warunkach i przy moich pszczołach, a co mi mając do dyspozycji jego warunki. Ale - na usprawiedliwienie moich działań - mogę powołać się na pewien poligon doświadczalny. Inny z kolegów wiosną wziął do siebie zarówno przedwojenne jak i te pszczoły, które miał tamten pierwszy. Dzięki temu można było na swój sposób porównać jedne i drugie pszczoły, bo te i te były w jednym miejscu i traktowane przy podobnym rodzaju włożonego serca i "troski" pszczelarskiej. Z przedwojennych, zgodnie z moją wiedzą "wycisnął" mniej niż ja i sporo mniej niż z tej drugiej grupy. Więc, w świetle powyższego, być może mogę uznać, że moje decyzje i działania nie były takie złe? A kto wie, może i były - jak na te warunki - całkiem dobre?

Ale nie o tym miał być ten tekst.

W czasie dyskusji prowadzonej z Szymonem na Zjeździe Wolnych Pszczół pojawił się temat tego, czy podziały (w ramach modelu ekspansji) realnie wpływają na ilość roztoczy w ulu i czy wobec powyższego wykonywanie takich podziałów może wpłynąć na stan porażenia rodziny. Oczywiście chodzi o to, czy możemy to działanie traktować w duchu "ulżenia" rodzinie. A więc czy możemy uznać, że skoro podzieliliśmy, to nie tylko mamy więcej rodzin, ale czy "w delikatny" sposób zwiększamy ewentualną szansę przeżycia rodziny w związku z obniżeniem (bądź nie) ilości roztoczy "na głowę" pszczoły. W końcu dzieląc n razy rodzinę wielkości x i porażeniem y (przy założeniu matematycznym, że dzielimy zarówno pszczoły jak i roztocza na równe części) uzyskujemy rodziny wielkości x/n z porażeniem y/n, a więc dokładnie w takiej samej proporcji. Rzecz jasna statystycznie - a wszystko zależy jak nam się uda podzielić pasożyta i czy po równo. Ponieważ dyskusja - choć jej kaliber był nad wyraz znaczny, jak to w każdej dyskusji pszczelarskiej - prowadzona była w piątkowy wieczór w ogólnie wesołej atmosferze, to rzecz jasna, jak się można domyślać, nie została dokończona. Obiecałem, że w sobotę wszystko rozrysuję i ... na tym się zakończyło. W związku z tym postanowiłem umieścić na ten temat tekst - który dedykuję niniejszym Szymonowi jako wyraz dokończenia naszej dyskusji.

Po pierwsze więc potwierdzam: w chwili podziału (zakładając, że dzielimy równo) faktycznie nic się nie zmienia. Proporcja pszczół i warrozy jest taka sama przed podziałami i po. Ale ja w dyskusji mówiłem o czymś innym. O tym poniżej.

Wyjdźmy od faktów niekwestionowanych - od ilości i tempa namnażania roztoczy w ulu. W tym przypadku - ponieważ nie chce mi się wyważać otwartych drzwi - posłużę się opracowaną tabelą, którą znalazłem w sieci - akurat trafiłem na portalu pasieka24.pl na taką, która dokładnie obrazuje, to co chcę pokazać.
źródło: https://pasieka24.pl/index.php/pasieka-czasopismo-dla-pszczelarzy/87-pasieka-2-2005/941-warroza-kontratakuje
W tabeli widać wyraźnie, że porażenie warrozą zależy od wielu czynników - pozostańmy przy tych mierzalnych i pomińmy dziesiątki innych. Przede wszystkim są to: ilość warrozy w ulu wiosną, tempo namnażania pasożyta (a więc co poprzednio - w przypadku pszczół - określiłem "czynnikiem wzrostu"). Czego nie widać bezpośrednio na tabeli, ale nie sposób temu zaprzeczać, porażenie będzie zależeć również od długości czerwienia matek pszczelich. A więc im później matka zacznie czerwić wiosną, im wcześniej skończy jesienią oraz im dłuższa będzie przerwa w czerwieniu w sezonie, tym więcej ominiemy pokoleń roztoczy. Na przykład, odnosząc się do tabeli, podane ilości roztoczy będą dotyczyć, załóżmy, nie 1 czy 2 połowy marca, a wartości kolejnej.

