poniedziałek, 10 stycznia 2022

Jeszcze o odporności pszczół - cz. 3

 W styczniowym numerze miesięcznika "Pszczelarstwo" ukazała się kolejna część tekstu pt. "Jeszcze o odporności pszczół" (tytuł zmieniony na "O odporności pszczół"). 

Tymczasem trudno powiedzieć co słychać w pasiekach... na podkrakowskich toczkach nie byłem od września - mam nadzieję, że wszystko w porządku. Niestety na  pasiece przydomowej selekcja już zebrała swoje żniwo (bodaj ponad połowa rodzin odeszła do krainy wiecznych pożytków) - lepiej było gdy sprawdzałem nowe pasieczyska J oraz Kr - tam przy ostatnich przeglądach (tj. opukaniu ula) w listopadzie i grudniu żyły wszystkie rodziny. Mam nadzieję, że na innych toczkach jest dobrze - i nie mam kiedy sprawdzić... 

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku - jak najwięcej oblotów i miodu znacząco więcej niż u mnie!





Jeszcze o odporności pszczół - część 3

Pokonanie warrozy jest procesem długotrwałym, ale leży w zasięgu naszej ręki. Wystarczy konsekwentnie rozmnażać w swoich pasiekach te, spośród lokalnych pszczół, które mają najmniej roztoczy. Gdyby przez ostatnie dekady pszczelarze ograniczyli swoje działania tylko do tej prostej czynności, dziś problem dręcza by nie istniał.

Mówi się, że ewolucja wybiera najlepsze organizmy (najsilniejsze, najszybsze, najsprytniejsze itp.). Mnie także zdarza się powiedzieć, że w toku ewolucji promowane są organizmy „najlepiej przystosowane”, ale są to uproszczenia. Zapewne najwłaściwsze byłoby stwierdzenie, że ewolucja nagradza organizmy „wystarczająco przystosowane, aby przetrwać oraz odnieść sukces reprodukcyjny”. Przy czym wcale nie długość życia jest tu najistotniejsza, ale raczej fakt jego przekazania. Na przykład, samce pająka lub modliszki, mimo że zjadane przez samice zaraz po kopulacji (tzw. kanibalizm seksualny), osiągają sukces reprodukcyjny, choć ich życie kończy się szybko i gwałtownie. Nie trzeba jednak szukać tak daleko: trutnie umierają zaraz po zapłodnieniu młodej matki. Ale to właśnie one osiągają sukces reprodukcyjny, a nie te, które żyją do końca sezonu i umierają ze starości, głodu lub zimna, wypędzone z uli przed zimowlą (oczywiście, aby sukces był pełny, organizmy muszą jeszcze przenosić geny, które pozwolą ich potomstwu przetrwać). Cechy te nie zawsze ukształtowane są perfekcyjnie, potrzebne jest jednak osiągnięcie takiego poziomu, który będzie wystarczający, aby organizm mógł przetrwać we własnym środowisku i odnieść sukces reprodukcyjny.

Pszczoła kontra dręcz

W zdrowej rodzinie pszczelej mogą istnieć pasożyty Varroa. Nawet przy obecnej zjadliwości patogenów, jeżeli tylko porażenie dręczem nie będzie wyższe niż 2–3 proc. (przy fluktuacjach w jedną czy drugą stronę), większość rodzin pszczelich będzie mogła funkcjonować normalnie, zachowując duże szanse na przetrwanie i osiągnięcie sukcesu reprodukcyjnego. Likwidując pasożyta w swoim siedlisku, pszczoły zapewne nie działają „świadomie” w naszym rozumieniu tego słowa. Działają prawdopodobnie instynktownie, wiedzione „bezmyślnym” mechanizmem ewolucyjnym: te, które zagrożenia „nie dostrzegają” lub go „nie rozumieją”, giną, i tym samym eliminowane są z puli genetycznej (o tym co mogą „myśleć” owady mówi dr Jacek Francikowski, Co czują owady, www.warroza.pl.)
Pszczoły posiadające cechę "recappingu" odsklepiają komórkę i zostawiają ją czasowo otwartą
     
