poniedziałek, 11 października 2021

O odporności pszczół - część 1

 W październikowym numerze miesięcznika "Pszczelarstwo" ukazał się mój kolejny artykuł. Tym razem uzupełniam pewne, wynikające z ostatnich tekstów (o dzikich pszczołach oraz o selekcji), luki opisujące mechanizmy odpornościowe pszczół. Oczywiście wciąż daleko do wyczerpania tego tematu! 

Zapraszam do lektury!


Jeszcze o odporności pszczół (cz 1)

Dręcz pszczeli (Varroa destructor) jest z nami już 40 lat, a mimo to zdecydowana większość pszczół wciąż sobie z nim nie radzi. Nie dlatego, że nie są w stanie kontrolować samodzielnie populacji roztocza, ale z powodu stałej ingerencji człowieka. Mówiąc o ingerencji człowieka mam na myśli nieustające próby przeciwdziałania procesowi koewolucji wielu gatunków, w tym pszczoły miodnej i Varroa destructor oraz innych organizmów, zwłaszcza patogennych. Tymczasem w środowiskach lokalnych postęp w tym aspekcie jest bezsprzeczny. To dowód, że uwolnienie pasiek od substancji toksycznych jest możliwe. To, czy będziemy stale używać tzw. chemii w pasiekach, czy też w ciągu kilku dekad będzie można z niej zrezygnować zależy tylko od naszej wiedzy, chęci i wyborów.

Postęp po stratach

We własnej pasiece nie zwalczam dręcza od roku 2014. Daleki jestem od twierdzenia, że problem został rozwiązany. Chciałbym jednak wierzyć, że mam już za sobą pierwszy etap – jak mniemam – najtrudniejszy pod każdym względem. Uważam, że cała populacja pszczół w mojej pasiece zaczęła okazywać pewną tolerancję na dręcza. Od kilku lat jestem w stanie utrzymać przy życiu względnie stałą liczbę rodzin pszczelich, choć „zasoby pszczół” muszę przeznaczać raczej na rozwój i odbudowę pasieki niż produkcję miodu. Na tym etapie trudno utrzymywać silne rodziny przez cały sezon. Te, które wiosną szybko dochodzą do siły i są zdrowe, przeznaczam raczej na odkłady. Dla wielu pszczelarzy taki efekt nie byłby zadowalający. Do każdej zimowli podchodzę z większym – zapewne - niepokojem niż większość pszczelarzy i tym bardziej niecierpliwie czekam na pierwsze obloty.
W roku 2014 i 2016 doświadczyłem załamania populacji pszczół (za pierwszym razem straciłem wszystkie rodziny, za drugim - pozostała mi jedna). Wtedy całe pasieki utraciło także wielu doświadczonych pszczelarzy w regionie, mimo że stosowali środki zaradcze. Moje największe „porażki” (po tym jak przestałem leczyć pszczoły) miały zatem związek z sytuacją w całym województwie; nie był to skutek jedynie moich działań. Od roku 2017 (również dzięki współpracy z pszczelarzami myślącymi podobnie) kondycja rodzin, które wychodzą zwycięsko z zimowli zdaje się poprawiać, a ich rozwój cechuje większy wigor. Nie jest to koniec trudności, ale zakładam, że pszczoły (linie), które przetrwały, musiały wykształcić mechanizmy odporności na podstawowym poziomie. Wciąż jest to jednak zbyt krótki okres, by wyciągać prawidłowe wnioski na przyszłość.
W tym miejscu trzeba podkreślić, że wielu przedstawicieli środowiska naukowego nie neguje zdolności populacji pszczoły miodnej do przetrwania w obecności pasożyta, wyraża jednak obawy, że nie uda się prowadzić opłacalnej ekonomicznie gospodarki pasiecznej (zwłaszcza w krótkim okresie). Moja pasieka może być jednym z dowodów (przynajmniej na tym etapie), że po pierwszych upadkach rodzin pszczelich można utrzymać przy życiu populację pszczół zdolną do przetrwania bez kuracji, ale trudno prowadzić produkcję pasieczną. Jestem jednak zwolennikiem tezy, że po okresie wstępnej selekcji możliwa jest produkcja na co najmniej średnim poziomie. Dowodzą tego także przykłady pasiek zawodowych i amatorskich z USA, Wielkiej Brytanii czy Skandynawii. Czy tak będzie również w naszych warunkach, przekonamy się w ciągu kilku następnych lat.