Zatrzymajmy się w tej chwili na małą dygresję, skoro już jesteśmy przy tej tabeli, choć może nie dotyczy ona wprost tematu posta, ale idei pszczelarstwa naturalnego jako takiego i kierunków pewnych działań - a więc tematyki zgodnej z całością przekazu mojego bloga. Otóż pszczelarstwo - nazwijmy je "tradycyjne" (komercyjne?) - ukierunkowuje swoje działania na minimalizacji ilości warrozy w ulu. A więc dąży do tego, żeby stan ilościowy roztoczy był taki jak obrazowany w 1 połowie marca lub niższy. Niestety to można uzyskać jedynie poprzez działania ukierunkowane na roztocza, a nie na pszczoły. A więc musimy je (w domyśle: roztocza - choć często dzieje się tak i z pszczołami czy czerwiem) zabijać, truć, wycinać wraz z czerwiem itp. Te działania nie zmieniają niczego w zdolnościach populacji pszczół do radzenia sobie z roztoczami - a pośrednio wręcz pogarszają sytuację, doprowadzając do większej podatności pszczół na choroby poprzez niszczenie ich ochronnych barier i gubienia odporności genetycznej. Idee pszczelarstwa naturalnego - tzw. TF - ukierunkowane są natomiast na inne czynniki. Po pierwsze i najważniejsze na to, aby pszczoły nauczyły się same ograniczać czynnik wzrostu warrozy. A więc jak spowodować, żeby wartości z prawej części tabeli (czyli tam gdzie widzimy wartości dla roztoczy rozmnażających się z czynnikiem wzrostu 2), zbliżyć do jej lewej połowy (a więc gdzie widzimy wartości dla czynnika wzroztu 1,5), a wręcz zmniejszyć jeszcze bardziej. Takie pszczoły na świecie są. Po drugie chodzi o to, aby skrócić sezon, podczas którego ilość roztoczy rośnie - a więc sezon zakończyć na wartościach takich jak podane są dla drugiej połowy sierpnia czy pierwszej połowy września. No cóż - zapewne kosztem miodu wierzbowego i nawłociowego. Po trzecie wreszcie chodzi o to, aby pszczoły uzyskały tolerancję dla większej ilości roztoczy w ulu. Tu przypominam fakt, który kiedyś podałem za dr Chorbińskim czy dr Howisem - pszczoły kiedyś umierały po 3 - 4 latach, dziś po 1 - 2 sezonach. Popatrzymy na tabelę i zastanówmy się jak pszczoły nieumiejące radzić sobie z roztoczami przeżywały aż 3 lata. Dziś w teorii same mechanizmy odporności czy tolerancji są u pszczół rozwinięte lepiej, a i tak ponury żniwiarz (pszczelarz?) zbiera plon przy daleko niższym porażeniu roztoczami. Ot zagwózdka... Jak były w stanie to robić, skoro z tabeli wynika, że przy braku umiejętności ograniczania pasożyta, powinny mieć po 3 latach pewnie parę milionów pasożytów? A jednak tyle żyły i miały ich "raptem" po około 7 tysięcy - czyli, posługując się prawą kolumną tabeli, tyle ile mogłyby mieć w czerwcu gdyby w 1 połowie marca było ich 50! Czy aby na pewno nie miały zdolności przeżycia z roztoczem? Wróćmy jednak do tematu, bo to już kolejna dygresja w tym tekście.

Na tabelę dotyczącą roztoczy musimy nałożyć kolejną warstwę - pszczoły.

