piątek, 16 lipca 2021

Poza szczytem sezonu

Właśnie w tej chwili... o już... minął szczyt sezonu 2021. Teraz dla mnie będzie już łatwiej, bo pozostaje tylko: doglądanie rodzin raz na jakiś czas, karmienie, ewentualne łączenie bezmatków i zasilanie słabszych, ustawianie ostatnich pasieczysk. Pestka. "Najgorsze" (czyli najlepsza część sezonu, która jest jednak zbyt praco i czasochłonna na moje obecne zasoby siły i czasu) już za mną. W tej chwili na mojej pasiece funkcjonuje coś około 60 pszczelich "jednostek" - a dokładnie, o ile czegoś nie pomyliłem to 58 - choć ta liczba jest dynamiczna i zmienia się cały czas. Zaznaczyć jednak muszę, że bodaj około-ponad 1/3 z tego to właśnie "jednostka" pszczół, a nie rodzina czy nawet odkład. Bo to ramka pszczół (dosłownie, a czasem nawet niepełna) z nieunasiennioną matką czy nawet ostatnimi w tym sezonie matecznikami. Od teraz tych rodzinek będzie już tylko mniej, aż liczba ustabilizuje się na dłuższą chwilę (chwilę!) mniej więcej w drugiej połowie sierpnia. Część matek pewnie się jeszcze straci - doświadczenia pokazują, że pojedyncze matki tracą się zawsze do końcu sezonu - inne mam do rozdania, a wiele w tym roku już rozdałem. 

Ten sezon miał być inny. Miał być. Tak jak już poprzedni miał być. Czy wspominałem już kiedyś, że jeszcze nigdy nie miałem sezonu pszczelarskiego, który byłby mniej więcej taki jak zaplanowałem?  Otóż czekam na sezon, w którym rodziny wyjdą w rozsądnej liczbie (60 - 80% zimowanych rodzin) i sile (60 - 80% siły zimowanej) i będą rozwijać się ładnie, pozwalając na względnie normalne pszczelarstwo. Ten sezon właśnie tak się zapowiadał w marcu, choć liczbowo miało być słabiej. Choć śmiertelność wówczas była zbyt wysoka, jak na moje oczekiwania, to jednak kilkanaście rodzin wyglądało po zimie bardzo dobrze. Silne rodziny (takie "silne" w mojej pasiece) pozwalają wziąć pakiet ze starą matką, 1 - 3 racjonalne odkłady i pozostawiają po podzieleniu 2 - 3 korpusy pszczół. Pozwalają więc zachować jaką taką siłę i pomnożyć pasiekę. Można je też podzielić "do dna" na 7 - 8 bardzo racjonalnych kilkoramkowych odkładów, które praktycznie nie wymagają żadnych zabiegów poza doglądaniem i dokarmianiem do końca sezonu. Ot, 2 minutowe przeglądy na dołożenie pokarmu raz na tydzień lub dwa. Takie rodziny najczęściej nie wymagają żadnego zasilania, dokładania woszczyny itp. Są absolutnie zupełnie samowystarczalne biologicznie w zakresie swojego rozwoju, budowy gniazda itp. - poza ewentualnym dokarmieniem. "Słabiaki" natomiast to te, które można podzielić co najwyżej na 2 w miarę racjonalne odkłady, albo z końcem maja można z nich zrobić 4 - 5 jedno, a maksymalnie dwuramkowych, odkładów, z których część wymaga potem większego doglądania i mnóstwa pracy i wysiłku, aby doszły do zimy w fajnych rozmiarach. 



