środa, 18 lipca 2018

"Musimy być bardziej jak pszczoły" - relacja z pobytu w Neusiedl - część 2


Nadszedł czas na publikację drugiej części mojej relacji z pobytu na kwietniowej konferencji pszczelarskiej w Neusiedl am See w Austrii. Tekst poniższy ukazał się w lipcowym numerze miesięcznika "Pszczelarstwo".


Zapraszam do lektury!



"Musimy być bardziej jak pszczoły" - czyli raport z konferencji w całości poświęconej pszczelarstwu bez zwalczania warrozy - część 2.

Na konferencji wykład wygłosił także fiński hodowca Juhani Lunden (www.buckfast.fi). Pszczelarz ten od 2001 roku prowadzi hodowlę pszczół w kierunku odporności na pasożyta. W pierwszych latach (2001 – 2008) leczył warrozę kwasem szczawiowym, każdego roku zmniejszając dawki aż do zaledwie kilku mililitrów na rodzinę pszczelą. Od wykonania ostatniej kuracji w 2008 roku jego pasieka pozostaje nieleczona do dziś, choć trzeba przyznać, że w tym okresie hodowca również miewał okresowo duże straty (nawet do 70%). Obecnie dysponuje wprawdzie niewielką liczbą pni, ale w przeciągu kilku najbliższych lat planuje wrócić do stanu wyjścia – 150 rodzin pszczelich. Jest to prawdopodobnie jeden z niewielu projektów selekcyjnych na taką skalę wykorzystujący w okresie przejściowym systematyczne zmniejszanie dawek substancji biobójczych. Lunden stwierdził, że do takiego sposobu postępowania przekonała go swoista obawa, że gdy porzuci od razu leczenie pszczół bez wstępnej selekcji, mogą przeżyć “niewłaściwe”, czy też raczej: “przypadkowe” pnie. Dzięki stałemu zmniejszaniu dawek kwasu i zwiększaniu presji roztoczy na pszczoły, mógł natomiast obserwować rodziny pod kątem wykazywania przez nie genetycznych mechanizmów odpornościowych i dobierać odpowiednie reproduktorki do dalszej selekcji. W tym miejscu należy nadmienić, że Junani Lunden posiłkuje się sztucznym unasiennieniem pszczół, więc jest w stanie mniej lub bardziej kontrolować genetykę populacji na swojej pasiece. Hodowca uważa też, że tego typu selekcja może być stosowana przez około 10 lat, po czym prawdopodobnie zaistnieje konieczność wprowadzenia do populacji “świeżej krwi”, z uwagi na inbred, grożący genetycznym osłabieniem populacji. Jako ciekawostkę można dodać, że zdaniem Lundena wraz z zaprzestaniem z leczenia, może nieco wzrastać obronność pszczół. Nieleczone pszczoły mają według niego lepsze powonienie i tym samym intensywniej reagują na bodźce feromonowe.
Juhani Lunden
Kolejną prelekcję wygłosił szwedzki hodowca Erik Österlund, twórca pszczoły Elgon. W pierwszym okresie hodował ją według metody Buckfast, ale, jak sam zaznacza, dziś już tej metody nie stosuje. W wywiadzie udzielonym dla “Wolnych pszczół” stwierdził, że metoda Buckfast opiera się dziś na gdybaniach “co by zrobił Brat Adam”, podczas gdy działania hodowców prawdopodobnie rzadko odpowiadają jego rzeczywistym poglądom i intencjom. Österlund bynajmniej nie stwierdził, że zna intencje wielkiego hodowcy pszczoły Buckfast – i właśnie dlatego tak już swojej metody nie nazywa. Zaznaczył podczas wykładu, że się cieszy, iż nie każdy ma takie same poglądy, bo gdyby tak było, wszyscy tkwilibyśmy w miejscu, zamiast się rozwijać. Przytoczył też zdanie przypisywane Albertowi Einsteinowi, mówiące o tym, że aby osiągnąć postęp, trzeba podważać autorytety. Tak też próbuje pracować sam i namawia do tego innych. Jako dygresję dodam, że podobne zdanie wygłosił w udzielonym nam wywiadzie prof. Jerzy Woyke, podkreślając, że różnorodność poglądów i działań jest podstawą najzdrowszych społeczności. Erik Österlund, w przeciwieństwie do Johna Kefussa, uważa zjawisko “bomby roztoczowej” za zagrożenie dla selekcji, a nie jej narzędzie (trzeba przy tym zaznaczyć, że praktyka i założenia selekcyjne obu panów są całkowicie różne), gdyż pasieki funkcjonują w warunkach zgoła innych niż pszczoły w naturze. On sam podejmuje leczenie (tymolem), kiedy zaobserwuje wystąpienie objawów chorobowych u pszczół. W swojej pasiece opiera się głównie na badaniu objawów wirusa zdeformowanych skrzydeł (DWV) oraz stopnia porażenia. Przez pewien okres oceniał również tzw. cechę VSH odpowiedzialną za usuwanie (lub odsklepianie) poczwarek porażonych roztoczami. W swoim programie uznał jednak to ostatnie badanie za mało przydatne. Dodał przy tym, że selekcja na niskie porażenie roztoczami jest przy okazji selekcją na zmniejszenie rabowania, gdyż w czasie rabunków porażenie pszczół roztoczami gwałtownie rośnie. Jeżeli więc rodziny pszczele utrzymują niską liczbę roztoczy, oznacza to, że zarówno same nie rabują, jak i skutecznie stawiają mu opór. Po leczeniu rodziny pszczelej Österlund wymienia w niej matkę na wyhodowaną z linii najdłużej nieleczonych i równocześnie takich, które spełniają inne kryteria hodowli skutecznej ekonomicznie. Obecnie, w jego pasiece znajdują się rodziny pszczele nieleczone od 4 lat, a w ubiegłym roku bez jakiegokolwiek leczenia pozostawała ponad połowa pasieki. Hodowca podkreślił znaczenie równowagi mikrobiologicznej w ulu dla zdrowia pszczół. A ta jest zaburzana nieustannym leczeniem i stale narastającymi dawkami substancji chemicznych podawanych przez pszczelarzy. Zaznaczył też, że istotnymi bodźcami przystosowania organizmów żywych są tzw. czynniki epigenetyczne, a więc czynniki, które warunkują ekspresję genów odpowiedzialnych za przystosowanie do bieżących warunków środowiskowych. Organizmy podobne genetycznie mogą więc posiadać różne cechy zewnętrzne i przejawiać różne zachowania (tzw. fenotyp) w zależności od środowiska, w jakim występują. Wspomniane cechy mogą się pojawiać nawet wówczas, gdy nie dały się zauważyć w poprzednich pokoleniach, a następnie zanikać. Zdaniem Österlunda, stałe i nieustanne kuracje chemiczne niewątpliwie blokują taki rodzaj przystosowania.