Kwestia odporności

Wielu pszczelarzy uważa, że pszczół odpornych na roztocza nie ma i nie będzie (przynajmniej w najbliższych dekadach, niektórzy mówią nawet o tysiącleciach). Za odporne najczęściej uważają bowiem takie, które nie mają pasożytów. Jeśli tak, to trudno nazwać odporną pszczołę wschodnią (Apis ceranae), która współistnieje z pasożytem w długiej relacji pasożyt – żywiciel, bo przecież roztocze Varroa (V. destructor, V. jacobsoni) występują w rodzinach tych pszczół. Jeżeli więc pszczelarze oczekują od pszczoły miodnej odporności polegającej na zdolności pozbycia się całej populacji dręcza, wykracza to poza cechy pszczoły wschodniej. W jednej sprawie mają jednak rację: takiej pszczoły nie będzie. Jestem przekonany, że tak jak nie uda nam się całkowicie wyeliminować Varroa z pasiek środkami chemicznymi, tak nie uda nam się wyhodować pszczoły, która całkowicie unicestwi tego pasożyta. Moim zdaniem za odporną powinniśmy uważać taką rodzinę pszczelą, która przez wiele lat potrafi utrzymać inwazję roztoczy na bezpiecznym dla siebie poziomie, niezagrażającym jej zdrowiu.
 
grafikę wykonał Mariusz Uchman



Bądź "częścią rozwiązania"!

Biolog Randy Oliver, zawodowy pszczelarz z Kalifornii (USA), który prowadzi znany blog „Scientific Beekeeping”, autor wielu artykułów popularno-naukowych, w sprawie odporności pszczół dzieli środowisko pszczelarskie na „część problemu” i „część rozwiązania”. Według niego pierwsza grupa („część problemu”) przyczynia się swoimi działaniami do wzrostu śmiertelności pszczół z powodu roztoczy. Oliver winą za obecny stan obarcza przede wszystkim pszczelarzy zawodowych. Drudzy, natomiast („część rozwiązania”) to pszczelarze, którzy selekcjonują pszczoły odporne na dręcza, a przy okazji nie „rozsiewają” roztoczy (ang. mite varroa bomb, bomba roztoczowa).

Historia inwazji dręcza pokazuje, że reakcja środowiska pszczelarskiego na ten problem ciągle ma tylko jeden wektor: zabić roztocza. Długofalowo jest to jednak rozwiązanie zupełnie nieskuteczne, bo taka praktyka prowadzi do utraty cech odporności pszczół, zatruwa środowisko ula i przyczynia się do powstawania bardziej zjadliwych populacji patogenów. Poza tym maskuje skutki problemu i odsuwa go w czasie – na kolejne sezony, a w konsekwencji obciąża nim kolejne pokolenia pszczelarzy. Oliver uważa, że pszczelarze sięgną po rozwiązania systemowe dopiero wtedy, gdy coroczna śmiertelność, mimo stosowania substancji toksycznych, będzie zbyt wysoka, aby pszczelarstwo w tej formie pozostało opłacalne i racjonalne. Wolą ponosić drobne koszty i każdego roku ryzykować, niż zainwestować w metodę ostateczną. Podczas trwającej wojny z dręczem stosuje się coraz to nowe związki chemiczne (bezpośrednio wymierzone w roztocza - akarycydy), ale też te, przeznaczone do dezynfekcji sprzętu pszczelarskiego oraz środowiska życia pszczół. Pszczelarze nie mając wyboru, muszą sięgać po to, co jest na rynku.

Wieloletnie zaniechania

Przyczyną problemu są zaniedbania hodowców oraz naukowców, bo to oni nie dali pszczelarzom alternatyw i nie skłonili do spojrzenia na problem z innej perspektywy. Ci pierwsi zmarnowali cztery ostatnie dekady, nie podejmując praktycznie żadnych działań, aby upowszechnić cechy odporności w populacji. Naukowcy ograniczyli się do edukowania pszczelarzy w zakresie tzw. „higieny” w pasiece i metod zwalczania pasożyta. Nie objaśniali zasad i znaczenia adaptacji do lokalnego środowiska czy koewolucji różnych organizmów, ich patogenów i pasożytów. Wprawdzie takie głosy czasem się pojawiają, ale nie mogą się przebić do świadomości pszczelarzy i hodowców, prawdopodobnie dlatego, że nie poświęca się im wystarczająco dużo uwagi. W konsekwencji kolejne pokolenia pszczelarzy nie wywierają presji na hodowcach, by ci dostarczali „odporny materiał”, a informacje o próbach hodowli pszczół odpornych komentowane są bądź to z ironią czy sarkazmem, bądź nawet z agresją. Ci, którzy chcą coś zmienić, nie tylko nie otrzymują wsparcia merytorycznego od bardziej doświadczonych pszczelarzy, ale spotykają się z powszechną niechęcią środowiska. Nierzadko poddają się po kilku latach, bo ich pasieki są jak wyspy, otoczone pszczołami o niskiej odporności.

