poniedziałek, 4 maja 2026

Jak bardzo trzeba się napracować i ile zainwestować, żeby nie rozwiązać żadnego z pszczelarskich problemów - cz. 2

W majowym numerze miesięcznika "Pszczelarstwo" ukazała się druga część mojego ostatniego tekstu o tym jak wiele wysiłków w pszczelarstwie idzie jak krew w piach tylko dlatego, żeby zgadzało się wszystko w czasie najbliższych zbiorów rzepaku. Mam wrażenie, że właśnie to jest najdłuższa perspektywa w pszczelarstwie: maj kolejnego roku. Pszczelarze mają swoje taktyki (niektóre nawet jakoś tam działają), ale środowisko pszczelarskie zdecydowanie nie ma strategii. Dlatego nie przekonuje mnie w ogóle gadanie, że to chodzi o produkcję czy miód. Erikowi też chodzi, chodzi też Buchlerowi - ale oni mają strategię. A nasi... no cóż.

Już chyba kiedyś to pisałem, a na pewno mówiłem: wierzę w pszczoły, nie wierzę w pszczelarzy. Otóż po 12 latach doświadczeń w postaci rzucania grochem o ścianę doszedłem do następujących obserwacji i wniosków: Tak bardzo pszczelarze chcą się zająć rozwiązaniem własnych problemów i problemów zdrowia pszczół, że musiał pojawić się gość nie mający pszczół, nie mający pojęcia o selekcji, czy wręcz chowie tych owadów (ta opinia wynika z moich rozmów z nim sprzed około półtora roku, choć może do teraz wie coś więcej), za to mający interes w sprzedaży izolatorów, żeby w ogóle coś drgnęło w środowisku, żeby w ogóle pojawiła się trochę głębsza dyskusja, żeby odbyła się konferencja. Żeby wreszcie ci, którzy przez 40 lat zniechęcali do działań teraz wychodzili na mównicę i przekazywali treści o 120-180 stopni inne niż przez ostatnie lata czy dekady, mówiąc, że to wszystko jest bardzo ważne i że dochodzimy do ściany i trzeba coś zrobić. 

Czy dzięki temu uda się rozwiązać te problemy? Wątpię (ale życzę jak najlepiej - nam wszystkim) bo pszczelarze moim zdaniem nie są zdolni (jako grupa, środowisko) zjednoczyć się w celu rozwiązania własnych problemów. Z różnych powodów - albo się to nie opłaca, albo po prostu nie chcą, albo nie mają ochoty podjąć wysiłku, żeby w ogóle dowiedzieć się jak. A ja już nie chcę bić głową w mur.

Ponieważ ograniczam moją działalność do minimum to teraz zrobię krótkie podsumowanie zimy i dodam jeszcze parę słów. Przeżyło mi 3 z 20 rodzin - 15%. Po tak biednym roku jak poprzedni (karmienie od końca kwietnia do września) dziwię się, że przeżyło aż tyle (co więcej w dość dobrym zdrowiu i kondycji). 

Ostatnio jeździłem trochę na rowerze po mojej okolicy i zaznaczałem sobie pasieki. W kwadracie ok. 7,5 na 7,5 km (przy czym nie odwiedziłem każdej uliczki/dróżki) zaznaczyłem 60 pasiek. Pasieki są różne - od 2 uli (jest takich małych sporo) do 50. Jest co najmniej kilka takich po 30 - 45 uli. Łącznie oszacowałem średnią 15 uli na toczek, ale chyba to jest dość bezpieczne założenie, sądzę, że może być więcej. To daje ok. 900 stojących uli. Oczywiście nie wiem ile jest zapszczelonych, a ile pustych, ale z drugiej strony sądzę że tych pasiek w szacowanym obszarze może być jeszcze co najmniej kilkanaście. Przyjmując 900 uli w tym terenie (56 km kwadratowych) daje to 16 uli na kilometr kwadratowy. Myślę, że może być nawet 20. Przy tych liczbach i wariactwie dot. sprowadzania matek i różnej genetyce, myślę że tylko dzięki witalności pszczół jakaś część ich w ogóle przeżywa... To też tyle jeśli mogę powiedzieć odnośnie wszelkich pomysłów dot. "toczków izolacyjnych" czy "szpitalnych" w tych warunkach małopolskiego skrajnie absurdalnego przepszczelenia. Po prostu nie ma gdzie ich postawić, a pszczoły zarażają się cały czas od siebie. Dodać do tego głód, brak chęci selekcji pszczół na odporność i straty gotowe. 

Jutro wylatuję na przedłużony urlop - lecę do Faro w Portugalii, a stamtąd wracam rowerem do Polski. Z najkrótszej trasy (ok. 3600 km i 20+ kilometrów przewyższeń - oczywiście trasa omijała praktycznie wszystkie góry) po wliczeniu przecięcia kilkukrotnego Pirenejów i slalomu przez alpejskie przełęcze zrobiło się 5300 km odległości i 68 km przewyższeń. Oczywiście nie wiem jak wyjdzie - ten plan to tylko kreska na mapie, moja ostateczna trasa będzie modyfikowana na bieżąco. Pewnie wyjdzie coś pośredniego, między najkrótszą trasą, a planem maksimum - chyba że dodam coś jeszcze, bo nagle poczuję się 20 lat młodszy, a moje biodra uznają, że wcale nie nadają się do replantacji...? Wątpię. Kto wie, może raczej zdecyduję się też na wcześniejszy powrót pociągiem, autobusem lub samolotem. Wszystko się okaże.

Jeśli ktoś chciałby śledzić moje postępy (i trzymać za mnie kciuki) zapraszam do aplikacji Komoot - można tam obserwować mój profil, będę tam dodawał zdjęcia, być może czasem krótkie bieżące opisy. 

Z powodu wyjazdu pospieszyłem się z pszczołami. 2 z 3 rodzin zostały osierocone. Fortowy bezmatek poszedł do Marcina, żeby on dokonał podziałów, a jedna z moich rodzin, osierocona prawie dwa tygodnie temu, została już 2-3 dni podzielona na odkłady - dziś lub jutro powinny się w nich gryźć matki. Obie osierocone rodziny miały przed podziałami siłę mniej więcej korpusu wielkopolskiego "na czarno" - fortowa może trochę więcej. Najsłabsza rodzina została odpowiednio przygotowana na czas mojej nieobecności. Przy ostatnim przeglądzie widać było że mocno rusza i nie dawała żadnych oznak problemów.  


A teraz, już nie przedłużając, zapraszam do drugiej części mojego ostatniego artykułu:

Część 1

Jak bardzo trzeba się napracować i ile zainwestować, żeby nie rozwiązać żadnego z pszczelarskich problemów - część 2.


Wizje pszczelarstwa we współczesnym świecie są mocno zróżnicowane. Ale nawet wtedy, gdy mamy odmienne zdanie, warto przemyśleć argumenty, będące niejako w kontrze do tych bardziej powszechnych, utartych poglądów.