Ilość pszczół robotnic, również będzie rosła wykładniczo. Ale o ile przyrost ilości roztocza jest praktycznie stały przez cały sezon (dopóki jest czerw), to pszczoły mają swoje maksimum rozwoju gdzieś w czerwcu, potem przez jakiś czas matka czerwi w swoich maksymalnych możliwościach, a następnie ogranicza czerwienie i ilość pszczół najpierw stabilizuje się na pewnym poziomie, a potem systematycznie maleje aż do zimy. Statystyczna rodzina pszczela zimuje pewnie przy około 8 - 15 tysiącach osobników, a w szczycie sezonu może ich liczyć od około 30-40 do nawet 100 tysięcy. Do takich ilości osobników rodzina pszczela dochodzi w około 4 miesiące po zimie. A więc przez 4 miesiące ilość pszczół rośnie, potem przez około miesiąc utrzymuje się w swoim +/- maksimum, następnie maleje przez kolejne około 3 miesiące i pozostałe 4 miesiące znów utrzymuje się na mniej więcej stabilnym poziomie w okresie zimowym. Oczywiście to pewnego rodzaju uproszczenie, a też trzeba mieć na względzie to, że w każdej rasie zarówno wspomniane liczby, jak i podane okresy mogą się różnić. Nowoczesna pszczoła hodowlana zaczyna rozwój wcześniej, szybciej dochodzi do siły i znacząco dłużej utrzymuje się w maksymalnym rozwoju. Zimuje również w rodzinach silniejszych. Rysuje się nam mniej więcej taki schemat, że ilość pszczół rośnie wykładniczo przy czynniku wzrostu od 2 do 4 (acz przyrost następuje statystycznie co 20 - 21 dni, bo tyle trwa rozwój czerwiu) przez około 4 - 5 miesięcy, podczas gdy ilość roztoczy przyrasta przez 7 - 9 miesięcy przy czynniku wzrostu około 1,5 (w okresach krótszych niż u pszczół - wg tabeli powinniśmy liczyć go co około 2 tygodnie). Wraz z zakończeniem czerwienia matki pszczelej ilość roztoczy też trochę spadnie - będą systematycznie wymierać stare osobniki, a młodych nie będzie przybywać aż do wiosny. Wygląda to mniej więcej tak jak na wykresie poniżej (za pomoc w opracowaniu graficznym wykresów dziękuję Mariuszowi).

Sytuacja 1
Wykluczamy w niej podziały czy rójkę. Rodzina od rozwija się w sposób naturalny aż do swojego maksimum (X2), ilość pszczół (P) rośnie do połowy sezonu (Y2), następnie obniża się. W tym czasie systematycznie narasta ilość roztoczy (V) do poziomu, który w jesieni jest w stanie zagrozić życiu rodziny. Rodzina będzie zimować mniej więcej w tej samej sile co poprzedniego roku.

UZUPEŁNIENIE: podobny wykres można by narysować porównując rozwój pełnej rodziny (zielony - P) i odkładu (czerwony -V). O ile w szczycie sezonu rodziny mają diametralnie różną siłę, to w jesieni ta dysproporcja maleje. Przy utworzeniu odkładu w odpowiedniej sile, tak naprawdę w jesieni możemy uzyskać rodziny dokładnie w tej samej wielkości. 
Wygląda to mniej więcej tak, że przez cały sezon, nawet gdy roztocza będą się mocno namnażać, porażenie utrzymuje się na niskim poziomie, dlatego, że ilość pszczół w ulu jest spora. W jesieni jednak, przy naturalnym wypszczeleniu rodziny porażenie gwałtownie rośnie. O ile nawet 4 tysiące roztoczy w szczycie sezonu w przypadku rodziny liczącej 80 - 100 tysięcy osobników nie stanowi ogromnego problemu, to gdy taką samą ilość roztoczy będziemy mieli w jesieni przy rodzinie liczącej 10 - 12 tysięcy osobników otrzymujemy porażenie na poziomie 30%. Takiego porażenia pszczoły nie są w stanie wytrzymać.