Rozwiązanie problemu wymaga czasu i wysiłku. W niektórych projektach selekcyjnych lub naukowych udało się znacznie podnieść odporność pszczół. Ten efekt ginie jednak przy próbach rozpowszechnienia uzyskanego materiału genetycznego. Skoro jednak udaje się wypracować odporność lokalnie, można przypuszczać, że przeszkodą dla spopularyzowania jest wyłącznie niechęć pszczelarzy do podejmowania takich działań. Dotyczy to choćby naszego regionu geograficznego, o czym wspominałem, opisując dziko żyjące rodziny [„Pszczelarstwo” 12/2020; 3/2021]. Dlaczego zatem w ciągu ostatniej dekady nie powstały ośrodki naukowe i hodowlane, które prowadziłyby badania poświęcone selekcji i hodowli pszczół odpornych na inwazje dręcza. Materiał genetyczny (matki) populacji pszczół z Gotlandii, mimo stwierdzonych cech odporności, nie został udostępniony tym, którzy chcieliby wykorzystać go w pracy selekcyjnej.

Strategia działania

Logikę leczenia pszczół można w skrócie przedstawić tak: zabijając roztocze, likwidujemy wektor patogenów – im mniejsze porażenie dręczem, tym mniejsze zagrożenie wirusami i bakteriami chorobotwórczymi. Problem narasta jednak w wyniku tych działań. Rozwiązanie długofalowe powinno neutralizować zagrożenie w całości. Po pierwsze, w toku selekcji pszczoły muszą wykształcić (wzmocnić) cechy odpowiedzialne za zwalczanie roztoczy lub ograniczające tempo jego namnażania się. Po drugie, konieczne jest ewolucyjne zmniejszenie zjadliwości patogenów. Po trzecie, poprawie musi ulec odpowiedź immunologiczna pszczół na chorobotwórcze mikroorganizmy. Po czwarte, pszczoły muszą żyć w zdrowych, złożonych środowiskach mikrobiologicznych. Moim zdaniem nowoczesna gospodarka pasieczna i obecne kierunki selekcji wstrzymują systemowe działania na wszystkich wymienionych płaszczyznach, podczas gdy dobór naturalny wspiera je długofalowo. Selekcja naturalna staje jednak w poprzek krótkoterminowym interesom pszczelarstwa (lub: pszczelarzy). Dla wielu osób jest nie do przyjęcia także ze względów etycznych. Rozwiązanie problemu nie jest zatem proste.


sobota, 7 sierpnia 2021

Pszczołom pozostawiam swobodę, czyli wywiad z dr Davidem Heafem na łamach Pszczelarstwa

 W sierpniowym numerze "Pszczelarstwa" ukazał się wywiad jaki przeprowadziłem z dr Davidem Heaf zimą zeszłego roku. Naszą rozmowę - na bazie której powstał ten tekst - możesz zobaczyć na moim kanale Youtube

Zapraszam do lektury!


Pszczołom pozostawiam swobodę


Doktor biochemii David Heaf z Llanystumdwy (hrabstwo Gwynedd) w Wielkiej Brytanii od 2003 roku chowa pszczoły amatorsko. Odbiera im jedynie niewielkie ilości miodu, pozostawiając go rodzinie na okres zimowli. W swojej pasiece stara się izolować rodziny. Gospodaruje głównie w ulach Warrégo (ale też tzw. uli narodowych, najpopularniejszych na Wyspach Brytyjskich, oraz konstrukcjach rosyjskiego pszczelarza, Fedora Lazutina, podobnych do uli warszawskich). Jest autorem książek Natural Beekeeping with the Warré Hive. A manual [Pszczelarstwo naturalne w ulach Warrégo. Podręcznik], The Bee-friendly Beekeeper. A sustainable approach [Pszczelarz przyjazny pszczołom. Podejście zrównoważone], Treatment-free beekeeping [Pszczelarstwo bez leków]. Podstawowe zasady jego gospodarki pasiecznej to: minimalna ingerencja w cykl życiowy rodziny pszczelej (konstrukcja ula Warrégo), rezygnacja ze środków toksycznych, parzących i biobójczych, wykorzystanie pszczoły przystosowanej lokalnie, akceptowanie rojenia się pszczół jako części naturalnego cyklu życiowego superorganizmu.