Nie sądzę, by dało się wyhodować linie pszczoły miodnej, które nigdy dręczowi nie ulegną. Może się zdarzyć, że ulegną mu nawet rodziny pszczoły wschodniej. Nawet jeśli udałoby się sztucznie wyhodować stuprocentowo odporne linie pszczół poprzez celowe wzmacnianie określonej cechy, wątpię, by możliwe było utrzymanie tej cechy w populacji tak dużej i różnorodnej, jaką tworzą pszczoły miodne. Usunięcie wszystkich pasożytów nie jest wcale pszczołom potrzebne do przetrwania oraz zapewnienia sobie sukcesu reprodukcyjnego; skutek mógłby być nawet wręcz odwrotny – pszczoły mogłyby bowiem zaniedbać inne zadania. Uważam natomiast, że możliwe jest upowszechnienie cech odpornościowych w populacji w takim stopniu, który pozwoliłby przenieść dręcza do kategorii pasożytów mniej dla pszczół niebezpiecznych. To umożliwiłoby prowadzenie zupełnie normalnej gospodarki pasiecznej bez angażowania człowieka w walkę z roztoczem. W dużej mierze zależy to od nas – pszczelarzy. Owady pozbawione „opieki” byłyby zmuszone do wykształcenia zdolności samodzielnego utrzymania równowagi ulowej i ograniczania liczby pasożytów, gdy porażenie zaczęłoby się zbliżać się do poziomu oznaczającego zagrożenie. Zobrazuję to przykładem: dopóki w zabudowaniach gospodarczych jest jedna mysz, prawdopodobnie nie zauważymy jej obecności, od razu natomiast dostrzeżemy skutki inwazji gryzoni i szybko sięgniemy po środki zaradcze. Większa liczba szkodników może nie tylko zniszczyć zapasy i sprzęty, ale stać się zagrożeniem epidemiologicznym. Idąc dalej tym tropem: jeżeli zaczniemy walkę z jednym gryzoniem, pojedynczą pajęczyną czy bakterią w syfonie umywalki, doprowadzimy do tego, że szybko zabraknie nam czasu na inne zajęcia.

Identyfikacja zagrożenia

Zwykło się mówić, że pod względem wielkości roztocze ma się do pszczoły mniej więcej tak jak piłka do koszykówki do człowieka. Chociaż samice dręcza pszczelego mają mechanizmy maskujące, które pozwalają im bardzo szybko przybierać zapach żywiciela, to jednak wydaje się niemożliwe, aby pszczoła „nie „zauważała” pasożyta, a tym bardziej nie uznawała go za zagrożenie. Tymczasem znacząca większość pszczół „nie dostrzega” roztocza lub nie uznaje go za organizm wrogi; zupełnie je lekceważą. To zdumiewający fakt.

Mechanizmy odporności, związane z walką z inwazją dręcza muszą więc działać na kilku płaszczyznach. Po pierwsze, pszczoła musi być „świadoma” obecności roztocza. Po drugie, musi „kojarzyć” dręcza z „zagrożeniem” dla siebie lub przynajmniej uciążliwością na tyle dużą, aby warto było podjąć interwencję. Po trzecie wreszcie, musi podejmować działania w celu zminimalizowania zagrożenia.