Erik Österlund w czasie wywiadu dla "Wolnych Pszczół". Od lewej:
Sibylle Kempf, Erik Österlund i ja.
Kolejnym i ostatnim już wykładowcą pierwszego dnia był Wolfgang Wimmer – pszczelarz z Austrii, który odstawił środki chemiczne do walki z warrozą i zastąpi je specjalnymi podgrzewaczami. Jak wiadomo, pszczoły czy czerw lepiej tolerują wyższe temperatury niż roztocza. Pomysł Wimmera polega na podgrzewaniu zainfekowanych ramek z czerwiem do temperatury, która powoduje śmierć znajdujących się w nich roztoczy. Aby jednak nie przegrzewać wielu plastrów z czerwiem, Wimmer zdecydował się na zastosowanie w ulach dwuramkowych izolatorów w okresie przygotowania do kuracji. Gdy pozostały czerw w ulu się wygryza, do ramek w izolatorze trafia aż do 80% wszystkich roztoczy z całej rodziny pszczelej. Po odpowiednim ogrzaniu plastry mogą wrócić do gniazda i resztą już zajmują się same pszczoły. Według Wimmera metoda podgrzewania zaburza funkcjonowanie całej rodziny pszczelej w najmniej inwazyjny sposób, a już na pewno nie niszczy tworzącej się równowagi ekosystemów. Metoda ta może być używana jako metoda wspomagająca podczas prowadzenia innego rodzaju selekcji.
Drugi dzień konferencji zaczął się od ciekawego wykładu prowadzonego przez ucznia i współpracownika prof. Jürgena Tautza z Uniwersytetu w Würzburgu – Torbena Schiffera (http://beenature-project.com/). Schiffer opowiedział przede wszystkim o tym, jak stworzyć optymalne warunki dla mikrożycia współistniejącego z pszczołą miodną. Wykład uwzględniał w szczególności wyniki jego badań dotyczących zaleszczotka książkowego (Chelifer cancroides), pajęczaka lubującego się w polowaniach na dręcza pszczelego. Większość uli używanych w nowoczesnej gospodarce pasiecznej nie jest przystosowana do podtrzymywania biologicznych zależności, jakie wykształciły się w naturalnych schronieniach dla pszczół, czyli w dziuplach drzew. W związku z powyższym, Schiffer rozpoczął badania dotyczące życia w ulu od poznania całej fizyki naturalnej dziupli, a w szczególności istniejących tam zależności temperaturowych oraz wilgotności i związanej z tym kondensacji. Ule jednościenne okazują się podatne na zwiększoną wilgoć, co z kolei sprzyja rozwojowi wielu organizmów patogennych. Dodanie dennicy osiatkowanej, zwanej też “higieniczną”, wprawdzie rozwiązuje w większości problem nadmiaru wilgoci, ale powoduje bardzo duże dobowe i roczne wahania temperatur w ulu. Samym pszczołom zdaje się to nie szkodzić (w niektórych aspektach może nawet pomaga), ale niewątpliwie ma wpływ na warunki bytowe szeregu innych organizmów, które potrzebują stabilniejszego środowiska do wykształcenia odpowiednich populacji i zrównoważonych relacji –przykładem takich organizmów są zaleszczotki. Okazuje się więc, że chcąc stworzyć optymalne warunki dla symbiontów pszczół oraz innych organizmów budujących zdrowe zależności ekologiczne, należy modyfikować ule i zapewniać im odpowiednią izolację (zarówno ścian, daszków czy dennic) oraz stosować daszki odpowiednio regulujące wilgoć. Tu za wzór mogą posłużyć choćby rozwiązania stosowane czasem w ulach typu Warre, mające daszki będące niejako korpusami z podłożoną od spodu (acz nad gniazdem) siatką, w których znajduje się różnego rodzaju biologiczny materiał taki jak próchno, trociny, liście czy ściółka leśna. Materiał ten pochłania i oddaje wilgoć w zależności od bieżącej sytuacji, regulując i stabilizując w ten sposób środowisko ulowe.
Schiffer poruszył też zagadnienie propolisu – nie tylko jako środka bakteriostatycznego, ale także regulatora wilgotności w ulu. Stwierdził, że w naturalnej dziupli zajmowanej przez pszczoły, cały “strop” jest dokładnie wypropolisowany, co sprzyja przenikaniu pary wodnej do drzewa, ale nie pozwala skroplonej wodzie wrócić do pszczelego gniazda. Aby stymulować wytworzenie się odpowiedniej populacji zaleszczotków w ulu, Schiffer stosuje specjalne dennice z wkładkami, w których pajęczaki mogą tworzyć siedliska, a na łowy wyruszać do pszczelego gniazda, systematycznie ograniczając populację roztoczy. Być może same zaleszczotki nie rozwiążą problemu warrozy, ale stworzone metodą Schiffera dobre warunki w całym ulu sprawią, że dobrze poczują się w nim i inne przyjazne pszczołom organizmy, a to poprawi kondycję samych pszczół. Na pewno ani ule styropianowe, ani nawet gładkie i szlifowane drewniane nie spełniają warunków, o jakich mówił Schiffer. W jego ocenie najlepsze, bo najbardziej zbliżone do naturalnych warunki pszczelego siedliska są ule stojaki. Leżaki o niskiej ramce, jak np. popularny w środowisku pszczelarzy naturalnych kenijski ul snozowy (tzw. TBH) pozostawiają wiele do życzenia.