Pszczelarstwo na Wyspach Brytyjskich, w tym w Walii, nie przypomina gospodarowania, jakie znamy w Europie kontynentalnej. Wydaje się, że podstawowa różnica polega na tym, że na kontynencie każda próba zrezygnowania z leczenia może się skończyć tragicznie…

To prawda. Niedawno rozmawiałem z pszczelarzem z Berlina, który miał 70 rodzin. Z dnia na dzień postanowił jednak odstawić leczenie i zastosować tzw. „test Bonda” [najkrócej mówiąc: „żyj i pozwól umrzeć” – BM]. I co się okazało? Stracił prawie wszystkie rodziny…

Moi znajomi (i ja też) mamy za sobą tego typu doświadczenia. W pierwszej fazie selekcji większość z nas straciła prawie wszystkie rodziny, co było wielkim ciosem. Czy to prawda, że pszczelarzom brytyjskim łatwiej jest zrezygnować z leczenia pszczół? Że odsetek rodzin, które pójdą na stracenie, traktują jako „akceptowalny”?

Nie zawsze tak jest. Na początku ja również straciłem całkiem sporo rodzin. Ale w mojej okolicy, w podobnym czasie, z leczenia pszczół zrezygnowało wielu innych pszczelarzy, a ich straty w porównaniu z moimi były niewielkie. Ostatnią kurację w mojej pasiece przeprowadziłem w 2009 roku. W pierwszych latach po rezygnacji z kuracji przeciwko dręczowi straciłem 45 proc. rodzin, a w czwartym roku – niemal dwie trzecie pasieki. To nie jest mało. W styczniu 2021 roku najdłużej żyjąca rodzina pszczela liczyła ponad 10 lat (od osadzenia roju), a średnio rodziny (żyjące) są w wieku ok. 5 lat (16–127 miesięcy). Od 2007 roku straty zimowe szacuję powyżej 16 proc, jeśli natomiast weźmiemy pod uwagę okres od 2011 roku – 9 proc. W tym roku wszystkie moje rodziny przetrwały, co obniża ogólne statystyki śmiertelności do 15 proc., a straty od 2011 do 8 proc. Z danych wynika, że początki są trudne, ale później straty są na poziomie akceptowalnym; mniej więcej takim, jakie przed inwazją dręcza. Dodam jeszcze, że od 2007 roku część moich rodzin prowadzę w ulach Warrégo. Tych pszczół dotąd nie leczyłem.
 

Polskie statystyki w pasiekach, gdzie nie leczy się rodzin wyglądają zdecydowanie gorzej niż brytyjskie. Wiele pszczelich rodzin ma również kłopoty zdrowotne…

W pasiece pszczelarza z Berlina ostatecznie pozostały dwie rodziny. Ten efekt tzw. „wąskiego gardła ewolucyjnego” [eliminacja bardzo dużego odsetka rodzin nieprzystosowanych – BM] jest powodem do zmartwienia. Pozostająca populacja jest bowiem nieliczna, co może grozić ograniczeniem różnorodności genetycznej. Przy tak dużych stratach populacja traci bardzo wiele cennej informacji genetycznej. Z tym ryzykiem trzeba się liczyć. Istnienie tego mechanizmu potwierdziły też badania przeprowadzone przez Thomasa Seeley’a na dzikiej populacji pszczół lasu Arnot. Tam także ustalono, że pszczoły przeszły przez „wąskie gardło ewolucyjne”.

Czy może Pan jednak pokusić się o hipotezę, która mogłaby wyjaśnić różnice w odsetku przeżywalności pszczół pozbawionych kuracji na terenie Wielkiej Brytanii i Europy kontynentalnej? Pszczelarstwo brytyjskie skupione jest głównie w rękach pszczelarzy amatorów, hołdujących tzw. szeroko rozumianej gospodarce ekstensywnej, a pszczelarze zawodowi należą raczej do wyjątków. Na wyspach wykształciła się też duża populacja dziko żyjących pszczół. Rodziny bez dozoru pszczelarzy żyją samodzielnie po kilka, a nawet kilkanaście lat…

