sobota, 3 kwietnia 2021

W przyszłym roku zacznę wychowywać matki w lutym? Podsumowanie zimy.

W ostatnich dniach przeglądnąłem wreszcie pszczoły na starych pasieczyskach. Mam więc w miarę świeży ich obraz w głowie. Wygląda na to, że pogoda się stabilizuje, a i wszystkie rodziny wyglądają na tyle stabilnie, że nawet te niewielkie powinny już teraz dać sobie radę. Taką przynajmniej mam nadzieję.

W tym roku była zima. Taka względnie normalna. Mniej śnieżna i mniej mroźna niż pamiętam z dzieciństwa, ale jednak. Na trzy miesiące zgoniła mnie z mojego prywatnego placu budowy, a przez jakiś czas nawet urządziła nam swoisty lockdown. Otóż nieopatrznie zaparkowałem auto na górze pod domem, śnieg przysypał grubą warstwą podjazd i nie było jak zjechać bez ryzyka obrócenia się w każdą możliwą stronę. Istny "domek w Karkonoszach". Tyle, że bardzo mi to nie przeszkadzało i wcale nie mam ochoty przeklinać na "biały puch". 

Pszczoły w zimie objechałem dwa razy - w styczniu i w lutym. W styczniu nie żyły chyba tylko 4 rodziny, a więc poniżej 10% całej pasieki. Potem jednak zaczęły się osypywać kolejne. W lutym wciąż żyło ich bardzo wiele - bodaj, o ile pomnę, około 70%. To naprawdę nastrajało mnie optymistycznie. Sądziłem, że w tym roku statystyki przeżywalności będą wyraźnie lepsze niż w kilku ostatnich latach. Ale chwilę potem nastały znów mrozy i wróciła zima. I już wtedy wiedziałem, że nie będzie zbyt "różowo". Liczyłem jednak, że ostatnie się 55 - 60% rodzin. Niestety znów się pomyliłem. 

Ostatecznie przeżyło niecałe 50% rodzin, ale wynik jest zbliżony do tej wartości. Co jednak nastraja pozytywnie: większość rodzin, które przeżyły, są w lepszym stanie niż w poprzednich latach. Tylko jedno miejsce - pasieka B - to gromadnie przeżywające "słabiaki" (z wyjątkiem jednej, która jest powiedziałbym "racjonalnie ładna"). W innych miejscach to 4 - 5 (a nawet 6) ramek pszczół. Wiem, że rodziny "towarowe" o tej porze to siła co najmniej dwukrotnie wyższa, a więc każdy pszczelarz uznałby to co przed chwilą napisałem, za jakiś absurd. Jednak ja zimuję odkłady, a nie rodziny silne. Niektóre rodziny przez ostatnie pół roku wypszczeliły się na poziomie może 30 % (są pojedyncze takie, które sprawiają wrażenie, jakby w ogóle się nie wypszczeliły...). A znacząca większość nie zmniejszyła się więcej niż o połowę. To dla mnie nowe zjawisko. W poprzednich latach (a raczej wiosnach) takich rodzin miewałem po 3 - 5. Dziś to "niewielkie kikanaście" (13 rodzin - ponad 60% całości). Spora większość rodzin, która w początku września zajmowała 6 - 8 ramek, dziś obsiada ok. 4 - 5. Dodam, że takie 4 - 5 ramek z reguły obsiadały na przedwiośniu te rodziny, które pod koniec maja miewały w mojej pasiece 4 moje korpusy. Słabsze potrafiły dojść do 3 (jeśli im pozowliłem nie dzieląc ich uprzednio). A więc są to rodziny z potencjałem do tego, żeby sezon był udany. Według Buchlera rodziny traktowane kwasem mrówkowym w ciągu zimy wypszczelały się na statystycznym poziomie 40% (od czasu jesiennej kuracji do wiosennego oblotu). Moje rodziny wyglądają więc w tej statystyce podobnie. Nie znam metodyki pomiaru Buchlera, ale ja - rzecz jasna - oceniam to moim zawodnym przyrządem: "na oko" i "z pamięci". Tak czy owak stan pszczół, które przeżyły jest raczej zadowalający.
[Korekta! Rodziny traktowane kwasem mrówkowym wypszczelały się do 40, a dokładnie 39,5% - a więc o 60%. Niektóre z moich rodzin wyglądają więc w tej statystyce o wiele lepiej niż tamte. Dodam, że w badaniach Ralpha Buchlera najlepszy stosunek siły wiosną do siły w czasie zabiegu miały te rodziny, w których w sierpniu stosowano "ramki pułapki" na roztocza, tj. matki zamykano w izolatorach ramkowych i usuwano następnie porażony czerw. Zabieg ten stosowany był jako jedyna kuracja. Nie wiem jednak ile takich ramek z czerwiem usuwano z rodziny.]

Dodam też w tym miejscu (jako stałe moje zastrzeżenie dla "czepliwych), że jako "ładną" oceniam nie tą, która jest absolutnie obiektywnie ładna. Dla mnie to rodziny, które nie wypszczeliły się znacząco. Jeśli więc zimowałbym 8 ramek pszczół i przeżyłoby 3, to raczej nie uznałbym jej za "ładną". Jeśli jednak zimowane byłoby 5 ramek i również przeżyłoby 3, na dennicy nie byłoby znaczącego osypu, a rodzina raźno ruszałaby z rozwojem, to mógłbym ją takim słowem określić z czystym sumieniem. Wiem, że to zawodne i zupełnie ocenne kryterium - i co z tego?

Inne zastrzeżenie - pisząc "rodzina" mam na myśli przezimowane odkłady. Zeszłej jesieni do zimy nie poszła żadna względnie duża rodzina, którą pszczelarze mogliby ocenić jako "produkcyjną". Były to mniejsze i większe odkłady.