Wprowadźmy nową zmienną - podział rodziny. Sytuacja 2, to podział rodziny na pół i poddanie każdej z nich matki czerwiącej. Przy okazji dzielimy również roztocza do dwóch rodzin (przyjmijmy hipotetycznie, że dzielimy je również idealnie na pół). Przy hipotetycznym czynniku wzrostu roztoczy 1,5 (korzystamy z tabeli), widać, że "zarobiliśmy" na tym około półtora miesiąca, gdyż mniej więcej w tyle czasu ilość roztoczy podwaja się. O tyle też czasu "skracamy" więc sezon. Jeżeli pszczoły będą czerwić do tego samego okresu w sezonie (przyjmijmy do połowy października), to do zimy wraz z pszczołami pójdzie tyle roztoczy ile byłoby ich w sezonie w końcu sierpnia - dwa razy mniej. Przy podziale rodziny na pół możemy liczyć, że pszczoły dojdą do takiej samej siły na zimę jaką miałyby w przypadku gdybyśmy rodziny nie dzielili, jednak w sezonie prawdopodobnie nie osiągną maksymalnej ilości osobników, jaką mogłyby mieć, gdyby nie wykonywać podziałów. Prawdopodobnie też do pełnej siły dojdą chwilę później niż gdybyśmy ich nie dzielili. Tą sytuację obrazuje wykres poniżej. Przepołowienie rodziny, choć w czasie podziału ilość roztoczy "na głowę" jest ta sama, okazuje się więc korzystne w pewien sposób dla rodziny pszczelej w końcu sezonu.

Sytuacja 2
Mniej więcej w szczycie czerwienia matki - na chwilę przed osiągnięciem maksymalnego rozwoju rodziny wykonujemy podział rodziny na równe połowy w czasie X1 podając matkę czerwiącą. Rodzina prawdopodobnie do siły dojdzie później niż rodzina bez podziałów i zapewne nie osiągnie maksymalnej możliwej siły Y2. Do zimy prawdopodobnie pójdzie mniej więcej w takiej sile jak gdybyśmy jej nie dzielili zapewne przy około połowie tych roztoczy w ulu, które byłyby tam bez podziałów (co i tak będzie dużym porażeniem). 
Rzecz jasna schematy i opisy są pewnym uproszczeniem. Trzeba mieć świadomość, że mamy do czynienia z organizmem żywym, a nie maszyną wiernie trzymającą się zasad matematyki. Sam rozwój i czerwienie matki, też będą się różnić w zależności od wielu czynników. Dodatkowo podanie młodej matki może wpłynąć na parudniowy okres bez czerwiu (np. czas uwolnienia matki z klateczki). Później musi nastąpić jeszcze tzw. rozczerwienie matki. Na pewno więc nastąpi pewne zawahanie na wykresie, którego tu - upraszczając - nie pokazałem. Inaczej też będzie wyglądać sytuacja gdy roztocza będą się namnażać z czynnikiem wzrostu 2 (patrz tabela). Wówczas do zimy będzie ich znacząco więcej - zapewne będą w ilości, która nie pozwoli rodzinie pszczelej dotrwać do wiosny.

A teraz przejdźmy do opisu sytuacji w modelu ekspansji przy licznych podziałach, kiedy damy dodatkowo rodzinie przerwę w czerwieniu. Podobnie jak w poprzednim przypadku, w czasie gdy rodzina dochodzi do mniej więcej swojego maksimum wykonujemy tyle podziałów, na ile pozwala nam racjonalny osąd sytuacji i doświadczenie. Z bardzo silnej rodziny jesteśmy w stanie utworzyć nawet do parunastu małych rodzinek. Tyle mi się nigdy nie udało i pewnie tyle nigdy nie utworzę. W tym roku jednak z najsilniejszej czwórki udało mi się utworzyć po około 9 młodych rodzinek. A te rodzinki wcale nie były potęgami. Nie jestem w stanie powiedzieć też ile z tych rodzinek później wymagało wspomagania. Przyjmijmy jednak, że z rodzin silnych możemy w ramach modelu ekspansji utworzyć po 6 - 10 odkładów. W przypadku rodzin nieleczonych co najmniej sezon zapewne raczej będziemy operować liczbami bliżej 2 - 5, zanim nie będziemy w stanie wypracować powrotu wigoru do rodzin, a później i tak zapewne będziemy bliżej wartości 5 - 6 niż 10. W 2016 na przykład stan pasieki udało się ledwie podwoić i choć utworzone rodzinki nie były słabeuszami, to wiadomo jaki był ich ostatecznie koniec.