Kolejnym prelegentem był Andre Wermelinger ze szwajcarskiego stowarzyszenia “Free the bees”, co można tłumaczyć jako “Uwolnić pszczoły” (www.freethebees.ch), a więc, jak się zdaje, siostrzanego zrzeszenia do naszych „Wolnych Pszczół”, choć nieco starszego. Wermelinger opowiedział o oddolnych inicjatywach, jakie podejmowane są w Szwajcarii w celu przekonania pszczelarzy do podejmowania metod pszczelarstwa przyjaznego pszczołom, a także o propagowaniu przez jego zrzeszenie potrzeby powrotu pszczół do natury. Działania stowarzyszenia obejmują promocję długofalowego celu, jakim jest prowadzenie pasiek niewymagających wspomagania przy użyciu substancji chemicznych. Stowarzyszenie “Free the bees” organizuje także warsztaty z budowania kłód bartnych i szkolenia dotyczące bioróżnorodności oraz szeroko rozumianego pszczelarstwa naturalnego. Wermelinger podkreślił wagę bogatych i różnorodnych pastwisk pszczelich i konieczność dostosowania liczby bytujących na nich rodzin pszczelich do ich obfitości.
Po wykładzie Wermelingera na podium ponownie pojawiła się Heidi Herrmann. Przypomniała słuchaczom o tym, jak dawniej patrzono na rodzinę pszczelą – jako na jednolitą, acz złożoną istotę. Opowiedziała również o realizowanych przez swoją organizację zadaniach polegających przede wszystkim na edukacji o roli pszczół w ekosystemie i metodach prowadzenia pszczelarstwa przyjaznego pszczołom. Jako jedno z głównych zadań swojej organizacji podała naukowe dokumentowanie zasadności podejmowania naturalnych metod w pszczelarstwie. Zaznaczyła, że pszczoła wcale nie potrzebuje pszczelarza, aby dobrze funkcjonować w naturze. To raczej my, ludzie, potrzebujemy pszczół. Powinniśmy więc zwracać uwagę na to, jak dbać o środowisko, aby pszczoły dobrze się w nim czuły – przede wszystkim tworzyć jak najwięcej niedoglądanych siedlisk oraz bazy pożytkowe poprzez uprawy i nasadzenia roślin miododajnych. Herrmann podkreśliła, że w naszych działaniach powinniśmy być bardziej jak pszczoły niż jak ludzie. Powinniśmy się nauczyć współpracować tak jak one i podobnie jak one rozwiązywać nasze konflikty w drodze zgodnej dyskusji – jak to opisywał choćby prof. Thomas Seeley w książce “Honey bee democracy” (tłum. “Demokracja pszczoły miodnej”). W dalszej części wykładu Herrmann przedstawiła szereg bohaterów historii pszczelarstwa – w tym również tej nieodległej – którzy przyczynili się do kształtowania odpowiedniej wizji pszczoły jako nieodzownego elementu ekosystemu, a nie tylko producenta miodu.
Po wystąpieniu Heidi Hermann nastąpiła odmienna w treści, lecz podobna w wymowie prezentacja Ralfa Rössnera. Rössner również zaprezentował podobne spojrzenie na złożoność pszczelej rodziny, mówiąc o niszczeniu zdrowego superorganizmu poprzez stosowane metod pszczelarstwa intensywnego. Podkreślił, że pszczoły są zdecydowanie zdrowsze, gdy pozwala się im na funkcjonowanie zgodne z ich naturalnym cyklem życiowym – na przykład w niewielkich ulach wspierających gospodarkę rojową. Jako przykład podał gospodarkę w oblepianych gliną kószkach, z którymi zetknął się zresztą w Karpatach na terenie Polski.
Następnym prelegentem był nasz polski kolega Piotr Piłasiewicz z „Bractwa Bartnego” (www.bartnictwo.com). Opowiedział o programie ochrony rodzimych linii pszczół (Apis mellifera mellifera oraz Apis mellifera carnica linia Dobra), ze szczególnym uwzględnieniem pszczoły linii Augustowskiej, jako bliskiej jego sercu. Piłasiewicz mieszka bowiem w rejonie Puszczy Augustowskiej i w zasadzie na co dzień “współpracuje” z tamtejszą pszczołą. W swoim wykładzie opisał słuchaczom na czym polega gospodarka w poszczególnych strefach ochronnych (tj. centralnej, ochronnej/izolacyjnej i buforowej) w Puszczy Augustowskiej i jaki jest potencjał zachowania genów miejscowej pszczoły dla przyszłych pokoleń – pszczoły najlepiej przystosowanej do leśnego środowiska północno-wschodniej Polski. Opowiedział również o swojej bartniczej pasji, podkreślając jej istotną rolę we wspomaganiu programów ochronnych pszczół, takich jak w rejonie Augustowa.