Co jeszcze zauważyłem. Poprzednie zimy bardzo często pozostawiały mi po sobie puste, wypszczelone ule. Tym razem bardzo duża większość osypanych pszczół była w ulach (na dennicach lub w ramkach). Z jednej strony może oznaczać to po prostu fakt, że była zima. Pszczoły nie wyleciały z ula na śmierć, a zostały w środku. Z drugiej strony w kilku ulach miałem wrażenie, że - tak to określę: przyczyny śmierci pszczół bardziej się zdywersyfikowały. W bodaj 2 lub 3 przypadkach miałem wrażenie, że był to głód spowodowany nie tyle brakiem pokarmu, co brakiem bliskiego pokarmu w czasie mrozów (pokarm był o 2 ramki od kłębu). W myśl filozofii Torbena Schiffera te pszczoły (ewentualnie) zostały zabite przez ul. Gdyby siedlisko było ciepłe, pszczoły mogłyby mieć luźniejszy kłąb (Schiffer podaje, że w dziupli pszczoły maksymalnie zbijają się tylko w okresie największych mrozów) i mogłyby łatwo przesunąć się tam gdzie trzeba. W moim zimnym ulu z górnym wylotkiem duży mróz jest w stanie "przyspawać" pszczoły do ramek tam, gdzie są. Jeśli więc mają źle rozłożony pokarm i nie ustawią się odpowiednio, to w czasie dużego mrozu mogą umrzeć mając ramkę z pokarmem praktycznie "na wyciągnięcie ręki". Ale być może to wcale nie jest kwestia ula, tylko stanu zdrowotnego rodziny - być może zdrowa rodzina po prostu przesunęłaby się za pokarmem, bo miałaby ku temu siłę i możliwości. W jednym przypadku pszczoły miały pokarm w korpusie pod sobą, a wyczyszczony korpus górny, w którym uwiązany był martwy kłąb. Była to jedna z 2 rodzin zimowanych z ramkami w 2 korpusach - druga przeżyła. Późnym latem próbowałem ingerować w układanie pokarmu i przenosiłem ramki z miodem do góry. Jak widać nie pomogło. Z drugiej strony była to rodzina, w której ramce z czerwiem, późnym latem, stwierdziłem trochę bezskrzydłych pszczół. Być może więc stan tej rodziny był taki, że i tak nic nie byłem w stanie zrobić (co ciekawe w styczniu ta rodzina żyła, a jej osypanie stwierdziłem dopiero w lutym). Tak czy owak ta sytuacja utwierdza mnie w dotychczasowych poglądach:
a) jeśli zimujesz raczej słabsze rodziny (odkłady) - to nie na 2 korpusach.
b) jeśli nie chcesz latać do uli w jesieni i zimie i myśleć za pszczoły - to nie zimuj na 2 korpusach.
c) jeśli zimujesz silne rodziny albo/i zalewasz je pokarmem do oporu - to zapewne 2 niskie korpusy im nie przeszkodzą.

O ile kojarzę, tylko w 1 lub 2 przypadkach stwierdziłem kłąb w ramkach i zero pokarmu. Nie traktuję tego, jako swój błąd. Takie statystyki dopuszczam jako element selekcji (http://pantruten.blogspot.com/2016/01/przystosowanie-i-zimowla-wedug-trutnia.html). Wiem, że na pewno w każdej rodzinie zadbałem o stan pokarmu, który powinien pszczołom wystarczyć do zimowli. Znacząca większość rodzin przecież przetrwała ("prawdziwą zimę"), bądź u tych co się osypały - pokarm był w ulu. To prawda jednak, że zauważyłem, że duża część pszczół przeżyła wykorzystując większość zasobów. Uważam też, że to sprawa "osobnicza" i stąd też pole do selekcji. Wiele rodzin miało wciąż 3 - 4 ramki "miodu" i zimowały książkowo. Przykładowo też, jedna z rodzin na pasiece Las1 (pozafortowa rodzina R2-3) przeżyła z absolutnie pustymi ramkami. Gdy zajrzałem tam parę dni temu, to pszczoły były wręcz "zdrętwiałe", chodzące ospale - ewidentnie były na skraju śmierci głodowej (dostała ramkę z miodem z innej rodziny). Pozostałe 2 rodziny (fortowa GMz i L1) miały po 3 - 4 ramki z miodem. Wszystkie rodziny traktowane były tak samo, ale: wspomniana "głodna" rodzina nie chciała brać pokarmu w jesieni. Pszczoły topiły się w syropie, syrop psuł się... Zalewałem konsekwentnie dopóki karmiłem inne rodziny, a przy ostatniej wizycie przełożyłem ramkę z pokarmem zalanych do dna innych rodzin i dołożyłem ciasta. A) miały mniej więcej tyle samo, b) byłem przekonany, że brak pobierania pokarmu zwiastuje raczej osypanie się tej rodziny. O dziwo przetrwała, choć widać, że z kłopotami. Jej stan (wielkość) nie cieszy oka, ale jest jednak wcale najgorszy zważywszy na dziwną dla niej jesień. Jest to jedna z tych kilku "słabszych" tegorocznych rodzin.

Prześledzę teraz poszczególne miejsca.

Pasieka T 

W zeszłym roku na wczesnym przedwiośniu było tu 2 w miarę silne przezimowane odkłady (4 -5 solidnych ramek). Tydzień później nie było jednej z nich, a kolejny tydzień później nie było żadnej. Były za to setki strzelających kwasem mrówek chodzących po ulach. Postanowiłem dać temu miejscu kolejną, ostatnią szasnę. W lecie przewiozłem tam 4 odkłady. Bardzo ładnie się rozwijały, w jesieni ładnie się zakarmiły. W lutym żyły wszystkie 4 rodziny. 

Duże mrówki leśne (czytelnicy wybaczą - nie wiem co to za gatunek) w lecie pszczołom zupełnie nie przeszkadzają. Ale na przedwiośniu, kiedy słoneczko już wyjdzie, a przyroda wciąż "śpi", te mrówki są bardzo agresywne względem poblisko stojących pszczół. Zeszłego lata w ramach testów postanowiłem więc obsypać je cynamonem. Ponoć tego zapachu bardzo nie lubią. Ale "moje" mrówki zdaje się tego nie wiedziały, albo polubiły cynamon. Wysmarowałem więc nogi stojaka towotem. Cóż, w lecie powstrzymywało je to od wędrówek po ulu, ale wtedy do uli i tak wchodzą tylko pojedyncze owady. W marcu bieżącego roku okazało się, że mrówki bardzo sprawnie chodzą po towocie. Podjąłem więc decyzję o likwidacji tego konkretnego miejsca - jeszcze nie wiem czy pszczoły wrócą na tamtą działkę, ale jeśli tak, to nie w poprzednie miejsce - jest tam zbyt wiele mrówek.