Naukowcy już dawno rozwiązali problem warrozy. Stało się to co najmniej dwadzieścia lat temu, a może nawet wcześniej – wówczas bowiem opisano odporne na pasożyta V. destructor populacje pszczół i podstawowe mechanizmy, dzięki którym radziły sobie z dręczem. Już w 1988 roku profesor Jerzy Woyke stwierdził, że narzędziem, za pomocą którego można będzie zapanować nad inwazją Varroa jest hodowla. Nie był to odosobniony pogląd, od dawna docierają do nas informacje (choć ze strony polskiego środowiska naukowego dość rzadko), co należy zrobić, aby pszczoły same potrafiły „ujarzmić” szkodliwego pajęczaka. U podstaw tej wiedzy leżą wyniki realizowanych metodami naukowymi badań różnych populacji pszczół. Poparte są one dokładnymi analizami ich zachowań (choć nie wszystkie zaobserwowane mechanizmy odporności są dogłębnie wyjaśnione). Wystarczy je poznać, zaakceptować i wdrożyć w praktyce, czyli dostosować prace pasieczne do rzeczywistości, zamiast walczyć z nią według naszych wyobrażeń. Trzeba więc warunki, w których „to działa” skopiować do naszej prowadzonej według wzorów z lat ubiegłych gospodarki. Przykładem niech będą pszczelarze (niestety nieliczni), którzy przyjmując te zasady rozwiązali problem warrozy w swoich pasiekach i czerpią z nich dochód.

Czy w powszechnej świadomości coś się zmieniło? Nie, bee-washing trwa w najlepsze. Owszem, sporadycznie prowadzone są dyskusje nad niektórymi rozwiązaniami, ale do ich akceptacji jest daleko. Traktuje się je raczej jako ciekawostki, o ile bowiem naukowcy rozwikłali zagadkę inwazji zabójczego dla pszczół pasożyta Varroa, to nie podali recepty na rozwiązanie tego problemu w ramach intensywnego pszczelarstwa przemysłowego. Wiemy, jak prowadzić chów pszczół w sposób zrównoważony, a przy tym przynoszący zysk, ale nie potrafimy przeprowadzić zabiegów zwalczania inwazji roztocza tak, by pozbyć się go raz na zawsze. Proponowane rozwiązania nie podobają się pszczelarzom. Całe środowisko (upraszczając nieco) wyznaje dziewiętnastowieczną filozofię kontroli człowieka nad przyrodą – na zasadach człowieka, a nie natury. Dlaczego? Nie wiem, ale pszczelarze nie chcą utrzymywać pszczół w sposób wspierający ich adaptację do obecnych warunków i wciąż nie akceptują alternatywnego rozwiązania.

Według mnie z wypracowanego przez niektórych naukowców rozwiązania wynika natomiast, że wystarczy jedynie prowadzić chów lokalnych pszczół (nie wyklucza to możliwości selekcji w kierunku zwiększenia ich produktywności czy łagodności), wystrzegać się sprowadzania obcych matek, a do rozmnażania wybierać te, których rodziny mają najwolniejszą dynamikę przyrostu populacji dręcza i nie wykazują objawów chorób wirusowych. Tylko tyle. Jednak zasadniczym warunkiem powodzenia tych działań jest podjęcie ich przez większość pszczelarzy, a nie zaledwie kilka procent, a może nawet promili. Poza tym, powinny być realizowane z żelazną konsekwencją. Być może konieczne będzie także ograniczenie przepszczelenia. Niezbędna będzie również przy tym rzeczywista dbałość o pożytki. Nikt natomiast nie twierdzi, że należy zaniechać starań o produktywność pasiek, czy pozwolić pszczołom ginąć.

Nie próbujcie tego sami w domu


Niektórzy hodowcy matek pszczelich mają zdecydowanie odmienne zdanie w kwestii podejmowania prac mających na celu uzyskanie pszczół odpornych przez „zwykłych” pszczelarzy w warunkach „domowych”. Przykładowo dr Adrianna Mirecka, specjalistka w dziedzinie zootechniki i hodowli matek pszczelich (autorka książki Hodowla matek pszczelich) uważając, że nie są oni w stanie tego osiągnąć, wprost zaapelowała o zaniechanie takich działań w mediach społecznościowych. Takie opinie, w połączeniu z wybrzmiewającymi w przestrzeni publicznej stwierdzeniami, że przepszczelenie na terenie kraju należy uznać za fake news, skutecznie odbierają pszczelarzom motywację do zmiany podejścia do walki z dręczem i chęć podejmowania konkretnych działań. Jeśli chodzi o mnie, to marzy mi się jednomyślne stanowisko osób kształtujących postawy pszczelarskie, wyrażone dla przykładu takim oto apelem, skierowanym w stronę praktyków: Selekcja i hodowla pszczół odpornych nie jest łatwa, bo zjawisko to jest bardzo złożone i zależne od wielu czynników. Powinniśmy jednak próbować, jednocześnie się ucząc. Utrzymujcie lokalne pszczoły i wybierajcie spośród nich te, które mają najmniej pasożytów lub te, u których zaobserwujecie cechy świadczące o odporności. Czy uda się Wam wyhodować pszczoły odporne? Może tak, może nie, ale samo dążenie w tym kierunku jest ważne. Wspólnie odpowiadamy za to, jakie pszczoły zostawimy kolejnym pokoleniom pszczelarzy. Można by tu sparafrazować słowa prezydenta USA Johna F. Kennedy'ego, dodając: Zdecydowaliśmy się w ciągu nadchodzących dziesięciu lat wyhodować pszczoły odporne nie dlatego, że to jest łatwe, ale dlatego, że jest to trudne, a przez to zmusi nas do lepszej organizacji i wykorzystania wszystkich naszych umiejętności. [J.F.K. mówił o locie na księżyc].

O dobrostanie i chorej normie


Podczas jednej z niedawnych konferencji pszczelarskich pt. „Bezpieczna pszczoła, bezpieczny pszczelarz, bezpieczne pszczelarstwo”, jeden z prelegentów, prof. Jerzy Wilde, nawiązując do zawartej w tytule tezy, zdefiniował dobrostan jako stan zdrowia fizycznego i psychicznego, w którym zwierzęta są w pełnej harmonii ze środowiskiem. O jego właściwym poziomie świadczy prawidłowy rozwój rodziny pszczelej, dobra płodność matki, duża liczebność pszczół przed pożytkiem i wysoka produkcyjność. Tak więc kolejny raz dobrostan został utożsamiony z walorami gospodarczymi rodzin. Stosując te kryteria można by powiedzieć, że brojlery chowane w warunkach fermowych, faszerowane pożywieniem zawierającymi suplementy i antybiotyki, dzięki którym szybko rosną i przybierają na wadze (można je wcześniej oddać do ubojni), także mają zapewniony dobrostan – nie wiem jednak czy można tu mówić o harmonii ze środowiskiem. Podobnie jak w przypadku pszczół, których chów prowadzony jest w ramach intensywnej gospodarki pasiecznej. Dla pszczół żyjących w harmonii ze środowiskiem pożytek jest stymulatorem ich rozwoju, tymczasem w definicji dobrostanu duża populacja pszczół powinna cechować rodziny przed pożytkiem. Oznaczałoby to konieczność posiadania pszczół, których rozwój nie jest zdeterminowany warunkami środowiskowymi.

