wtorek, 8 sierpnia 2023

Największe błędy gospodarki pasiecznej w kontekście populacyjnego zdrowia pszczół - cz. 1

W sierpniowym numerze miesięcznika "Pszczelarstwo" ukazał się mój kolejny artykuł (a raczej jego pierwsza część). Tym razem parę słów o zdrowiu populacyjnym. 


Zdrowie populacyjne to pewien skrót myślowy - a samą koncepcję można by wręcz poddać swoistej krytyce. Tak naprawdę populacja/e składa/ją się z poszczególnych osobników - jeśli więc część z nich ma się po prostu źle (w tym kontekście czasem mówi się o "dobrostanie"), to na jakiej podstawie można by mniemać, że populacja jest zdrowa? Cała dyskusja przypomina trochę tą o lesie, prowadzoną pomiędzy leśnikami produkującymi drewno z jednej strony, a z drugiej aktywistami ekologicznymi [czyli tymi, którzy zajmują się szeroko rozumianą ochroną środowiska] i/lub niektórymi naukowcami (bo też nie wszystkimi, a może nawet i mniejszością z nich?) zajmującymi się nauką ekologii [czyli tą, badającą współzależności między organizmami i środowiskiem]. Ci pierwsi nierzadko bronią tezy, że zdrowy las, to ten gdzie nie występują tzw. szkodniki (np. jemioła, kornik), drzewa są względnie młode (nie starsze niż w wieku rębnym), a ich korony zwarte ("las" w pełni wykorzystuje światło do produkcji drewna). Ci drudzy podpowiadają, że zdrowy las to raczej ten, w którym toczą się naturalne procesy - z przebudową drzewostanów spowodowaną zmianami środowiska i chorobami włącznie. A więc o ile w gospodarce leśnej kornik czy jemioła mogą być dobrą wymówką dla zwiększonej wycinki, o tyle przebudowa osłabionego drzewostanu spowodowana przez kornika, jest czymś dla lasu i przyrody zupełnie normalna i neutralna (przy czym dla jednych organizmów może być ona niekorzystna, a dla innych korzystna), a las, w którym umierają drzewa może być zdrowy. 

Ale wróćmy do pszczół. Zapraszam na część pierwszą artykułu. 


Największe błędy gospodarki pasiecznej w kontekście populacyjnego zdrowia pszczół - cz. 1


Za postępujący spadek kondycji pszczół miodnych w dużej części odpowiadają pszczelarze, a przede wszystkim ich stałe interwencje wstrzymujące naturalne procesy koadaptacji różnych organizmów. Większość błędów można byłoby łatwo wyeliminować, przyjmując za priorytet zdrowie populacyjne pszczół. 

Zdarza się, że początkujący pszczelarz lub osoba, która dopiero myśli o rozpoczęciu pszczelarskiej przygody, zapyta mnie o praktyczne rozwiązania w pasiece. Jeśli z kontekstu wnioskuję, że pytanie dotyczy raczej rozwiązań typowo gospodarczych (np. jak przyspieszyć rozwój pszczół? jak wyprodukować więcej miodu? jaka rasa czy linia pszczół byłaby najbardziej miodna? itp.), odpowiadam zdawkowo lub zastrzegam, że nie czuję się pod tym względem wyjątkowo kompetentny. Nie praktykuję bowiem pszczelarstwa, które określa się jako wysoko wydajne czy intensywne. Owszem, znam mniej lub bardziej szczegółowo wiele praktyk, ale moje wybory pasieczne rzadko idą w tym kierunku. Najczęściej, gdy poznaję jakąś nową metodę pszczelarstwa intensywnego, od razu wiem, dlaczego nie chcę jej stosować. Od lat próbuję bowiem kierować się raczej zdrowiem populacyjnym pszczół niż wydajnością. Zwykle podpytuję: na jakim celu ci zależy? Bo ten będzie determinował rozwiązania. To samo bowiem działanie może być poprawne lub błędne w zależności od celu, jaki sobie postawimy. Niestety znacząca większość książek (podręczników) pszczelarskich, artykułów czy wykładów (jak również innych dostępnych źródeł, jak choćby dyskusji w mediach społecznościowych, czy filmów na YouTubie) skupia się jedynie na problematyce wysoko wydajnej gospodarki pasiecznej. Zewsząd płyną praktycznie tylko porady dotyczące takiego sterowania rozwojem rodziny pszczelej, aby optymalnie przygotować ją na nasze pożytki. Mam wrażenie, że „optymalny” to pszczelarskie słowo nie roku, a co najmniej dekady. Niestety wciąż „optymalną” produkcję pasieczną wiąże się z dobrym zdrowiem pszczół, uważając, że skoro są produktywne, muszą być zdrowe. Tymczasem zwiększenie produkcji bardzo często odbywa się kosztem zdrowia rodziny pszczelej, a wiele praktyk hodowlanych kosztem zdrowia populacyjnego pszczół. 

