piątek, 6 marca 2026

Jak bardzo trzeba się napracować i ile zainwestować, żeby nie rozwiązać żadnego z pszczelarskich problemów - część 1

W marcowym numerze "Pszczelarstwa" ukazała się pierwsza część mojego nowego tekstu. Tekst ten jest wyrazem mojej frustracji i pewnej bezsilności związanej z brakiem realnych zmian w polskim pszczelarstwie. Wydawałoby się - z jednej strony, że wiele się zmienia: już tylko z rzadka takie osoby jak ja są wyzywane czy mieszane z błotem, a nadto zaczęła się pewna dyskusja wokół projektu zapoczątkowanego przez Ralpha Büchlera - Varroaresistenz-2033. Brzmi dobrze.

Z drugiej jednak strony cały czas słyszę - a przede wszystkim widzę - że polskie pszczelarstwo nie jest gotowe na zmiany. Słyszę też, że to mrzonki, że tym czy tym się nie udało i wciąż powszechne jest zniechęcanie do jakichkolwiek działań. O tak, pszczelarstwo nie jest gotowe na zmiany. To prawda, fakt. Ale to samo słyszymy od lat (ja odkąd się zajmuję pszczelarstwem czyli 2013 roku, ale przecież nie wtedy się pszczelarstwo i dyskusje zaczęły). Czyli kisimy się od lat w swoim sosie, a potem powtarzamy, że nie jesteśmy gotowi na zmiany. Nie jesteśmy, bo się bronimy przed nimi od dekad. To samo jest w dyskusjach społecznych czy ekonomicznych. Przykładowo Polska do dziś nie jest gotowa na ETS, choć znaliśmy te warunki wchodząc do Unii Europejskiej. Mieliśmy ponad 20 lat na jakiekolwiek zmiany - bo wiedzieliśmy co nas czeka, to była już wtedy oficjalna polityka i UE wyznaczyła długi czas na przygotowania, a my przystępując do Unii ją przyjęliśmy. Nikt nas niczym nie zaskoczył. Zmarnowaliśmy zupełnie ten czas. Zmiany zaszły wszędzie dookoła (swój "ETS" mają Chiny, czy miały USA za czasów innych niż obecne...), ale nie u nas, bo "nikt nam nie będzie w obcych językach", i tak dalej... Dziś budzimy się z ręką  nocniku i mówimy, że nie jesteśmy gotowi i że ktoś na nas coś wymusza. To samo jest w pszczelarstwie. W 2026 roku wciąż jesteśmy zaskakiwani warrozą i trudną sytuacją. Moim zdaniem bywa (nie wiem czy jest, bo to subiektywne odczucie) jeszcze gorzej niż dawniej. Przykładowo, w tle jest dyskusja o tym, że zmiany klimatu to brednie propagowane za pieniądze eurokołchozu, który chce zniszczyć polskie pszczelarstwo. Wciąż - nawet gdy wiemy to co wiemy o warrozie i innych chorobach pszczół - oglądamy różnej maści influencerów, którzy bezrefleksyjnie dymią kwaasem do ula, mówiąc: "zakładacie baterie, idziecie na pasiekę, kiedy macie czas dymicie". Bo kto by tam sprawdzał czy trzeba...

Podsumowując: mam dość. Przede wszystkim dość bełkotu, dość braku rzetelnej dyskusji, dość mentalnego zaścianka i średniowiecza (choć chyba przyrównanie tego co dzieje się dziś obraża średniowiecze). Z tym tekstem zamierzam więc zakończyć wszelkie aktywne próby docierania do pszczelarzy. Może raz na czas napiszę tu coś na blogu, pewnie będę pisał jakieś cykliczne podsumowania, ale zamierzam zakończyć (co najmniej na dłuższy czas, lata) pisanie artykułów do "Pszczelarstwa". Zamierzam też zrezygnować z jakichkolwiek innych aktywniejszych form działania, jakie albo podejmowałem, albo na które przynajmniej byłem otwarty. Po prostu jestem zmęczony rzucaniem grochem o ścianę i biciem głową w betonowy mur. Po 12 latach wreszcie zrozumiałem (brawo za bystrość i szybkość uczenia się, panie trutniu!), że nie ma to jakiegokolwiek sensu.
Biję się też z myślami czy wylać moje frustracje - nie tylko pszczelarskie, bo i społeczne - w sposób bardziej otwarty niż ten do "Pszczelarstwa" (powiedzmy, że takie rozwinięcie tego co tu we wstępie). Byłby to - powiedzmy - tekst terapeutyczny (sic!). No cóż, albo to opiszę, albo nie...

A teraz czas już na ostatni w ogóle lub ostatni na długi czas artykuł do "Pszczelarstwa". Zapraszam.

JAK BARDZO TRZEBA SIĘ NAPRACOWAĆ I ILE ZAINWESTOWAĆ, ŻEBY NIE ROZWIĄZAĆ ŻADNEGO Z PSZCZELARSKICH PROBLEMÓW - część 1

Wizje pszczelarstwa we współczesnym świecie są mocno zróżnicowane. Ale nawet wtedy, gdy mamy odmienne zdanie, warto przemyśleć argumenty, będące niejako w kontrze do tych bardziej powszechnych, utartych poglądów.

Kiedy czytam różne posty, artykuły, czasem książki (choć ich już z reguły nie kupuję, wystarczą mi te, które mam ) traktujące o „nowoczesnym” i „profesjonalnym” rozwiązywaniu pszczelarskich problemów, dochodzę do wniosku, że pszczelarze wykonują olbrzymi wysiłek fizyczny i intelektualny tylko po to, żeby do tego nie doszło. Nie dociekają ich istoty. Szukają jedynie „łat na powstające dziury”. Robią wszystko, żeby udało się przetrwać chociaż jeszcze jeden sezon dłużej, wykonując dokładnie to, co do tej pory – tylko „lepiej i bardziej”.

O co w tym pszczelarstwie chodzi?


Moim zdaniem dotarliśmy do pewnej ściany, której nie sposób pokonać, nie nabijając sobie kolejnych guzów i siniaków. Uważam, że powinniśmy na nowo zadać sobie kilka podstawowych pytań. A gdy już to zrobimy i odpowiemy na nie, być może wówczas będziemy wiedzieli, jak zredefiniować zasady zdrowego i zrównoważonego pszczelarstwa.
Zacznijmy od zastanowienia się o co tak naprawdę chodzi w pszczelarstwie. Inaczej to ujmując, prześledźmy motywacje, które kierują osobami podejmującymi to fascynujące zajęcie. Zakładam, że 99 proc. młodych adeptów nie zaczyna trzymać pszczół, żeby zostać wielkim pszczelarskim biznesmenem. Kierują się raczej pasją, chęcią kontaktu z przyrodą, ucieczką od codzienności – w świat dźwięków, zapachów, smaków, które pozwalają zapomnieć choć na chwilę o bieżących problemach. Nad ulem czas biegnie inaczej. Słowem motywacją założenia pasieki dla znaczącej większości – a przynajmniej tak mi się wydaje – jest hobby, pasja. Część osób na tym poprzestaje, ale pewnemu odsetkowi to nie wystarcza. Ani się nie obejrzą, a już obsługują co najmniej kilkadziesiąt pni, czasem kilkaset, a niektóre dochodzą do tysięcy. Hobby zmienia się w pracę, chociaż nierzadko nie przestaje ona pasjonować. A przecież, jak głosi przysłowie, ten kto z pasji uczyni zajęcie zarobkowe, nie przepracuje w swoim życiu ani jednego dnia. Bywa i tak, że nawet wielka pasja zmienia się w przykry obowiązek – szczególnie wtedy, gdy staje się przyczyną notorycznej frustracji. A ta może wynikać choćby z faktu, że pszczoły miewają problemy zdrowotne, bywa że giną masowo. Zdarzają się też złe lata, kiedy zamiast obserwować pięknie rozwijające się rodziny, gromadzące dużą ilość miodu (nawet nie na sprzedaż, ale na własne potrzeby) trzeba co chwilę mieszać wodę z cukrem i uzupełnić syropem tzw. żelazny zapas pokarmu w ulach. Jeżeli problemy zaczynają dominować nad pozytywnymi bodźcami, to tracimy motywację do oddawania się naszej pasji. Jednak wówczas nie sprawdza się również podejście biznesowe, bo koszty rozwiązywania nawarstwiających się problemów są większe od zysku.

BEE-WASHING


Bywa też tak, że decyzja o założeniu pasieki podyktowana jest chęcią realizacji jakichś proekologicznych celów. Wciąż słyszymy, że pszczoły są zagrożone i trzeba je ratować, a najlepszym na to sposobem jest wpieranie pszczelarstwa, zakładanie kolejnych pasiek i wprowadzanie pszczół miodnych w coraz to nowe, jakoby „niedopszczelone” regiony, np. do miast. Moim zdaniem pszczelarze są mistrzami green-washingu („zielone kłamstwo”) w „pszczelej” odsłonie, czyli bee-washingu, a pszczelarstwo miejskie jest kwintesencją i zarazem symbolem tego zjawiska. Termin wywodzi się on od angielskiego „brain-washing” (pranie mózgu) – wspominałem już o tym we wcześniejszym artykule. Niesamowicie silnie rezonuje ono w społeczeństwie, które dało sobie wmówić fałszywą tezę, że wspieranie pszczelarstwa, jako intensywnego chowu pszczoły miodnej, może pomóc ubożejącej przyrodzie, ekosystemom, środowisku, zapewniając jednocześnie pokarm rozrastającej się populacji ludzkiej. Tymczasem pszczoła miodna – jakkolwiek ważny element ekosystemu – nie jest niezbędna do podtrzymania zapylania dzikich roślin czy, tym bardziej, utrzymania różnorodnych ekosystemów. Zgadzam się jednak, że intensywny chów pszczół jest dość istotną częścią przemysłowego rolnictwa. Prawie żaden inny zapylacz nie pojawi się na zajmujących setki hektarów monokulturach. Pszczoła miodna sama też tam nie „przyjdzie”, ale można na czas kwitnienia roślin przewieźć „pudełka”, w których żyje, by zapyliła uprawy. W pewnym sensie, przy obecnym kształcie rolnictwa jest gatunkiem ważnym gospodarczo (trudno powiedzieć czy niezbędnym). Inną kwestią jest natomiast np. to, czy całe rolnictwo też nie powinno przejść gruntownej reformy, a może nawet rewolucji [o tym pisałem w innym tekście do „Pszczelarstwa”: „Zasada zrównoważonego rozwoju, czyli czas zmienić sposób myślenia” – przypis autora].

Udział pszczoły miodnej w ekosystemie w pewnym sensie można porównać do obecności ditlenku węgla w atmosferze. Proszę wybaczyć to wydawać by się mogło dziwne zestawienie, ale uważam, że w pewnym sensie jest ono zasadne. Już tłumaczę. CO2 jest niezbędny do życia, gdyż podtrzymuje ciepło na planecie w ramach tzw. efektu cieplarnianego (lepiej byłoby nazywać go szklarniowym). Bez niego skuta lodem Ziemia nie nadawałaby się do życia w znanej nam formie. Jego obecność w następstwie tego samego fizycznego efektu szklarniowego może być tragiczna w skutkach, gdy jest go zbyt dużo. Strefy klimatyczne planety mogą się całkiem rozregulować – to przecież już się dzieje na naszych oczach: susza, ograniczona dostępność do wody pitnej, fale upałów czyniące niektóre rejony niezdatnymi do życia ludzi, czy po prostu nadmierna ilość energii cieplnej w atmosferze, skutkująca większą częstotliwością i intensywnością naturalnych katastrof (burze, tornada, powodzie itp.).