W tym modelu najistotniejsze jest dla nas to, że powinniśmy utworzyć rodzinki w takim okresie i w takiej sile, aby do zimy były względnie pełnowartościową biologicznie rodziną (co nie równa się pełnowartościowej produkcyjnie! przez pełnowartościową biologicznie nazywam taką, która mniej więcej jest zdolna do podtrzymania swoich funkcji w przeciętnym sezonie). Zapewne nie dojdą do takiej siły jak rodziny "pełne", ale też nam o to w modelu ekspansji nie chodzi, a bardziej o to, żeby zwiększyć ilość "szans" w pasiece. I jaka jest zaleta takich rodzinek? Otóż te rodzinki rozwijają się praktycznie do końca sezonu i praktycznie do końca sierpnia rosną w siłę. Oczywiście matka musi kiedyś wyhamować w czerwieniu, a żeby to zrobić musi zwolnić. Ale to hamowanie jest inne niż w rodzinach dużych i daje też inne objawy. O ile rodzina duża może się zmniejszyć nawet pięcio - sześciokrotnie, to w przypadku małych rodzin, na których pracuję od lat, obserwuję zmniejszenie raczej o 20 - 30 procent, rzadko 50. Nasze doświadczenie musi nam pozwolić tak pracować w tym modelu, aby siła rodzin przed zimą osiągnęła co najmniej wartość graniczną, która da dużą szansę przetrwania zimy. Na wykresie oznaczyłem ją Y0. Musimy więc stworzyć takie rodziny, żeby ich siła była wyższa niż ta wartość.
A to wszystko oznacza to, że w jesiennym wypszczeleniu rodzin porażenie roztoczami nie rośnie tak gwałtownie jak w przypadku rodzin, w których nie wykonywaliśmy podziałów. Dodatkowo dając rodzinie przerwę w czerwieniu zapewniamy jej około 2 - 3 tygodnie bez czerwiu zasklepionego (niecały miesiąc czerwienia matki minus parę dni przez które jest czerw otwarty, który będzie w niedługim czasie zasklepiony dając schronienie roztoczom). W więc w ten sposób skracamy roztoczom sezon do namnażania o właśnie te 2 - 3 tygodnie. Owszem, skracamy ten sezon również dla pszczół, ale pamiętajmy, że one będą rozwijać się szybciej niż roztocza, a gdy utworzymy niewielką rodzinę, ona będzie rosła do końca sezonu, a nie będzie ulegać pomniejszeniu od lipca czy początku sierpnia. A więc będzie rosła wraz z populacją roztoczy utrzymując "korzystny" stosunek wielkości jednej i drugiej populacji. W przypadku pozostawienia rodziny bez matki czerwiącej może się okazać, że w pierwszym okresie ilość pszczół będzie spadać - stąd, trochę na wyrost tak zaznaczyłem na wykresie (Sytuacja 3), ale ten spadek będzie nieznaczny. Z większym prawdopodobieństwem rodzinka pozostanie mniej więcej stabilna.
Sytuacja 3
W czasie X1 dzielimy rodzinę na małe rodzinki pozbawiając je matki czerwiącej (podając matecznik lub pozwalając na wychów matki ratunkowej), ilość roztoczy przestaje narastać z chwilą zniknięcia czerwiu zasklepionego i będzie stała do czasu pojawienia się takiegoż czerwiu od nowej matki. W tym czasie ilość pszczół pozostaje mniej więcej stabilna. Pszczoły idą do zimy w sile niższej niż bez podziałów, ale ilość pszczół nie maleje drastycznie późnym latem i jesienią. Pszczelarz musi zapewnić zimowanie rodziny w odpowiedniej sile - wyższej niż Y0.