Konferencję zakończyła moja prezentacja działalności Stowarzyszenia Pszczelarstwa Naturalnego “Wolne Pszczoły” (www.wolnepszczoly.org). Wystąpienie dotyczyło w szczególności projektu selekcyjnego, pomysłu naszego stowarzyszeniowego kolegi Marcina Zarka, opracowanego z myślą o małych pasiekach hobbystycznych. Muszę, być może trochę nieskromnie, przyznać, że projekt ten spotkał się z bardzo wielkim zainteresowaniem zarówno ze strony organizatorów konferencji i innych prelegentów, jak i słuchaczy. Chwalono przede wszystkim pomysłowość i prostotę naszego rozwiązania, a już nazajutrz po konferencji zaczęły do nas spływać informacje o rozpoczęciu prac nad wdrożeniem podobnych projektów w Austrii i Niemczech, być może również w Szwajcarii. Kilku prelegentów zaproponowało propagowanie naszego projektu podczas innych pszczelarskich wydarzeń, w których wezmą udział w najbliższym czasie. Dla nas to oczywiście powód do dumy. Cieszy nas, że przykład z Polski – do tego wywodzący się z naszego niewielkiego zrzeszenia – spotkał się z tak dobrym przyjęciem i tak dużym zainteresowaniem. Heidi Herrmann, nawiązując do swojego wcześniejszego wystąpienia oświadczyła, że to właśnie nam, choć dysponujemy skromnymi środkami i niewielkim potencjałem organizacyjnym, udało się rozpocząć współpracę podobną do tej, jaką prezentują pszczoły. Na koniec otrzymałem też zaproszenie do udziału w kolejnym podobnym wydarzeniu, tj. konferencji “Learning from the bees” (tłum: “Ucząc się od pszczół”) współorganizowanej przez Natural Beekeeping Trust i kilka innych organizacji w Europie w dniach 31 sierpnia do 2 września 2018 roku w Doorn w Holandii (https://www.naturalbeekeepingtrust.org/conference).
Wróćmy jednak do naszego projektu selekcyjnego. Kiedy w 2015 roku założyliśmy nasze stowarzyszenie, chcieliśmy przede wszystkim zaprezentować pszczelarzom inny punkt widzenia na pszczoły i pszczelarstwo oraz wspomagać się wzajemnie w selekcji coraz zdrowszych i odporniejszych pszczół. Wiedzieliśmy, że prowadzenie pasiek bez zwalczania warrozy nie jest łatwym zadaniem dla amatorów i mieliśmy świadomość, że są niewielkie szanse na to, by każda z naszych pasiek z osobna miała wystarczająco duży potencjał selekcyjny do pokonania roztoczy. Potrzebowaliśmy więc projektu, który pozwoliłby nam na ciągłość selekcji, dał gwarancję, że nikt z nas nie zostanie bez pszczół, a także wykorzystał każdy dostępny potencjał selekcyjny, a więc również niewielkie pasieki amatorskie składające się z kilku pni. W czasie burzy mózgów, gdy pojawiały się różne pomysły, jak choćby ten, by gromadzić środki na zakup pszczół do selekcji, wspomniany już Marcin Zarek zaproponował, byśmy zagwarantowali sobie wzajemnie, że ten, kto straci pszczoły, otrzyma odkłady od innych ze „wspólnej” nieleczonej puli. Pomysł od razu spodobał się większości, więc dopracowaliśmy szczegóły i rozpoczęliśmy współpracę. Tak powstał projekt, któremu nadaliśmy nazwę amerykańskiej bazy wojskowej, będącej równocześnie federalną rezerwą złota Stanów Zjednoczonych – “Fort Knox”. Uznaliśmy, że nazwa ta idealnie pasuje do rezerwy naszego wspólnego “złota”, jakim są pszczoły selekcjonowane, niepoddawane leczeniu przeciwko warrozie. Nie chcę się wdawać w szczegóły, jednak muszę dodać, że pomimo wielu przeciwności losu, w ostatnich latach projekt dowiódł swojej wartości i dziś możemy się pochwalić ciągłością wspólnej selekcji, mimo iż niektórzy z nas mają niewielkie indywidualne zasoby. “Fort Knox” odpowiedział też na wiele praktycznych problemów, z jakimi borykają się pszczelarze chcący zaprzestać stosowania toksyn w pasiekach. Wymienieni wyżej prelegenci, naukowcy i słynni hodowcy pszczół przekazywali wspaniałą i ciekawą wiedzę o aspektach selekcji pszczół w dużych, zawodowych pasiekach oraz ogrom wiedzy teoretycznej o biologii rodziny pszczelej oraz pszczelarstwie przyjaznym pszczołom. My jednak odpowiedzieliśmy na konkretne i praktyczne pytanie słuchaczy – jak pszczelarz amator może przełożyć tę wiedzę do własnej małej pasieki? Okazuje się, że wystarczy współpraca oparta na zaufaniu. Zainteresowanych szczegółami projektu, zasadami na jakich on funkcjonuje oraz historią współpracy odsyłam na stronę internetową Stowarzyszenia Pszczelarstwa Naturalnego “Wolne Pszczoły” (http://wolnepszczoly.org/tag/fortknox/). Na naszym kanale Youtube znajdą się również nagrania części wykładów z konferencji oraz wywiady z wybranymi prelegentami.
Podsumowując, pragnę wyrazić nadzieję, że dzięki takim wydarzeniom jak opisana powyżej konferencja, pszczelarstwo, jakie zdecydowaliśmy się uprawiać zaistnieje wreszcie w świadomości pszczelarzy jako równoprawna praktyka i stanie się przedmiotem zgodnej i merytorycznej dyskusji. Pszczelarstwo niezwalczające warrozy jest możliwe i praktykuje się je na świecie z dużymi sukcesami, choć trzeba przyznać, że w Europie kontynentalnej jest wciąż trudne i wiąże się z dużymi stratami. Skoro jednak nawet w pasiekach, gdzie stosuje się zabiegi przeciwko roztoczom rokrocznie i tak odnotowuje się coraz większe średnie straty, czy nie nadszedł już aby czas na refleksję? Alternatywa jest na wyciągnięcie ręki, a konferencja pokazała bardzo dużą rozpiętość pomysłów i podejść – od bardzo “inżynieryjnej” selekcji Juhani Lundena, poprzez “test Bonda”, czyli pozostawienie pszczół selekcji naturalnej, aż do filozoficznej wizji pszczoły miodnej jako samoświadomego organizmu będącego częścią całego ekosystemu.