Czy optymalizacja produkcji i metody intensywnego pszczelarstwa są złe? Również na to pytanie nie da się udzielić jednoznacznej odpowiedzi, gdyż ona zależy od kontekstu. Z punktu widzenia krótkofalowych potrzeb pszczelarza odpowiedź będzie przecząca: nie, to nic złego. Jeśli jednak popatrzymy na problem zdrowia populacyjnego pszczół, to sprawa nie jest już tak jednoznaczna, a z mojej perspektywy należałoby udzielić następującej odpowiedzi: co najmniej niektóre z metod intensywnego pszczelarstwa (tj. chowu i hodowli pszczół) oznaczają dużo zła dla zdrowia populacyjnego pszczół, a co za tym idzie - nawarstwiają problemy, przed którymi pszczelarze będę musieli stanąć. Uważam bowiem, że stosowanie metod pszczelarzenia sprzyjających zdrowiu populacyjnemu pszczół leży w długofalowym interesie wszystkich pszczelarzy. 

Odróżniam zdrowie populacyjne od zdrowia poszczególnych rodzin pszczelich, bo nie są to kwestie tożsame. Jestem sobie w stanie wyobrazić rodzinę pszczelą, którą w pewnej chwili (na osi czasu) będzie można uznać za organizm zdrowy, gdzie funkcje życiowe przebiegają prawidłowo (np. w toku kuracji zabito w niej pasożyty lub usunięto je w toku innego zabiegu, biotechnicznego), a po dłuższym okresie na tej rodzinie (jak w soczewce) skupią się wszystkie problemy populacji i określenie „zdrowa” stanie się mocno nieadekwatne. Przez zdrowie populacyjne (w odniesieniu do człowieka nazywane zdrowiem publicznym) rozumiem stan, w którym utrzymuje się i umacnia mechanizmy zachowania dobrej kondycji poszczególnych osobników, a nie zwalcza choroby. W zdrowej populacji zwierząt możemy mieć do czynienia z różnymi dolegliwościami, w tym poważnymi schorzeniami poszczególnych osobników nawet śmiertelnymi, choć jeśli takich osobników jest dużo, trudno mówić o zdrowej populacji. Z biologicznego punktu widzenia eliminacja osobników chorych w procesie doboru naturalnego jest zupełnie normalna, a długofalowo sprzyja wręcz zachowaniu zdrowia populacyjnego, eliminuje bowiem osobniki nieprzystosowane, o słabych adaptacjach środowiskowych, czy będące podatne na rozliczne schorzenia (genetyczne, wynikające z braku reakcji immunologicznej na patogeny). 

Populacji pszczół miodnych w Polsce (jak i w znacznej części Europy kontynentalnej) zdecydowanie nie mógłbym nazwać zdrową: czy można ją tak określić, skoro absolutna większość rodzin pszczelich zginęłaby w wyniku chorób z chwilą zakończenia systemowego stosowania kuracji pestycydami? Uważam, że tego typu zagrożenie jest właśnie skutkiem współczesnych metod pszczelarstwa. Nie jest to jedynie moja opinia. Doktor Ralph Büchler z niemieckiego instytutu w Kirchhein (od niedawna na emeryturze) mówi: „Ten problem [brak populacyjnej odporności pszczół na warrozę – BM] został stworzony przez człowieka, nie wynika z natury czy biologii pszczół. To jest wyłącznie problem tego, w jaki sposób chowamy pszczoły”. 