Obserwuję kilka takich dziko żyjących rodzin w okolicy, utrzymuję kontakt z osobami, które znają kilkanaście takich gniazd. Mój przyjaciel, Clive Hudson, w okresie 2010–2015 prowadził wśród okolicznych pszczelarzy badania ankietowe dotyczące śmiertelności pszczół leczonych przeciwko warrozie oraz niepoddawanych kuracjom. Wynika z nich, że większość pszczelarzy z Gwynedd pszczół nie leczy, a średnia wieloletnia śmiertelność rodzin nieleczonych jest niższa (13 proc.) niż pszczół poddawanych kuracjom (19 proc.). W jednym ze swoich opracowań Clive pyta o przyczyny tej sytuacji. Po pierwsze: czy mamy do czynienia z jakąś specyficzną rasą lub linią pszczół? Okazuje się, że pszczoły wszystkich okolicznych Walijczyków to „mieszańce” (nikt nie posiada pszczół czysto rasowych. Wprawdzie sporo lokalnych pszczół jest w typie rasy Apis mellifera mellifera, nie można ich zatem jednoznacznie traktować jako „mieszańce”). Hipoteza jakoby niska śmiertelność ma wynikać z wykorzystywania konkretnej rasy lub linii pszczół odpada. Należy też zaznaczyć, że nie podejmowaliśmy żadnych kroków hodowlanych – po prostu przestaliśmy pszczoły leczyć. Następnie Clive wyklucza też, że przyczyną dobrej kondycji walijskich pszczół jest typ ula, okazuje się bowiem, że pszczoły hodowane są w różnorodnodnych ulach, czynnik ten nie może więc mieć wpływu na wyniki. Może zatem specyficzne otoczenie lub warunki środowiskowe (co mogłyby mieć wpływ również na pożytki). Po zweryfikowaniu i ten argument odpadł. Może zatem klimat? Walia leży w strefie łagodnego klimatu morskiego. Nie ma tu ostrych zim, charakterystycznych dla Europy kontynentalnej – zwłaszcza jej centralnej, wschodniej i północnej części… Czy więc różnice klimatyczne między naszymi regionami mogą być czynnikiem decydującym? Nie można tego wykluczyć… Miałem duży problem, by wskazać w Niemczech pszczelarza, który nie leczy pszczół. Z pomocą znajomych udało mi się znaleźć dwóch. Wydaje mi się, że sytuacja w Niemczech może być podobna do sytuacji w Polsce. Tam, tak samo jak i u Was, nie można nagle zaprzestać leczenia pszczół i oczekiwać wysokiej przeżywalności. Znaczenie może mieć także zagęszczenie rodzin pszczelich. Na przykład w Szwajcarii zagęszczenie pszczół jest dość wysokie. W Gwynedd natomiast jest ono względnie małe: na kilometr kwadratowy przypada nie więcej niż jedna rodzina. Z niewiele większym zagęszczeniem mamy do czynienia w pozostałej części Wielkiej Brytanii, choć na pewno są regiony, gdzie pszczół jest więcej niż w Walii. Ile jednak rodzin pszczelich jest u nas naprawdę, trudno powiedzieć, gdyż pszczelarze nie mają obowiązku rejestrowania pasieki. Prawo nakłada na pszczelarza obowiązek powiadomienia służb weterynaryjnych o podejrzeniu wystąpienia zgnilca amerykańskiego lub europejskiego, a to oznacza, że jeżeli w pasiece nie było takiego ryzyka, rodziny pszczele nie musiały zostać umieszczone w rejestrach. Nie przeglądałem danych na temat zagęszczenia pszczół w określonych rejonach Niemiec, Szwajcarii czy Polski. Ale znam pszczelarzy z Anglii, którzy żyją na terenie o wiele bardziej zurbanizowanym niż mój, gdzie pszczół jest zapewne więcej niż tutaj – a jednak śmiertelność pszczół – podobnie jak u mnie – jest niska.
 


Sprawa na pewno jest złożona. Mnie także się wydaje, że powodów lepszej kondycji pszczół walijskich należy upatrywać przede wszystkim w czynniku gęstości rodzin. Jest jeszcze inna rzecz, charakterystyczna dla sytuacji w Polsce, i niewykluczone, że dotyczy także pozostałej części naszego kontynentu. U nas sprowadza się do pasiek bardzo dużo obcych pszczół. Ja już tego nie robię, ale wiem, że wielu pszczelarzy ciągle uprawia ten proceder. Teraz bardzo popularne są linie pszczół obcych rasowo, co tworzy mieszankę genetyczną owadów, nieprzystosowanych lokalnie. Można podejrzewać, że w Wielkiej Brytanii import może być utrudniony choćby z uwagi na wyspiarskie położenie. Z tego też powodu bardziej „przyjazne” mogą być także patogeny, zatem lokalne pszczoły mogą lepiej się do nich adaptować. Tymczasem niewykluczone, że w Europie kontynentalnej pszczoły są transportowane z zagranicy wraz z obcymi patogenami.