Pszczoła miodna (Apis mellifera) jest naturalną i ważną składową ekosystemów w wielu częściach świata. Ale dzisiaj jej populacja na terenie naszego kraju jest zbyt duża. Rozwój pszczelarstwa odbija się na samych pszczelarzach. Stałe dostawianie coraz to nowych pni w ponoć niedopszczelonych miejscach skutkuje licznymi problemami epizootycznymi czy okresowym głodem wynikającym z konkurencji o pokarm przy ubożejących pożytkach. Tymczasem pszczelarski bee-washing trwa w najlepsze. Różnica pomiędzy pszczołą miodną a ditlenkiem węgla jest na omawianej płaszczyźnie taka, że wbrew propagandzie, ta pierwsza raczej nie jest nam niezbędna, a ich nadmiar nie spowoduje globalnych katastrof. Intensywny chów pszczoły miodnej w przepszczelonych krajobrazach stanie się przyczyną problemów lokalnych pszczelarzy i ekosystemów (np. wynikające z zanikania jakichś gatunków roślin lub zapylaczy). Prawdopodobieństwo, że przez brak lub nadmiar pszczół miodnych ludzie nie będą mogli egzystować na obszarze Ziemi o wielkości np. połowy dowolnego kontynentu jest minimalne, aczkolwiek długotrwałe skutki są jednak trudne do oszacowania.

Sądzę, że propagowany wzór uprawiania pszczelarstwa nie powinien polegać na sprowadzaniu obcego materiału genetycznego (matek), ciągłego stymulowania ich rozwoju po to by rodziny pszczele zajmowały siedem–osiem korpusów, a pozyskiwanie produktów pszczelich odbywało się kosztem ogromnych nakładów finansowych i przy negatywnym oddziaływaniu na środowisko. W moim przekonaniu uprawianie pszczelarstwa jest możliwe przy zachowaniu odpowiedniego komfortu pracy i stopnia realizacji swoich celów bez negatywnego oddziaływania na otoczenie - i to niezależnie od przyczyn leżących u podłoża decyzji o prowadzeniu pasieki, nawet jeśli są one czysto biznesowe.

Reakcja na problemy


W dobie narastających problemów bee-washing „dostaje wiatru w żagle” – jest problem z pszczołami, ergo trzeba wspierać i rozwijać pszczelarstwo. Ogółowi społeczeństwa, ba, pszczelarzom, nie tłumaczy się jakie jest ich rzeczywiste źródło. Rzadko wybrzmiewa bowiem stwierdzenie, że powodem wielu problemów jest brak wystarczającej ewolucji postaw w reakcji na zachodzące zmiany w otoczeniu i warunkach prowadzenia pasiek. Pszczelarze od lat postępują tak samo, natomiast zmieniająca się rzeczywistość na to już nie pozwala. Reakcją pszczelarzy na przepszczelenie danego terenu jest nierzadko zintensyfikowanie zabiegów przeciwwarrozowych. Dość powszechna jest także praktyka wprowadzania kolejnych rodzin tam, gdzie według dostępnych danych ich liczba nie przekracza wyliczonej dla kraju wartości średniego napszczelenia. Zapewne jest to wynikiem rozumowania, że skoro gdzieś lokalnie pszczół jest mniej to również mniejsza jest konkurencja, a presja chorób - słabsza. Niestety „poniżej średniej” to i tak więcej niż być ich tam powinno, żeby zapewnić normalny udział Apis mellifera w ekosystemie. Jeśli nawet w niektórych lokalizacjach - np. miejskich - występują jeszcze dobre, obfite pożytki, to nie znaczy, że trzeba je mocniej nasycić pszczołami. Krytykom nadmiernego rozwoju miejskiego pszczelarstwa (do których również się zaliczam) wcale nie chodzi o to, by z miast usunąć wszystkie amatorskie pasieki (zwłaszcza te, które mają długie tradycje rodzinne). Sprzeciw budzi raczej nadmierne zagęszczenie pszczół w imię źle rozumianej poprawy losu miejskich ekosystemów. Argument, że krajobrazy rolnicze są dziś mało przyjazne dla pszczół, a zbiory miodu w mieście bywają większe, więc trzeba je wykorzystać też nie jest zasadny. Możemy się z nim zgodzić wtedy , jeśli analizujemy go od strony krótkotrwałej opłacalności. Jeśli natomiast pójdziemy dalej bieżącą drogą, to wkrótce w przepszczelonych miastach pożytki także okażą się niewystarczające, a ostatnie tereny, które obecnie możemy nazywać (pod niektórymi względami przynajmniej) bardziej przyjaznymi dla pszczół, znikną w wyniku rozwoju intensywnego pszczelarstwa, tak jak zniknęły na dużych obszarach krajobrazów rolniczych.

Właściwe napszczelenie


Uważam, że powinniśmy jako środowisko pszczelarskie podjąć zdecydowane działania aby dążyć do korzystniejszego dla pszczół i ekosystemów zagęszczenia i rozmieszczenia rodzin. Jakie napszczelenie jest zatem właściwe? Odpowiedź nie może być jednoznaczna. Biorąc pod uwagę konkurencję o pokarm, wszystko zależy od obfitości i różnorodności pożytków. Dla przykładu na uprawie rzepaku zajmującej kilkaset hektarów wyżywią się setki, jeśli nie tysiące rodzin. Jeśli jednak zostawimy je tam po zakończeniu kwitnienia roślin, to prawdopodobnie ok. 90 proc. z nich nie dożyje do zimowli. Zginą z głodu. Być może kilka, ewentualnie kilkanaście procent (najsilniej rabujących) dotrwa do jesieni, dzięki zapasom zebranym od pozostałych. A zatem im teren jest bardziej zasobny w roślinność pylko- i nektarodajną, tym konkurencja o pokarm jest mniej dotkliwa dla zasiedlających go owadów. Wiadomo, że tam gdzie środowisko jest przyjazne, a na kilometrze kwadratowym nie stacjonuje więcej niż dwie rodziny (np. Wyspy Brytyjskie, Kuba), odporność pszczół na inwazję V. destructor buduje się samoistnie, ewentualnie z niewielką pomocą pszczelarzy. Natomiast tam, gdzie pszczół jest więcej, narastają problemy epizootyczne i śmiertelność. Mając na uwadze zdrowie pszczół, uznaję takie napszczelenie (dwie rodzin/ km kw.) jako maksymalne. Według danych z 2024 roku w Polsce na powierzchni 1 km kw. średnio ulokowanych jest 7,5 rodziny, a więc czterokrotnie więcej. Jednak w Małopolsce na 1 km kw. przypada ok. 14 rodzin. Natomiast w regionie najmniej napszczelonym (województwo podlaskie) jest ich 5, a więc gęstość rodzin przekracza wskazany limit 2,5 razy. Oczywiście presja chorób w regionach o nadmiernym napszczeleniu będzie tym większa im będą one uboższe w bazę pokarmową. O ile więc niemożliwe jest podanie jednej wartości optymalnego napszczelenia, to niewątpliwie możemy stwierdzić , że populacja pszczół miodnych w Polsce w kontekście ich dobrostanu jest zdecydowanie za duża.

Fake-newsy


Z prezentacji dra Semkiwa
Doktor Piotr Semkiw w październiku 2024 roku podczas konferencji, stwierdził że: W przestrzeni medialnej krążą nieprawdziwe informacje o przepszczelonym terytorium kraju, spadającej produkcji i nasilonych chorobach rodzin pszczelich […)]. Musimy walczyć z fake newsami [...]. No cóż, właśnie dlatego postanowiłem przytoczyć tą wypowiedź, ponieważ także jestem zdania, że powinno się z nimi walczyć. Z tego względu postanowiłem kategorycznie odciąć się od tych słów, posiłkując się opinią dr hab. Hajnalki Schentgyörgy z Zakładu Ekologii Roślin Instytutu Botaniki UJ : Myślę, że w takim układzie pan Semkiw jeszcze nie otworzył oczu na rzeczywistość, na to co się dzieje. W niektórych miejscach lokalnie na pewno są tu już dobrze widoczne problemy […], ale to będzie się tylko pogłębiać. Nawet jeśli on ogólnie nie widzi problemu, ten problem już jest i stoi w naszych drzwiach [...]. Ilość rodzin pszczelich świetnie wygląda w statystykach, ale moje pytanie jest takie: czy takie rodziny, które ledwo przezimowały są w stanie wydajnie zbierać miód? Czy są w stanie przetrwać cały sezon? Czy pszczelarze nie mają strat, które muszą niwelować produkcją kolejnych rodzin? Czy naprawdę tędy droga?” („Pasieka” 6/2025). Zgadzam się z praktycznie ze wszystkim poza tym, że w statystykach wygląda to dobrze. Moim zdaniem te statystyki są katastrofalne. W okolicy stacjonowania mojej pasieki (południowa Małopolska) dwa z ostatnich trzech lat (2023 i 2025 rok) były absolutnie dramatyczne, jeśli chodzi o dostęp pszczół do nektaru. Musiałem przez cały sezon podawać im syrop cukrowy (odkąd skończył się pokarm zimowy z końcem kwietnia aż do przygotowania do zimowli), próbując zapewnić im chociaż żelazny zapas i mimo tego, że karmiłem rodziny regularnie, nie zawsze mi się to udawało. Jeden z moich znajomych, utrzymujący ok. 100 rodzin w gospodarce zgoła innej niż moja (nastawionej na intensywną produkcję), przyznał się, że wiosną 2025 roku do końca czerwca zużył już ok. 800 kg cukru (w teoretycznie najlepszym dla pszczół okresie!). Zapewniam, że nie byliśmy w tym jedyni. Nie można jednak stwierdzić, czy ta sytuacja była spowodowana przepszczeleniem – wydaje mi się, że raczej przyczyną był stan środowiska (być może susza hydrologiczna – na roślinach były kwiaty, ale nie miały nektaru).

Walka z chorobami pszczół


Walka z chorobami pszczół polega obecnie przede wszystkim na mierzeniu się z postępującymi wciąż skutkami ubocznymi stosowanych przez wiele lat kuracji. Nie walczymy jedynie z pasożytem (Varroa destructor), ale także towarzyszącymi mu wyjątkowo zjadliwymi formami infekcji wirusowych, które są coraz bardziej zabójcze dla pszczół. Słuchając ostatnio pszczelarskich podcastów trafiłem na rozmowę z pszczelarzami z Australii, gdzie dręcz przedostał się kilka lat temu. Dzisiaj mają oni olbrzymi problem z dręczem, gdyż poziom porażenia niektórych rodzin przekracza nierzadko... 100 proc. – a to oznacza, że potencjalnie na każdej robotnicy pasożytuje co najmniej jedna samica Varroa. Pszczoły są w stanie wytrzymać takie porażenie (chociaż nie zawsze), ponieważ w Australii dotychczas nie potwierdzono występowania najbardziej zjadliwego zabójcy przenoszonego przez dręcza – wirusa zdeformowanych skrzydeł (DWV). Tymczasem w USA i Europie, za groźny i wymagający natychmiastowego przeprowadzenia leczenia poziom inwazji coraz częściej uznaje się ok. 1–2 proc., kiedy to jeszcze całkiem niedawno określano go na 3 proc., a podczas prowadzenia pierwszych programów selekcyjnych w USA (w latach 90. XX wieku) przyjmowano próg 10–15 proc. Dotychczasowy sposób prowadzenia walki z chorobami pszczół doprowadził więc do tego, że śmiertelność jest względnie stała (według oficjalnych danych dla Polski), ale co roku lub co dwa lata trzeba listę kuracji rozszerzyć o kolejny zabieg. Inaczej się już nie da. Podążając obecną drogą, generujemy więc coraz większe koszty prowadzenia pasieki – żeby „stać w miejscu” trzeba bowiem pracować coraz intensywniej (tzw. efekt królowej kier z „Alicji w krainie czarów”), bo w przeciwnym razie należy liczyć się z większymi stratami. Oczywiście powinny nam je zrekompensować coraz większe zbiory miodu z coraz bardziej wydajnych rodzin. Z tego względu hodowcy dwoją się i troją, żeby ich pszczoły były jeszcze bardziej produktywne i... jeszcze słabiej reagowały na środowisko (bo jak inaczej wytłumaczyć dojście do pełnej siły rodziny pszczelej jeszcze przed pożytkiem rzepakowym w kwietniu). Należy zatem postawić pytanie, o ile jeszcze wydajność produkcyjna pszczół będzie mogła wzrosnąć skoro pożytki stają się coraz słabsze. To ogólnoświatowy trend – nawet tam, gdzie wciąż pożytki są bardzo dobre, obserwuje się spadek zbiorów w porównaniu z poprzednimi dekadami, a w niektórych regionach konieczne jest dokarmianie pszczół przez większą część sezonu, aby nie osypały się z głodu.