Chciałbym także zastrzec, że nie jestem przeciwnikiem gospodarki pasiecznej. Choć sam miewam wątpliwości, czy moją praktykę można określić słowem „gospodarka”, to jednak, prowadząc pasiekę, wykonuję prace jak większość pszczelarzy. Główna różnica polega na tym, że nie stosuję kuracji przeciw dręczowi pszczelemu, unikam też praktyk, które, moim zdaniem, mogłyby wpłynąć negatywnie na zdrowie populacyjne (zdarza się, że odbija się to na zdrowiu poszczególnych rodzin), które w tym kontekście uważam za błędy. Jakie to błędy? Zostaną wyliczone w dalszej części artykułu. Większości z nich można by się ustrzec, prowadząc wydajne pszczelarstwo (mam nadzieję, że czytelnik sam dojdzie do tego wniosku). Unikanie większości niedobrych praktyk wcale nie musi odbić się znacząco na produkcji pasiecznej. W niektórych przypadkach być może pszczelarz musiałby urealnić swoje oczekiwania wobec pszczół czy też zacząć traktować rodziny pszczele indywidualnie (np. oceniając ich stopień porażenia i podejmując konkretne działania w określonym przypadku – co może w niewielkim stopniu zwiększyć konieczny nakład pracy), ale raczej traktowałbym to jako inwestycję w zdrowie populacyjne pszczół, które z czasem mogłoby przyczynić się do zmniejszenia koniecznych zabiegów w przyszłości. Z przeprowadzanych rozmów czy ankiet (np. w ramach programu Komisji Europejskiej EURBEST dotyczącej badania odporności pszczół na warrozę) wynika, że dla pszczelarzy odporność pszczół na warrozę jest istotniejsza niż inne cechy pszczół; wręcz byliby gotowi zrezygnować z części zbiorów (trudno jednak powiedzieć, o jakiej części mówimy). Mam jednak wrażenie, że przynajmniej w niektórych przypadkach, na deklaracjach się kończy, bo gdy trzeba dokonać konkretnego wyboru, często nie jest on zgodny z potrzebą kształtowania zdrowia populacyjnego. 

Sprowadzanie genetycznie obcych matek pszczelich


Za jeden z największych systemowych błędów pszczelarstwa w zakresie zdrowia populacyjnego uważam stałe przeciwdziałanie lokalnej adaptacji pszczół w naszych pasiekach, wynikające z masowego importu obcych genetycznie matek pszczelich z odległych rejonów. Z jakiegoś powodu pszczelarze wyjątkowo lubują się w tzw. testowaniu nowego materiału genetycznego. Najwidoczniej pszczoły, które mają w swoich ulach, rzadko są dla nich źródłem zadowolenia. Zresztą od tego grzechu nie są wolni również pszczelarze naturalni, choć skala eksperymentowania jest zdecydowanie mniejsza – oni także lubią testowanie coraz to nowych ekotypów i linii, choć znacznie częściej szukają pszczół z lokalnych podgatunków (zdarza się, że w tym celu sprowadzają np. matki pszczele z hodowli zachowawczych z odległości kilkuset kilometrów, czasem też zza granicy). Pszczelarze, których prace hodowlane podziwiam, także sprowadzali obce podgatunki pszczół (np. Erik Österlund w końcu lat 80. ub.w. przywiózł do Szwecji materiał genetyczny A.m. monticola z Kenii w Afryce, a naukowcy z Departamentu Rolnictwa USA importowali pszczoły primorskie z Kraju Nadmorskiego z Rosji. Następnie jednak przez kilka dziesięcioleci pracowali nad lokalnymi adaptacjami tych pszczół, nie sprowadzając kolejnych krzyżówek. Na początku własnej praktyki także kupiłem pszczoły z hodowli zagranicznych, gdzie pracowano nad ich odpornością na warrozę (za pośrednictwem polskich pszczelarzy), wierząc, że będzie ona większa. Od 2015 roku nie sprowadziłem żadnej matki pszczelej, a pracowałem jedynie z rodzinami, które z roku na rok przeżywały bez kuracji (owszem, do mojej pasieki trafiały inne rodziny, ale były to złapane rójki lub odkłady w ramach projektu selekcji i wymiany pszczół www.bees-fortknox.pl). Błędem nazywam więc nie tyle jednorazowe sprowadzenie pszczół, których właściwości są/mogą być dla nas ważne (obecnie najistotniejszą cechą powinna być możliwie wysoka odporność na choroby, w tym przede wszystkim na warrozę), ale stały i powtarzalny import coraz to nowych krzyżówek pszczół i tworzenie lokalnego miksu genetycznego. 