Erik Österlund twierdzi, że każdy może podjąć własną selekcję odpornych pszczół – trzeba tylko chcieć. Powtarza przy tym, że cała selekcja wcale nie musi być “perfekcyjna”, wystarczy, aby była “poprawna”, by zaistniał pozytywny długofalowy skutek. Wielu naukowców, w tym również z Polski, twierdzi, że wystarczyłoby już kilkuletnie ograniczenie przewożenia pszczół na wielkie odległości, aby stan ich zdrowia zauważalnie się poprawił. Pomimo tego zamiast rozwijać lokalną i przystosowaną „genetykę”, sprowadzamy matki pszczele z odległych rejonów i nie tylko krzyżujemy naszą „genetykę” z pszczołami gorzej przystosowanymi do miejscowych ekosystemów, ale także sprowadzamy obce patogeny i organizmy inwazyjne. Czyż nie tak Varroa rozpoczęła swoją wędrówkę po Europie? John Kefuss jest zdania, że większość środowiska pszczelarskiego wyznaje tzw. “efekt mañana”, który sprowadza się do zasady: “nie rób dziś tego, co kto inny zrobi za ciebie jutro”. Niech przesłaniem tej konferencji będzie to, że my wszyscy razem i każdy z osobna decydujemy o tym, jak będzie wyglądać pszczelarstwo w przyszłości.


poniedziałek, 9 lipca 2018

"... masz pszczoły? O, to musisz mieć miód!"

To mi przypomina żart (żona by powiedziała: suchar) o tym, jak to jeden z panów pochwalił się, że się ożenił, a na to drugi mu rzecze: "o, to musisz być szczęśliwy...". Ale ja nie o tym. W końcu to nie familiada (choć żona twierdzi, że mógłbym prowadzić...).

W każdym razie tak już jest od lat. Idziemy gdzieś z żoną na spotkanie ze znajomymi, czy imprezę i zawsze się znajdzie ktoś, kto te słowa z tytułu wypowie. I o ile przez pierwsze lata z przyjemnością podnosiłem ten temat, o tyle już od jakiegoś dłuższego czasu staram się go unikać. I nie chodzi o to, że nie mam tego nieszczęsnego miodu. Po prostu mam wrażenie, że już po tysiąckroć wytłumaczyłem, o co chodzi w tym podejściu do pszczoły jako żywej istoty "z krwi i kości", a nie maszyny do produkcji miodu i że wypowiedziałem już na ten temat chyba każde słowo, jakie tylko przyszło mi dotychczas do głowy. Dobrze, że żona czasem to podchwytuje i mnie wyręcza w tych historiach - choć sama też ma dość. Jej zainteresowanie pszczołami jest daleko mniejsze niż moje, ale też dość się już osłuchała i oczytała na ten temat. Dzięki daleko niższemu zaangażowaniu emocjonalnemu w pszczelarstwo i mniejszej wiedzy dotyczącej szczegółowych kwestii, potrafi to zresztą lepiej przedstawić laikowi nie zanudzając nikogo przez godzinę jak ja - w tym zresztą samego mówiącego.

Sezon jeszcze trwa, ale dla mnie to już jego schyłek. Nie liczę na dalsze pożytki, choć z racji "nawłociowego miejsca" pewnie mógłbym jeszcze liczyć na trochę miodu. Nie zarzekam się, że nie będę próbował, ale raczej wszystko wskazuje na to, że jak co roku nawłoć odpuszczę i zacznę wczesne, powolne i rozłożone w czasie przygotowanie do zimowli. W zeszłych latach, z racji letniego głodu zaczynałem regularne podkarmianie zimowe z początkiem sierpnia, ale w tym roku wygląda na to, że zacznę już dziś, żeby w razie czego nie trzymać pszczół na głodzie - bo wygląda na to, że ten pomału zaczyna zaglądać do moich uli. Ale o tym potem.
2018 to dla mnie pierwszy sezon, w którym praca przy pszczołach wywoływała inny rodzaj przyjemności i satysfakcji. Absolutnie nie twierdzę, że wcześniej przyjemności i satysfakcji nie było. Były. Ale były też pewnego rodzaju frustracje, bo bywało coś nie tak - a to pszczoły nie chciały się rozwijać, a to czerwiły, ale wianków nad czerwiem nie uświadczyłeś, a to pszczoły pokazywały jakieś słabości, czy wręcz kończyły się na moich oczach jak w 2016. A to wreszcie było całkiem nieźle, ale nie były to pszczoły "po przejściach", a po prostu kupione gdzieś owady, które miały dopiero wejść w proces selekcyjny. W tym roku - do czerwca - pszczoły pokazywały, że pięknie się rozwijają, a choć w niektórych rodzinach miodu dla mnie nie było, to z przeglądu na przegląd raczej go przybywało, niż ubywało. Do tego kilka rodzin pozwalało na nadzieję, że będzie trochę miodu i dla mnie. No i było. Na pewno nie były to ilości, które miałyby mi zapełnić spiżarkę, ale do tej pory udało mi się wziąć zatrważającą liczbę parunastu słoików miodu. Nie liczę dokładnie, ale szacuję ją na około 14 - 15. Śmiejąc się z siebie i swojej pszczelarskiej praktyki, muszę pochwalić się znaczącym zwielokrotnieniem zbiorów miodu z ostatnich lat! Toż zeszłego roku były 3 słoiki, a jeszcze poprzedniego 0 - a tu 5 razy więcej, niż przez 2 lata razem! Szaleństwo! I zupełnie przemilczę fakt, że gdy większość amatorskich pasiek uzyskuje takie zbiory z jednego pnia, uważa rok za słaby lub najwyżej średni.