Powrót mrozów zabił na pasiece T 2 rodziny, które były słabsze w lutym. 2 przeżyły, w tym jedna w bardzo ładnym stanie (luźno ok. 5 ramek) i druga średnim (victoria), choć na początku wyglądała lepiej. Być może wciąż się wypszczela? W tej pierwszej rodzinie, bardzo ładnej, zobaczyłem jednak w czasie chwilowego ocieplenia (w lutym) matecznik wyglądający na świeży i malutką matkę. Domyślałem się tego, że w zimie (styczeń? początek lutego?) pszczoły wymieniły matkę po cichu. Wcześniej była tam starsza matka "przedwojenna" (nie wiem czy z 2018 czy 2019) - i nie, nie skłoni mnie to do wymiany starszych matek. W jesieni była to chyba najsłabsza rodzina z tamtych 4. Ale rodzina ta - jak miałem wrażenie - wypszczeliła się w znikomym stopniu. Wiosną zastałem ją może 1 ramkę słabszą od tego stanu, w którym do zimy poszła. Dennica była prawie bez osypu. Żal mi więc straty tej genetyki. Na szczęście w podobnym stanie przeżyła córka tej pszczoły na pasiece KM. Będzie więc przynajmniej córka do rozmnażania.

Stan: 2/4 (przewiezione na pasiekę KM)

Przeżyły:
- victoria (stan średni plus)
- przedwojenna - a raczej z nieunasiennioną (poza tym, że nie ma matki... - stan b. dobry)

Osypały się:
- K1
- bodaj R2-3

Pasieka R2

Tu zimowałem dwa odkłady po rodzinie R2-3. Obie utworzone w podobnej sile z matecznikami rojowymi (ok. 2 ramek ze zsypaniem pszczół z bodaj 4 - ale na tym samym pasieczysku). Obie pięknie się rozwijały, dochodząc do siły ok. 7 ramek (pokazywałem je na filamach) i przeżyły podobnie w wielkości ok. 5 luźno obsiadanych ramek. Stan bardzo ładny.

Osyp w dobrze zimującej rodzinie R2-3 - pasieka R2

Jedna z rodzin R2-3 na pasiece R2
(druga jest chyba minimalnie mniejsza)


Stan 2/2

Przeżyły: siostry R2-3 (stan bardzo dobry)

Pasieka Las1

Jak co roku, tylko tu bywają problemy z wilgocią w ulach. Nie pomagają górne wylotki. Co ciekawe 2 rodziny fortowe (GMz i L1), które przeżyły w bardzo ładnej sile (ok. 5 luźno obsiadanych ramek), tego problemu nie miały. Rodzina R2-3 (opisana poprzednio jako rodzina, która przeżyła bez pokarmu i "głodująca") miała bardzo duży i zapleśniały osyp w ulu, wilgotne ramki i ściany wewnętrzne korpusu. Rodzina fortowa B5 (osypała się na przełomie stycznia i lutego) miała ul taki, jakby ktoś trzymał go w wodzie co najmniej przez tydzień. Chyba do dzisiaj w pełni nie wysechł, choć już blisko 2 miesiące trzymam go w suchej stodole. Wygląda jednak tak, jakby problem wilgoci dotyczył jedynie tych rodzin, które nie zimują dobrze.

Stan: 3/4

Przeżyły:
FK GMz (stan bardzo ładny)
FK L1 (stan bardzo ładny)
R2-3 (stan słaby)

Osypała się:
FK B5 (przetrwalnik)

Głodna rodzina R2-3 na pasiece Las 1

"Fortowa" rodzina GMz


Pasieka Las2

Ładniejsza z rodzin "16" - pasieka Las2. Jak widać obsiada
prawie cały obszar pozostawiony jej do zimowli.
Z tym miejscem wiązałem bardzo duże nadzieje na dobrą zimowlę. Było tu w jesieni 5 bardzo ładnych rodzin-odkładów (jedna może trochę słabsza). W lutym żyły wszystkie. Liczyłem więc na to, że przeżyje co najmniej 4. Niestety przegląd z końca marca pokazał, że dały radę tylko 2 - siostry "16tki" z mateczników rojowych (tj. na 99% 16'tki, w każdym razie wywodzące się z rodziny, którą zgodnie z moją pamięcią oznaczyłem kiedyś jako odkład po 16'tce). Co ciekawe to chyba jedyne w mojej pasiece pszczoły wyglądające "żółto". Jedna z nich należy do tych, które przeżyły najlepiej ze wszystkich w całej pasiece. Druga jest "średnia" wśród tych ładniejszych. 

Stan: 2/5

Przeżyły:
"16" (stan bardzo ładny)
"16" (stan bardzo ładny)

Osypały się:
victoria 
"składak"
16'tka

Pasieka K

Późnym latem 2 z rodzin stały z rozwojem i gdybym miał typować, że któreś osypią się w mojej pasiece, to typowałbym obie lub jedną z nich. Ale wciąż miały dobrą siłę i sporo zgromadzonego pokarmu (zwłaszcza ta "gorsza", czyli rodzina ze starą matką "przedwojenną", która poprzedniej wiosny była chyba najładniejsza w pasiece). Już w zimie osypało się jednak więcej niż te 2. Między innymi rodzina utworzona z dużego pakietu z rodziny R2-3, która w jesieni wyglądała na super zdrową, a całe lato rozwijała się w czołówce pasiecznej. W zimie już jej nie było... Łącznie osypało się 4 rodziny, pozostały 2. Za to bardzo ładne. 