Uważam, że import można traktować jako jedną z głównych przyczyn złej kondycji rodzin. Z tego powodu warto wspomnieć o kolejnej inicjatywie Clive’a Hudsona, który podjął próbę stworzenia czegoś, co można nazwać „dobrowolnym obszarem zachowawczym” [Volountary Conservation Area]. Pszczelarze gospodarujący na określonym terenie zobowiązują się do tego, aby nie importować pszczół obcych genetycznie. Mogą handlować pszczołami w ramach danego obszaru, ale nie wolno im kupować matek z zewnątrz. Ta koncepcja realizowana jest już w Irlandii. U nas na szczęście dominuje lokalna pszczoła oparta o ekotyp Apis mellifera mellifera. Zdaniem belgijskiego naukowca, Dylana Elena, który pracuje w walijskim uniwersytecie w Bangor, udział jej genów w pszczołach walijskich jest bardzo duży.

Jeden z polskich naukowców, zajmujący się genetyką pszczół, twierdzi, że bodaj ponad połowa pszczół na terenie Polski ma geny pszczoły środkowoeuropejskiej. Wciąż jednak sprowadza są pszczoły obce, które mieszają się z lokalnymi. W sprzedaży są: Apis mellifera saharensis, Apis mellifera anatolica, Buckfast z Niemiec, Danii, Austrii. Cały czas uczestniczymy zatem w tworzeniu mieszanki genów…

Dziś już nie wiem na przykład, co to jest pszczoła ‘Buckfast’. Ona nie jest hodowana przecież w opactwie Buckfast. Co zatem kryje się pod hasłem: pszczoła Buckfast? Trudno naprawdę powiedzieć…

Ja też mam wrażenie, że dziś nikt nie wie, czym jest „Buckfast”. Dla jednych jest to pszczoła, którą stworzył brat Adam, dla innych jest to metoda hodowli, a jeszcze inni uważają, że to każda krzyżówka pszczół. Niegdyś jeden ze szwedzkich pszczelarzy, Erik Österlund, twierdził, że jego pszczoły hodowane są metodą Buckfast. Podczas jednego z ostatnich spotkań, powiedział mi jednak, że obecnie nie może nazywać swoich pszczół ‘Buckfast’, bo przecież nie może znać intencji nieżyjącego już brata Adama. Własną pszczołę lokalną, którą hodował metodą Buckfast, Österlund nazywa pszczołą Elgon.

Jeżeli się nie mylę, to właśnie Österlund sprowadził geny Apis mellifera monticola, a więc jego pszczoły są częściowo zafrykanizowane.

On je sprowadził, ale wydaje mi się, że dziś nikt już nie wie, ile zafrykanizowanych genów naprawdę jest w jego pszczołach. O ile pamiętam „import”, o którym Pan wspomina, miał miejsce pod koniec lat 80. XX wieku, a więc od ponad 30 lat te pszczoły są lokalne dla miejsca, w którym żyją.

Rzeczywiście. Po drodze urodziło się już wiele pokoleń. O pszczołach Elgon wspomina się m.in. w filmie Eine Frage der Haltung, gdzie grupa ludzi próbuje wyhodować pszczołę odporną na choroby poprzez sztuczne unasienienie matek z wykorzystaniem pszczół Elgon i Primorskich. Jestem trochę sceptyczny co do rezultatów.
 


Selekcją pszczół odpornych zajmuje się wiele ośrodków. Ale być może problem przede wszystkim tkwi w patogenach, przenoszonych przez roztocza. Wymieniłem niedawno kilka maili z prof. Stephenem Martinem z Uniwersytetu Salford, pytając go m.in., w czym tkwi różnica między zjadliwością korańskiego i japońskiego haplotypu dręcza pszczelego. Tymczasem profesor zwrócił uwagę, że problemu należy upatrywać raczej w zjadliwości wirusa zdeformowanych skrzydeł (DWV), a nie haplotypie roztocza. Obydwa typy dręcza rozmnażają się równie skutecznie i mogą przenosić te same patogeny. Być może na Wyspach Brytyjskich DWV ma łagodniejszy przebieg.