Większość tego miodu, a jakże, została rozdana. Tak to już jest jak się jest pszczelarzem. A tu się postawi ule, a tam - to i wypada słoiczek wręczyć, a temu trzeba dać choć trochę, a temu też. I jej również. Więc nie mając miodu trzeba go mieć, żeby rozdać. A dla siebie kupić. Ale z 5 - 6 słoików pozwoliłem sobie zostawić dla siebie (część z tego już zjadłem), a do tego zamówiłem już trochę miodu u znajomych. I tak to się u mnie kręci. Bratowa zawsze się śmieje, że u mnie zawsze miodu jest pod dostatkiem, choć swojego nie mam nigdy. I coś w tym jest.
W tym roku ponownie nie omieszkałem zmielić trochę pierzgi z plastrem i uzyskałem przepyszny miód, w dużej mierze akacjowy, ze sporą domieszką roślinnego białka. Z lipy też udało się wziąć ze 4 ramki i podobnie wylądował w misce z pierzgowym plastrem. O ile "zwykłego", wirowanego miodu od "standardowego" pszczelarza raczej nie bałbym się jeść, o tyle właśnie takiego, w którym pływa sporo wosku, zapewne bałbym się próbować w większej ilości od tych, którzy wzorują się na pszczelarskich "miszczach". W końcu mielimy plaster rozbijając go na drobne, a potem te resztki pływają w naszych słoikach i co gorsza - brr - bierzemy je potem do ust.

Morawy są malownicze. Zaskoczyła mnie duża ilość dorodnych
lip w niektórych lasach - coś, czego u nas niestety trudno
doświadczyć.
Jak już (chyba) pisałem wcześniej, ten rok pożytkowo jest inny (jak każdy?) - bo wiosną wszystko było naraz, a potem każdy pożytek był znacząco przyspieszony. Piszę, że jest inny, choć co roku tak naprawdę jest inaczej, bo w zeszłych latach rośliny kwitły mniej więcej w swoich terminach - a "co najwyżej" nie nektarowały, czy kwitły mało obficie. W tym roku wszystko kwitło pięknie, spora część roślin względnie ładnie nektarowała, ale na pewno w tle przeszkadzała susza. Bo sucho jest. Przez około pięć wiosennych tygodni nie spadła u nas kropla deszczu i to wydrenowało wilgoć z gleby. Potem z deszczami było już lepiej (chyba mniej więcej w normach miesięcznych), ale nie na tyle, aby uzupełnić te braki, które powstały przez wiosnę. Tak czy siak braki wilgoci nadrabiało dobre nasłonecznienie i wyjątkowa obfitość kwiatów, co zbilansowało się pewnie na rok około - lub powyżej przeciętnej. Jeżeli chodzi o pewne "anomalie", to około połowy maja w zasadzie skończyła się akacja (choć dopiero powinna powoli i leniwie pokazywać pąki), a lipa w tym czasie już pokazywała zaczątki kwiatów. W tym też czasie maki i chabry kwitły już w najlepsze (choć prawda, że i do teraz je widać), a będąc na urlopie rowerowym na Morawach, już w pierwszych dniach lipca widziałem pszczoły na rozkwitniętej nawłoci. Po powrocie do Polski zastałem i tu pojedyncze żółte głowy tejże rośliny, więc i ona przyspieszyła co najmniej o około 2 tygodnie (w zeszłym roku koło połowy lipca widziałem pierwsze żółciejące jeszcze w pąkach nawłocie, a w tym roku 2 tygodnie wcześniej pojedyncze były już w pełnym rozkwicie). Zakładam, że taka wczesna nawłoć niewiele pomoże na grożący pszczołom głód w okresie dziury pożytkowej, bo w środku lata chyba nie będzie najlepiej nektarować. O ile w ogóle. Zgodnie z moją wiedzą, być może błędną, do nektarowania nawłoć lubi chłodne noce i ciepłe dni - a więc typowo wrześniową pogodę. W ostatnich latach, nawet jeżeli pszczoły cokolwiek z nawłoci zbierały, to raczej od końca sierpnia niż od początku jej kwitnienia w lipcu. Może się więc okazać, że intensywnie namnożona tu w rejonie nawłoć przekwitnie zanim zaczną się dla niej dobre warunki nektarowania. Ale będzie co będzie - nie uprzedzajmy faktów - zwłaszcza, że i tak nie mamy na to żadnego wpływu. Jeżeli lato będzie ciepłe i wilgotne, to pszczoły powinny sobie coś - cokolwiek - znaleźć.
Vceli stezka na Morawach
No właśnie: pszczoły. Pszczoły w tym roku pokazują ładny wigor i dobrze się rozwijają. Przynajmniej do tej pory. Na szczęście. Bo miałem trochę obaw powtórki roku 2016. Te, które przezimowały w 2 uliczkach, a z początkiem kwietnia miały czerwiu na wielkości połowy dłoni, dziś są zgrabnym odkładem czy zwykłą rodziną pełnowartościową biologicznie (choć wiadomo, że daleko im do produkcyjnych komercyjnych rodzin). Takich rodzin było kilka. A oznacza to, że rodziny zimujące w wielkości "garści pszczół" biologicznie są w pełni wartościowe. Likwidowanie ich czy zabijanie matek z takich rodzin jest tylko i wyłącznie zabiegiem gospodarczym nakierowanym na produkcję i nie ma żadnego uzasadnienia biologicznego. Gadanie pszczelarzy, że "i tak nie ruszy" więc "nie ma sensu" ich utrzymywać, ma uzasadnienie - powtórzę - tylko i wyłącznie produkcyjne. A jak wiadomo w pierwszych latach pszczelarstwa bez leczenia nie tym winno się kierować w procesie selekcji na małej pasiece nie większej niż kilkadziesiąt pni - przynajmniej w mojej ocenie. Z całej pasieki kilka rodzin nawet nosiło ten mój miód, na który ostrzyłem sobie zęby, a co było znacząco istotniejsze, chyba żadna rodzina - nawet te maluszki, o których pisałem wyżej - nie była głodna aż do końca czerwca. To lepiej niż w 2017, kiedy głód zaczął się właśnie w tym miesiącu i tak naprawdę dobry był tylko maj. Dla każdej nowotworzonej rodzinki miałem co najmniej 2 - 3 odbudowane puste plasterki woszczyny na start i trochę pokarmu, co wraz z plastrami czerwiu z matecznikiem i wiankiem miodu na górze, zapewniało im wystarczające majowe i czerwcowe minimum socjalne.