W Stanach Zjednoczonych straty pszczół w zimie 2023/24 oszacowano w zawodowych pasiekach na 62 proc., co stanowi prawie dwie trzecie populacji pszczół w tym kraju, czyli ok. 2 mln rodzin pszczelich. To absolutny rekord, tak źle nie było nawet w szczytowym okresie występowania zespołu masowego ginięcia rodzin pszczelich (ang. Colony Collapse Disorder – CCD) pod koniec pierwszej dekady XXI wieku. Jesienią 2025 roku śledziłem trochę anglojęzyczne grupy na mediach społecznościowych, gdzie co chwilę początkujący pszczelarze wrzucali zdjęcia pustych uli z pytaniem o przyczynę takiego stanu, wyrażając zdziwienie: jeszcze kilka tygodni wcześniej było wszystko w porządku. Nierzadko byli przekonani, że rodziny się po prostu wyroiły. Świadczy to o braku edukacji i zrozumienia czym dzisiaj jest warroza. Oczywiście tych anegdotycznych historii nie należy odnosić do pszczelarzy zawodowych czy półzawodowych, którzy są doskonale zorientowani w przyczynach takiego stanu rodzin. Ze strony środowiska pszczelarskiego słychać głosy, że należy postępować w ten sam sposób, co do tej pory bardziej się do tego przykładając. Sarkastycznie można by to skomentować, że widać patogeny są jeszcze niewystarczająco zjadliwe i trzeba im umożliwić dalsze mutacje – przynajmniej do czasu, kiedy roczne straty sięgną 80 proc. Śmiem jednak wątpić, że wtedy pojawi się refleksja. Winston Churchill powiedział kiedyś, że na Amerykanów można liczyć, że jak już wyczerpią wszystkie złe rozwiązania, to wreszcie zastosują właściwe. Myślę jednak, że to szersza przypadłość, bo pszczelarze z wielu krajów (w tym z Polski) reagują podobnie. Jestem pewien, że gdy kolejny raz pojawią się rekordowe straty rodzin, za przyczynę zostanie wskazana niska skuteczność produktów warozobójczych, a potem wystosowany zostanie standardowy apel do środowiska naukowego o opracowanie i dopuszczenie na rynek nowych leków – najlepiej skutecznych, nieszkodliwych, nietoksycznych, na które dręcz nie będzie się w stanie się uodpornić. Oczywiście winą zostaną obarczeni także pszczelarze, którzy pszczół nie leczą, a do tych ja również się zaliczam.

poniedziałek, 3 listopada 2025

"Hobbystyczne pszczelarstwo bez chemii" według Michała Smyka, czyli coś na kształt recenzji

"Coś na kształt" bo nie będzie to jedynie i wprost recenzja książki Michała, ale raczej recenzja z dygresjami, historiami z własnych obserwacji, tłem i różnymi spostrzeżeniami. Dla jasności - nie zostało mi to zlecone, ani nawet zasugerowane, nic za to nie otrzymuję ani od wydawcy (Pasieka Smakulskich) ani od autora - ba, nawet nie wiem czy będą zadowoleni z treści tych akurat przemyśleń, bo będzie i trochę uwag, które z braku lepszego słowa, można by nazwać "krytycznymi". 

Ponieważ jestem autorem innej książki, która w tematyce (czy w jej pewnej części) pokrywa się z książką Michała, to będę się starał (nieudolnie?) unikać porównań czy wszelkich ocen typu "moja lepsza" czy też "moja gorsza". Jeśli ktoś chciałby książki porównywać, to niezależnie od tego co się wydaje mi czy Michałowi  powinien to zrobić ktoś inny niż my, bardziej zdystansowany. Ale też wcale nie uważam, że trzeba je bardzo porównywać - bo i po co? Wbrew temu czego się obawiałem, książki nie są za bardzo podobne (moim zdaniem). Zagadnienia, w których są zbieżne raczej omawiają w inny sposób, a zagadnienia, w których są rozbieżne omawiają na swój sposób. 

Odpuszczę sobie też oceny punktowe, nie oczekujcie więc, że ocenię książkę niczym Trump ocenił spotkanie z Xi (w skali od 1 do 10 na 12), czy też na jakiekolwiek inne noty. 

Recenzja krótka

Pomimo pewnych wątpliwości i zastrzeżeń (o czym będzie w recenzji długiej) pozycję tę uważam ogólnie za całkiem dobrą, czy może po prostu dobrą, w niektórych momentach aspirującą do bardzo dobrej (ale także w paru mniejszych i większych drobiazgach nie trafiającą do mnie) i zasadniczo wartościową, bo podtrzymującą ważną dyskusję, wartą kupienia i przeczytania, jeśli taka tematyka choć trochę Cię interesuje. 
Część pierwsza jest lepsza niż oczekiwałem, a część druga jest trochę gorsza niż liczyłem. Ale też w tematyce pszczół odpornych mam wysoko postawioną poprzeczkę, więc być może moja ocena nie musi być miarodajna dla przeciętnego czytelnika tej pozycji. 

A teraz przejdźmy do recenzji długiej i listy moich zastrzeżeń i uwag. Dla jasności - oczywiście, po pierwsze, duża część z poniższych uwag będzie oceną subiektywną, wcale nie musisz się z nią zgadzać. Po drugie, tu będzie lista raczej tego z czym się nie zgadzam, z czym polemizuję, czy co wzbudza moje zastrzeżenia czy wątpliwości. Będzie to więc lista uwag, które można by określić jako krytyczne, więc czytaj to z tym założeniem, że jest to tylko jakiś wycinek całości - i mam nadzieję, że po przeczytaniu tego wpisu nie uznasz, że książka składa się tylko z tych treści, które należy poddać krytyce - bo tak zdecydowanie nie jest. Ale wydaje mi się, że dla autora cenne są uwagi krytyczne (przynajmniej dla mnie są/były by) - i sam, gdy napisałem swoją książkę prosiłem m.in. Kubę Jarońskiego, żeby się jej czepiał (bo on znany jest z czepiania się, a jakże) - ale rzuciłem też publicznie prośbę o przesłanie mi uwag krytycznych. Trochę żałuję, że inni mi ich nie przesłali i moje wezwanie poszło w próżnię. Oczywiście najmilej jest słuchać pochwał, ale uczymy się najwięcej i dowiadujemy się co możemy zrobić lepiej właśnie z merytorycznej krytyki (mam nadzieję, że taka tu będzie?), jak i subiektywnych spojrzeń czepiających się mniejszych czy większych detali. To chyba lepsze niż mówienie: strona pierwsza super, strona druga boska, strona trzecia sam bym lepiej nie ujął, strona czwarta... itd. Więc przyjmij, że zasadniczo książkę oceniam pozytywnie, ale pozytywów albo nie omawiam szczegółowo, albo jedynie zdawkowo wspominam. A to co znajdziesz poniżej jest czepianiem się. Czy zasadnym czy nie, to już sam ocenisz. 

Kiedy pracowałem jeszcze "w nadzorze", to szefowie jednostek, które odwiedzaliśmy bardzo lubili jak wytykaliśmy im "przecinki". Wtedy wiedzieli, że zasadniczo wszystko jest ok. Bo jak się człowiek czepia przecinków, to znaczy, że zasadniczo nie ma czego innego. I pewnie duża część z mojego czepiania jest "przecinkami", choć mam i parę ciut poważniejszych uwag (subiektywnie) - sam ocenisz, czy według ciebie są to "przecinki" czy nie. 

No to do rzeczy, czyli recenzja długa

Książka składa się z dwóch części poprzedzonych przedmową. Przedmowa dotyczy pszczelarstwa hobbystycznego, a część pierwsza przedstawia pewne spojrzenie na opisaną (głównie) w prasie historię naszej rodzimej pszczoły środkowoeuropejskiej. Do tych części mam zasadniczo raczej mniej uwag, więc zajmijmy się tym od razu. 

Michał w bardzo fajny sposób zaczyna od przedstawienia założeń pszczelarstwa hobbystycznego. I robi to dobrze, a do tego bardzo dobrze, że to robi. Bo moim zdaniem ważne jest podkreślanie tego swoistego - nazwijmy to - etosu pszczelarza hobbysty. Coś obecnie nie istniejącego - wbrew temu, co niektórzy o sobie mówią. Mam na myśli to, że ludzie nazywający się hobbystami, w znaczącej znaczącej większości hobbystami nie są. Stosują metody przemysłowe, tyle że nierzadko na bardzo małej skali (np. 4-5 ulach). W swojej książce pisałem o pewnych metodach pszczelarstwa hobbystycznego, amatorskiego, ale choć różne metody opisałem może szerzej (np. w rozdziale o różnych typach gospodarki bezwęzowej) aż tak wyraźnie i wprost nie ująłem tego etosu jak zrobił to Michał. Za to plus.

Co natomiast jakoś tak mnie tknęło (bo nie wiem jak to ująć), to fakt, że Michał w zasadzie pozytywnie wypowiada się o gatunkach inwazyjnych (czy raczej negatywnie o podjętych staraniach w walce z nimi) - co jest tym dziwniejsze, że potem na około 100 stronach w zasadzie "gloryfikuje" (tak to ujmijmy) nasz rodzimy podgatunek pszczół i lokalne ekotypy. Michał pisze: 

"Człowiek oczywiście stara się swoje dążenia usprawiedliwiać. Tworzy całe systemy filozoficzno-naukowe uzasadniające ostry podział na organizmy "prawilne" i "niepożądane". Z reguły aby dostać się do tej drugiej grupy, trzeba być na danym terenie od niedawna (czyli krócej niż... 600 lat, po odkryciach geograficznych) i być zawleczonym (ach, co za adekwatne słowo!) gdzieś przez człowieka. Do tego, jeśli coś dany nowy organizm "wypiera" albo wpływa znacząco na skład gatunkowy w nowym miejscu, nie ma przebacz! 

U źródeł tego ustalania zasad, decydowania, jak ekosystem ma działać i wyglądać, leży sentymentalna natura ludzka. Ludzie nie rozumieją, że przyroda jest tworem w ciągłym ruchu: nie ma ustalonego raz na zawsze porządku, składu i relacji międzygatunkowych (...)" 