Nie do końca też zgadzam się ze zdaniem wypowiedzianym w dalszej części wykładu: jeśli rzeczywiście nam giną pszczoły, to jest to wina niewłaściwej opieki nad rodzinami pszczelimi. Takie podejście jest dość powszechne i oznacza, że wszystko jest „w rękach” pszczelarzy, a pszczoły nie giną z powodu chorób tylko zaniechania zabiegów leczniczych lub ich nieprawidłowego wykonania. A przecież te owady przez miliony lat żyły pozbawione opieki człowieka. Moim zdaniem w ten sposób odpowiedzialność za zły stan zdrowia pszczół lub straty kieruje się na ich właścicieli, zdejmując jednocześnie odpowiedzialność z osób, które przez 45 lat kształtowały bieżący model pszczelarstwa, ucząc, hodując matki lub prowadząc chów pszczół na masową skalę w całkowitym oderwaniu od harmonii ze środowiskiem.

Sądzę, że znacząca większość środowiska pszczelarskiego uznała obecność problemu warrozy za normę. Ta konstatacja jest dla mnie niezwykle niepokojąca, ponieważ świadczy o pogodzeniu się z nim i uznaniu go za zasadniczo stały, niezmienny, ba w pewnym sensie stanowiący jedną z cech współczesnego pszczelarstwa. Nasuwa się więc konkluzja, że wszelkie próby jego definitywnego rozwiązania są bezcelowe lub niejako z góry skazane na niepowodzenie. Chciałbym doczekać czasów, w których normą będą pszczoły radzące sobie z dręczem. Pierwszym krokiem, żeby to osiągnąć jest uznanie za normę obecności roztoczy Varroa, a nie warrozy.

Także w mojej opinii problem jest praktycznie nierozwiązywalny, ale na zupełnie innej płaszczyźnie. Pszczoły byłyby zdolne do poradzenia sobie z dręczem, gdyby do wypracowania rozwiązania byli gotowi pszczelarze, którym to wskazywane obecnie się nie podoba. Oczekujemy jako społeczność jakiegoś innego rozwiązania, ale jak dotąd nie istnieją żadne przesłanki pozwalające sądzić, że może ono istnieć. Rozwiązanie problemu warrozy wymaga rewolucji w myśleniu, czyli zdania się na poznane i szczegółowo opisane przez naukowców mechanizmy odporności rodzin pszczelich.

Warto też podkreślić, że pszczelarze nie są jedynymi w takim gospodarczym i przedmiotowym rozumieniu przyrody. Leśnicy uważają przecież, że las „hoduje się siekierą”, a bez człowieka drzewostany leśne nie przetrwają. Myśliwi natomiast twierdzą, że prowadzą odstrzały dzikich zwierząt dla dobra przyrody. Zastrzegam, że rozumiem konieczność realizowania potrzeb społecznych i gospodarczych czy to przez leśników, czy myśliwych. Chodzi mi jedynie o uwypuklenie absurdalnej argumentacji, w której efektywność intensywnej gospodarki łączy się z jakimś abstrakcyjnie rozumianym „dobrem przyrody” (podobnie jak dobrostan pszczół z ich produkcyjnością). Natura radzi sobie inaczej niż byśmy oczekiwali. Ingerencja człowieka nie jest dla dobra przyrody, ale dla realizacji jego wizji, wygody i/lub zysku. Według mnie twierdzenia pszczelarskiego mainstreamu są jedynie „bee-washingiem”.

Pszczoły odporne na warrozę do 2033 roku


Na wspomnianej konferencji prof. Jerzy Wilde przypomniał uczestnikom, że w Niemczech już 30 lat temu nakreślono bardzo ambitny cel hodowlany – wyeliminowanie inwazji Varroa z pasiek poprzez wyselekcjonowanie pszczół odpornych na pasożyta – konkludując, że: im się też nie udało. Mówiąc o obecnie realizowanym programie „Varroaresistenz 2033”, który przewiduje, że do wskazanego roku będziemy mieli pszczoły oporne na Varroa i będziemy mogli zrezygnować z ich leczenia, profesor oznajmił, że osobiście w to nie wierzy bowiem: właściwie wszystkie ośrodki naukowe dzisiaj mają ten problem, walczą z tymi pasożytami i póki co ta walka opiera się na walce chemicznej. (…) Właściwie dzisiaj zdani jesteśmy na leczenie lekami chemicznymi.

No cóż, nie sposób wyhodować pszczół odpornych na warrozę, skoro sukcesywnie zwalcza się motywację do takiej hodowli poprzez nieustanne podkreślanie jej nieskuteczności i bezcelowości. A znacząca większość środowiska naukowego i innych autorytetów czy influencerów stale to przecież robi. Mam poczucie, że wybrzmiewa to również podczas konferencji pszczelarskich w zasadzie od zawsze. Z tego powodu od jakiegoś czasu rezygnuję z uczestniczenia w nich. Mam dość zniechęcania pszczelarzy przez osoby, które powinny ich do tego rozwiązywania motywować.

Istotnym mankamentem hodowli pszczół odpornych jest niemożność uzyskania spektakularnych efektów w krótkim czasie. Aby osiągnąć realną odporność potrzebna jest praca kontynuowana konsekwentnie przez wiele lat (minimum 10) na odpowiednio licznej populacji pszczół. Ten czas jest potrzebny, aby wyeliminować z niej te całkowicie nieprzystosowane, a u pozostałych utrwalić pożądane cechy, doprowadzając także do zmian genetycznych patogenów skutkujących zmniejszeniem ich zjadliwości. Pierwszy etap (usunięcie pszczół nieodpornych) jest banalnie prosty. Wystarczy badać stopień porażenia rodzin przez V. destructor, eliminując z hodowli te, które mają największy przyrost populacji dręcza. 

Kolejne są już trudniejsze – nie da się ich zrealizować jedynie w obrębie własnego gospodarstwa, jeśli nie będziemy dysponować kilkoma setkami (optymalnie tysiącami) rodzin pszczelich, stacjonujących na względnie izolowanym i sprzyjającym ich rozwojowi terenie. Wymaga to zaangażowania się w pracę społeczną i współpracy środowiska, a o to coraz trudniej. 