Dziś pszczelarze stale sprowadzają coraz to nowe reproduktorki zarówno z Europy Zachodniej (najczęściej różnych linii Buckfast opartych na „genetyce” pszczoły włoskiej), jak i Azji Mniejszej (np. A.m. anatolica) czy nawet Afryki (np. A.m. sahariensis). Owszem, dzięki temu mają szansę zwiększyć zbiory i takie postępowanie , w krótkim terminie, zapewne jest korzystne gospodarczo. Długofalowo jednak jest wyjątkowo szkodliwe dla adaptacji środowiskowych całej populacji pszczelej i zwiększa koszty koniecznych dodatkowych zabiegów pasiecznych czy kuracji. Te ostatnie najczęściej jednak nie są łatwe do powiązania z praktyką sprowadzenia matek – są odłożone w czasie, a tym samym związki przyczynowo-skutkowe bywają trudne do zauważenia. Poszczególne przypadki mogą mieć (lub mają) dość nieznaczny wpływ na populację, a prawdziwe szkody wynikają z masowości procederu. Dzięki tzw. efektowi heterozji poszczególne rodziny rozwijają się dynamicznie, noszą dużo miodu, wyglądają na zdrowe. Cała okoliczna populacja systematycznie traci jednak swoje adaptacje, a ponieważ zjawisko jest wyjątkowo powszechne, mówimy o populacji w skali całego regionu czy kraju. 

Importowanie obcych genetycznie matek pszczelich jest zjawiskiem, którego nie mogę zrozumieć także ze względów praktycznych. Owszem, oczekiwanie poprawy wyników ekonomicznych pasieki jest zrozumiałe. Jednocześnie jednak nawarstwiają się problemy – z dekady na dekadę trzeba wykonywać coraz więcej zabiegów, przy zwiększającym się ryzyku osypywania się pszczół (poza kwestią braku odporności na patogeny mamy tu też sztandarowy problem matek czerwiących w czasie zimy, grożący osypaniem się pszczół z głodu, co skutkowało wykształceniem się praktyki sprawdzania i ewentualnego uzupełnienia stanu pokarmu w rodzinie w czasie zimowli). Koszty takiego postępowania ponoszą także ci pszczelarze, którzy są dalecy od sprowadzania obcych matek, a pracują z tymi, które mają w pasiekach. Nie da się bowiem oddzielić populacji sprowadzanych od lokalnych. Wydaje się też, że co najmniej w 50 proc. przypadków sprowadzanie matek pszczelich kończy się fiaskiem (z różnych powodów): bądź to matki nie są przyjmowane przez rodziny, co tylko naraża pszczelarzy na koszty (matki obcych podgatunków są z reguły gorzej przyjmowane niż matki własnego podgatunku), bądź tworzone przez nie rodziny wcale nie okazują się bardziej produktywne niż te, które pszczelarze posiadają.

Rozwiązaniem tego problemu jest opieranie wychowu matek pszczelich na własnej populacji pasiecznej. Jestem przekonany, że przy obecnym miksie genetycznym, pszczoły w naszym otoczeniu są na tyle różnorodne, że każdy pszczelarz byłby w stanie w krótkim czasie i w wyniku prostej selekcji uzyskać taką populację, jaka mu odpowiada (przyczyniając się jednocześnie do poprawy adaptacji lokalnych). Ci zaś, którzy nie byliby w stanie poradzić sobie z podstawową selekcją i wychowem matek na własne potrzeby, mogliby korzystać z pomocy miejscowych hodowców (powiedzmy w promieniu do 50, maksymalnie 100 km), pracujących nad zdrową i produktywną populacją, zaadaptowaną do lokalnych warunków. 