Stan: 2/6

Przeżyły:
złapana rójka z 2020 roku (określę ją JK) - stan bardzo ładny
przedwojenna (córka) - stan bardzo ładny (ul. warszawski)

Osypały się:
K1 stara matka (2019) 
victoria (matka z cichej wymiany podana do bezmateczneo odkładu po K1)
przedwojenna (stara matka)
R2-3 (stara matka)

Pasieka B

Tu procentowo jest zdecydowanie najlepiej, ale stan rodzin jako grupy jest absolutnie najsłabszy. Co roku są rodziny silniejsze i słabsze. Z reguły było kilka ładnych. Tym razem sytuacja się odwróciła - jest kilka słabszych. Co ciekawe to miejsce zgromadziło znaczną ich część. Słabsze są prawie wszystkie. Najładniejsza ma bodaj 4 ramki - nie jest z nią źle i zaliczyłem ją do "ładnych". Najsłabsza miała 2 uliczki na wielkości dłoni (matka R2-3) - ta pojechała ze mną, żeby podać tą matkę do bezmatecznej rodziny przedwojennej z pasieki T. 

Osypała się między innymi ostatnia z rodu "B2", czyli rodzina, która kilka lat temu przetrwała w 2 malutkich uliczkach na wielkości dłoni, a kolejnego była w pasiecznej czołówce i zajmowała 4 korpusy. Ostatecznie po poprzedniej zimowli, podczas której na miejscu B był największy odsiew, pozostała tylko jedna rodzinka z linii B2. Rozwijała się jako tako, ale chyba najsłabiej pośród innych z tego pasieczyska. Linię dokończyła ostatnia zima. Co ciekawe nie mogę być pewny, czy na 100% aby zrobiły to choroby. Otóż w tym ulu znalazłem martwą malutką ryjówkę "wbitą" pod powałką, trochę kup gryzonia dookoła martwego kłębu (w 3 uliczkach) i stan pobiegunkowy. Być może więc rodzina by przetrwała gdyby nie ryjówka... Jest to dla mnie o tyle nowość, że to jedyny przypadek od samego początku prowadzenia rodzin z górnymi wylotkami, gdy w takim ulu pojawił się gryzoń. Według Busha górne wylotki załatwiają problem gryzoni. Ja do tej pory mogłem to potwierdzić. Okazuje się jednak, że nie w 100%. Zdarzyło mi się jednak przez własną głupotę nie zabezpieczyć dolnego wylotu przed gryzoniami i często to się źle skończyło (w tym roku w jednym przypadku...). Nigdy jednak nie zabezpieczałem górnych wylotków (a od ostatnich ok. 5 lat zimuję po blisko 40 rodzin z górnymi wylotkami) i jest to pierwszy przypadek. Nie są to więc złe statystyki. 

Stan 5/7 (jedna wywieziona czyli zostało 4/7)

Przeżyły:





K1 (stara matka) - bardzo słaba
R2-1 (propolisująca - stara matka) - słaba
R2-3 - ładna 
R2-3 - wywieziony mikrusek
? - w tej chwili nie pomnę, ale chyba także R2-3 - słaba

Osypały się:
K1 (?)
B2 

Najładniejsza rodzina z pasieki B

Jeden z mikrusów z pasieki B


Pasieka KM - dom

Tu statystyki są pewnie porównywalne do pasieczyska K. Różnica jest taka, że zimowałem tu znaczącą część mojej pasieki, bo bodaj 15 rodzin (w tym 2 w ulach Łukasza). Jeśli dobrze pamiętam, to miałem 9 rodzin "na pasieczysku" i resztę, czyli 6 rozstawionych na całej mojej działce w odstępach kilkudziesięciu metrów od siebie. Były tu rodziny, które późnym latem miały jakieś problemy, ale były też rodziny bardzo ładne. Zawsze tam gdzie mam najłatwiejszy dostęp osłabiam pszczoły najbardziej, bo tam tworzę najwięcej mikrusów, szukam rodzinek dla wychowywanych matek itp. Zdecydowanie lepiej dla pszczół jeśli utworzy się rodzinkę, a potem w niej nie miesza. Niestety rodzinom stąd taki przywilej nie przysługuje... 

Mysz zabiła jedną z 2 rodzin w dadantach. Druga osypała się w samej końcówce zimy. Osypały się też jedna z ładniejszych K1 (macierzak), a jedna z pierwszych która padła, to wczesny i dość silny odkład z matką przedwojenną (ta jednak w lecie wstrzymała rozwój). Osypało się też kilka z tych, w których nie pamiętałem jaka matka czerwi - czasem nazywam je "składakami", bo najczęściej takie właśnie są. Do jakiegoś anonimowego odkładu, daję anonimową matkę, a potem jeszcze takie mikrusy zasilam. Nie jest to najlepszy sposób... Jedna z rodzin, która zakończyła tu żywot, to rodzina z genetyki B5, czyli mojego "przetrwalnika". Tym samym, ponieważ "przetrwalnik" padł także w Forcie (o ile wiem inne rodziny, które utworzyłem z tą genetyką też się osypały), nie mam już rodzin z tej genetyki, które mógłbym z całą pewnością wskazać jako wywodzące się z niej. Nie mogę być jednak pewny, czy linie R2-1, R2-2 lub R2-3  pochodzą z niej czy nie. Zawsze z dużo wyższym prawdopodobieństwem typowałem do tego "16" i pewnie to ona była materiałem wyjściowym. Tego jednak już pewnym nie będę nigdy.

Ostatecznie rodzin na pasiece KM przetrwało 5. 4 z nich są bardzo ładne. Na tym pasieczysku najsłabszą jest rodzina z genetyką K1 - z jedyną moją matką, która pochodzi z przekładanych larw. Rodzina jest w miarę stabilna, choć nie jest duża. O ile kojarzę siedzi bardzo luźno w 4 uliczkach w tym w 2 na wielkości dłoni z palcami. 

Pasieczysko zostało "wzbogacone" o przewiezione rodziny z miejsca T oraz mikruska z pasieki B. W tej chwili jest tu więc 8 rodzinek... No i właśnie... 