... i tak dalej. Zgoda, natura jest w ruchu nie ma ustalonego stanu właściwego, ale tak jak Michał udowadnia nam potem, że lepiej, żebyśmy się trzymali pszczoły rodzimej, bo ta jest bardziej "prawilna" i coś możemy stracić, jeśli ona zniknie, tak samo ekolodzy uważają, że lepiej, żebyśmy trzymali się rodzimej fauny i flory, bo i tu jest wiele do stracenia wraz z nią. Oczywiście, wydaje się, że z niektórymi gatunkami inwazyjnymi nie możemy wygrać i czasem szkoda naszego wysiłku, a walka jest swoistą donkiszoterią, ale jeśli pobłażamy nawłoci, rdestowcowi czy szopowi pracz... u? owi? (o wiem, szopom praczom!), to może też trzeba tak samo popatrzeć na te wszystkie ligustiki i anatoliki i uznać, że jest super, bo to wszystko jest przecież w ciągłym ruchu. Tak byłoby konsekwentnie. 

Pszczoła, którą skrycie podmieniono czyli część 1

W części pierwszej Michał opisuje nam historię naszej rodzimej pszczoły środkowoeuropejskiej, rozliczne opinie na jej temat oraz jak doszło do obecnego miksu. Muszę zgodzić się z recenzentem prof. Adamem Tofilskim (na tzw. czwartej okładce), że ta część jest szczególnie wartościowa i pouczająca. Tzn. przynajmniej była/jest taka dla mnie, bo choć książkę kupiłem głównie dla części 2, to ta pierwsza okazała się dla mnie lepsza i bardziej wartościowa. Nie znaczy to jednak, że jak jesteś początkującym pszczelarzem czy choćby doświadczonym pszczelarzem poszukującym drogi bezchemicznej, to nie uznasz, że ta druga część jest lepsza czy ważniejsza dla Ciebie. Po prostu, nie było dla mnie tam wiele nowości, powiedzmy, że liczyłem na głębsze spojrzenie na problem odporności pszczół, niż tam dostałem. Być może jednak dla Ciebie będzie to wystarczające, a bardziej pogłębione analizy mogłyby Cię znużyć. Więc to subiektywna uwaga. Mam jednak wrażenie, że jeśli szukasz pogłębionych analiz dotyczących zagadnienia odporności pszczół, to raczej w książce Michała ich nie znajdziesz, a jeśli szukasz pewnych instrukcji praktycznych z pewnym merytorycznym tłem, to ta książka jest dla Ciebie. I żeby była jasność, ktoś kto jest zainteresowany tematem i śledzi te zagadnienia, to i w mojej książce nie znajdzie nowości, bo jest to wiedza odtwórcza z rozlicznych źródeł i niewiele w niej rewolucyjnych tez. To po prostu oryginalne (każda swojego rodzaju) kompilacje, bez rewolucji. 

Niemniej jednak ogólnie część pierwsza książki była dla mnie bardzo ciekawa. Główne zastrzeżenia są dwa. 

Po pierwsze styl narracji (bardzo subiektywna sprawa) - O ile sam styl jakim posługiwał się Michał w tej części odbierałem pozytywnie, o tyle jednak całość narracji była zbyt szarpana. Michał uznał, że będzie "wciskał" (tak to określę) każdy możliwy wycinek prasowy, jaki znajdzie zgodny z bieżącym fragmentem. I to powodowało, że na jednej stronie bywały po 3 różne sposoby narracji, albo przeskakiwaliśmy między cytatami. Z jednej strony dodawało to wiarygodności, bo mamy przytoczone oryginalne słowa ludzi wypowiadających swoje opinie o pszczole rodzimej, czy innych podgatunkach, ekotypach, rasach czy liniach. Z drugiej strony jak wspominałem tworzyło to szarpaną narrację, często - dla mnie - rozpraszającą. Jakkolwiek wiadomo było (bo graficznie jest to dobrze wyróżnione) gdzie są słowa autora, a gdzie cytowane, to jednak mi osobiście to przeszkadzało w odbywaniu tej wyjątkowo ciekawej podróży po historii pszczelarstwa rozpoczynającej się w szczegółach od XIX wieku. I moim zdaniem był to zabieg niepotrzebny, a dla śledzenia samej narracji był w bilansie raczej minusem niż plusem. Bo akurat w tamtej części Michał pisał - tak to określmy - po prostu "fajnie" - logicznie, płynnie, rzekłbym z polotem. Moim zdaniem dużo lepiej czytałoby się tą część, gdyby w treści zostawić najważniejsze tylko elementy (nie więcej niż jedną trzecią tych przytaczanych cytatów, albo nawet mniej), część z nich (niekoniecznie wszystkie) skrócić, tylko do istotnych treści wplecionych w narrację, a pozostałe przenieść albo do przypisów dolnych (jeśli miałyby zostać dla podniesienia wiarygodności narracji), albo uczynić z nich jakiś osobny zbiór czy indeks z tyłu książki dla wyjątkowo tego potrzebujących. Moim zdaniem książka na tym by zyskała, a nie straciła.

Drugie z głównych zastrzeżeń jest chyba bardziej merytoryczne i metodyczne - otóż Michał chyba nigdzie (a jeśli tak było to mi umknęło) nie zastrzega jednego: że bardzo często przytaczane opinie są tylko opiniami tych ludzi (nazwijmy ich "zwykłymi pszczelarzami"), którzy te słowa pisali, a tylko w kilku przypadkach mamy właściwe badania przynależności rasowej (podgatunkowej) pszczół. Zmierzam do tego, że w niektórych miejscach mamy podnoszone, że pszczelarze oceniają swoje pszczoły jako takie czy inne, będąc w błędzie (jak to mówił były prezydent: "w mylnym błędzie") co w ich ulach siedzi. Przykładowo uważają je za krainki i jako takie je opisują, gdy tymczasem z jakiegoś badania wychodzi, że mają raczej pszczoły środkowoeuropejskie - gdy tymczasem w innych miejscach podobna opinia jest wiarygodna, która właśnie kwestionuje tą pierwszą. Wiem, zamotałem! Zasadniczo  wychodzi na to, że jak piszemy o pszczole krajowej jako dobrej, to wierzymy w tą opinię, jak piszemy o pszczole krajowej jako złej, to zastanawiamy się czy tam aby nie jest złośliwa krzyżówka międzyrasowa kaukaza i czy ktoś w błędzie lub mylnym błędzie co do swoich pszczół nie pozostaje. Tymczasem obydwie opinie są równie wiarygodne co do przedmiotu, którego dotyczą. Dziś często pszczelarze mówią: "te środkowoeuropejskie są fatalne i żądliwe, miałem takie u siebie i zlikwidowałem" - na pewno to chodzi o inne pszczoły! Michał sugeruje w książce, że te opinie nie są oparte na tym czym pszczoła środkowoeuropejska jest, a przynajmniej kiedyś była, a raczej na jakichś błędnych przesłankach. Czytamy natomiast w starej gazecie odwrotne stwierdzenie, że były super, miodne, łagodne, świetnie dostosowane - i wtedy Michał pisze (parafrazuję): dawny pszczelarz wiedział co pisze i co ma w ulu! A czym się zasadniczo różni jego opinia w gazecie od dziś czytanej opinii na forach? Przy czym zgoda - z tego co Michał pisze, a co zostało potwierdzane badaniami, prawdopodobieństwo, że w XIX wieku "nasza krajowa szara" była faktycznie "naszą krajową szarą" jest większe, niż, że obecnie każda złośliwa ciemna pszczoła jest środkowoeuropejską. 

Żeby była jasność - ja chciałbym, żeby były tu głównie nasze pszczoły krajowe, a nie anatoliki, kaukazy, sahariensisy czy inne buckfasty i raczej Michałowi wierzę (czy raczej przytaczanym przez niego opiniom najróżniejszych pszczelarzy), że pszczoła ta nie była taka zła, jak ją malują. Była chyba po prostu kapryśna - czasem do rany przyłóż, a czasem złośliwa jak teściowa. Tak mi się wydaje - ale znów, to tylko subiektywna opinia, nie oparta na żadnej w pełni wiarygodnej przesłance poza dowodami anegdotycznymi, czy różnymi historiami, także z omawianej książki. 


Inne zastrzeżenia z części 1

Pisząc ten post zacząłem po kolei wymieniać różne zastrzeżenia do poszczególnych zdań (które znajdowałem co parę lub paręnaście stron). Sporo tego potem skasowałem i odpuściłem pisanie kolejnych. Bo w jakiejś części byłoby to chyba niepotrzebnym czepianiem się uproszczeń, które i u mnie w książce na pewno się zdarzyły. Byłoby to też chyba zniechęcające do czytania tego przez potencjalnego czytelnika mojego bloga, bo post i tak robi się zbyt długi, a przecież o niektórych rzeczach wciąż chcę jeszcze napisać! Dopiero zaczynamy. Zdecydowałem się pozostawić tylko parę przykładów (wcale nie wiem czy tych najbardziej - że użyję takiego groźnego słowa: "rażących"). W każdym razie - choć niektóre rzeczy rzuciły mi się w oczy - nie uznaję tego za dyskwalifikujące. Ot, znajdziemy trochę nieścisłych definicji (albo inaczej - zbyt ścisłych, a tym samym nie odnoszących się do meritum), czy stwierdzenia, lub nadmierne uproszczenia. 

W końcu pierwszej części Michał decyduje się wrzucić parę definicji. Ma do tego pełne prawo i może zdecydować jak będzie posługiwał się danym terminem - byle było to względnie logiczne i konsekwentne. Może nawet napisać, że przez "rymcymcym" będzie określał pszczołę miodną i o ile potem będzie się tego trzymał, to z logicznego punktu widzenia wszystko jest w porządku. Jeśli jednak przyjęta definicja nie będzie w pełni logiczna, to wprowadzi czytelnikowi zamęt. Tak się trochę stało i tutaj, a w przypadku "lokalności" (str. 120-122) nie do końca zgodzę się, że przyjęta definicja musi sprowadzać się do tego, co Michał opisuje. 

Lokalność ma nie być ścisła, zero-jedynkowa - to spektrum. Zgoda. Michał pisze: "Przyjmijmy, że trzecie pokolenie po dowolnie sprowadzonej obcej matce można uznać za lokalne, o ile pszczoły wychowały sobie matki same, a te unasieniały się z wolnego lotu". Zgoda, że w przeważającej części przypadków może tak być, że to już dość lokalna krzyżówka, ale czy aby nie jest to definicja zbyt podatna na przypadki konkretnej rzeczywistości? Wyobraźmy sobie sytuację, w której sprowadzam obcą genetycznie matkę. Mam przy tym sąsiadów, z których wszyscy jak jeden - zgodnie ze sztuką pszczelarską (sic!) sprowadza obce reproduktorki i wymienia je co roku, a przy tym nie mamy żadnej dziko żyjącej populacji w otoczeniu. W pierwszym pokoleniu zostaje nam 50% genów naszej matki, a drugie 50% to obce geny sprowadzone rok wcześniej przez pszczelarzy. W drugim pokoleniu mamy 25% genów naszej matki, 25% obcych genów sprowadzonych przez innych pszczelarzy 2 lata wcześniej i 50% obcych genów sprowadzonych rok temu. W trzecim pokoleniu mamy 12,5% genów naszej matki, 12,5% proc obcych genów sprowadzonych 3 lata temu, 25% obcych genów sprowadzonych 2 lata temu i 50% obcych genów sprowadzonych rok temu. Czy na pewno możemy tą pszczołę nazwać lokalną? Ale przecież spełnia przyjętą definicję co do joty! Czy na pewno możemy mówić, że ta pszczoła jest lepiej zaadaptowana lokalnie (a chyba o to chodzi w tej całej "lokalności"?), bo unasieniała się z wolnego lotu i przeżyła u nas 3 pokolenia? Jak to się pięknie mówi: "sądzę, że wątpię". Więc możemy przyjmować definicje ogólne, które podlegają interpretacji (np. "lokalna pszczoła to zaadaptowana do miejscowego środowiska" - każde słowo jest jasne, ale wypadałoby teraz przyjąć kolejne definicje "adaptacji" czy "miejscowego środowiska"), albo przyjąć ścisłą definicję (jaką przyjął Michał), która zgubi nam trochę sens tego, że chodzi o to, żeby pszczoła była po prostu miejscowa i reagowała na środowisko. Więc przy zgodzie z Michałem, że to spektrum, uznałbym jednak, że lokalności nie da się zdefiniować ściśle przez pokolenia - bo przecież nie o to w tym chodzi, choć można przyjąć pewne założenia, że rzeczywistość jest trochę inna niż przywołany przeze mnie skrajny i mało prawdopodobny przykład. Pszczelarze wciąż i wciąż lubują się w sprowadzaniu obcych genów więc to, że nasze pszczoły żyją tu od pokoleń wcale nie musi (choć może) świadczyć znacząco o ich mocno lokalnym charakterze. Ba, powiem więcej: Michał na stu stronach części 1 udowadnia nam nam, dlaczego nasze pszczoły wcale nie są za dobrze lokalnie zaadaptowane, choć w dużej mierze wypełniają definicję z książki, bo są głównie unasieniane z wolnego lotu (a przecież jakaś część pszczelarzy swoich pszczół stale nie zmienia). 