Bezrefleksyjna walka z warrozą

Podjęcie walki z warrozą w skali, jaką obserwujemy dziś w pasiekach, uważam za kolejny błąd systemowy przyczyniający się do pogorszenia zdrowia populacyjnego pszczół. Sam zrezygnowałem z kuracji w ogóle, zdając się na selekcję naturalną. Mimo że zawsze uważałem, iż niepodejmowanie zabiegów przeciw warrozie byłby najszybszym i najlepszym sposobem wypracowania adaptacji lokalnych populacji pszczół, to zdaję sobie sprawę z minusów i zagrożeń (krótkotrwałych) takiego rozwiązania. Doskonale też rozumiem dlaczego dla większości pszczelarzy ta droga jest nieatrakcyjna. Uważam jednak, że wcale nie trzeba rezygnować z kuracji w ogóle (co za tym idzie zmniejszać przychody z pasieki), aby odwrócić kierunek ewolucyjny panujący w pasiekach (tj. pogarszanie adaptacji lokalnych pszczół i uzjadliwianie patogenów) w stronę poprawy przystosowań populacji. Postulat ten wcale nie jest nieracjonalny. Ba, jest daleko bardziej racjonalny niż obecna praktyka. 

Warroza jest chorobą bardzo podstępną, a przy tym złożoną. W krótkim artykule można jedynie ograniczyć się do podania kilku informacji i założeń: 
- dręcz pszczeli (Varroa destructor) nie zabija pszczół, jedynie na nich żeruje; 
- zabójcze dla pszczół jest połączenie dręcza i przenoszonych przez niego patogenów, pasożyt (bez patogenów, a przede wszystkim wirusów) jest dla pszczół względnie niegroźny; 
- gospodarka pasieczna, jaką prowadzimy, sprzyja uzjadliwieniu patogenów przenoszonych przez dręcza (tj. stają się one bardziej zaraźliwie i/lub zabójcze dla pszczół); 
- w naszym otoczeniu nie ma obecnie rodziny wolnej od dręcza pszczelego (jeśli nawet wszystkie pasożyty zostały zabite, pasożyt i tak zainfekuje rodzinę w okresie nie dłuższym niż kilka tygodni, a zapewne dni). 