Rodzina przedwojenna, która przeżyła z wymienioną po cichu matką, przy pierwszych ciepłych dniach w poprzednim tygodniu otrzymała ramkę z młodymi jajkami z rodziny w której czerwiła córka straconej matki. Pszczoły dostały więc jajka "siostrzane". Byłem przekonany, że tym zabiegiem po prostu przyspieszę ewentualnie wymianę pszczół zimowych tam, gdzie nie będzie matki normalnie czerwiącej. Spodziewałem się bowiem, że ta młoda nieunasienniona matka zacznie czerwić trutowo. Gdy jednak chciałem podać jej matkę z przywiezionej malutkiej rodziny okazało się, że na ramce znajdują się 3 mateczniki w tym 2 zasklepione. Pszczoły zrobiły więc z nieunasiennioną matką porządki. Może i dobrze, że tak się stało, bo zaoszczędziły mi nielubianej czynności... Natomiast ja... cóż, jako człowiek chytry postanowiłem wychowywać te mateczniki dalej (a raczej pozwolić na to pszczołom). Stwierdziłem jednak, że szkoda mi silniejszej rodziny na ten eksperyment. Ta niech lepiej rozwija się szybko z czerwiącą matką. Przy okazji postanowiłem też zrobić pewien zabieg - ponieważ nie było czerwiu postanowiłem przesiedlić pszczoły na plastry warszawskie poszerzane. Na miejscu ula ustawiłem więc skrzynkę WP, podałem tam matkę w klateczce (widać, że pszczoły od razu ją przyjęły) i strzepnąłem wszystkie pszczoły do tego ula. Skrzynka jednak miała dolny wylotek (o tym za chwilę), a więc w innym miejscu. Kolejnego dnia sprawdziłem przyjęcie matki. Przy okazji zobaczyłem, że zabieg ten spowodował, że rodzina mocno osłabła, bo duża część tej zacnej rodzinki naleciała się na sąsiedni ul K1. Teraz ma on luźno obsiadane bodaj ok. 9 ramek (18'tek) i rodzina wygląda naprawdę solidnie. O tej porze roku takiej rodziny jeszcze nie miałem - szkoda, że powstała w wyniku sztucznego zabiegu, a nie taka przezimowała - ale wszystko w swoim czasie, będą i takie. Tak czy owak w ulu WP zostało pewnie tyle samo pszczół, co w opisywanej rodzince K1 z przekładanych larw. Powinna raźno ruszyć z rozwojem.

A mateczniki? Przygotowałem następująco odkładówkę: gruby zatwór słomiany - ramka z pokarmem - ramka z matecznikami - ramka osłonowa z pokarmem - gruby zatwór słomiany. Do pszczół, które były w mikrusku dołożyłem więcej z bezmatecznej rodziny. Dzięki chwilowemu ociepleniu nie boję się o wyziębienie mateczników. Zagadką pozostaje czy matki wychowane o tej porze roku dadzą radę się unasiennić. Czy już pojawiły się trutnie? Obawiam się, że szanse są niewielkie... Ale zobaczymy. Do tego eksperymentu przeznaczyłem bardzo niewielkie zasoby, a sam wcale pszczół nie skłaniałem do tak wczesnego zakładania mateczników... Podanie ramki przeze mnie miało tylko na celu wspomożenie tempa rozwoju rodziny, która nie mogła tego zrobić z braku stosownych zasobów. Zobaczymy co z tego wyjdzie. W zeszłym roku miałem podobny eksperyment (opisany tutaj: http://pantruten.blogspot.com/2020/04/miedzynarodowy-dzien-ziemi-i-poczatek.html). Mateczniki zostały jednak założone w początku kwietnia i zaczęły gryźć się około 20.tego. Tym razem, wg moich obliczeń matki powinny się gryźć ok. 7.04 (czyli przyszłej środy). Nie tylko jest to 2 tygodnie wcześniej niż w 2020, ale i - z mojej pamięci - tym razem zima trzymała dłużej niż zeszłoroczna. Szansa na trutnie jest więc sporo mniejsza. Kilka z zeszłorocznych matek kwietniowych bardzo ładnie się rozwinęło w ciągu zeszłego sezonu. Na pewno jedna z nich utworzyła rodzinę, która przetrwała ostatnią zimę (została dołączona do projektu Fort Knox). Inne chyba (?) nie dały rady. Wbrew tytułowi postu raczej nie planuję jednak wychowu matek w lutym - chyba że klimat się ociepli tak bardzo. 

Ul "skrzynka" warszawska poszerzana -
dolny okrągły wylotek, na górze eko-powałka
wypełniona słomą.
Dwie boczne ściany ula są dodatkowo docieplone
(układ: deska 2,5 cm, ok. 1.3 cm słomy i
deska podbitkowa ok. 1.1 cm)

Stan: 5/15 (obecnie 8)

Przeżyły:
K1 - ładna (obecnie największa w pasiece, "sztucznie zasilona")
L1 - ładna
przedwojenna - bardzo ładna
K1 - słaba (ul. WP)
R2-2 - ładna

Osypały się:
K1 (ul dadant)
R2-3 (ul dadant)
B5
"składak" - genetyki nie pomnę
K1 (macierzak)
R2-3 (macierzak)
R2-3 
R2-3
przedwojenna
przedwojenna

Stan całościowy pasieki:

żywe: 21/43 - 49%.

rodziny ładne: 13 (w tym 2 fortowe)

Zaznaczyć jednak trzeba, że 1 z tych 21 to eksperymentalny mikrus, w którym obecnie są mateczniki. Trudno więc liczyć ją jako rodzinę, a z drugiej strony w 21 ulach pszczoły przeżyły. Mikrus przeżył z matką (która już składała jajka), a rodzina bez matki przeżyła całkiem ładna.

Dodam też w tym miejscu, że znów nie zauważyłem żadnych korelacji pomiędzy stanem rodzin w jesieni, a przeżywalnością. Jako grupa wyjątkowo ładne rodziny były na pasiece B - owszem, przeżyły we względnie dużym odsetku, ale słabe. Wiele rodzin, które uważałem za bardzo ładne i bezproblemowe - osypało się. Przeżyło kilka takich, co do których miałem jakieś wątpliwości (R2-3 na pasiece Las1, przedwojenna na pasiece T). Przyroda zdecydowanie ma swój klucz i trudno jest wyciągnąć jakieś wnioski, tylko obserwując rodziny. Być może szczegółowy wgląd w ich stan (np. badając stopień porażenia roztoczami) pozwoliłby na jakieś głębsze wnioski.