Dalej w tym temacie Michał pisze (str. 123): "Takie właśnie pszczoły daje nam matka natura. Kilka omówionych wcześniej przykładów [jak rozumiem chodzi o populacje przeżywające np. na Kubie, Groix itp - BM] pokazuje, że łatwo ustabilizować ich genotyp (...) wystarczy strefa utrzymywana przez kilku, kilkunastu pszczelarzy". Ech, żeby to faktycznie było takie proste w naszej nomen omen lokalnej praktyce. Nie na Kubie czy w RPA ale tu, na polskim podwórku. Jak pokazał główny wątek części 1 omawianej książki, w społeczeństwie takim jak nasze (np. pobłażliwie patrzącym na organizmy inwazyjne? Patrz... "Przedmowa"?) nie jest to łatwe, a kto wie czy w ogóle możliwe. 

Na stronie 126 Michał pisze o wnioskach z badania COLOSS (przeżywalności lokalnych vs nielokalnych pszczół). Lokalne przystosowanie (wg. definicji autora to 3 pokolenia unasienienia z wolnego lotu) odnosi jednak do rodzimości. Ja sam przyznam w tej chwili nie pomnę definicji przyjętej w badaniu (a nie chce mi się tego odszukiwać... ot, lenistwo) - czy chodziło o rodzimość czy lokalność w rozumieniu "Hobbystycznego pszczelarstwa"? Tego nie wiem Wydaje się jednak, że mamy tu pewną nieścisłość, czy niekonsekwencję związaną z używanymi pojęciami. 

Kolejna wątpliwa dla mnie definicja to definicja rodziny pszczelej. Nie wiem czy była w ogóle potrzeba definiowania tego zagadnienia, a jeśli nawet, to i tu nie zgodzę się z Michałem ze wszystkim. Np. Michał pisze (str. 130): "Czym jest zatem 20 tysięcy robotnic bez matki i czerwiu? Anomalią, nie rodziną". No cóż, to mi trochę przypomina (choć nie chcę tu wchodzić w te zagadnienia) czy para ludzi żyjąca bez ślubu 20 lat jest rodziną? Albo czy dwoje ludzi tej samej płci wychowujące wspólnie dziecko od 15 lat razem jest rodziną, czy nie? Zostawmy to, wróćmy do pszczół. Mam ul, w ulu straciła się matka, pszczołom nie udało się wychować nowej, zostaje 20 tysięcy robotnic bez matki i czerwiu. Dlaczego to nie rodzina pszczela? Przecież dalej sieje trutniami (od trutówek) i realizuje wciąż swoje "biologiczne cele" - odżywia się, współpracuje, wychowuje trutnie (dąży do przetrwania genów, rozmnażania się) - przy okazji realizuje też cele które im wyznaczamy my ludzie: zapyla, zbiera miód. Rodzina jak nic. 

Kolejna sprawa. W książce Michał wspomina o kilku udanych próbach przeniesienia odporności wraz z genetyką pszczół - udało się to ponoć w odniesieniu do pszczół afrykanizowanych, jak i primorskich (russian bees). Jak mi się jednak wydaje to nie do końca tak. Przeniesiono genetykę tych pszczół, a tym samym pewne potencjalne cechy odporności na roztocze i/lub genetyczne predyspozycje ku temu, a niekoniecznie odporność na warrozę (co nie jest tożsame). Odporność kształtowała się lokalnie i w przypadku tych populacji - tyle tylko, że populacje miały już pewne narzędzia lepiej zagęszczone w swojej genetyce (tak to nazwijmy). Wydaje mi się, że trudno uznać, że Michał w tym miejscu napisał prawdę. Owszem, przeniesiono pszczoły, które wykazały się z czasem wyższą odpornością na dręcza niż standardowo użytkowana lokalnie populacja, co nie znaczy, że przeniesiono odporność. 


Inne zastrzeżenia ogólne z całej książki

W książce razi mnie trochę to, że Michał zlewa/utożsamia warrozę (chorobę) z roztoczem (Varroa destructor, dręcz pszczeli). Michał unika słowa "dręcz", które jest polską nazwą roztocza Varroa destructor. Widać go nie lubi, jego prawo. Ale pisząc o zagadnieniach odporności nie da się nie rozróżniać nazwy choroby od nazwy organizmu, który w pewnym sensie ją wywołuje, czy też jest jakby jej katalizatorem. Często też pisze "roztocze warrozy" - i ja wówczas nie wiem czy chodzi o "roztocze Varroa" (unikając polskiej nazwy, zdecydowanie tak bym pisał), czy też o "roztocze wywołujące warrozę" - co w pewnym sensie jest tożsame, jednak jakoś takie stwierdzenie mnie razi i mi nie pasuje. Jeśli chodzi o rozróżnienie między nazwą choroby i organizmu - to moim zdaniem dość ważna sprawa. Jeśli zaś chodzi o nazywanie "roztocza warrozy" w zbitce podobnej do "wirusa grypy", czy "bakterii zgnilca" to już kwestia subiektywnego podoba się vs nie podoba się. Mi się nie podoba, ale to nie byłaby - powiedzmy - uwaga nadmiernie merytoryczna. 

Przykładowo (str. 139) czytamy: "W jaki sposób, w skutek chemii i ogólnie zmieniła się warroza? Poza tym, że uodporniła się na część zabijających ją substancji, nie za bardzo. Zgodnie z obserwacjami nadal na przykład składa jaja w tym samym tempie (...)" itd.;

Dalej (str 174): "Wiadomo, że warroza od lat nie umie przyspieszyć tempa składnia jaj"

I jeszcze (str. 188): "(...) mówi się, że warroza z roku na rok coraz mocniej kryje się w czerwiu zasklepionym, więc coraz mniej jest jej w ciągu sezonu na pszczołach". I tak jeszcze w paru innych miejscach.

Warroza - choroba, dość mocno się zmieniła, bo jej przebieg jest ostrzejszy, trudniejszy do kontroli/leczenia - i to pomimo coraz lepszej kontroli pasożyta (tj. roztoczy w ulu coraz mniej, zabiegów zwalczających dręcza coraz więcej, a śmiertelność jest równie wysoka jak bywała, albo i wyższa). Nie wiem też czy choroba może się na coś uodpornić (tj. od strony językowej, wg mnie nie może). Może być właśnie trudniejszą do leczenia lub kontroli. Uodpornić się natomiast może organizm. Organizmy wywołujące warrozę (dręcz+patogeny) są zdecydowanie bardziej zjadliwe, ale faktycznie to nie Varroa (dręcz) taki jest, bo on - zgodnie z tym co pisze Michał - nie zmienił się za bardzo. Zmieniły się wirusy, stały się bardziej zjadliwe, zabójcze, łatwiej się przenoszą, łatwiej zabijają. Tymczasem z tego co pisze Michał warroza (choroba) składa jaja... Wiem, że wiele osób utożsamia "warrozę" z dręczem, ale to są zupełnie różne byty. Takie utożsamianie jednego z drugim mnie razi i moim zdaniem w książce o pszczelarstwie bezchemicznym tego być nie powinno. Jeśli z jakiegoś powodu Michał nie chciał używać polskiej nazwy "dręcz", powinien po prostu odnosić się innymi słowami wówczas, kiedy pisze o organizmie (np. pasożyt, Varroa, roztocze), a nie używać nazwy choroby - choć faktycznie powszechnie zdarza się tak pszczelarzom o dręczu mówić (a przez to, że dużo osób tak mówi, to może i mi się czasem zdarza...? Ale w książce starałem się pilnować i chyba mi się udało?)

Kolejna uwaga, które dotyczy całej książki, nie tylko części pierwszej, jest takie, że Michałowi - pomimo własnych zastrzeżeń! - zdarza się często zbyt szybko wyciągać wnioski na podstawie niejednoznacznych przesłanek. A sam pisze przecież (str. 149) "choć przestrzegam przed wyciąganiem pochopnych wniosków i przyjmowaniem prostych wyjaśnień tajemnic pszczół". 

Parę przykładów poniżej.  (Jeden z przykładów wskazałem wyżej i chodzi o traktowanie opinii pszczelarzy z gazet dot. pszczoły krajowej, jako swoiście potwierdzonych faktów, a nie anegdot; jeszcze inną taką historią z wyciąganiem wniosków z niewielkiej ilości przesłanek jest historia pewnego kleszcza, ale nie ma co jej tu przytaczać, bo nie tyczy się samej książki).

Michał pisze (str. 102): "Opisywałem wcześniej, że jedną z zachwalanych cech pszczoły kaukaskiej był dłuższy języczek. Jeśli zatem w populacji pszczół w danej okolicy pomierzymy przez kilka lat jego długość i będzie ona wzrastać, będzie to pewny dowód na wzrost udziału w lokalnej puli genowej właśnie tych pszczół. Takie badanie został przeprowadzone dwa razy".

W biologii nie ma "pewnych dowodów", albo są one wyjątkowo rzadkie. Są przesłanki i hipotezy. Biologia to nie matematyka (Jamie Ellis powtarza natomiast: "biology is messy") - tu dwa dodać dwa nie zawsze jest cztery, albo raczej średnia z dwa i cztery nie zawsze jest trzy. Oczywiście jeśli za konkretnym badaniem szło sprawdzanie materiału genetycznego wyjściowego i następnie krzyżówek, to oczywiście można by wysnuć bardzo prawdopodobne przypuszczenie/hipotezę, że bierze się to właśnie z krzyżowania różnych organizmów o specyficznych cechach. I być może w przypadku tych języczków tak jest. Czy jednak to co przedstawia Michał musi być "pewnym dowodem"? Zdecydowanie nie. Cechy genetyczne czasem mogą się uśrednić, ale czasem mogą się znosić, albo może dominować jedna z nich. Akurat dalszy opis badań nad Astą i kaukazem sugeruje, że w przypadku języczka faktycznie mogło się to uśredniać (tj. krótki języczek kj + długi języczek dj mógł dać średni języczek), ale mógłbym sobie wyobrazić każdą z możliwych sytuacji (tj. kj+dj mogło dać jeszcze krótszy języczek, krótki języczek, średni języczek, długi języczek, jeszcze dłuższy języczek albo wręcz jakąś letalną mutację powodującą zamieranie takich pszczół. Biologia to nie matematyka). Dlatego, gdy czytam o "pewnych dowodach" w biologii to nawet jeśli potem wspierają je mocne przesłanki i tak moja czerwona lampka się zapala i pali się też przy innych argumentach. 