Nie zgadzam się też ze stwierdzeniem profesora, że: (…) wszystkie ośrodki naukowe mają ten problem (…). Oto kilka przykładów naukowców, którzy badali zjawisko odporności, uzyskując wymierne efekty pracy hodowlanej w czasie, gdy u nas dominował przekaz, że jest to całkowicie bezcelowe. John Kefuss (z wykształcenia doktor pszczelnictwa) osiągnął pierwsze sukcesy w hodowli pszczół odpornych już w latach 90. XX wieku we Francji. Na początku XXI wieku pracownicy „Laboratorium Pszczół Miodnych” (ośrodek zajmujący się zapylaczami, zwany Honey Bee Lab, działający w obrębie Departamentu Rolnictwa Stanów Zjednoczonych) prowadzili prace hodowlane z pszczołą Primorską i pszczołami VSH w celu stworzenia linii komercyjnych (Pol-line), udostępnianych pszczelarzom [ostatnio doszła do mnie informacja, że ponoć administracja Trumpa planuje zamknąć ten ośrodek... ech. - przypis autora.]. Profesor Stephen Martin, który od ponad 2 dekad badał odporne populacje pszczół, zachęcał pszczelarzy z Wielkiej Brytanii do podjęcia trudu selekcji, podobnie jak prof. Thomas Seeley, pracujący od co najmniej 2002 roku nad poznaniem mechanizmów decydujących o odporności pszczół dziko żyjących. Do takich działań i szerokiej współpracy środowiska w tym zakresie przekonuje również dr Ralph Büchler (w swojej pasiece nie używa żadnej chemii od ponad 10 lat). Przekaz płynący z ich pracy jest jasny – rozwiązanie jest na wyciągnięcie ręki i to od nas zależy, czy po nie sięgniemy – dla wspólnego dobra powinniśmy się tego wszyscy podjąć. Do systemowego rozwiązania problemu potrzebna jest bowiem cała rzesza pszczelarzy. Pewne nadzieje niesie program „Varroaresistenz 2033”, pierwsza realna europejska inicjatywa wielu środowisk branży pszczelarskiej – i naukowców, i praktyków, która stawia wyzwanie pszczelarskiej mentalności „niedasizmu”. Czy uda się osiągnąć zakładany cel? Zdecydowanie tego nam wszystkim życzę. Mam oczywiście pewne wątpliwości, ponieważ uważam, że choć za metodą stoją pewne sukcesy, a program propagowany jest przez uznane autorytety, to im także przyjdzie się zmierzyć z niechęcią do zmian po kilkudziesięciu latach utrwalania poglądów o bezcelowości takich działań.

Niezbędna będzie ponadto akceptacja pewnego zagrożenia związanego ze zmniejszeniem przychodów z pasiek czy wyśrubowaną do granic pszczelej wytrzymałości wydajnością produkcji „z ula”. Nie należy jednak zakładać, że zyski (dochody) pszczelarzy spadną znacząco, ponieważ na ich wielkość ma wpływ zarówno skala produkcji, jak i ponoszone koszty, powstające m.in. za sprawą traconych pszczół. A te z roku na rok są coraz większe. Ten sam dochód można osiągnąć przy olbrzymich przychodach, ale wysokich kosztach i stratach, jak i przy znacznie mniejszych przychodach, minimalizując koszty (sto minus dziewięćdziesiąt to dziesięć, ale dziesięć to także trzydzieści minus dwadzieścia, albo jedenaście minus jeden). O ile dotychczasowa praktyka pszczelarska, w której problem warrozy pogłębia się, skoncentrowana jest na stałym zwiększaniu produkcji, o tyle nowe podejście – jeśli ma być skuteczne – powinno bazować na długofalowej pracy nad zmniejszeniem kosztów.

Obawiam się też tego, że jeśli nawet część pszczelarzy zawierzy zabiegom biotechnicznym i odejdzie od chemizowania pasiek, to nie będą temu towarzyszyły inne działania hodowlane (pracę nad lokalną adaptacją pszczół i selekcję na odporność). Uważam, że naturalną ludzką przypadłością jest to, że jeśli uda nam się zminimalizować jakąś szkodliwą presję (w omawianych przypadkach np. presję chemizacji i stałego podtruwania pszczół pestycydami), to wprowadzimy jakąś inną. Przykładowo widząc, że radzimy sobie z chorobą bez stosowania chemioterapeutyków, pszczelarze jeszcze bardziej zintensyfikują metody produkcji, albo nie będą mieli żadnych hamulców żeby sprowadzać obce genetycznie matki nawet spoza kontynentu europejskiego.

Bilans zysków i strat bieżącej praktyki


Jaki schemat postępowania leczniczego dominuje aktualnie w pasiekach? Otóż wielu pszczelarzy wykonuje jakiś rodzaj kuracji wiosennej. Nierzadko jest to zabieg chemiczny wykonany wraz z końcem zimy (jeszcze przed nałożeniem nadstawek, aby nie doszło do potencjalnego zanieczyszczenia miodu). W dalszej kolejności stosowane są często ramki pracy, czyli usuwanie czerwiu trutowego. Po głównym pożytku (tam, gdzie pszczelarze nie liczą na spadź lub późne pożytki typu wrzos) aplikowany jest zazwyczaj syntetyczny preparat przeciwwarrozowy, aby stopień porażenia rodzin przez pasożyta nieco obniżyć. Następnie wczesną jesienią, po zakończeniu sezonu, przeprowadza się zazwyczaj główne leczenie pszczół, mające na celu usunięcie możliwie dużej liczby roztoczy. I tu praktykowane są różne metody (preparaty i warianty ich podawania). Kuracje powtarzane są nierzadko zimą, niekiedy dwu- lub trzykrotnie po to, by usunąć roztocza z tzw. reinwazji.

Oczywiście nie wszyscy pszczelarze tak postępują (ale sądzę, że jest to dziś praktyka zbliżona do normy). Przykładowo, zaprzyjaźniony ze mną pszczelarz stosuje ramkę pracy i jesienią kilkukrotnie wykonuje zabieg Apiwarolem (od dwóch do czterech razy) – postępuje więc zgodnie ze standardem sprzed 15–20 lat. Mimo to okresowo odnotowuje znaczne straty rodzin (najczęściej w granicach 15–40 proc., sporadycznie nawet wyższe), a znaczna część rodzin po zimowli jest w kiepskiej kondycji.

Poza wymienionymi działaniami, które mają na celu przede wszystkim kontrolę populacji Varroa w rodzinach, należy także wymienić te, skierowane przeciwko innym potencjalnie patogennym mikroorganizmom. Mam na myśli dezynfekcję i sterylizację. Aby nie być gołosłownym posłużę się przykładem jednego z moich znajomych, który co pół roku (przed i po sezonie) dezynfekuje wszystkie korpusy, powałki i dennice, a co mniej więcej dwa sezony pali używane przez ten okres wkładki dennicowe i ramki. O ile wiem rzeczywiście nie ma dużych strat w pasiece.

Tak więc, aby pszczoły przetrwały, należy w sezonie przeprowadzić ok. 10 różnych zabiegów. Jestem przekonany, że niektórzy wykonują ich znacznie więcej, ci, którzy wykonują mniej tracą duży odsetek rodzin. Niestety te starania ani na jotę nie przybliżają nas do rozwiązania problemu warrozy, a wręcz nas od niego oddalają. Co więcej konieczne jest poszerzanie gamy zabiegów, bo w przeciwnym razie grożą nam większe upadki rodzin. Tak więc takie nakłady jak ponoszone przez ostatnie dziesięciolecia (lub większe) czekają nas także w przyszłości. Pracując ciężko przez ten czas nie osiągnęliśmy rozwiązania problemu, a wręcz przeciwnie – staje się on coraz poważniejszy.

Rozwiązanie?