Plany na sezon.

Jak zawsze trudno powiedzieć. Plany są stałe od lat i nigdy w pełni nie zrealizowane. Potrzebuję też jakichś nowych miejsc dla moich pszczół. A z tym wcale nie jest tutaj łatwo. 

Jeżeli chodzi o pszczoły to wydaje mi się, że w tym roku może mi być łatwiej niż w poprzednich latach. Stan rodzin na przedwiośniu jest bowiem o wiele lepszy niż bywał. Jednocześnie odsetek śmiertelności jest wyższy niż chciałbym go widzieć. Potrzebuję wreszcie stabilizować rodziny, pozostawić je w sile i obserwować jak sobie radzą. Czy zwiększona śmiertelność wynika z zimowania odkładów? Wciąż mam wątpliwości, bo zimowanie silniejszych rodzin w różnych latach nie pokazywało w ich przypadku realnie statystycznie zauważalnego dobrego stanu wiosną i wyższej ich przeżywalności nad zimowane odkłady. Być może jednak dobra obecna zimowla tych z rodzin, które przetrwały pozwala liczyć na to, że owady same z siebie nabrały już potrzebnych cech wystarczających, żeby utrzymać zdrowie? Czy niewielkie wypszczelenie tych rodzin może świadczyć o tym, że zaczynają sobie radzić z czynnikami patogennymi i pasożytem? 

Do własnej dyspozycji mam więc 11 rodzin. Dodatkowych ładnych 2 z Fortu nie liczę, bo projekt w tym roku i tak będzie musiał znów stanąć na głowie, żeby odbudować straty. 

Na pewno kilka rodzin będę się starał utrzymać w sile, żeby wreszcie zrobić zapasy miodu. Ile lat można miód kupować? Czy się uda - ech... wątpliwe. Z tym nigdy się nie udaje. 

W tym roku chciałbym poważniej "zainwestować" więcej w zasiedlenie moich skrzynek warszawskich poszerzanych. Od lat próbuję i nie udaje mi się, bo mam wciąż mało woszczyny w takich ramkach. Może tym razem się uda? W skrzynkach tych postanowiłem wykonać dolne wylotki i zamierzam zastosować "skrzynki" ze słomą jako ciepłe eko-powałki. Chciałbym zazimować pszczoły w przynajmniej 10 takich ulach. Dlaczego tak? Otóż od jakiegoś czasu mam wątpliwości co do utrzymywania pszczół w "zimnym" ulu, jakim niewątpliwie jest ul jednościenny z górnym wylotkiem. Do tej pory nigdy nie zauważyłem, aby ul miał duże znaczenie w przeżywalności pszczół. Zdarzyło mi się przecież zimowanie w różnych konfiguracjach (choć zdecydowanie dominowały w tym ule "zimne" - np. na początku zimowałem z dennicami osiatkowanymi). W tym roku na przykład zimowałem 2 rodziny w izolowanych ulach WP z dolnym wylotkiem. Jedna przetrwała, druga osypała się. Co to znaczy? Zupełnie nic. A jednak, z różnych względów moje wątpliwości narastają. Do porównań potrzebuję jednak grupy rodzin większej niż coroczne "parę". Ten swoisty eksperyment i tak musi potrwać parę lat, a do tego wymaga uli, które od dłuższego czasu są zasiedlone. Choćby dlatego, że ule niewypropolisowane trudno porównywać z tymi, które mają na ściankach warstwę kitu. Trochę odzwyczaiłem się już od niedogodności pracy w gospodarce bezwęzowej, w której mamy mało dostępnej woszczyny. Dzięki dużej liczbie ramek wielkopolskich wszystkich tych drobnych problemów od lat nie dostrzegałem. Trzeba będzie się jednak znów z tym przeprosić. 

Życzę wszystkim, żeby sezon dopisał!


UZUPEŁNIENIE - 6.04.2021

A propos stabilizującej się pogody... o poranku zastałem dziś taki stan jak widać na zdjęciu. To ochłodzenie ma utrzymać się do czwartku. Według moich obliczeń jutro mają się gryźć matki w eksperymentalnym mikrusie. Planowałem wyłowić choć jedną dodatkową i przeprowadzić eksperymentalne wczesne unasiennienie na co najmniej 2. Jak widać raczej jednak będzie trudno jutro otworzyć ul z mikrusem... Ciekawe też jak poradzą sobie maluchy na pasiece B? Wyglądały dość żwawo jak na tak małe rodzinki, ale jednak nie spodziewałem się nawrotu zimy. Prognozy mówiły o 6 - 8 stopniach... Oby wreszcie nastała wiosna.


środa, 10 marca 2021

Dziko żyjące rodziny pszczoły miodnej: zagrożenia i nadzieje - część 4 (ostatnia)

W marcowym numerze miesięcznika "Pszczelarstwo" ukazała się czwarta, ostatnia już część mojego tekstu o dziko żyjących rodzinach pszczelich.

część 1 
część 2


Dziko żyjące rodziny pszczoły miodnej: Zagrożenia i nadzieje - część 4

O pszczołach z lasu Arnot

Spośród wszystkich znanych dzikich populacji najlepiej przebadane są bodaj pszczoły z lasu Arnot (USA, stan Nowy Jork) i pod względem genetyki, zachowania, długości życia i skuteczności radzenia sobie z dręczem pszczelim. Populacja nie jest duża, raptem kilkanaście rodzin żyjących w niewielkim zagęszczeniu – mniej więcej jedna rodzina na kilometr kwadratowy. Oczywiście mówimy tu o ograniczonym obszarze badanym przez prof. Thomasa D. Seeleya. Rodziny obecnie zamieszkujące las są potomkami rodzin badanych w latach 70., co potwierdzają badania DNA, zarówno mitochondrialnego, jak i jądrowego.