W ulu współistnieje ze sobą wiele organizmów, żyjących obok pszczół. Józef Banaszak w opracowaniu Badania nad fauną towarzyszącą w zasiedlonych ulach pszczelich (1980) omawia kilkadziesiąt z nich (owadów i pajęczaków). Dziś, w ulach prowadzonych w tzw. nowoczesnej gospodarce pasiecznej (gładkie ściany i powierzchnie, tzw. dennice higieniczne, foliowe powałki itp.), rzadko jednak znajduje się dla nich miejsce. A przecież współistniały one z pszczołami przez długi okres w różnych relacjach – najczęściej komensalnych [jeden organizm czerpie korzyści nie szkodząc drugiemu – red.]. Pszczoły tolerują ich obecność, dopóki ta nie zacznie być dla nich problemem – wówczas potrafią usunąć z uli rabusie i różne szkodniki (np. osy, barciaki czy pokryć propolisem kokon larwy barciaka, a nawet zażądloną mysz na dennicy). Przez miliony lat ewolucji pszczoły wykształciły bardzo wiele mechanizmów i narzędzi do walki z intruzami. Nic – zatem – wydawałoby się – nie stoi na przeszkodzie, aby użyły ich przeciwko roztoczom. Najwyraźniej większość pszczół „nie uznaje” jednak dręcza za organizm niebezpieczny. Wiele populacji wyczuwa obecność roztocza przez zasklep komórki, a raczej specyficzny zapach wydzielany przez porażoną („nakłutą”) larwę i podejmuje interwencję (prawdopodobnie z tego też powodu stwierdzono, że pszczoły, które w tzw. „teście igłowym”, badającym higieniczność wypadały lepiej, porażenie roztoczami było niższe). W Internecie można obejrzeć filmy, na których widać jak pszczoły „walczą” z roztoczem lub próbują zrzucić je z siebie odnóżami. W tej sytuacji dziwi stanowisko tych, którzy twierdzą, że aby pszczoły mogły wykształcić potrzebne mechanizmy obrony potrzeba setek czy tysięcy lat ewolucji. Wystarczy przecież, aby „zidentyfikowały” roztocza jako zagrożenie (część populacji już to potrafi) i skorzystały ze znanych im metod pozbycia się wroga. Natomiast dobór naturalny lub sztuczny powinien służyć wzmocnieniu w populacji cech tych pszczół, u których potrzebne mechanizmy działają już w podstawowym zakresie.

Inne mechanizmy odporności

Populację dręcza w rodzinie można zredukować nie tylko aktywnym usuwaniem roztoczy z ula (za to odpowiedzialne są cechy określane jako VSH i „grooming”). Każde bowiem zachowanie skutkujące zaburzeniem cyklu rozwojowego dręcza może – pośrednio – przyczynić się do zmniejszania jego populacji w ulu. Jeżeli tempo wzrostu populacji spadnie do poziomu tempa naturalnego wymierania roztoczy, populacja dręcza przestanie rosnąć. Jeśli natomiast tempo wymierania będzie wyższe niż tempo namnażania, populacja pasożyta zacznie się powoli kurczyć.
Po otwarciu, a następnie zamknięcia komórki z czerwiem, zasklep od spodu jest niejednolity.
Obecność takich komórek świadczy o obecności cechy "recappingu";
źródło: https://bee-health.extension.org/varroa-sensitive-hygiene-and-mite-reproduction/

Odporność nie musi więc wiązać się tylko ze zdolnościami aktywnego ograniczania populacji pasożyta przez pszczoły. Nam powinno zależeć przecież na przetrwaniu i zdrowiu rodzin, a nie – liczebności dręcza w rodzinie pszczelej. Na przykład, bardzo istotną cechą pszczół odpornych jest ich gwałtowniejsza reakcja immunologiczna na patogeny przenoszone przez dręcza – takie pszczoły potrafią przetrwać o wiele większą presję (patrz: Bartłomiej Maleta, Dziko żyjące rodziny pszczele – zagrożenia i nadzieje (3), „Pszczelarstwo” 2/2021). Pszczoły mogą mieć wiele cech odpowiedzialnych za szeroko rozumianą odporność, o których istnieniu jeszcze nie wiemy. Są też takie cechy, które zostały opisane przez naukowców, ale trudno je zaobserwować czy zmierzyć (np. wymagają specjalistycznego sprzętu lub dużego wysiłku), a tym samym niełatwo wzmocnić w sztucznej hodowli. Wykazano np. istnienie cechy określanej jako SMR Suppressed Mite Reproduction [stłumiona reprodukcja roztoczy – tłum. BM], która odpowiada za ograniczenie płodności samic roztocza. Mechanizm nie do końca został poznany, ale istnieje wiele hipotez naukowych, które próbują go wyjaśnić. Być może – co moim zdaniem może sugerować np. opracowanie dr Barbary Locke – za zmniejszenie sukcesu reprodukcyjnego samic dręcza odpowiedzialny jest mechanizm polegający na odsklepianiu komórek z zainfekowanym czerwiem, a następnie ponowne ich zasklepianie przez pszczoły (ang. uncapping – recapping). Pszczoły mogą odsklepiać i zasklepiać te same komórki nawet wielokrotnie. Wygląda na to, że zachowanie to zaburza proces rozwojowy młodych roztoczy i może mieć negatywny wpływ na ich fizjologię i zdolności reprodukcyjne. Niektórzy z naukowców (np. Thomas Seeley) uważają, że może to być najskuteczniejsza broń pszczół przeciw roztoczom. Cechę tę można wzmocnić w hodowli. Odcinając lub odrywając zasklep czerwiu (np. za pomocą taśmy klejącej) i analizując jego budowę od spodu można sprawdzić czy pszczoły posiadają tę zdolność. Komórki, które były odsklepione i ponownie zostały zasklepione, mają charakterystyczną budowę (zasklep nie jest jednolity).