Każda rodzina ma pewien próg tolerancji na warrozę – niektóre wytrzymują wysokie, inne niskie porażenie dręczem bez ujawniania problemów zdrowotnych; przekroczenie tego progu powoduje gwałtowny rozwój choroby i wypszczelenie (śmierć) rodziny pszczelej w dość krótkim czasie, maksymalnie kilku tygodni. Przyjmuje się, że rodziny średnio są w stanie wytrzymać do 3 proc. porażenia (3 samice dręcza na 100 pszczół) bez zagrożenia dla zdrowia i życia superoorganizmu. Przekroczenie tych wartości uważa się za wskazanie do niezwłocznego leczenia (przeprowadzenia kuracji mającej na celu zabicie roztoczy). Nie oznacza to jednak, że 3 proc. porażenia jest progiem tolerancji. Najczęściej jest on dużo wyższy (na poziomie min. 6–8 proc., a dla niektórych rodzin nawet kilkanaście), co oznacza, że do śmierci przeciętnej rodziny może doprowadzić przynajmniej ok. 1 tys. w okresie zimowli lub bezpośrednio przed nią, a w ciągu sezonu ok. 3–4 tys. pasożytów (4 tys. samic dręcza w rodzinie składającej się z 50 tys. pszczół to ok. 8 proc. porażenia). Jeśli za rodziny chore uznamy te, w których występuje pasożyt choćby w niewielkich ilościach (np. 50-100 osobników), to moim, zdaniem, musimy uznać, że ani jedna rodzina nie pozostaje zdrowa dłużej niż przez kilka dni w roku. Wątpliwe z założenia (na wielu poziomach – od gospodarczego do etycznego) wydaje się więc prowadzenie gospodarki pasiecznej przy wykorzystaniu osobników chorych. Za chore powinniśmy uznawać te superorganizmy, w których liczba pasożytów zbliża się do progu tolerancji (np. przekracza próg 3 proc. porażenia). Do czego zmierzam? Otóż, za systemowy błąd, wyjątkowo niekorzystnie wpływający na zdrowie populacyjne pszczół, uważam bezrefleksyjną walkę z warrozą w rodzinach pszczelich, które z pełną odpowiedzialnością moglibyśmy – w danym momencie - zakwalifikować jako zdrowe (jako osobniki, a nie jako część zdrowej populacji). Mówię tu o leczeniu tzw. profilaktycznym czy prewencyjnym. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego czasem wręcz namawia się (a takie głosy słychać – niestety – również w czasie wykładów i konferencji pszczelarskich) do walki z warrozą do ostatniego pasożyta, kilka razy w ciągu sezonu. Ralph Büchler uważa, że z tego powodu pszczelarze nie są w stanie zidentyfikować różnic w poziomie odporności rodzin pszczelich na choroby. Kuracje profilaktyczne przeprowadza się więc nawet wtedy, kiedy w ulach nie ma więcej niż 100 pasożytów. Długofalowo prowadzi to jedynie do skażenia środowiska życia pszczół (potencjalnie też produktów pszczelich) i uzjadliwienia całego zespołu pasożyta z patogenami, który z dekady na dekadę staje się groźniejszy dla pszczół miodnych, a jak twierdzą niektórzy naukowcy, również dla innych dzikich zapylaczy (pszczół samotnic). 

Rozwiązaniem tego problemu byłoby oparcie leczenia pszczół na kryterium uznania rodziny pszczelej za chorą. Nie wyobrażam sobie pozytywnej oceny sytuacji, w której podajemy pestycydy zdrowym superorganizmom (to samo dotyczy również podawania bez potrzeby leków innym zwierzętom czy ludziom). Zapewne najprostsze byłoby oparcie leczenia na kryteriach selekcyjnych, takich jak stopień porażenia (np. wspomniany już powyżej próg 3 proc.). To oznaczałoby jednak, że pszczelarz musiałby mieć świadomość (wiedzę), czy w danej rodzinie porażenie jest wysokie, czy niskie, musiałby więc je badać, metodami, które są opisane w literaturze czy dostępne w Internecie (wykorzystywanie większości z nich nie wymaga wysiłku i pracy). Obecnie wielu naukowców (w tym np. prof. James Ellis z Uniwersytetu Stanowego Florydy, USA) przekonuje, że każde leczenie pszczół należy poprzedzić sprawdzeniem stopnia porażenia i ponowić je następnie po kuracji, aby zweryfikować, czy zabieg przyniósł efekt. Postulat wykonywania kuracji jedynie na podstawie kryteriów (progów) selekcyjnych formułuje też Ralph Büchler, uważając że jest to rozwiązanie, które pozwoli odporniejszym rodzinom odnieść sukces reprodukcyjny. Moim zdaniem dopóki leczenie będziemy przeprowadzać według kalendarza, a nie oceny stanu zdrowia rodzin, nie posuniemy się do przodu w kształtowaniu zdrowej populacji pszczół miodnych