Obecna populacja jest tylko trochę odmienna od tej, która funkcjonowała tam kilka dekad wcześniej. Wciąż w sposób zdecydowany dominują w niej geny ekotypów przywiezionych z Europy: Apis mellifera mellifera, ligustica, carnica i caucasica. W genomie pszczół znalazła się jednak domieszka (mniej niż jeden procent) genów dwóch innych ekotypów: Apis mellifera scutellata oraz Apis mellifera yemenetica. Z uwagi na znikomą domieszkę ich genów nie sposób jednak łączyć ich z pszczołami lasu Arnot pod względem zdolności do ograniczania populacji dręcza. Trzeba też nadmienić, że wokół lasu Arnot (lub na jego granicy) okresowo ustawia się pasieki (nieliczne), w których zwalcza się dręcza pszczelego. Nie jest to zatem region wolny od roztocza. Seeley obawia się, że jeżeli populacja pszczół hodowlanych w rejonie wzrosłaby znacząco, mogłaby zagrozić populacji dzikiej.

Słynny angielski dąb w lesie Sherwood ma ok. 800 lat.
Wg. 
Jonathana Powella od ponad 30 lat zamieszkuje w nim rodzina pszczela.
Powell uważa, że pszczoły uwielbiają stare drzewa, w szczególności
dęby – również martwe; źródło: J. Powell
 
Rójki – nowe życie

Niektórzy pszczelarze twierdzą, że aby pszczoły przetrwały w starciu z dręczem muszą zajmować duże gniazda, o objętości co najmniej 100 litrów (im większe gniazdo, tym większe szanse owadów na przeżycie). Być może to ich przekonanie wzięło się stąd, że wciąż powtarza się pszczelarzom, aby utrzymywali tylko silne rodziny. Często mówi się, że odporne lub tolerancyjne populacje są w stanie trwać tylko dlatego, że rójki opuszczają gniazdo zainfekowane patogenami i osiedlają się w nowym miejscu, gdzie budują plastry z czystego wosku. Pszczoły jakoby zostawiają wszystkie problemy za sobą i zaczynają od nowa. Zdaniem wielu pszczelarzy tzw. macierzak skazany jest na pewną śmierć, w najlepszym przypadku przeżyje tylko jedną zimę. Seeley twierdzi, że większość dzikich gniazd w Arnot ma pojemność 20–60 litrów. Rodziny, które zajmują średnio zaledwie kubaturę jednego korpusu wielkopolskiego, w ciągu sezonu najczęściej podzielą się, wydając trzy nowe roje. Według naukowca najbardziej prawdopodobne jest to, że z takiej rodziny wyjdzie rój „pierwak” ze starą matką: szanse takiego scenariusza badacz ocenia bardzo wysoko (0,87); szanse wyjścia roju „drużaka” i „trzeciaka” są znacznie mniejsze (prawdopodobieństwo równe odpowiednio: 0,7 i 0,6). Czwartą rodziną pozostaje „macierzak”, którego szanse na przetrwanie do kolejnego roku są najwyższe (0,81). Znacząco niższe prawdopodobieństwo przeżycia zimy mają rodziny młode, i tak w przypadku „pierwaka” wynosi ono 0,23, a „drużaka” i „trzeciaka” jedynie po 0,12. Śmierć tych rodzin następuje głównie wskutek głodu: nie są one w stanie odbudować gniazda i zgromadzić odpowiednich zapasów miodu na zimę.

Wróg to głód

Największym problemem w przetrwaniu pszczół w populacji lasu Arnot nie są patogeny, tylko prozaiczny głód… Choroby są tylko jedną z wielu przyczyn śmierci pszczół. Seeley obliczył, że dziupla zajęta jest przez pszczoły średnio przez 1,7 roku. Wynika to właśnie z niskiej zdolności młodych rodzin do przetrwania pierwszej zimy. Gdy jednak pszczołom uda się przezimować, mogą oczekiwać całkiem długiego życia: średnio 5,2 roku. Jedno z monitorowanych siedlisk było zajęte stale przez siedem lat. Od 2010 roku Seeley sprawdza ciągłość zasiedlenia dziupli trzy razy w roku, aby upewnić się, że nie doszło do śmierci rodziny, i że nie zastąpiła jej nowa rójka. Za każdym razem bada obecność pszczół noszących pyłek, aby wykluczyć, że latające pszczoły to np. rabusie czy też zwiadowczynie szukające nowego gniazda. Populacja lasu Arnot w okresie badań była stabilna (okresowo zmieniała się liczebnie o jedną czy dwie rodziny). Rodziny co roku wydają po kilka nowych rojów, które najczęściej jednak giną. Z badań wynika więc, że większa rodzina ma większe szanse na przetrwanie (chociaż nie musi wcale być tak duża jak uważają pszczelarze). Stare plastry – wbrew popularnym opiniom – najwidoczniej też nie są dla pszczół dużym zagrożeniem epizootycznym przynajmniej w przypadku dzikich gniazd. Być może inaczej jest w pasiekach poddawanych kuracjom chemicznym oraz w środowisku pszczół zupełnie pozbawionych odporności. Nie mam wątpliwości, że tam patogeny mogą być zdecydowanie groźniejsze.

Podstawa przetrwania

Seeley nie zaprzecza, że populacja w dużej mierze zawdzięcza odporność warunkom życia. W małym gnieździe pszczoły częściej się roją, co sprzyja nie tylko zmniejszeniu liczby roztoczy w rodzinie, ale też zwiększaniu sukcesu reprodukcyjnego rodzin, które wydają wiele zdrowych rojów. Mniejsze siedlisko łatwiej jest ogrzać (w dziupli są też zdecydowanie mniejsze straty ciepła), wypropolisować ściany i zgromadzić odpowiedni zapas pokarmu nad częścią gniazdową. Zgadza się z tym również Torben Schiffer, który twierdzi, że w dużym siedlisku pszczoły wciąż mają potrzebę ekspansji i rozbudowy, co odciąga je od innych, ważnych zadań, zmusza do nadmiernego inwestowania w czerwienie i termoregulację, a to przyspiesza metabolizm pszczół i tym samym nadmiernie je eksploatuje.