Moim zdaniem absolutna większość rodzin pszczelich potrafiłaby ograniczyć liczbę dręcza w przypadku gdyby wzrosła ona nadmiernie, ale prawie dla każdej z rodzin (w populacji, która nie jest selekcjonowana) jest na to po prostu za późno. Gdy porażenie osiąga wysoki poziom, wybucha epidemia, która prowadzi do wypszczelenia i upadku rodziny. Wydaje się natomiast, że populacje selekcjonowane, z jednej strony szybciej zaczynają się pozbywać pajęczaka ze swojego środowiska, a z drugiej – mają lepiej wykształcone mechanizmy odporności indywidualnej (reakcja immunologiczna), co częściej pozwala im nie ulec epidemii. Według Olivera, wzmocnienie kilku z obserwowanych i opisywanych cech pszczół zaledwie o 20 proc. pozwoliłoby owadom na to, by utrzymać taki poziom porażenia roztoczami, który nie zagrażałby ich życiu.

Cechy pszczół, a zatem ich odporność, są więc w pewien sposób dają się stopniować. Istnieją rodziny, w których stopień porażenia roztoczami maleje, nawet jeżeli zostaną „sztucznie” zarażone roztoczami (tzw. „roztoczowe czarne dziury” Johna Kefussa), są takie, gdzie porażenie utrzymuje się na względnie stałym poziomie (najczęściej 1–2 proc., z fluktuacjami, np. u pszczół linii ‘Primorska’), są i takie, w których wskaźnik porażenia rośnie powoli (lub okresowo) i wreszcie takie, gdzie rozrost populacji roztocza jest praktycznie niekontrolowany. Do tej ostatniej grupy należy znacząca większość pszczół hodowlanych, czyli zapewne absolutna większość całej populacji pszczół w naszym regionie geograficznym i gospodarczym. To tu, nierzadko w ciągu jednego sezonu, dochodzi do wzrostu populacji roztoczy do poziomu zagrażającego życiu rodziny (patrz: K. Pohorecka, Oczekiwania versus rzeczywistość, „Pszczelarstwo” 10/2020). Moim zdaniem, to właśnie pszczoły w tej grupie, a nie dziko żyjąca rodzina, gdzieś w dziupli, stwarzają ryzyko realnego zarażenia chorobami innych owadów w okolicy (przekazują też nieodporne geny). Bazując na doświadczeniach choćby szwedzkiego hodowcy, Erika Österlunda, można stwierdzić, że zaledwie kilka lat wysiłków hodowlanych pozwoliłoby na „przeniesienie” pszczół z grupy ostatniej do przedostatniej, a kto wie, być może nawet wyżej – do którejś z pierwszych. Wystarczyłoby konsekwentnie wybierać we własnych pasiekach te pszczoły, które mają najmniej roztoczy (nawet pobieżnie, zliczając roztocza osypane po kuracjach). Zapewne są też lepsze i wymyślniejsze metody selekcji, ale zakładam, że gdyby pszczelarze ograniczyli swoje działania tylko do tej prostej czynności, problem dręcza dziś by nie istniał. Kryteria doboru pszczół do selekcji są jednak zupełnie inne.


wtorek, 9 listopada 2021

Jeszcze o odporności pszczół - cz. 2

 Zapraszam na kolejną część tekstu "Jeszcze o odporności pszczół", która ukazała się w listopadowym numerze miesięcznika Pszczelarstwo

(W miesięczniku zmieniono tytuł na "O odporności pszczół", ale pozostanę tu przy swoim! W toku redakcji wdał się też błąd - poprawiony poniżej: prof. Martin jest "Brytyjskim naukowcem", a nie "Amerykańskim"). 