Oczywiście nie uważam, że rozwiązanie nie jest pracochłonne, czy nie będzie generować kosztów. Z pewnością nie spowoduje też, że pszczoły staną się nieśmiertelne. Śmiertelność rodzin może utrzymać się na poziomie podobnym do bieżącego lub być wyższa, ale przy znacznie niższych kosztach i nakładach pracy, a przede wszystkim bez chemii. Przecież przed inwazją dręcza pszczoły też nie były nieśmiertelne, a okresowo zdarzały się problemy zdrowotne – to się na pewno nie zmieni. Jednak już po kilku latach nasze pozytywne działania mogą spowodować znaczne ograniczenie zabiegów. Widząc olbrzymie wysiłki środowiska pszczelarskiego na rzecz działań skierowanych przeciwko rozwiązaniu problemu pszczół jestem sfrustrowany, a gdy słyszę różne głosy autorytetów czasem wręcz zażenowany i zawstydzony. Wysiłek, praca i zaangażowanie pszczelarzy są prawdziwe i ogromne Szkoda tylko, że są one w dużej części w kontrze do rozwiązania naszych problemów.

piątek, 6 marca 2026

Jak bardzo trzeba się napracować i ile zainwestować, żeby nie rozwiązać żadnego z pszczelarskich problemów - część 1

W marcowym numerze "Pszczelarstwa" ukazała się pierwsza część mojego nowego tekstu. Tekst ten jest wyrazem mojej frustracji i pewnej bezsilności związanej z brakiem realnych zmian w polskim pszczelarstwie. Wydawałoby się - z jednej strony, że wiele się zmienia: już tylko z rzadka takie osoby jak ja są wyzywane czy mieszane z błotem, a nadto zaczęła się pewna dyskusja wokół projektu zapoczątkowanego przez Ralpha Büchlera - Varroaresistenz-2033. Brzmi dobrze.

Z drugiej jednak strony cały czas słyszę - a przede wszystkim widzę - że polskie pszczelarstwo nie jest gotowe na zmiany. Słyszę też, że to mrzonki, że tym czy tym się nie udało i wciąż powszechne jest zniechęcanie do jakichkolwiek działań. O tak, pszczelarstwo nie jest gotowe na zmiany. To prawda, fakt. Ale to samo słyszymy od lat (ja odkąd się zajmuję pszczelarstwem czyli 2013 roku, ale przecież nie wtedy się pszczelarstwo i dyskusje zaczęły). Czyli kisimy się od lat w swoim sosie, a potem powtarzamy, że nie jesteśmy gotowi na zmiany. Nie jesteśmy, bo się bronimy przed nimi od dekad. To samo jest w dyskusjach społecznych czy ekonomicznych. Przykładowo Polska do dziś nie jest gotowa na ETS, choć znaliśmy te warunki wchodząc do Unii Europejskiej. Mieliśmy ponad 20 lat na jakiekolwiek zmiany - bo wiedzieliśmy co nas czeka, to była już wtedy oficjalna polityka i UE wyznaczyła długi czas na przygotowania, a my przystępując do Unii ją przyjęliśmy. Nikt nas niczym nie zaskoczył. Zmarnowaliśmy zupełnie ten czas. Zmiany zaszły wszędzie dookoła (swój "ETS" mają Chiny, czy miały USA za czasów innych niż obecne...), ale nie u nas, bo "nikt nam nie będzie w obcych językach", i tak dalej... Dziś budzimy się z ręką  nocniku i mówimy, że nie jesteśmy gotowi i że ktoś na nas coś wymusza. To samo jest w pszczelarstwie. W 2026 roku wciąż jesteśmy zaskakiwani warrozą i trudną sytuacją. Moim zdaniem bywa (nie wiem czy jest, bo to subiektywne odczucie) jeszcze gorzej niż dawniej. Przykładowo, w tle jest dyskusja o tym, że zmiany klimatu to brednie propagowane za pieniądze eurokołchozu, który chce zniszczyć polskie pszczelarstwo. Wciąż - nawet gdy wiemy to co wiemy o warrozie i innych chorobach pszczół - oglądamy różnej maści influencerów, którzy bezrefleksyjnie dymią kwaasem do ula, mówiąc: "zakładacie baterie, idziecie na pasiekę, kiedy macie czas dymicie". Bo kto by tam sprawdzał czy trzeba...

Podsumowując: mam dość. Przede wszystkim dość bełkotu, dość braku rzetelnej dyskusji, dość mentalnego zaścianka i średniowiecza (choć chyba przyrównanie tego co dzieje się dziś obraża średniowiecze). Z tym tekstem zamierzam więc zakończyć wszelkie aktywne próby docierania do pszczelarzy. Może raz na czas napiszę tu coś na blogu, pewnie będę pisał jakieś cykliczne podsumowania, ale zamierzam zakończyć (co najmniej na dłuższy czas, lata) pisanie artykułów do "Pszczelarstwa". Zamierzam też zrezygnować z jakichkolwiek innych aktywniejszych form działania, jakie albo podejmowałem, albo na które przynajmniej byłem otwarty. Po prostu jestem zmęczony rzucaniem grochem o ścianę i biciem głową w betonowy mur. Po 12 latach wreszcie zrozumiałem (brawo za bystrość i szybkość uczenia się, panie trutniu!), że nie ma to jakiegokolwiek sensu.
Biję się też z myślami czy wylać moje frustracje - nie tylko pszczelarskie, bo i społeczne - w sposób bardziej otwarty niż ten do "Pszczelarstwa" (powiedzmy, że takie rozwinięcie tego co tu we wstępie). Byłby to - powiedzmy - tekst terapeutyczny (sic!). No cóż, albo to opiszę, albo nie...

A teraz czas już na ostatni w ogóle lub ostatni na długi czas artykuł do "Pszczelarstwa". Zapraszam.

JAK BARDZO TRZEBA SIĘ NAPRACOWAĆ I ILE ZAINWESTOWAĆ, ŻEBY NIE ROZWIĄZAĆ ŻADNEGO Z PSZCZELARSKICH PROBLEMÓW - część 1

Wizje pszczelarstwa we współczesnym świecie są mocno zróżnicowane. Ale nawet wtedy, gdy mamy odmienne zdanie, warto przemyśleć argumenty, będące niejako w kontrze do tych bardziej powszechnych, utartych poglądów.

Kiedy czytam różne posty, artykuły, czasem książki (choć ich już z reguły nie kupuję, wystarczą mi te, które mam ) traktujące o „nowoczesnym” i „profesjonalnym” rozwiązywaniu pszczelarskich problemów, dochodzę do wniosku, że pszczelarze wykonują olbrzymi wysiłek fizyczny i intelektualny tylko po to, żeby do tego nie doszło. Nie dociekają ich istoty. Szukają jedynie „łat na powstające dziury”. Robią wszystko, żeby udało się przetrwać chociaż jeszcze jeden sezon dłużej, wykonując dokładnie to, co do tej pory – tylko „lepiej i bardziej”.

O co w tym pszczelarstwie chodzi?