Więc jak to wygląda w tym hipotetycznym modelu. Przyjmując, że rodzina, która w początku czerwca miała 50 tysięcy osobników i około 120 - 150 sztuk roztoczy, przy czynniku wzrostu 1,5 do października może ich mieć około 1000. Ten 1000 przypadnie na około dziesięć tysięcy pszczół zimujących, dając porażenie na poziomie około 10%. Bardzo duża część ostatniego czerwiu będzie też pokłuta przez roztocza, bo będzie ich na tyle dużo, że duży procent pszczół zimujących będzie się rozwijał w obecności roztoczy. Dzieląc tą samą rodzinę na początku czerwca na 7 rodzin otrzymujemy małe rodziny z porażeniem około 20 osobników. Kierując się danymi z tabeli (szacunkowo), ta rodzina w październiku będzie mieć około 100 - 130 roztoczy. Rodzina będzie zimować zapewne przy około 6000 - 7000 pszczół, co powinno dać porażenie na poziomie około 2%.

Tak w liczbach i hipotetycznym modelu. A wiadomo, że przyroda to przyroda. To nie matematyka i nie da się tego wrzucić w ramy wzorów. Oczywiście, że w chwili podziałów, te podziały proporcjonalnie nie mają żadnego znaczenia dla stopnia porażenia. Mogą mieć znaczenie gdy nie podzielimy pszczół i roztoczy po równo. Któraś rodzina dostanie roztoczy więcej, któraś mniej. Każda z rodzin będzie się też rozwijać się innym tempem, a to będzie rzutować na porażenie jesienią. Dodatkowo wraz z większą ilością rodzinek dajemy szansę na takie działanie doboru i selekcji naturalnej, które będzie sprzyjać naszym założeniom. Ważne jest to, że model ekspansji wykorzystuje cechę małych rodzinek polegającą na stałym rozwoju i wzroście praktycznie do końca sezonu i względnie zmniejszonego wypszczelenia w jesieni. Stan, w którym rodzina jest niewielka zapewne w jakiś negatywny sposób może wpływać na same pszczoły. Nie można wykluczyć, że małe rodziny w jakiś sposób "stresują się" tym, że ilość pszczół w rodzinie z końcem sezonu nie pozwala na optymalną zimowlę. Jak to jednak w wielu sytuacjach bywa - jest coś za coś. A ten tekst miał zobrazować tylko wpływ podziałów na ilość roztoczy w ulu. Na tym etapie na jakim obecnie jesteśmy uważam, że plusy modelu ekspansji przeważają nad minusami. A każdy i tak podejmuje własne decyzje na swojej pasiece.

Na zakończenie trzeba dodać, że właściwość, o której piszę da się też w pewien sposób wykorzystać w komercyjnej pasiece. Otóż jeżeli wykonamy podział rodziny na 2 czy 3 równe części, to prawdopodobnie żadna z nich nie da nam miodu, a zimować będą w sile mniej więcej rodzin nie dzielonych. Jeżeli natomiast z pełnej rodziny zabierzemy dwa 2 - 3 ramkowe odkłady, to prawdopodobnie macierzak pozwoli nam na wzięcie względnie normalnych zbiorów miodu, a odkłady dojdą do bardzo porównywalnej siły na zimę. Właśnie dlatego, że rozwijają się do końca sezonu, a nie tylko do jego szczytu. To podejście jeszcze przede mną - gdy uda się ustabilizować pszczoły na tyle, że będzie można zminimalizować model ekspansji do znacząco mniejszych podziałów.