Część 1


Jeszcze o odporności pszczół - cz. 2

Dręcz pszczeli jest z nami już 40 lat, a mimo to zdecydowana większość pszczół wciąż sobie z nim nie radzi. Nie dlatego, że nie są w stanie kontrolować samodzielnie populacji roztocza, ale z powodu stałej ingerencji człowieka.

Problemem nie jest sam dręcz pszczeli (Varroa destructor). Roztocz jest tylko organizmem żerującym na pszczołach, osłabiającym je, ale przecież rzadko zabijającym bezpośrednio. Specjalista od patogenów i pasożytów pszczół, prof. Stephen Martin z Uniwersytetu Salford w Menchesterze (Wielka Brytania) uważa, że, aby rodzina pszczela zginęła na skutek żerowania na pszczołach roztocza Varroa potrzeba byłoby 80 tys. (!) wolnych od wirusów osobników pasożyta [Martin, 2020]. Tak więc problemem jest zabójcze dla pszczół połączenie roztocza z przenoszonymi przez niego patogenami (jak się uważa, głównie z wirusem zdeformowanych skrzydeł – DWV), które Randy Oliver nazywa „potworem” (ang. the monster). Takie spojrzenie pozwala spojrzeć na problematykę dręcza pszczelego i powodowanej przez niego (pośrednio) śmiertelności rodzin pszczelich z wielu stron.

ZARZĄDZANIE WARROZĄ W PASIECE

To tytuł jednego z wykładów dra hab. Pawła Chorbińskiego prof. UPWr wygłoszonego w 2016 roku. Ani tytuł, ani treści nie straciły na aktualności. Wydaje się, że dziś tak właśnie rozumiane jest pszczelarstwo. Wielu pszczelarzy mówi zresztą wprost: „kiedyś chodziło się do pszczół, dziś chodzimy do warrozy”. Naukowiec zauważa m.in., że w latach 80. ub. w. rodziny pszczele były w stanie funkcjonować dłużej bez kuracji przeciwko roztoczowi i ginęły przy znacząco wyższym porażeniu niż dziś.

Większość doświadczonych pszczelarzy twierdzi, że niegdyś tabletka Apiwarolu wystarczyła, aby „załatwić” problem roztoczy na cały sezon. Dziś wprawdzie niektórzy praktycy także twierdzą, że do utrzymania pszczół przy życiu wystarcza jedna dawka tzw. chemii (rozumianej jako ogół substancji chemicznych, stosowanych do zabicia pasożytów) w sezonie, ale nie jest to do końca prawda. Podpytywani o szczegóły przyznają zwykle, że najpierw izolują matki (aby doprowadzić do stanu bezczerwiowego), używają tzw. ramek pracy, zdarza się, że w ogóle usuwają cały czerw, wymieniają wszystkie elementy ula na dezynfekowane co najmniej raz w sezonie, odkażają przechowywane plastry w oparach najróżniejszych substancji, sterylizują narzędzia pasieczne i wreszcie palą wszystkie ramki (czasem też inne elementy ula, np. wkładki dennicowe) co dwa–trzy sezony. Zdarza się również, że używają kwasów lub olejków eterycznych, których nie uważają za „chemię”, mimo że są to przecież substancje chemiczne. Przez „chemię” rozumieją więc syntetyczne pestycydy, a nie zaliczają do niej substancji organicznych (tzw. „naturalnych”), które są toksyczne zarówno dla dręcza jak i wielu innych organizmów w ulu – w tym pożytecznych dla pszczół bakterii czy grzybów. W ostatnich dekadach pszczelarze nauczyli się skuteczniej kontrolować populację dręcza, tyle tylko, że te umiejętności nie przekładają się na wzrost przeżywalności i poprawę kondycji pszczół. Dziś problem jest zatem o wiele poważniejszy i wymaga zdecydowanie większych nakładów pracy niż kilka dekad temu. Zapytany o przyczyny takiego stanu rzeczy prof. Thomas Seeley bez chwili wahania odpowiada, że powodem jest wzrost zjadliwości patogenów, przede wszystkim wirusów, głównie wirusa zdeformowanych skrzydeł. Niestety, nowoczesna gospodarka pasieczna na wielu płaszczyznach sprzyja ewolucji patogenów w kierunku zwiększenia ich zjadliwości. Neutralizowanie negatywnego wpływu układu („potwora”) mogłoby się udać zatem także wówczas, gdyby przenosił on mniej groźne szczepy patogenów, nawet gdyby populacja dręcza rosła.