Próbki do badań nad nim pobrano również z mojej pasieki. Okazało się, że moje pszczoły mają wysoki stopień porażenia tym wirusem. Był to jednak typ B wirusa, który część środowiska naukowego uważa za mniej zjadliwy. Tymczasem np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie odnotowuje się duże straty zimowe, występuje głównie typ A wirusa, o wiele bardziej niebezpieczny.

Jak ocenia Pan wpływ intensywnych metod gospodarowania na zdrowie pszczół? Rezygnując z leczenia pszczelarze Europy kontynentalnej w pierwszym okresie selekcji muszą liczyć się z tym, że populacja zostanie mocno nadwyrężona. Duża część pszczół umrze, kondycja innych znacznie się pogorszy. Czy Pana zdaniem w takiej sytuacji lepiej byłoby, gdyby pszczoły pozostałe przy życiu zostawić w spokoju, czy też intensywnie dzielić na odkłady, aby doprowadzić do wzmocnienia bardziej odpornych cech genetycznych i tym samym zwiększyć liczbę rodzin poddanych selekcji naturalnej? W drugim rozwiązaniu zakres ingerencji jest większy, większa jest też presja gospodarki na pszczoły, ale pozwala szybko pomnożyć liczbę rodzin w pasiece i odbudować ją po stratach. Moim zdaniem, jeśli rezygnujemy z podawania toksyn rodzinom, musimy liczyć się z taką alternatywą.

Zanim odpowiem, kilka zdań tytułem wstępu. Przed podjęciem decyzji o rezygnacji z leczenia, wielu z nas korzystało z organicznych środków do zwalczania roztoczy. Przed rokiem 2003 zorientowaliśmy się, że dręcz pszczeli w Wielkiej Brytanii stał się oporny na syntetyczne pyretroidy, takie jak tau-fluwalinat i szybko rozprzestrzenił się po całym kraju. Doradzano mi wówczas, żebym nie używał tau-fluwalinatu, a zaczął kuracje kwasem szczawiowym albo tymolem. Tak też zrobiłem. Zanim porzuciłem leczenie, wykonywałem zatem tego typu zabiegi. One nie niszczą wszystkich roztoczy. Nie wiem, na ile jest to prawda, ale możemy przyjąć, że jeżeli w rodzinie pszczelej są roztocze, pszczoły wykształcają odpowiednie zachowania, aby sobie z nimi poradzić. Być może zatem zaprzestaliśmy leczenia pszczół w momencie, w którym one wiedziały już, jak sobie z roztoczami radzić. Może odsklepiały komórki albo walczyły za pomocą innych zachowań higienicznych? A teraz odnośnie do gospodarki pasiecznej, o którą Pan pytał: moje gospodarowanie na pewno bardzo różni się od gospodarki Clive’a Hudsona, który jest pszczelarzem zawodowym. Jego metody są bardziej inwazyjne. Gdy zaczynałem, przestrzegano mnie, by w ciągu sezonu wykonywać przeglądy co dziewięć dni, sprawdzając czy nie pojawił się nastrój rojowy (w takim przypadku miałem podejmować środki zaradcze). Działałem według tych zasad przez wiele lat, zanim nie zacząłem gospodarować w ulach Warrégo. Gospodarka Clive’a w tym przypadku może być o tyle mniej inwazyjna, że nie musi się martwić o nastrój rojowy, bo Clive przycina skrzydełko matce pszczelej. Kiedy rój wyjdzie, część pszczół osiądzie na ziemi i pszczelarz może to zobaczyć, doglądając pasieki. Nie znam metod gospodarki innych pszczelarzy w naszym rejonie, ale sam ograniczam ingerencję do minimum. Gdy wyjdzie rój, próbuję go złapać (nie zawsze skutecznie). Monitoruję własne ule, by nie dopuścić do tego, że w którymś momencie rodzina pszczela osypie się, a jakiś rój osiądzie w ulu. Chcę też wiedzieć, w jakim wieku są poszczególne rodziny pszczele. Regularnie, przez cały rok sprawdzam rodziny, zwłaszcza podczas sezonu rojowego (obserwuję aktywność pszczół na wylotku). Złapanym rojom na początek podaję zwykle kilogram miodu, a potem zostawiam pszczoły same sobie, do końca lata. Mniej więcej w październiku ważę rodziny, aby ocenić ich zapasy. Jeżeli uznam, że nie wystarczy im jedzenia na zimę, dokarmiam – syropem cukrowym. Najczęściej zatem problem osypywania się rodzin z głodu odpada. Swoim pszczołom zostawiam swobodę i rzadko zaglądam do uli. Na pytanie: „Skąd, wiesz, czy nie masz w ulu zgnilca?” Odpowiadam: „Nie wiem”. Znam natomiast wyniki eksperymentu przeprowadzonego przez inspektora pszczelarskiego w Nowym Meksyku (USA), Lesa Crowdera, który nie leczy pszczół. On próbował zainfekować własne rodziny zgnilcem poprzez wkładanie do uli ramek z objawami tej choroby. Co się okazało? Pszczoły czyściły plastry! Na początku Crowder uznał, że zapomniał umieścić ramki w ulu. Kiedy jednak zrobił to ponownie, okazało się, że niebawem ramka znów była czysta, bo pszczoły szybko zrobiły porządek. Mogę sobie pozwolić na taką swobodną gospodarkę m.in. dlatego, że w naszym regionie zgnilec jest rzadkością. Ostatnie przypadki tej choroby zarejestrowano wiele lat temu (zresztą w pasiece mojego mentora). O ile wiem, tutejsi pszczelarze nie sprowadzają pszczół z zewnątrz i dzięki temu możemy się czuć względnie bezpieczni. W południowo-wschodniej Anglii, gdzie problem zgnilca europejskiego ciągle istnieje, prawdopodobnie nie byłoby to możliwe.