Moim zdaniem dotarliśmy do pewnej ściany, której nie sposób pokonać, nie nabijając sobie kolejnych guzów i siniaków. Uważam, że powinniśmy na nowo zadać sobie kilka podstawowych pytań. A gdy już to zrobimy i odpowiemy na nie, być może wówczas będziemy wiedzieli, jak zredefiniować zasady zdrowego i zrównoważonego pszczelarstwa.
Zacznijmy od zastanowienia się o co tak naprawdę chodzi w pszczelarstwie. Inaczej to ujmując, prześledźmy motywacje, które kierują osobami podejmującymi to fascynujące zajęcie. Zakładam, że 99 proc. młodych adeptów nie zaczyna trzymać pszczół, żeby zostać wielkim pszczelarskim biznesmenem. Kierują się raczej pasją, chęcią kontaktu z przyrodą, ucieczką od codzienności – w świat dźwięków, zapachów, smaków, które pozwalają zapomnieć choć na chwilę o bieżących problemach. Nad ulem czas biegnie inaczej. Słowem motywacją założenia pasieki dla znaczącej większości – a przynajmniej tak mi się wydaje – jest hobby, pasja. Część osób na tym poprzestaje, ale pewnemu odsetkowi to nie wystarcza. Ani się nie obejrzą, a już obsługują co najmniej kilkadziesiąt pni, czasem kilkaset, a niektóre dochodzą do tysięcy. Hobby zmienia się w pracę, chociaż nierzadko nie przestaje ona pasjonować. A przecież, jak głosi przysłowie, ten kto z pasji uczyni zajęcie zarobkowe, nie przepracuje w swoim życiu ani jednego dnia. Bywa i tak, że nawet wielka pasja zmienia się w przykry obowiązek – szczególnie wtedy, gdy staje się przyczyną notorycznej frustracji. A ta może wynikać choćby z faktu, że pszczoły miewają problemy zdrowotne, bywa że giną masowo. Zdarzają się też złe lata, kiedy zamiast obserwować pięknie rozwijające się rodziny, gromadzące dużą ilość miodu (nawet nie na sprzedaż, ale na własne potrzeby) trzeba co chwilę mieszać wodę z cukrem i uzupełnić syropem tzw. żelazny zapas pokarmu w ulach. Jeżeli problemy zaczynają dominować nad pozytywnymi bodźcami, to tracimy motywację do oddawania się naszej pasji. Jednak wówczas nie sprawdza się również podejście biznesowe, bo koszty rozwiązywania nawarstwiających się problemów są większe od zysku.

BEE-WASHING


Bywa też tak, że decyzja o założeniu pasieki podyktowana jest chęcią realizacji jakichś proekologicznych celów. Wciąż słyszymy, że pszczoły są zagrożone i trzeba je ratować, a najlepszym na to sposobem jest wpieranie pszczelarstwa, zakładanie kolejnych pasiek i wprowadzanie pszczół miodnych w coraz to nowe, jakoby „niedopszczelone” regiony, np. do miast. Moim zdaniem pszczelarze są mistrzami green-washingu („zielone kłamstwo”) w „pszczelej” odsłonie, czyli bee-washingu, a pszczelarstwo miejskie jest kwintesencją i zarazem symbolem tego zjawiska. Termin wywodzi się on od angielskiego „brain-washing” (pranie mózgu) – wspominałem już o tym we wcześniejszym artykule. Niesamowicie silnie rezonuje ono w społeczeństwie, które dało sobie wmówić fałszywą tezę, że wspieranie pszczelarstwa, jako intensywnego chowu pszczoły miodnej, może pomóc ubożejącej przyrodzie, ekosystemom, środowisku, zapewniając jednocześnie pokarm rozrastającej się populacji ludzkiej. Tymczasem pszczoła miodna – jakkolwiek ważny element ekosystemu – nie jest niezbędna do podtrzymania zapylania dzikich roślin czy, tym bardziej, utrzymania różnorodnych ekosystemów. Zgadzam się jednak, że intensywny chów pszczół jest dość istotną częścią przemysłowego rolnictwa. Prawie żaden inny zapylacz nie pojawi się na zajmujących setki hektarów monokulturach. Pszczoła miodna sama też tam nie „przyjdzie”, ale można na czas kwitnienia roślin przewieźć „pudełka”, w których żyje, by zapyliła uprawy. W pewnym sensie, przy obecnym kształcie rolnictwa jest gatunkiem ważnym gospodarczo (trudno powiedzieć czy niezbędnym). Inną kwestią jest natomiast np. to, czy całe rolnictwo też nie powinno przejść gruntownej reformy, a może nawet rewolucji [o tym pisałem w innym tekście do „Pszczelarstwa”: „Zasada zrównoważonego rozwoju, czyli czas zmienić sposób myślenia” – przypis autora].

Udział pszczoły miodnej w ekosystemie w pewnym sensie można porównać do obecności ditlenku węgla w atmosferze. Proszę wybaczyć to wydawać by się mogło dziwne zestawienie, ale uważam, że w pewnym sensie jest ono zasadne. Już tłumaczę. CO2 jest niezbędny do życia, gdyż podtrzymuje ciepło na planecie w ramach tzw. efektu cieplarnianego (lepiej byłoby nazywać go szklarniowym). Bez niego skuta lodem Ziemia nie nadawałaby się do życia w znanej nam formie. Jego obecność w następstwie tego samego fizycznego efektu szklarniowego może być tragiczna w skutkach, gdy jest go zbyt dużo. Strefy klimatyczne planety mogą się całkiem rozregulować – to przecież już się dzieje na naszych oczach: susza, ograniczona dostępność do wody pitnej, fale upałów czyniące niektóre rejony niezdatnymi do życia ludzi, czy po prostu nadmierna ilość energii cieplnej w atmosferze, skutkująca większą częstotliwością i intensywnością naturalnych katastrof (burze, tornada, powodzie itp.).

Pszczoła miodna (Apis mellifera) jest naturalną i ważną składową ekosystemów w wielu częściach świata. Ale dzisiaj jej populacja na terenie naszego kraju jest zbyt duża. Rozwój pszczelarstwa odbija się na samych pszczelarzach. Stałe dostawianie coraz to nowych pni w ponoć niedopszczelonych miejscach skutkuje licznymi problemami epizootycznymi czy okresowym głodem wynikającym z konkurencji o pokarm przy ubożejących pożytkach. Tymczasem pszczelarski bee-washing trwa w najlepsze. Różnica pomiędzy pszczołą miodną a ditlenkiem węgla jest na omawianej płaszczyźnie taka, że wbrew propagandzie, ta pierwsza raczej nie jest nam niezbędna, a ich nadmiar nie spowoduje globalnych katastrof. Intensywny chów pszczoły miodnej w przepszczelonych krajobrazach stanie się przyczyną problemów lokalnych pszczelarzy i ekosystemów (np. wynikające z zanikania jakichś gatunków roślin lub zapylaczy). Prawdopodobieństwo, że przez brak lub nadmiar pszczół miodnych ludzie nie będą mogli egzystować na obszarze Ziemi o wielkości np. połowy dowolnego kontynentu jest minimalne, aczkolwiek długotrwałe skutki są jednak trudne do oszacowania.