Jedno z siedlisk pszczół w rejonie Pertwood w Anglii. W tego typu gniazdach
plastry zawsze są nieskazitelne. Uwagę zwracają 
wypropolisowane ściany gniazda.
Tu pszczoły wykorzystuje się wyłącznie 
do zapylania, a wszystkie siedliska
pozostawia do naturalnego 
zasiedlenia; źródło: J. Powell
Genom cywilizacji

Profesor Seeley uznaje pszczołę miodną za zwierzę częściowo udomowione. Jego zdaniem choć przez dziesiątki lat staraliśmy się kształtować ją według naszej wizji gospodarczej, jej genom nie uległ zmianom na tyle dużym, aby uniemożliwić jej samodzielne życie w naturze. Badacz podkreśla, że dziko żyjące rodziny doskonale potrafią o siebie zadbać. W ostatnich dziesięcioleciach drastycznie zmieniliśmy jednak warunki życia pszczół chowanych w pasiekach. Wprawdzie nie wyrugowaliśmy z genomu pszczół cech potrzebnych im do przetrwania, to jednak zdecydowaną większość owadów uczyniliśmy od nas zależną. Profesor twierdzi, że pszczoły żyjące dziko, które przeszły przez sito selekcji naturalnej, wypracowały mechanizmy odporności na większość patogenów. Infekcje czy epidemie mogą im się przytrafić przede wszystkim w niekorzystnych warunkach zewnętrznych, takich jak np. głód czy uszkodzenie gniazda przez drapieżniki. Seeley podkreśla jednak, że równowaga budująca się między pszczołami a organizmami chorobotwórczymi może być zaburzona przez praktykę pszczelarską (np. wymiana plastrów między rodzinami, przechowywanie plastrów zainfekowanych przetrwalnikami zgnilca i ponowne podawanie ich rodzinom wiosną itp.). Podobnego zdania jest Barbara Locke. Duża część środowiska pszczelarskiego uważa, że kuracjami przeciwko warrozie ratuje gatunek pszczoły miodnej przed wymarciem. Zdaniem Torbena Schiffera jest dokładnie odwrotnie. Ja też bardziej skłaniam się ku tej opinii, chociaż uważam, że problem jest złożony. Sądzę, że powinniśmy poznawać mechanizmy przetrwania dzikich rodzin i próbować budować pasieki na nowych zasadach. Obserwacje pszczelarzy (w tym Pattersona czy Schiffera) prowadzą do wniosku, że nieprzystosowane do lokalnego środowiska linie pszczół, a także nowoczesne metody chowu sprzyjają wielokrotnemu zwiększeniu całorocznego zużycia pokarmu przez rodziny na własne potrzeby. To nadmiernie wzmaga konkurencję o pokarm między pszczołą miodną a innymi dzikimi zapylaczami. Kierunek selekcji i sposób uprawiania przez nas gospodarki pasiecznej pośrednio może więc przyczynić się do zmniejszenia liczby dzikich zapylaczy do takiego poziomu, który będzie zagrażał podtrzymaniu naturalnych powiązań w ekosystemie.

Barbara Locke szacuje, że w południowej Afryce jest około miliona rodzin pszczelich i tylko jeden procent z nich żyje w pasiekach. Ogromna większość pszczół w Brazylii również żyje w naturze i nie jest zależna od człowieka. Tam dręcz pszczeli i przenoszone przez niego patogeny nie są dla pszczół problemem. Pszczelarze uważają, że w tamtych regionach pszczoły mają cechy, których brakuje naszym. Tymczasem wiele przebadanych populacji wywodzi się z tej samej puli genetycznej, która funkcjonuje w naszych pasiekach. Niektóre z populacji nie są izolowane. W czym więc tkwi sekret? Według mnie tylko w tym, że tam, gdzie żyją dzikie populacje warunki pozwoliły pszczołom na przejście przez proces selekcji naturalnej. My uparcie nie pozwalamy na to naszym pszczołom. Ot, cała tajemnica.

Czasem warto zrobić krok w tył, aby pójść do przodu. Krokiem w tył powinno być wypracowanie zrównoważonej relacji między pszczołami a pasożytem oraz oparcie pszczelarstwa na solidnym fundamencie, czyli dbałości o zdrowie pszczół i przystosowanie ich do lokalnego środowiska. Postuluję więc refleksję nad zasadą zrównoważonego rozwoju, która w dużej mierze polega na takim prowadzeniu gospodarki, by zaspokojenie potrzeb obecnego pokolenia nie umniejszało szans na zaspokojenie potrzeb kolejnych generacji. Uważam, że w rolnictwie, a więc i w pszczelarstwie, zasada ta dawno przestała być przestrzegana. Walczymy z naturą, zamiast uczyć się z nią współpracować i korzystać z jej darów. Jest znamienne, że tzw. dzień długu ekologicznego każdego roku przypada wcześniej niż roku poprzedniego…

Celem dziko żyjących rodzin jest jedynie przetrwanie i sukces reprodukcyjny, a nie produkcja. Dopóki nie pozwolimy na wytworzenie się dzikiej, samowystarczalnej i zdolnej do przetrwania populacji pszczół, zawsze będziemy borykać się z problemem umierających, niedoglądanych rodzin pszczelich i postrzegać je jako zagrożenie. Wciąż będziemy świadkami zupełnie absurdalnych – moim zdaniem – pomysłów polegających na wieszaniu barci w celach edukacyjnych i zasłaniania otworów siatką, aby nie zagnieździła się tam jakaś rójka. Tymczasem choroby najszybciej przenoszą się między gęsto ustawionymi, wydezynfekowanymi ulami na naszych pasiekach, zasiedlonych przez zupełnie nieodporne i nieprzystosowane lokalnie pszczoły. Jeżeli nie zmienimy sposobu myślenia, będziemy żyli w paraliżującym strachu przed zgnilcem amerykańskim czyhającym w jakiejś dziupli w lesie. Z podziwem i nadzieją patrzę na takie projekty jak np. Bartnicy Sudetów. Mam nadzieję, że prowadzone przez nich badania doprowadzą do wniosku, iż powstanie dzikiej populacji w naszych warunkach jest nie tylko możliwe, ale przyniesie o wiele więcej korzyści niż szkód. Czy tego chcemy, czy nie rójki i tak będą uciekać z pasiek i szukać dzikich siedlisk. Dobrze byłoby, abyśmy przestali patrzeć na nie ze strachem, a zaczęli z nadzieją.