Wizja gospodarki, którą Pan przedstawia jest dla mnie bardzo atrakcyjna. Ja też nie walczę z nastrojem rojowym i zdarza się, że rój ucieknie mi z ula. Uznaję, że to normalne. Najczęściej jednak, gdy rodzina gwałtownie rośnie, dzielę ją na odkłady. Z moich doświadczeń wynika, że złapane obce roje najczęściej giną, a nasze odkłady, pochodzące z populacji częściowo już przeselekcjonowanej, mają większe szanse przetrwania. Mam oczywiście na myśli pszczoły, które przetrwały pierwszy okres selekcji. A co Pan myśli o selekcji pod kątem specyficznych cech pszczół?


Moim zdaniem to wielka strata czasu. Na przykład selekcja pod względem VSH wymaga ogromnych środków i zaangażowania, przy tym ograniczona jest tylko do jednej cechy, podczas gdy pszczołom do przetrwania potrzebne są zespoły cech. Uważam, że najlepszą selekcjonerką pszczół jest natura. Sugerowałem to od dawna, choć bardzo mnie za to krytykowano. Robili to m.in. niemieccy pszczelarze organiczni skupieni w organizacji „Mellifera” [jedno z pierwszych stowarzyszeń pszczelarzy naturalnych w Europie – BM). Krytyczny wobec mojej opinii był też niemiecki magazyn pszczelarski „Biene Mensch Natur” [Pszczoła, człowiek, natura – BM]. Oponenci twierdzili, że dziś pszczoły są zależne od człowieka.

Czy powodem nie jest głównie sztuczna selekcja?

Też tak myślę. Niektórzy naturalni pszczelarze twierdzą, że dziś nie wolno nam oddawać selekcji naturze i że powinniśmy chronić pszczoły przed chorobami i pasożytem, który je atakuje. Pozostawienie pszczół bez kuracji i oparcie się na selekcji naturalnej uznano więc za nieetyczne.

Nie rozumiem tej krytyki, skoro poziom Pana strat nie odbiega od strat pszczelarzy leczących pszczoły – najwidoczniej w Pana pasiece leczenie nie odnosi zamierzonego skutku. Być może taka krytyka mogłaby być zrozumiała w naszej sytuacji, czyli tam, gdzie w pierwszym etapie umiera nawet ok. 90 proc. pszczół, a czasem i więcej. Zupełnie niezasadna wydaje się jednak w Wielkiej Brytanii. Ale pogodzić z tym, że moje pszczoły giną... To nie jest łatwe dla żadnego pszczelarza.

Dobrze to rozumiem. Każda umierająca rodzina pszczela budzi i niepokój, i żal. Ale taka sytuacja rodzi też wiele pytań. Wraz z inwazją dręcza pszczelego w obliczu poważnych trudności stanął cały gatunek... Moim zdaniem właśnie tu, na tym poziomie, jest miejsce na rozważania natury etycznej. Czy nie powinniśmy kierować się w działaniach dobrem gatunku? Skupianie się przede wszystkim na dobru poszczególnych rodzin, nieprzystosowanych do walki z zagrożeniami, nie jest najlepszym rozwiązaniem dla pszczół jako gatunku. W tej sytuacji troskę o poszczególne pszczoły można by uznać za absurdalną.

Dziękuję za rozmowę.