Sądzę, że propagowany wzór uprawiania pszczelarstwa nie powinien polegać na sprowadzaniu obcego materiału genetycznego (matek), ciągłego stymulowania ich rozwoju po to by rodziny pszczele zajmowały siedem–osiem korpusów, a pozyskiwanie produktów pszczelich odbywało się kosztem ogromnych nakładów finansowych i przy negatywnym oddziaływaniu na środowisko. W moim przekonaniu uprawianie pszczelarstwa jest możliwe przy zachowaniu odpowiedniego komfortu pracy i stopnia realizacji swoich celów bez negatywnego oddziaływania na otoczenie - i to niezależnie od przyczyn leżących u podłoża decyzji o prowadzeniu pasieki, nawet jeśli są one czysto biznesowe.

Reakcja na problemy


W dobie narastających problemów bee-washing „dostaje wiatru w żagle” – jest problem z pszczołami, ergo trzeba wspierać i rozwijać pszczelarstwo. Ogółowi społeczeństwa, ba, pszczelarzom, nie tłumaczy się jakie jest ich rzeczywiste źródło. Rzadko wybrzmiewa bowiem stwierdzenie, że powodem wielu problemów jest brak wystarczającej ewolucji postaw w reakcji na zachodzące zmiany w otoczeniu i warunkach prowadzenia pasiek. Pszczelarze od lat postępują tak samo, natomiast zmieniająca się rzeczywistość na to już nie pozwala. Reakcją pszczelarzy na przepszczelenie danego terenu jest nierzadko zintensyfikowanie zabiegów przeciwwarrozowych. Dość powszechna jest także praktyka wprowadzania kolejnych rodzin tam, gdzie według dostępnych danych ich liczba nie przekracza wyliczonej dla kraju wartości średniego napszczelenia. Zapewne jest to wynikiem rozumowania, że skoro gdzieś lokalnie pszczół jest mniej to również mniejsza jest konkurencja, a presja chorób - słabsza. Niestety „poniżej średniej” to i tak więcej niż być ich tam powinno, żeby zapewnić normalny udział Apis mellifera w ekosystemie. Jeśli nawet w niektórych lokalizacjach - np. miejskich - występują jeszcze dobre, obfite pożytki, to nie znaczy, że trzeba je mocniej nasycić pszczołami. Krytykom nadmiernego rozwoju miejskiego pszczelarstwa (do których również się zaliczam) wcale nie chodzi o to, by z miast usunąć wszystkie amatorskie pasieki (zwłaszcza te, które mają długie tradycje rodzinne). Sprzeciw budzi raczej nadmierne zagęszczenie pszczół w imię źle rozumianej poprawy losu miejskich ekosystemów. Argument, że krajobrazy rolnicze są dziś mało przyjazne dla pszczół, a zbiory miodu w mieście bywają większe, więc trzeba je wykorzystać też nie jest zasadny. Możemy się z nim zgodzić wtedy , jeśli analizujemy go od strony krótkotrwałej opłacalności. Jeśli natomiast pójdziemy dalej bieżącą drogą, to wkrótce w przepszczelonych miastach pożytki także okażą się niewystarczające, a ostatnie tereny, które obecnie możemy nazywać (pod niektórymi względami przynajmniej) bardziej przyjaznymi dla pszczół, znikną w wyniku rozwoju intensywnego pszczelarstwa, tak jak zniknęły na dużych obszarach krajobrazów rolniczych.

Właściwe napszczelenie


Uważam, że powinniśmy jako środowisko pszczelarskie podjąć zdecydowane działania aby dążyć do korzystniejszego dla pszczół i ekosystemów zagęszczenia i rozmieszczenia rodzin. Jakie napszczelenie jest zatem właściwe? Odpowiedź nie może być jednoznaczna. Biorąc pod uwagę konkurencję o pokarm, wszystko zależy od obfitości i różnorodności pożytków. Dla przykładu na uprawie rzepaku zajmującej kilkaset hektarów wyżywią się setki, jeśli nie tysiące rodzin. Jeśli jednak zostawimy je tam po zakończeniu kwitnienia roślin, to prawdopodobnie ok. 90 proc. z nich nie dożyje do zimowli. Zginą z głodu. Być może kilka, ewentualnie kilkanaście procent (najsilniej rabujących) dotrwa do jesieni, dzięki zapasom zebranym od pozostałych. A zatem im teren jest bardziej zasobny w roślinność pylko- i nektarodajną, tym konkurencja o pokarm jest mniej dotkliwa dla zasiedlających go owadów. Wiadomo, że tam gdzie środowisko jest przyjazne, a na kilometrze kwadratowym nie stacjonuje więcej niż dwie rodziny (np. Wyspy Brytyjskie, Kuba), odporność pszczół na inwazję V. destructor buduje się samoistnie, ewentualnie z niewielką pomocą pszczelarzy. Natomiast tam, gdzie pszczół jest więcej, narastają problemy epizootyczne i śmiertelność. Mając na uwadze zdrowie pszczół, uznaję takie napszczelenie (dwie rodzin/ km kw.) jako maksymalne. Według danych z 2024 roku w Polsce na powierzchni 1 km kw. średnio ulokowanych jest 7,5 rodziny, a więc czterokrotnie więcej. Jednak w Małopolsce na 1 km kw. przypada ok. 14 rodzin. Natomiast w regionie najmniej napszczelonym (województwo podlaskie) jest ich 5, a więc gęstość rodzin przekracza wskazany limit 2,5 razy. Oczywiście presja chorób w regionach o nadmiernym napszczeleniu będzie tym większa im będą one uboższe w bazę pokarmową. O ile więc niemożliwe jest podanie jednej wartości optymalnego napszczelenia, to niewątpliwie możemy stwierdzić , że populacja pszczół miodnych w Polsce w kontekście ich dobrostanu jest zdecydowanie za duża.