HAPLOTYP JAPOŃSKI I KOREAŃSKI

Varroa jacobsoni kilkukrotnie zmieniał żywiciela, przenosząc się na pszczołę miodną. Długo uważano, że roztocze żerujące na pszczole miodnej i wschodniej należą do tego samego gatunku. Dopiero po latach stwierdzono, że zmiana żywiciela spowodowała tak duże zróżnicowanie genetyczne u osobników Varroa, iż pasożyta żerującego na pszczole miodnej uznano za osobny gatunek, nazywając go Varroa destructor. Naukowcy sugerują, że podczas jednej ze zmian żywiciela wykształcił się szczep (haplotyp) nazwany japońskim, a przy innej szczep koreański. Wielu naukowców i praktyków twierdzi, że ten drugi jest bardziej zjadliwy. Niektórzy za szczepy uważają czasem dwa bliźniaczo podobne gatunki roztoczy: V. destructor i V. jacobsoni.

Do niedawna w żadnej ze znanych mi publikacji nie znalazłem odpowiedzi na pytania, które narzucają się same: co powoduje, że jeden ze szczepów jest bardziej zjadliwy niż drugi? Wiarygodne wydawało mi się dopiero wyjaśnienie Olivera, zamieszone na prowadzonym przez niego blogu. Otóż, według autora, Varroa jacobsoni współistnieje z pszczołą wschodnią (Apis ceranae) w relacji wykształconej w ciągu długiej koewolucji. Varroa może przebywać i żerować na dorosłych robotnicach, ale co do zasady nie rozmnaża się w ich czerwiu. W uproszczeniu przyjmijmy, że występuje coś w rodzaju „chemicznej antykoncepcji”, którą stosują larwy robotnic pszczoły wschodniej. Siła „uderzenia” Varroa jacobsoni kierowana jest zatem na czerw trutowy, bo roztocza odnoszą sukces reprodukcyjny tylko wtedy, gdy w nim się rozwijają. Według Olivera haplotyp japoński zachował przystosowanie Varroa jacobsoni, tzn. roztocz rozmnażał się głównie w czerwiu trutowym, omijając czerw robotnic. Sukces reprodukcyjny roztocza był o wiele mniejszy z uwagi na ograniczony czas wychowu trutni w ciągu sezonu, jak i ich liczbę. Mówiąc wprost: przez większą część sezonu „porodówka” była dla dręcza zamknięta. Z uwagi na ograniczoną liczbę osobników dręcza, rodziny pszczele były w stanie funkcjonować bez kuracji tam, gdzie w pierwszej fazie nastąpiła inwazja właśnie tego szczepu.

Według Olivera haplotyp koreański zaczął się mnożyć także w czerwiu robotnic i dzięki temu jego sukces reprodukcyjny był większy co sprawiło, że zaczął dominować niemal na całym świecie – również tam, gdzie na początku funkcjonował szczep japoński. Ponieważ w żadnym ze źródeł, które podaje Randy Oliver, nie znalazłem opisu różnic zjadliwości typów dręcza, postanowiłem zweryfikować hipotezę u naukowców zajmujących się pszczołą miodną. Profesor Seleey odesłał mnie do prof. Stephena Martina z Uniwersytetu Salford, specjalisty od patogenów i pasożytów pszczół – w tym dręcza pszczelego. Prof. Martin badał m.in. wspomnianą w poprzednim artykule populację pszczół na wyspie Fernando de Noronha u wybrzeży Brazylii [„Pszczelarstwo”, 10/2021].