Brak systemowej selekcji odporności pszczół na warrozę


Nie sądzę, że w Polsce selekcję odporności pszczół miodnych na warrozę wykonuje więcej niż kilka promili pszczelarzy (chciałbym się mylić). O ile, znając nasze środowisko, mogę wyobrazić sobie, dlaczego nie robi tego wielu pszczelarzy amatorów, to zagadką jest, dlaczego od co najmniej dwóch dekad nie praktykują tego hodowcy zawodowi (mniej więcej po roku 2000 zaczęło pojawiać się coraz więcej doniesień – zarówno praktyków, jak naukowców, że niektóre populacje pszczół same radzą sobie z warrozą). Zapewne kluczem do rozwiązania tej zagadki jest praktycznie zerowe zainteresowanie pszczołami tolerującymi porażenie dręczem (będące zarówno przyczyną, jak i skutkiem skąpej wiedzy na temat odporności pszczół) i brak popytu ze strony klientów. Pszczelarze zdecydowanie wolą pszczoły noszące dużo miodu niż zajmujące się własnym zdrowiem. W tym kontekście trudno się dziwić, że polska populacja (w absolutnej większości poddana reżimowi gospodarki intensywnej) nie wykształciła mechanizmów odpornościowych. Stan zdrowia populacyjnego naszych pszczół jest absolutnie spójny z praktyką pszczelarską. 

Odporność pszczół na warrozę jest zagadnieniem bardzo lokalnym, a przy tym złożonym. Zidentyfikowanie rodzin, które samodzielnie zwalczają roztocza, jest względnie proste. Każdy z hodowców, których prace śledzę (lub śledziłem), z odpowiednim zapleczem (kilkaset rodzin pszczelich) był w stanie takie rodziny pszczele wyłowić w ciągu kilku (maks. 2-4) sezonów. Problemem trudniejszym i bardziej czasochłonnym było przeniesienie mechanizmów i cech odporności na szerszą populację, a następnie ich utrwalenie (ten sam problem mają ci, którzy próbują zdobyć materiał genetyczny). Większości z nich udawało się to zrobić w ok. dekadę lub półtorej (taki okres wskazują m.in. hodowcy: Danny Weaver z Teksasu, USA, Juhani Lunden z Finlandii, czy Erik Österlund ze Szwecji, ale także naukowcy – również w przypadku nabycia odporności przez populacje dziko żyjące). Oczywiście takie pasieki jak moja, w której nie zwalczam warrozy od 2014 roku, być może nigdy nie uzyskają zadowalającej odporności. Przede wszystkim mam jedynie kilkadziesiąt rodzin (każdego roku staram się zimować ok. 40) - z czego większość to odkłady, jestem otoczony przez pszczoły nieodporne, a do tego tam gdzie mieszkam pszczoły mocno odczuwają skutki przedłużających się okresów głodu (dziura pożytkowa spowodowana przez okresy suszy wynikające prawdopodobnie ze zmian klimatu). 

Rozwiązaniem tego problemu jest wdrożenie kilku bardzo prostych praktyk i... konsekwencja. Po pierwsze uważam, że naukowcy powinni zacząć edukować pszczelarzy w zakresie potrzeby pracy nad odpornością pszczół. To mogłaby stworzyć podwaliny pod popyt na pszczoły odporne, a także w pewnym stopniu wymusić na hodowcach podjęcie stosownych prac (zakładam, że każdy z hodowców wie, że pszczoły potrafią same walczyć z warrozą, a także zna metody selekcji tych cennych i potrzebnych pszczołom właściwości; zresztą, wydaje się, że hodowcy sami powinni podejmować starania, aby wykreować popyt na pszczoły mające te cechy). Po drugie powinni zacząć regularne prace nad hodowlą pszczół odpornych lub zintensyfikować je, (bardziej postępowe środowiska pszczelarskie dawno już tak działają). Po trzecie pszczelarze powinni sami podejmować próby selekcji odporności pszczół w pasiekach. Podstawowe zasady takiej selekcji są bardzo proste: problemem jest to, że wyniku nie można zagwarantować z góry (tj. konkretna populacja nie musi reagować na proces selekcji zgodnie z naszymi oczekiwaniami, zwłaszcza jeśli jest niewielka), a efekt zostaje odsunięty w czasie. Te okoliczności mogą więc pszczelarzy zniechęcać. Cechy odporności, choć coraz częściej o nich słyszymy, nie ujawniają się z taką mocą jak dzieje się to choćby na Wyspach Brytyjskich, dopóki nie zostaną rozpowszechnione w populacji pszczół.


Zapraszam na kolejną część artykułu we wrześniu - część 2.