Fake-newsy


Z prezentacji dra Semkiwa
Doktor Piotr Semkiw w październiku 2024 roku podczas konferencji, stwierdził że: W przestrzeni medialnej krążą nieprawdziwe informacje o przepszczelonym terytorium kraju, spadającej produkcji i nasilonych chorobach rodzin pszczelich […)]. Musimy walczyć z fake newsami [...]. No cóż, właśnie dlatego postanowiłem przytoczyć tą wypowiedź, ponieważ także jestem zdania, że powinno się z nimi walczyć. Z tego względu postanowiłem kategorycznie odciąć się od tych słów, posiłkując się opinią dr hab. Hajnalki Schentgyörgy z Zakładu Ekologii Roślin Instytutu Botaniki UJ : Myślę, że w takim układzie pan Semkiw jeszcze nie otworzył oczu na rzeczywistość, na to co się dzieje. W niektórych miejscach lokalnie na pewno są tu już dobrze widoczne problemy […], ale to będzie się tylko pogłębiać. Nawet jeśli on ogólnie nie widzi problemu, ten problem już jest i stoi w naszych drzwiach [...]. Ilość rodzin pszczelich świetnie wygląda w statystykach, ale moje pytanie jest takie: czy takie rodziny, które ledwo przezimowały są w stanie wydajnie zbierać miód? Czy są w stanie przetrwać cały sezon? Czy pszczelarze nie mają strat, które muszą niwelować produkcją kolejnych rodzin? Czy naprawdę tędy droga?” („Pasieka” 6/2025). Zgadzam się z praktycznie ze wszystkim poza tym, że w statystykach wygląda to dobrze. Moim zdaniem te statystyki są katastrofalne. W okolicy stacjonowania mojej pasieki (południowa Małopolska) dwa z ostatnich trzech lat (2023 i 2025 rok) były absolutnie dramatyczne, jeśli chodzi o dostęp pszczół do nektaru. Musiałem przez cały sezon podawać im syrop cukrowy (odkąd skończył się pokarm zimowy z końcem kwietnia aż do przygotowania do zimowli), próbując zapewnić im chociaż żelazny zapas i mimo tego, że karmiłem rodziny regularnie, nie zawsze mi się to udawało. Jeden z moich znajomych, utrzymujący ok. 100 rodzin w gospodarce zgoła innej niż moja (nastawionej na intensywną produkcję), przyznał się, że wiosną 2025 roku do końca czerwca zużył już ok. 800 kg cukru (w teoretycznie najlepszym dla pszczół okresie!). Zapewniam, że nie byliśmy w tym jedyni. Nie można jednak stwierdzić, czy ta sytuacja była spowodowana przepszczeleniem – wydaje mi się, że raczej przyczyną był stan środowiska (być może susza hydrologiczna – na roślinach były kwiaty, ale nie miały nektaru).

Walka z chorobami pszczół


Walka z chorobami pszczół polega obecnie przede wszystkim na mierzeniu się z postępującymi wciąż skutkami ubocznymi stosowanych przez wiele lat kuracji. Nie walczymy jedynie z pasożytem (Varroa destructor), ale także towarzyszącymi mu wyjątkowo zjadliwymi formami infekcji wirusowych, które są coraz bardziej zabójcze dla pszczół. Słuchając ostatnio pszczelarskich podcastów trafiłem na rozmowę z pszczelarzami z Australii, gdzie dręcz przedostał się kilka lat temu. Dzisiaj mają oni olbrzymi problem z dręczem, gdyż poziom porażenia niektórych rodzin przekracza nierzadko... 100 proc. – a to oznacza, że potencjalnie na każdej robotnicy pasożytuje co najmniej jedna samica Varroa. Pszczoły są w stanie wytrzymać takie porażenie (chociaż nie zawsze), ponieważ w Australii dotychczas nie potwierdzono występowania najbardziej zjadliwego zabójcy przenoszonego przez dręcza – wirusa zdeformowanych skrzydeł (DWV). Tymczasem w USA i Europie, za groźny i wymagający natychmiastowego przeprowadzenia leczenia poziom inwazji coraz częściej uznaje się ok. 1–2 proc., kiedy to jeszcze całkiem niedawno określano go na 3 proc., a podczas prowadzenia pierwszych programów selekcyjnych w USA (w latach 90. XX wieku) przyjmowano próg 10–15 proc. Dotychczasowy sposób prowadzenia walki z chorobami pszczół doprowadził więc do tego, że śmiertelność jest względnie stała (według oficjalnych danych dla Polski), ale co roku lub co dwa lata trzeba listę kuracji rozszerzyć o kolejny zabieg. Inaczej się już nie da. Podążając obecną drogą, generujemy więc coraz większe koszty prowadzenia pasieki – żeby „stać w miejscu” trzeba bowiem pracować coraz intensywniej (tzw. efekt królowej kier z „Alicji w krainie czarów”), bo w przeciwnym razie należy liczyć się z większymi stratami. Oczywiście powinny nam je zrekompensować coraz większe zbiory miodu z coraz bardziej wydajnych rodzin. Z tego względu hodowcy dwoją się i troją, żeby ich pszczoły były jeszcze bardziej produktywne i... jeszcze słabiej reagowały na środowisko (bo jak inaczej wytłumaczyć dojście do pełnej siły rodziny pszczelej jeszcze przed pożytkiem rzepakowym w kwietniu). Należy zatem postawić pytanie, o ile jeszcze wydajność produkcyjna pszczół będzie mogła wzrosnąć skoro pożytki stają się coraz słabsze. To ogólnoświatowy trend – nawet tam, gdzie wciąż pożytki są bardzo dobre, obserwuje się spadek zbiorów w porównaniu z poprzednimi dekadami, a w niektórych regionach konieczne jest dokarmianie pszczół przez większą część sezonu, aby nie osypały się z głodu.

W Stanach Zjednoczonych straty pszczół w zimie 2023/24 oszacowano w zawodowych pasiekach na 62 proc., co stanowi prawie dwie trzecie populacji pszczół w tym kraju, czyli ok. 2 mln rodzin pszczelich. To absolutny rekord, tak źle nie było nawet w szczytowym okresie występowania zespołu masowego ginięcia rodzin pszczelich (ang. Colony Collapse Disorder – CCD) pod koniec pierwszej dekady XXI wieku. Jesienią 2025 roku śledziłem trochę anglojęzyczne grupy na mediach społecznościowych, gdzie co chwilę początkujący pszczelarze wrzucali zdjęcia pustych uli z pytaniem o przyczynę takiego stanu, wyrażając zdziwienie: jeszcze kilka tygodni wcześniej było wszystko w porządku. Nierzadko byli przekonani, że rodziny się po prostu wyroiły. Świadczy to o braku edukacji i zrozumienia czym dzisiaj jest warroza. Oczywiście tych anegdotycznych historii nie należy odnosić do pszczelarzy zawodowych czy półzawodowych, którzy są doskonale zorientowani w przyczynach takiego stanu rodzin. Ze strony środowiska pszczelarskiego słychać głosy, że należy postępować w ten sam sposób, co do tej pory bardziej się do tego przykładając. Sarkastycznie można by to skomentować, że widać patogeny są jeszcze niewystarczająco zjadliwe i trzeba im umożliwić dalsze mutacje – przynajmniej do czasu, kiedy roczne straty sięgną 80 proc. Śmiem jednak wątpić, że wtedy pojawi się refleksja. Winston Churchill powiedział kiedyś, że na Amerykanów można liczyć, że jak już wyczerpią wszystkie złe rozwiązania, to wreszcie zastosują właściwe. Myślę jednak, że to szersza przypadłość, bo pszczelarze z wielu krajów (w tym z Polski) reagują podobnie. Jestem pewien, że gdy kolejny raz pojawią się rekordowe straty rodzin, za przyczynę zostanie wskazana niska skuteczność produktów warozobójczych, a potem wystosowany zostanie standardowy apel do środowiska naukowego o opracowanie i dopuszczenie na rynek nowych leków – najlepiej skutecznych, nieszkodliwych, nietoksycznych, na które dręcz nie będzie się w stanie się uodpornić. Oczywiście winą zostaną obarczeni także pszczelarze, którzy pszczół nie leczą, a do tych ja również się zaliczam.