Mamy też przykładny nadmiernych uproszczeń prowadzących do pewnych nieścisłości czy wręcz swoistych przekłamań.

Michał pisze (str. 87): "(...) naturalne procesy prowadzą do eliminacji osobników nieprzystosowanych, dzięki czemu pozostają i rozmnażają się osobniki z genami najlepszymi z możliwych. Wtedy mimo kontaktów z problemem zwierzę radzi sobie dzięki swej kondycji, odporności i witalności". 
Zdaję sobie sprawę, że to uproszczenie - sam pewnie mam trochę takich w mojej książce, choć starałem się po pięciokroć w takich momentach zastrzegać, że to uproszczenia właśnie. Tyle, że Michał poszedł chyba tu za daleko. Otóż geny wcale nie muszą być "najlepsze". Ba, pewnie w jakiejś części mogą być nawet - tak to określmy - wadliwe (cokolwiek by to znaczyło - byle nie powodowało jakichś letalnych krzyżówek, to zwierzę ma szansę żyć normalnie nawet bez najlepszych genów). Natomiast zespół genów tego osobnika musi prowadzić do wykształcenia osobnika wystarczająco dobrze przystosowanego do lokalnych warunków. A z problemami zwierzę może poradzić sobie na różne sposoby - nie tylko dzięki kondycji, odporności i witalności. Bo na przykład dzięki przypadkowi. Może na przykład włamać się do apteki i zeżreć leki, na chorobę której akurat jest nosicielem. Wiem, mało prawdopodobny zbieg okoliczności, ale kto powie, że tak być nie może? Ostatnio słuchałem podkastu z wykładem biolożki albo genetyczki (nie pamiętam szczegółów) - i ona nawet powiedziała, że organizm żeby przetrwać, to nawet nie musi być dobrze przystosowany - często musi być po prostu najmniejszą niedojdą w grupie. Więc nie przeżywają te z najlepszymi genami, nie przeżywają też te dobrze przystosowane, przeżywają te, które nie są największymi niedojdami. I tyle. Choć tu mamy sytuację odporności na chorobę i pewnie ta odporność na poziomie immunologicznym musi być co najmniej niezła. 

Odnośnie jeszcze tych wniosków i nadmiernych uproszczeń. Na stronie 256 Michał pisze: "Dzięki tej wiedzy [z notatek dot. osypów dręcza - BM] jeśli jakaś gałąź ma jej konsekwentnie, rok do roku, najmniej z całej pasieki, możesz założyć, że cecha odporności na ten patogen jest w jakiś sposób dziedziczona po matce, i na przykład wytypować je do całkowitego odstawienia chemii." Dalej (str. 273) "Przypominam, zgodnie z doświadczeniami w UK cechy odpowiedzialne za tolerancję niekoniecznie rozcieńczają się w populacji niczym sok malinowy w wodzie. To nie jest takie proste. Niektóre cechy będą zawsze przechodzić z roju-rodzica na potomka, nawet mimo dolewki z trutowisk (...)". Otóż jeśli mówimy o genach to rozcieńczają się one dokładnie jak sok z malin (jak gdzieś w tym poście pisałem - w 3cim pokoleniu jest to 12,5% genów wyjściowych) i z rachunku prawdopodobieństwa wynika, że określony gen (co nie znaczy, że konkretna cecha - z różnych powodów - również) albo będzie albo nie będzie przekazany kolejnemu pokoleniu (przeniesienie konkretnego genu to prawdopodobieństwo 1/2 w każdym pokoleniu - uaktywnienie go jeszcze mniejsze, bo może się uaktywnić gen drugiego rodzica, albo znieść przez inny gen tegoż). Dochodzi tu mnóstwo innych czynników - czy drugi rodzic będzie miał taką samą wersję, czy będą też inne geny odpowiedzialne za daną cechę, czy określone czynniki je "włączą" itp. Doświadczenia S.R. (który pisał o tym na przywoływanej w książce stronie z UK) są takie, że w warunkach brytyjskich (przy dużo lepszym klimacie, chyba też pożytkach, a przede wszystkim ok. 5-cio krotnie mniejszym napszczeleniu) wystarczy dobierać odpowiednie linie mateczne, żeby obserwować wystarczającą odporność w pasiece, żeby móc mówić o prostej selekcji. Ten sam pszczelarz mówił kiedyś (nie pomnę źródła), że wystarczy 2-4 sezony racjonalnej selekcji, żeby móc cieszyć się populacją pszczół, która sama trzyma w ryzach dręcza. Nie mówię, że mu nie wierzę, albo umniejszam jego obserwacje. Mówię tylko, że doświadczenia te dotyczą kraju, w którym już 1/3 pszczelarzy nie leczy, a populacje odporne pszczół rosną z każdym rokiem jak grzyby po deszczu - może tam być także większe prawdopodobieństwo wystąpienia "tych najlepszych" genów więc dziedziczność cech nie musi wynikać tylko że strony matecznej. W Polsce są warunki nieprzystawalne - powiedziałbym, że odwrotne. To co wystarczy w UK, żeby osiągnąć sukces, dla nas jest ledwie pierwszym krokiem, od którego trzeba zacząć, żeby móc w ogóle mówić o rozpoczęciu prób. To co napisał Michał nie jest jednak w pełni przekłamaniem, bo też odporność pszczół na warrozę to nie tylko ich geny. Większość rodzin ma jakiś rodzaj zachowań higienicznych - chodzi tylko o to, żeby obecność dręcza (i/lub inne czynniki środowiskowe) je uaktywniła. Może się przykładowo okazać, że w konkretnym przypadku we względnie dobrym rejonie z niskim napszczeleniem i lokalną populacją w otoczeniu, zbudowanie zdrowych biofilmów bakteryjnych z mikroorganizmów roju, wziętego z "odpornej linii" będzie wystarczające na tyle, że nawet z tymi resztkami genów wyjściowych rozdanych losowo, pszczoły dadzą jakoś radę odeprzeć napór patogenów. Nie ma to jednak wiele wspólnego z przekazaniem cech przez linie mateczne, chyba że wierzymy w homeopatię i uznajemy, że mimo rozcieńczenia (do granic zanikania) genów zajdzie jakaś "pamięć genetyczna" na kształt "pamięci wody". Jeśli więc liczymy na cechy genetyczne, to jednak strona mateczna to za mało - musimy mieć coś co do nas wraca przez stronę ojcowską. Jeśli np. geny odpowiedzialne za odporność będą w okolicznej populacji, to wrócą do naszych matek - ale jeszcze raz: to nie o stronę mateczną będzie tu wówczas chodzić. Nie liczyłbym też na szczęście dłuższe niż kilka lat, o ile społeczność pszczelarska nie zainteresuje się hodowlą pszczół odpornych, które stworzy lokalne tło genetyczne wpływające także na mikroorganizmy (tj. przede wszystkim zmniejszy zjadliwość najgroźniejszych patogenów). Takie postawienie sprawy jak w cytatach powyżej wzbudza więc we mnie rezerwę, jako do uproszczenia na granicy nieprawdy. 

Michał pisze też (str. 265) "Badania Thomasa Seeleya wskazują, że dzikie pszczoły zamieszkują przestrzenie wielkości mniej więcej połowy korpusu wielkopolskiego". 

Rozmiar dziupli zajmowanych przez pszczoły wg badań T. Seeleya. 
Korpus Langstrotha jest trochę większy niż Wielkopolskiego - ok. 42 vs. ok. 38 litrów.
Jak widać najwięcej stwierdzanych rodzin miało gniazda właśnie rozmiaru mniej więcej
korpusu wielkopolskiego (przy czym mówimy o badaniu kilkudziesięciu raptem rodzin na względnie niewielkim obszarze - nie musi to być prawidłowość występująca zawsze - a tak naprawdę głównie zależeć będzie od wielkości lokalnych siedlisk).

Tak, zajmują takie przestrzenie, ale jest to raczej ich dolna granica i takie zajmują rzadko - dominują gniazda od 20 do 60 litrów, jednak poniżej 30 litrów było ich niewiele (korpus wielkopolski to 38 litrów, a więc połowa korpusu to byłoby 19 litrów - tylko jedną rodzinę Seeley stwierdził w gnieździe poniżej 20 litrów). Z innych badań wynika, że pszczoły preferują co najmniej 25 czy 30 litrów, a z podawanych skrzynek przez Seeleya najczęściej wybierały te 40'to litrowe - a więc w rozmiarze mniej więcej korpusu wielkopolskiego, a nie jego połowy. Mniejsze gniazda wybierały raczej pszczoły podgatunków afrykańskich. 

Na tej samej stronie czytamy: "Rojołapki umieszczone nisko, na przykład 0,5 metra nad ziemią, przyciągną raczej uciekinierki z innej pasieki, przyzwyczajone do niskiego położenia wylotka". Ciekawy jestem z czego wynikałoby to "przyzwyczajenie" pszczół (poza intuicją autora, bo tu źródła nie ma). Bo ja nie słyszałem o tym, żeby wystąpił rodzaj ewolucyjnej adaptacji pszczół pasiecznych do wyboru niskich wylotków. O ile kojarzę Seeley, który badał wybory pszczół do swojej pracy doktorskiej bodaj w latach 70.tych ubiegłego wieku, posługiwał się właśnie rojami z populacji pasiecznej, a te w dominującej większości wybierały wylotki wysokie preferując je nad niskimi. 

Nie są to na pewno zagadnienia, które dyskwalifikowałyby książkę Michała, bo znajdziesz tam też dużo fajnych treści, rzeczowych argumentów udokumentowanych źródłami, ale jednak wzbudzają pewną moją rezerwę co do wyciąganych wniosków. Tylko tyle i aż tyle. Piszę to z zastrzeżeniem, że w większości przypadków różnych tez i wniosków nie ma się za bardzo do czego czepiać, a jeśli nawet jest, to zrzucam to raczej na uproszczenia, które dla początkującego w temacie czytelnika nie powinny być elementem istotnie ważnym. Być może jednak bardziej ścisłe biologiczne umysły wyłapałyby więcej tego typu "drobiazgów". 


Część druga czyli "Droga do roju"

Jeśli chodzi o część drugą, to mam poczucie, że im dalej w las było gorzej. Żeby była jasność: gorzej to znaczy gorzej, a nie źle, fatalnie, czy strasznie, bo jak już wspomniałem ogólnie oceniam tą książkę pozytywnie - a sam fakty wydania kolejnej publikacji o - tak to określmy - odporności pszczół, jest dla mnie tylko powodem do radości. Może wreszcie większa dostępność wiedzy skłoni coraz więcej ludzi do własnych prób? 