Brytyjski naukowiec rozwiał wszystkie wątpliwości: hipotezę Randy'ego Olivera uznał za bezpodstawną. Okazało się, że w badaniach porównawczych obu haplotypów dręcza nie ujawniono żadnych różnic w sposobach i zdolnościach ich rozmnażania. Ujawniono także, że oba typy mogą przenosić zabójcze dla pszczół szczepy patogenów. Profesor nazwał różnicę w haplotypach dręcza „drobnym, nieistotnym czynnikiem”.

Skąd więc różnice w zdolnościach przetrwania niektórych populacji zainfekowanych różnymi typami dręcza? Według profesora wynikają one przede wszystkim ze zdolności samych pszczół (odpowiedź immunologiczna) i (nie)obecności zabójczych szczepów niektórych patogenów w środowisku pszczół. Gdy rozwija się infekcja wywołana DWV, w organizmie zakażonego owada dochodzi do namnożenia zjadliwego szczepu wirusa, który następnie (najczęściej za pośrednictwem dręcza) przenosi się na kolejne pszczoły, a później na inne rodziny pszczele. Kiedy natomiast szczepy wirusa pozostają pod kontrolą układu immunologicznego pszczół, nie dochodzi do rozwoju klinicznej postaci choroby. Innymi słowy, dopóty dopóki zjadliwy wirus nie namnoży się w organizmie pszczoły do poziomu krytycznego (przy którym owad zaczyna chorować) roztocz nie będzie mógł transmitować cząstek wirusa w ilości potrzebnej do rozwoju choroby u kolejnych owadów.

Według prof. Martina proces namnażania się wirusa do ilości, która może zagrozić zdrowiu owadów zachodzi więc nie w organizmie roztocza, a pszczoły, dręcz jest zatem przede wszystkim tzw. wektorem mechanicznym wirusa. Profesor Martin sugeruje, że zdolność pszczół do przetrwania nie zależy od obecności określonego haplotypu dręcza pszczelego. Dodać jednak trzeba, że niektóre szczepy wirusa DWV posiadają zdolność do namnażania się także w organizmie dręcza – te mogą zatem być dla pszczół większym zagrożeniem. Na marginesie dodam, że zdaniem profesora Martina pszczoły z Fernando de Noronha, świetnie znoszące wysokie porażenie dręczem, są skazane na zagładę. Do tej pory, w niewielkich ilościach, znajdziemy w materiale genetycznym tej populacji pszczół niezjadliwą formę DVW. W sytuacji gdy (w wyniku mutacji lub transmisji z zewnątrz) zjadliwy szczep wirusa ujawni się i namnoży w niekontrolowany sposób, pszczoły zginą. Zdaniem naukowca proces ten jest nieunikniony, chociaż może być odległy w czasie. Tezy te znajdują potwierdzenie w badaniach pszczół na wyspie Nowa Gwinea, gdzie występuje zarówno pszczoła wschodnia (Apis ceranae), jak i miodna (Apis mellifera). Populacje pszczół obydwu gatunków są porażone przez roztocza Varroa jacobsoni (wyspa jest wolna od Varroa destructor). Według naukowców do kolejnej zmiany żywiciela gatunku V. jacobsoni – z pszczoły wschodniej na miodną - doszło tam ok. 2008 roku.

Należy zaznaczyć, że rodziny pszczele zostały również zaatakowane przez roztocza: Troplilaelaps mercedesae. Po początkowym załamaniu populacji pszczoły miodnej, spowodowanym niekontrolowanym namnożeniem się pasożytów, owady wykształciły jednak odporność, która pozwala na prowadzenie normalnej działalności pszczelarskiej. Naukowcy sugerują, że brak wirusa DWV w populacji pszczół z Nowej Gwinei pozwala utrzymywać je w dobrej kondycji.