Vceli stezka - może stąd trzeba dowiedzieć się czegoś o zimowaniu pszczół?
Podsumujmy też trochę podziały rodzin. W tym roku udało mi się zrobić mniej więcej tyle rodzinek ile planowałem. Na tą chwilę, jeżeli dobrze liczę na mojej pasiece jest 55 rodzin. Z czego mam nadzieję praktycznie wszystkie już z czerwiącymi matkami. Do tego paręnaście rodzin powędrowało do koleżeństwa, z którym współpracuję w ramach "Fortu" - nie wszystkie te rodziny były wykonane w ramach projektu, ale też dodatkowo, dla tych, którzy właśnie w ramach projektu ryzykują dla wspólnego progresu w selekcji. Zrobiłem więc około 70 rodzin (wliczone te, ze starymi matkami) z 19, które przeżyły. Tak więc do chwili obecnej mniej więcej "strzyipółkrotniłem" stan posiadania, a na własnym podwórku "sponadzdwuipółkrotniłem". Przy możliwościach modelu ekspansji liczby te nie wyglądają nadmiernie imponująco, ale też trzeba popatrzeć na to co miałem do dyspozycji. A sporo podziałów rodzin wykonywanych było z niewielkich rodzin, wielkości około 1 mojego korpusa 18tki bądź pełnego korpusa wielkopolskiego, a nie z pełnowartościowych produkcyjnie kilkukorpusowych. Chyba tylko 5 rodzin (właśnie te, w których liczyłem na miód) doszło do siły 3 moich korpusów 18tek (odpowiednik 2 korpusów pełnych wlkp.), a jedna z nich się wyroiła i rójka poszła w świat. A więc ogólnie potęgi nie było. Maluchy dzielone były na większe (mniejsze?) maluchy. W tym kontekście wspomniane "strzyipółkrotnienie" wygląda już znacząco lepiej. A dlaczego były takie maluchy? Ano cóż. Prawdą jest to co mówią pszczelarze, że przygotowanie do sezonu zaczyna się rok wcześniej. Ja zimowałem odkłady, to i odkłady wyszły z zimy. Wiosną do dyspozycji miałem może około 8 - 10 rodzinek w 4 - 5 uliczkach, bo większych nie było. Pozostałe były i w 2 i w 3 uliczkach. W niektórych rodzinach faktycznie była przysłowiowa szklanka pszczół. Taki stan spowodowany był bezpośrednio marcowym nawrotem zimy (bo z początkiem marca zarówno siła jak i stan liczbowy wyglądały lepiej), a pośrednio zapewne poprzez moje zeszłoroczne podziały. Rozwój rodzin był niezły - wszystkich i bez wyjątku - ale też i adekwatny do siły na starcie. Z perspektywy pewnie należy stwierdzić, że gdybym w zeszłym roku do zimy puścił 30, a nie 40 rodzin, to liczbowy stan wiosenny były pewnie podobny lub taki sam, za to zakładam, że rodziny mogłyby być w lepszej kondycji z ustaniem mrozów. Gdybam. Nie dowiemy się tego. Czy to oznacza, że lepiej zimować mniej rodzin, a silniejsze? Tak w końcu głosi jedna z podstawowych zasad pszczelarskich. Bez żadnej wątpliwości przyznam temu rację z produkcyjnego punktu widzenia. Z punktu widzenia selekcji na przeżywalność wciąż mam wątpliwości, a skłaniam się raczej do tezy przeciwnej. Bo przecież taka selekcja to pewnego rodzaju ważenie ryzyka. Nie upieram się i pozostawiam to do indywidualnej oceny każdej z rodzin - czy jest ona wystarczająca aby przetrwać zimę. To właśnie "maluchy" muszą wykazać większy wigor, żeby przetrwać, a ich przeżycie świadczy o jakości całej biologicznej układanki (jak to niektórzy nazwą: dobrych genach). Być może zeszłej jesieni popełniłem błąd i zazimowałem zbyt słabe rodziny. Bo też koledzy, którzy zimowali silniejsze, akurat tego roku cieszyli się sporą siłą z wiosny (większą od mojej), dobrym procentem przeżywalności (większym od mojego) i względnie dobrymi - jak na pszczoły nieleczone i ten etap selekcji - zbiorami miodu (większymi od moich). A być może dzięki większym presjom udało mi się lepiej odsiać słabeusze? To tylko gdybanie. Ta ostatnia teza jest mocno wątpliwa. Może trzeba było po prostu zrobić silniejsze rodzinki, albo szybciej i skuteczniej ratować je od głodu w trudnym zeszłorocznym sezonie podając regularnie cukier już w lipcu, a nie od sierpnia (piszę "regularnie", bo te, które absolutnie tego potrzebowały jakieś małe dawki dostawały i wcześniej). A więc z punktu widzenia bieżącego sezonu mogłem popełnić błąd przygotowując rodziny do zimy zeszłego roku. Z punktu widzenia długofalowej selekcji... - a to już nie wiem czy był to wybór dobry czy zły, ale taki podjąłem i pewnie podjąłbym znów. I pewnie się nie przekonamy, bo nie mamy do czego porównać tak, aby porównanie było zasadne i jednoznaczne.
Co ohrozuje vcely? 