Więc dlaczego było gorzej? Myślę, że jakoś zepsuła się narracja, ja coraz częściej się gubiłem (przynajmniej gdzieś od połowy tego rozdziału, czyli trochę przed stroną 200), były odniesienia typu "Ad2" do wątku sprzed paru stron, gdzieniegdzie była narracja szarpana. Mam poczucie, że o ile narracja pierwszej części była po prostu fajna, tylko niepotrzebnie poszarpały ją wstawki i nadmiar różnych cytatów, o tyle w części drugiej coraz mocniej robił to już sam Michał, przeskakując z wątku do wątku. Dodatkowo często Michał wchodził w coś co można by określić jako niepotrzebną kazuistykę, która oddalała nas od głównego zagadnienia. Otóż Michał - w przeciwieństwie do mnie - chyba faktycznie przede wszystkim chciał stworzyć poradnik (co jest w podtytule) i być może chciał tak to przedstawić, a być może jakoś wyszło mu tak "samo". W każdym razie wchodził - dla mnie i mojej oceny narracji: niestety - w nadmierne szczegóły. To stety czy niestety - z mojej perspektywy, wiedzy i doświadczenia - nie ma wiele wspólnego z samą ideą "bezchemiczności" czy selekcji pszczół odpornych, a raczej po prostu jest szczegółową wytyczną jak Michał coś robi (bo np. instrukcja jak robić taflę woskową może być dla kogoś interesująca, ale niewiele ma wspólnego z zagadnieniem odporności pszczół - a już na pewno nie bezpośrednio). 

Nie mówię, że taka szczegółowość jest zła. Mówię, że osoby bardziej doświadczone (zarówno w temacie zdobywania wiedzy i doświadczeń w zakresie "bezchemiczności", jak i w zakresie po prostu pszczelarzenia) mogą trochę chcieć omijać pewne wątki, bo np. dekoncentrowali się, wchodząc w niepotrzebnie szczegółowe wytyczne i instrukcje, a oni/my/ja wolimy coś robić inaczej, "lepiej"? i po co nam tłumaczyć jak robić to czy tamto aż z takimi szczegółami, skoro mamy zupełnie inną gospodarkę i robimy coś po swojemu? Kiedyś na stronę jeszcze Wolnych Pszczół przetłumaczyłem tekst Michaela Busha, który był mistrzem w takiej kazuistyce - mówił nam w jakim sklepie kupuje jaki drut i jak go wykręca w ramce - i trochę w taką narrację poszedł Michał. A tamten tekst Busha, ostatecznie po różnych dyskusjach nie został zamieszczony na stronie, bo uznaliśmy, że jest zbyt kazuistyczny, do granic bezsensowności udostępniania go polskim czytelnikom z racji tak różnych warunków u nas i w USA (np. nie mamy takiego sklepu i możemy mieć dostęp do innych narzędzi). 

Znów powiem: może to i dobrze, że Michał tak to opisał, bo może komuś to potrzebne? Skoro Bush też tak pisał, to może czytelnicy lubią aż tak szczegółowe wytyczne? Pisząc mój rozdział o okresie przejściowym starałem się trzymać na wystarczającym poziomie ogólności, żeby był praktycznie dla każdego (na to liczę i taki raczej był mój cel, czy mi się udało, to musiałby kto inny ocenić?). Mam natomiast poczucie, że instrukcje Michała są raczej dla mocno początkującego pszczelarza - nie tylko w temacie odporności pszczół, ale w ogóle. 

Jednym z najbardziej szczegółowych opisów jest to, jak zrobić sztuczną rójkę. Michał traktuje metodę "sztucznej rójki" jako klucz do rozwiązania problemu chorób pszczół w amatorskiej pasiece. Choć prawda, że zastrzega, że to po prostu zadziałało u niego i wcale nie musi u nas. No więc u mnie nie zadziałało, nie kupuję tego, nie przekonuje mnie to. Zwłaszcza, że metodę "sztucznej rójki" stosowałem jeszcze na kilka lat przed tym jak Michał zajął się pszczelarstwem (od mniej więcej 2015 roku) i nie przyniosła ona spektakularnych rezultatów (że tak to ujmę). Owszem zdarzało mi się macierzak dzielić "na drobne", co nie wynika z metody "sztucznej rójki", ale wielokrotnie też biorąc sztuczną rójkę zostawiałem macierzaki w sile, bez podziałów, lub tylko z nich coś "uszczknąłem" i potem często te niedzielone macierzaki były pierwsze, które jesienią ginęły (np. nie dalej jak wczoraj potwierdziłem zgon macierzaka po "najsilniejszej" tegorocznej rodzinie, prowadzonej dokładnie metodą sztucznej rójki wg Michała Smyka - a inne jeszcze żyją...). 

Z punktu widzenia już samej książki (czy raczej recenzji jej treści) nie do końca kupuję potrzebę tak szczegółowego opisu, zwłaszcza, że sztuczną rójkę można zrobić na wiele sposobów. Zasadniczo polega to na tym, że bierzemy z ula starą matkę z odpowiednią ilością robotnic czy pszczół dorosłych (bo i trutnie mogą się zdarzyć) i osadzamy ją w nowym ulu (najlepiej na innym pasieczysku). Ot cały opis. Michał jednak pisze, że musimy znaleźć ramkę z matką i odłożyć ją na bok. A jeśli matka będzie wewnątrz korpusu, a nie na plastrze? Wielokrotnie mi się zdarzyło ją tam widzieć. To mam ją złapać i umieścić na ramce, żebym mógł położyć ją obok? Ja wtedy łapię matkę do klateczki i trzymam w niej dopóki nie osadzę pszczół w nowym ulu. Dalej Michał instruuje, że w transportówce ma być zatworomata, potem dodajemy tam ramki z pokarmem itp itd. A dlaczego nie można strzepać pszczół do skrzynki, wywieźć ich na inne pasieczysko w tejże skrzynce bez zatworomaty i bez ramek, a potem przesypać je do stojącego tam, już wcześniej przygotowanego ula, lub na deskę po której wejdą do wylotka? (tak jak to osadza się czasem roje?). Tak, wiem, że są minusy i takiego rozwiązania. Tak naprawdę lepiej sztuczną rójkę przytrzymać w zamkniętej skrzynce z ułożonym gniazdem co najmniej przez noc - żeby pszczoły przyzwyczaiły się do nowego siedliska i nowych plastrów i nie w głowie im była ewentualna ucieczka w wyniku stresu. Widzicie? Już wchodzę w kazuistykę. Punkt 7 instrukcji mówi: "(...) Najlepiej nauczyć się chwytać matkę ręką. Łapię ją palcem wskazującym i kciukiem, chwytając na wysokości nasady skrzydeł". I wiem, że Michał pisze tu co on robi, ale jednak jest to część instrukcji. Od razu zaświtało mi w głowie pytanie: co miałby zrobić ktoś taki jak ja, kto nie ma palca wskazującego? No dobra, w prawej ręce (a jestem praworęczny) palec wskazujący mam i robotnice do klateczki często sobie łapię między palec wskazujący i kciuk, ale przecież różne są przypadki i ludzie nie mają różnych palców, ba, są ludzie w ogóle bez całych kończyn. A jakby tego było mało są też opinie mówiące, że łapanie matek w ręce może "nadrukować" na nią obcy zapach człowieka i zwiększa prawdopodobieństwo okłębienia... Ja najczęściej łapię matkę do klateczki. W klateczce umieszczam ciasto, potem przezroczystą przykrywkę odsuwam na ok. 1,5 cm, trzymając klateczkę w prawej ręce nakrywam nią matkę i czekam aż z plastra przejdzie na przykrywkę. Wtedy zabieram klateczkę z matką i zasuwam zostawiając szparę, którą przykrywam palcem, potem przez nią wrzucam od 4 do 7 robotnic (łapiąc między palec wskazujący i kciuk). Widzicie, i ta kazuistyczna historia jak ja matki najczęściej łapię, oddaliła nas od istoty sprawy, jaką jest recenzja książki. Trochę tak samo miałem wrażenie, że ta szczegółowa instrukcja z książki oddaliła nas od zasad pszczelarstwa bezchemicznego...

Potem Michał pisze o możliwych scenariuszach (str. 211): 1) wszystko będzie ok; 2) macierzak nie wychowa matki; 3) aktywują się trutówki. A ja mam czwarty scenariusz - autentyczna historia... Odchodząc po osadzeniu roju, trąciłem ul i spadł mi ze stojaka. W wyniku czego zgniotła się matka... Jak widzicie wchodząc w kazuistykę otwierają się przed nami bardzo duże możliwości coraz to nowych scenariuszy...

Przy tej całej szczegółowości czasem znowu brakowało mi tak naprawdę "clue" - tj. wyjaśnienia nie tego "jak", ale "dlaczego właśnie tak, a nie inaczej?". Przykładowo, w mojej książce, dość szczegółowo opisuję gospodarkę bezwęzową - to tak naprawdę najbardziej szczegółowy poradnik (bo w części dot. okresu przejściowego już aż takich szczegółów nie podaję - dlaczego? z prostej przyczyny, nie da się tego zrobić w szczegółach, można ułożyć szczegółowy plan dla jakiejś konkretnej pasieki, ale tych planów może być multum; jeśli więc ma być "dla każdego" musi być wystarczająco ogólnie, żeby każdy dopracował dla siebie). Starałem się przy tym wyjaśnić koncepcję małej czy różnorodnej komórki, czystego wosku, zanieczyszczeń chemicznych itp. itd. Tj. dlaczego może to mieć znaczenie dla zachowania zdrowia pszczół i jak się to może przełożyć na praktykę. Michał zaś opisuje gospodarkę na taflach woskowych - co samo w sobie jest też jakimś tam rozwiązaniem, ale mi brakowało tak naprawdę jednoznacznego i głębszego wyjaśnienia dlaczego właśnie tafla woskowa, a nie węza 4.9 czy 5.1-5.2 czy w ogóle gniazdo mieszane (np. po zewnętrznej 5.4, idąc do środka 5.1, a w środku 4.9, z dodatkową pustą ramką na trutnie, bądź obciętymi rogami w węzie?. Owszem było tam kilka argumentów, ale odniosłem wrażenie, że były zdawkowe, gubiły się w technikach i były to raczej argumenty dlaczego nie gospodarka bezwęzowa (bo bywa kłopotliwa), a nie dlaczego ważne jest, żeby pszczoły budowały co chcą i jaki to może mieć długofalowy wpływ. Do tego, jak już wspomniałem, przepis na taflę woskową (str. 200) zawarty był za podrozdziałem "Jak zatem prowadzić selekcję?" (str. 197) i za "Przepisem na hobbystyczną selekcję" (str. 198) - i przepis na taflę był chyba daleko bardziej szczegółowy niż przepis na selekcję. Jak pisałem - narracja się porwała w swojej szczegółowości. 

Proszę nie zrozumcie, że oceniam to jednoznacznie jako błąd ze strony autora. Czytając czasem ludzi na forum czy słuchając ich pytań (np. w podkaście "Two bees in a podcast") mam nieodparte wrażenie, że ludzie uwielbiają takie technikalia i szczegóły. Chcą poznać "sekrety" innych pszczelarzy, chcą wiedzieć jak inni łapią matki, albo jak wprawiają węzę. Moim zdaniem jednak w kazuistyce gubi się to co jest naprawdę ważne - nawet jeśli jest to poruszane. Tak ja uważam. Ale może się okazać, że pszczelarze będą woleli taki opis niż ten oparty na ogólnych zasadach. Być może te technikalia będą sprzyjać większemu zainteresowaniu tą książką, a dzięki temu sama kluczowa i główna idea przewodnia przesączy się też do tych, którzy nie specjalnie interesują się dziś pszczołami odpornymi, ale szukają technicznych pomysłów na pszczelarstwo bliższe naturze. Więc może to i dobrze, że tak jest to opisane? Nie wiem. Wiem, że dla mnie te opisy były rozpraszające (bo mnie to specjalnie nie interesuje, a każdy pszczelarz mający choć z 3-5 lat praktyki, ma swoje sposoby na technikalia).

Polemika

Teraz przejdę do paru przykładów, w których nie zgadzam się z ocenami Michała. Nie dotyczy to mojej oceny jego książki, a raczej jest swoistą polemiką z przedstawionymi tam tezami. 

Na stronie 227 Michał pisze o utylizacji pokarmu po spadłych rodzinach. Michał tłumaczy dlaczego to robi - i jest to jakiś tam argument po części zasadny, choć mnie w pełni nie przekonuje, że jest to faktycznie tak ważne i wyjątkowo problematyczne (o tym zaraz). Nie pisze jednak co dokładnie rozumie przez "utylizowanie" - zgodnie z definicją słownikową (sjp) jest to "wykorzystanie surowców odpadowych", ale odniosłem wrażenie, że Michałowi chodzi raczej o powszechne/potoczne rozumienie (czyli - wyrzucenie, zniszczenie). Jeśli tak, to trochę nie rozumiem tego, bo jest to duże marnotrawstwo pracy własnej i pszczół. Zdaję sobie sprawę, że to nie miód, ale jednak ponieśliśmy koszty, wykonaliśmy pracę, pszczoły nie dały rady i zginęły, ale też się wcześniej napracowały. A produkt końcowy - choć daleko mu do miodu, to jednak wciąż jest w pewnym sensie wartościowy. Ja przykładowo od kilku lat z takiego właśnie pokarmu robię miody pitne (i raczej są chwalone, ja sam piję rzadko, raczej można powiedzieć, że jestem niepijący). Ba, uważam ten produkt za jakby stworzony do mojej amatorskiej pasieki. Otóż z prawdziwym miodem jest u mnie krucho, a bardzo często wypada komuś coś dać - choćby za to, że u niego pszczoły trzymam. Co jakiś czas przywożę więc butelczynkę, daję też przyjaciołom, rodzinie. Jeśli nie pijesz alkoholu, a jego produkcją się brzydzisz (co w pełni rozumiem), to masz produkt bardzo dobry do przetworów, pieczenia (np. pierników) czy słodzenia. Dużo lepszy niż cukier. To syrop zmieszany z miodem, wzbogacony w enzymy i pyłki - nawet jeśli jest nie jest to prawdziwy miód i daleko mu zarówno w smaku jak i wartościowości do miodu. Zasadniczo: Nie utylizuj, ale utylizuj! czyli inaczej: nie wyrzucaj, użyj! (sic!)

Michał twierdzi, że pokarmu tego nie powinniśmy podawać pszczołom ze względu na obecne w nim patogeny (głównie nosemę). Kupuję argument, że może jej być tam od groma. Kupuję argument, że lepiej pszczołom nie dokładać kolejnego problemu, bo i tak mają mocno pod górę. Natomiast są kontrargumenty, a rzeczywistość jest złożona i wymaga oceny alternatyw. Po pierwsze, w naszym niedoskonałym pożytkowo świecie czymś trzeba pszczoły karmić - a jak wynika z wielu badań cukier (nie przerobiony, taki w syropie) nie jest dla nich najlepszy i może sprzyjać różnym problemom zdrowotnym. Pokarm z osypanych rodzin, jakkolwiek jest w części (czy w 10% czy 90%? jest różnie) z takiego właśnie cukru, to jednak, jest już przerobiony - co pszczołom ułatwi pobieranie i trawienie - i wzbogacony o enzymy i częściowo miód. Będzie dla nich daleko wartościowszy. Kolejna sprawa jest taka, że pszczoły żyjące razem (czyli z jednej pasieki) w zasadzie i tak dzielą wszystkie swoje problemy i trudy. Nie wierzę w sytuację taką, że jedna rodzina jest mocno zainfekowana nosemozą, a stojąca 2 metry dalej jest od niej czysta. Znów: mam w pamięci, że po co ryzykować i im dodawać dalszych sporów, skoro już mają swoje, jednak jakkolwiek sam widzę duży problem w transmisji poziomej patogenów, to jednak nie specjalnie widzę od nich ucieczkę w tak jak moim przepszczelonym środowisku... Podsumowując - jeśli mam poczucie (bo pewności nie), że rodzina osypała się z powodu klasycznej warrozy, to zasadniczo nie mam większych problemów z podaniem pokarmu z niej do odkładu, który stoi na którejś z moich pasiek i który musiałbym i tak karmić nienaturalnym pokarmem. Żyjemy w odcieniach szarości a nie w świecie, w którym część pszczół jest w 100% zdrowa, a inna, obok, w 100% zainfekowana wszystkim co się rusza i się nie rusza. Mówiąc to w ostatnich latach (gdy zacząłem robić miody pitne) i tak większość pokarmu po osypanych rodzinach zużywam właśnie na nie i rzadko zostawiam coś dla pszczół (a one w większości dostają cukier). Jeśli jednak mam potrzebę, to zasadniczo nie mam problemu z podawaniem pokarmu z tej ramki. Niestety nie żyję w pszczelim ElDorado, bo tam byłoby najlepiej - w ogóle nie trzeba by ich karmić, a problem transmisji chorób by nie istniał.

Kolejna uwaga z tego rozdziału: "Jeśli w tym okresie [póki trwają loty pszczół - BM] padnie jakaś rodzina, a sąsiadki ją wyrabują, traktujemy to jako poważny błąd w sztuce, osobistą porażkę, wyciągamy wnioski i uczymy  się rozpoznawać pierwsze zwiastuny tak, by "zwijającą się" rodzinkę wywieźć a toczek izolacyjny". 

No cóż wygląda na to, że w ostatnich latach mam bardzo dużo osobistych porażek... Bo znów wróciło coś, co przez wiele lat (mniej więcej do 2021) praktycznie u mnie nie występowało: tj. pszczoły osypujące się w okresie późnego lata i jesieni - wcześniej były to pojedyncze sztuki. W ostatnich latach jest tego  względnie wiele (w tym roku do teraz co najmniej 4). I konia z rzędem temu (może Michał pomoże?), kto powie mi gdzie mogę postawić toczek izolacyjny w tak przepszczelonym krajobrazie? Idąc w jedną stronę z mojego domu za 300 metrów stoi 3-4 ule, a za dalsze 300 metrów kolejne kilkanaście. Potem 500 metrów dalej jest kilkanaście uli, paręset metrów w bok i mamy znów z 10. Idąc w drugą stronę mam trochę więcej luzu (przynajmniej nic nie wiem o jakichś pasiekach), bo z kilometr nie ma pszczół. Potem jest lekko w lewo pasieka ok. paręnaście uli, dalej w lewo znów około 10, a trochę w prawo ok. 30-40. W mojej miejscowości gminnej (wcale nie tak bardzo daleko i część pszczół zapewne mogłaby tam dolecieć gdyby tylko chciała) jest co najmniej paręnaście pasiek, a pewnie co najmniej z 7-8 jest po drodze. No to gdzie ta izolacja? Poproszę kogoś, żeby mi pokazał palcem na mapie, gdzie mogę ustawić toczek izolacyjny, gdzie nie będę miał pszczół w promieniu ok. 2 kilometrów (a optymalnie ze 3-4). Co próbowałem? Gadać z lokalnym kołem, żeby współpracować i wspólnie rozwiązać problem. Zero odzewu. Jedyne co mógłbym robić to leczyć (nie będę) lub przeprowadzić eutanazję rodzin (też raczej nie). Cóż, pozostają mi osobiste porażki. Dbam, żeby miały pokarm, jak się wypszczelą to ul zamykam (bo jeśli nawet chcę użyć tego pokarmu dla pszczół, to sam chcę decydować, której rodzinie go podam). Na razie wciąż zdecydowana większość rodzin ginie zimą - zgadzam się z Michałem, że wówczas wpływ tych rodzin bardzo spada. 


A jeszcze w kwestii toczka - przytaczam to, choć nie ma to zasadniczo znaczenia dla narracji, ale akurat to mnie trochę rozbawiło. Na stronie 252 Michał pisze: "O toczku izolacyjnym już trochę wiemy [szczegółów organizacji wiele nie było, raczej tyle, że dobrze mieć i wywozić tam rodziny, żeby nie ponosić osobistych porażek - BM]. Najlepiej nadaje się na niego miejsce w środku lasu, gdzie pszczoły mogą dojść do siebie lub rozstać się z życiem bez obawy, że ich problem zostanie rozniesiony na okolicę. (...) [dalej jest historia pewnego kleszcza na pół strony, a potem Michał pisze] Skoro już omówiliśmy sobie kwestię toczka izolacyjnego przejdźmy do (...)". 

Na stronie 247 Michał pisze: "Dwa razy w karierze obserwowałem podejrzane ślady wskazujące, że pszczoły opuściły ul czymś na kształt masowej rójki, choć nigdy nie widziałem takowej na własne oczy". Cóż, puste ule w zimie to po prostu wspomniane powyżej nasze osobiste porażki - pszczoły wypszczelają się w czasie pogody lotnej. Tzw. "abscond" (nie ma dobrego słowa po Polsku) u pszczoły miodnej w zasadzie nie występuje (może z rzadka coś co nazywamy "głodniakiem"), a myślę, że w dobie szalejącej warrozy i klasycznego wypszczelania "do zera" nie ma co się doszukiwać tajemniczych zachowań na kształt masowej rójki. 


Zasadniczo, pomimo wszystkich tych powyższych uwag (i paru innych drobiazgów, których nie opisałem) książkę polecam. Prawdę powiedziawszy polecałbym ją nawet gdyby była znacznie słabsza, a pod wieloma względami jest po prostu dobra. Będę polecał każdą książkę, która w rzeczowy sposób podchodzi lub choćby próbuje podejść do tematu odporności pszczół - a w tej książce to znajdziemy. Trochę się dowiedziałem (a w niektórych tematach całkiem sporo, choć głównie w tych zagadnieniach, które nie leżą w moim bezpośrednim zainteresowaniu, bo te tematy mam raczej względnie rozpoznane, co najmniej na poziomie ogólnym). Na pewno warto jest poznawać cudze spojrzenia, niezależnie od tego czy zawsze się z nimi zgadzamy czy nie. 


Uwaga na koniec

W ostatnim podrozdziale pt. "A propos podobnie myślących ludzi" Michał powołuje się na parę przykładów osób, grup czy miejsc, w których udało się coś wspólnie zbudować. Pisze też na przykład: "Marzą mi się lokalne wspólnoty pszczelarzy, z których każda zaczyna od podstawowego wspólnego zadania, jakim jest stworzenie własnej strefy dominacji dobrych trutni. To by był piękny, konkretny i rozwojowy początek. Tylko jak się do tego zabrać?". 
Słusznie zauważa, że trzeba by było do tego zdolnego marketingowca. Zgoda, zgoda. 

Tylko też... no właśnie... Michał wspomina o naszym małym projekcie "Fort Knox", który ma na pewno swoje wady i problemy organizacyjne, ale Michał w zasadzie wymienia cechy "fortowej gospodarki", które są spójne (a co najmniej niesprzeczne) z jego własnymi założeniami. Poszukuje i marzy o wspólnotach pszczelarzy, a jakoś od lat nie chce się przyłączyć, a o ile wiem też nic podobnego nie buduje (A może robi to, tylko ja nic o tym nie wiem?) A przecież (str. 281) "musimy podjąć tę próbę. Jesteśmy to winni dzisiejszym dzieciom - pszczelarzom, którzy przyjdą po nas"... 


Czytajcie książki, a nie oglądajcie głupot na "jutubach"! Czytajcie również książkę Michała Smyka! Dajcie znać w komentarzu jakie macie do niej uwagi i czy zgadzacie się z moimi!