Produkcyjnie było więc słabo, ale biologicznie jest dobrze. W początku sezonu - gdy pojedyncze rodziny dochodziły dopiero do siły 1 korpusu zacząłem robić "jednoramkowce" gęsto obsiadane przez pszczoły dorosłe. Były to rodzinki, które miały wyprodukować mateczniki - praktyka podobna, do tej zeszłorocznej. Te serie przyniosły sporo niepowodzeń. Sporo rodzinek utworzonych potem z wyciętymi z plastra matecznikami nie poradziły sobie i wypszczeliły się - nierzadko pociągając za sobą wyziębienie czerwiu. Typuję zamarcie mateczników, które spowodowało przeniesienie się robotnic do rodzin sąsiednich. Nie mając perspektyw na przyszłość (czytaj: larw do założenia mateczników), zabierają się gdzie pieprz rośnie i przenoszą się tam gdzie mogą być częścią pełnowartościowej rodziny. Rzecz jasna porzucając czerw i wszystko co znajduje się w ulu. Sugestią Łukasza było, że wycinanie mateczników po prostu nie służy larwom. Dodatkowo zasugerował, że być może lepszą praktyką będzie dokonywanie podziałów w 5 - 6 (przed histolizą) dniu od osierocenia, a nie 9 - 10 (po histolizie, "bezpośrednio" przed gryzieniem) jak robiłem to do tej pory. Ja sam nie wiem czy tak jest czy nie, bo okresowo lub jednostkowo działa to perfekcyjnie i matki gryzą się na potęgę, a potem przychodzi klęska za klęską. Nie wykluczam jednak, że Łukasz ma rację, a dalsze doświadczenia każą mi wierzyć, że ma. Otóż na dalszym etapie zrezygnowałem z tego cięcia i tworzyłem tylko tyle rodzin na ile pozwalały mi pełne ramki, na których znajdowały się mateczniki. Brałem więc do odkładów całą ramkę z nimi - nawet gdy było tam mateczników siedem, osiem czy więcej. Na pewno więcej mateczników "straciło się", ale też od tego czasu (po połowie maja?) miałem praktycznie 100% wygryzień i unasiennień. Chyba tylko w jednym przypadku było niepowodzenie - to i o 100% mówić nie można, czyż nie? Od tego czasu więc czego nie dotknąłem w pasiece, tam pojawiały matki, które zaczynały czerwić. Było dobrze - i mam nadzieję wciąż jest. W tym tygodniu zaczynam objazdy pasiek pod kątem ostatecznej oceny czy wszędzie są matki czerwiące i jak wygląda stan pokarmu w ulach. Rodziny, gdzie nie będzie matek będą na 90% od tego czasu likwidowane i łączone z innymi. Zabieram też ze sobą syrop i ciasto, więc tam gdzie będzie głód zacznę wspomaganie rodzin. Głodu się spodziewam, ale też liczę na dobry stan biologiczny rodzin. I choć wciąż spodziewam się sporej selekcji tej jesieni i zimy, to na tą chwilę przyznać muszę, że nic tego nie zwiastuje. Do tej pory widuję mało roztoczy i poza nielicznymi wyjątkami nie zauważam praktycznie żadnych objawów chorobowych. Oby tak dalej. Liczę na to, że do zimy pójdzie około 50 rodzin - a wygląda na to, że większych i stabilniejszych niż zeszłoroczne. Celem tego sezonu było zresztą pewnego rodzaju ustabilizowanie rodzin, aby na kolejną wiosnę mogły mieć większy potencjał. I wygląda na to, że może się to udać. Ale też mam pełną świadomość, że przez ten rok pszczoły mogły "uzbierać" więcej roztoczy, czy innych problemów. Jeżeli więc nie wypracowały do tej pory pewnych mechanizmów odpornościowych, to wraz z jesiennym wypszczeleniem... oj, mogą zacząć się kłopoty.

Bilansując beczkę miodu (piętnastosłoikową) i domieszki dziegciu, a nie chcąc też zapeszać, przyznać muszę, że do tej pory ten sezon należy do jednych z lepszych w mojej pasiece. W sporej mierze zawdzięczam to też współpracy w ramach stowarzyszenia, a w szczególności - głównie zeszłorocznej - pomocy Łukasza. Widzę, że potomkinie sprezentowanej mi przez niego "szesnastki" radzą sobie dobrze i nie wykluczam, że bez jego pomocy byłbym dziś dalej (w znaczeniu: "od celu") niż jestem.

Na koniec - jako ciekawostkę - dodać muszę, że w tym sezonie najlepiej rozwijającą się rodziną w całej pasiece była fortowa rodzina "J", wywodząca się od pszczół koleżanki Joli. Jest to rodzina, o której Łukasz opowiadał, jak to gwałtownie wypszczelała się rok temu po osieroceniu, będąc w bardzo wysokim stopniu porażona roztoczami. Rodzina ta była swoistą "roztoczową bombą". Jak się okazuje nie tylko ona przetrwała (przynajmniej do teraz), ale i Łukasz wcale nie donosi, że tam gdzie ta bomba zeszłego roku wybuchła przeżywa jakiś pogrom. O ile wiem, miejsce tamto wciąż należy do najlepszych miejsc Łukasza, gdzie pszczoły są w co najmniej dobrej kondycji. Widać więc, że demonizowane "bomby" nie muszą poczynić ogromnych szkód, jeżeli pszczoły mają już pewien potencjał, a samo olbrzymie porażenie nie musi zawsze zakończyć się dla rodziny upadkiem. Wydaje się jednak, że w pierwszym etapie selekcji może częściej zakończyć się źle... Każdy musi więc podejmować ryzyko na własną odpowiedzialność.

Mam świadomość, że kryzysy mogą nadejść jeszcze przed zimą i liczę się też z długą przerwą w nektarowaniu roślin - co niestety oznacza konieczność lania cukru do uli. Tym niemniej z ostrożnym optymizmem patrzę na najbliższe miesiące.