Początek przedwiośnia był wyjątkowo obiecujący. Potem jednak dogoniła mnie rzeczywistość śniegu leżącego jeszcze do maja. Rodziny na starych pasieczyskach podkrakowskich wyszły z przedwiośnia mniej więcej tak jak z zimy: czyli nieźle lub bardzo dobrze. Rodziny na pasieczysku pod domem były w maju w zasadzie takie same lub słabsze niż w początku marca w czasie chwilowego ocieplenia. Były takie rodziny, które w marcu miały 5 ramek pszczół, a z początkiem maja 4. Tak zaczęło się tegoroczne  wiosenne kurczenie zasobów. W opisany powyżej sposób, z 13 rodzin "bardzo ładnych" zrobiło się bodaj 9 (z czego 2 "fortowe" były poza moimi zasobami do swobodnej dyspozycji). Najsilniejsze z tych pszczół pod domem obecnie mają mniej więcej siłę 1 korpusa wielkopolskiego na czarno - lub może trochę więcej. To żadna siła jak na szczyt sezonu. To raptem siła rozsądnej wielkościowo, biologicznie pełnowartościowej rodziny. Znam pszczelarzy, którzy robią takie odkłady w maju, które o tej porze roku są mniej więcej w tej sile lub nawet większe. Uczciwie przyznać jednak trzeba, że z każdej z tych rodzin na pewnym etapie (kiedy miały siłę około 6 -7 ramek) były podbierane dwukrotnie jednoramkowe odkłady z "solidną" ("solidną" w proporcji do czerwiu) porcją pszczół. Tą "najlepszą" (najlepszą ze słabych) udało mi się więc powielić w początku sezonu. A macierzaki zapewne byłyby dziś sporo silniejsze, gdyby nie te zabiegi. 

Z tych 7 silniejszych rodzin (9 minus 2 fortowe) jedna została mi skradziona. Druga wyroiła mi się do dna - z ok. 12 - 13 ramek warszawskich poszerzanych z czego co najmniej połowa była zaczerwiona od dechy do dechy ostatecznie zostało 6 ramek pszczół na względnie czarno, ale jedynie z resztkami  niewygryzionego czerwiu. Bezpośrednio po stwierdzeniu kradzieży nie miałem głowy na pszczoły - przeglądnąłem więc tą rodzinę tylko pobieżnie (kilka ramek od tyłu) i tym samym nie złapałem jej w zaawansowanym już wówczas nastroju rojowym. Gdy przyjechałem kolejny raz stwierdziłem może maksymalnie 1/4 - 1/3 jej wcześniejszych zasobów (wliczając w ten bilans jej potencjał rozwojowy czyli czerw na wygryzieniu). Z rozmiaru rodziny i jej ogólnego stanu typuję, że wyszły co najmniej 2 tzw. poroje. Ktoś zapewne ucieszył się z silnego roju, inni z jakichś słabszych z matkami nieunasiennionymi. Tym kimś nie byłem ja. Ostatecznie zostało mi więc 5 rozsądnych rodzin - czyli tyle ile miałem też poprzedniego sezonu. Dostępne zasoby nie były więc wystarczająco zadowalające, aby uznać, że właśnie nastał rok stabilizacji i wzmacniania rodzin. Trzeba było (tak to sobie wykoncypowałem) znów wsadzić mnóstwo wysiłku w tworzenie rodzin na granicy ich (nie)racjonalnej wielkości, licząc że potem się je zasili lub same wzrosną. I tak właśnie - po raz kolejny - ten sezon jest zupełnie standardowy dla mojej pasieki. Ot, względnie taki sam jak 4 poprzednie: niewielkie zasoby trzeba wykorzystać na odbudowę, a nie na cieszenie się z silnych rodzin, przy których nie ma tyle pracy co z maluchami, a może być i pożytek. 

Dodam też w tym miejscu, że co roku przy absolutnej większości moich pszczół celowo i świadomie podejmuję zabieg przerwy w czerwieniu, który pozbawia mnie całkiem sporego potencjału młodych robotnic. Otóż jeśli w dużej rodzinie matka czerwi nieprzerwanie nawet tylko po 1000 - 1500 jajeczek dziennie, to przez tydzień mamy praktycznie potencjał na nowy odkład. A przerwa w czerwieniu matki trwa najczęściej prawie 4 tygodnie. Zabierając pakiet ze starą matką, która w nowej małej rodzinie czerwi może na 10 - 20% tego potencjału, w bilansie "pozbawiam się" około 25 - 30 tysięcy nowych pszczół, które mogłyby w tym czasie przyjść na świat. Oczywiście, wielu pszczelarzy dowodzi, że robotnice, które nie wychowują tego czerwiu stają się bardziej długowieczne, a tym samym ten wyliczony pszczeli potencjał jest w efekcie trochę mniejszy. Praktyka pszczelarska rozwiązała ten problem: matki wychowuje się w wyznaczony do tego pojedynczych rodzinach, potem cieplarkach, a unasiennia je w ulikach weselnych, a potem tworzy z nimi odkłady, które mają już armię czerwiu na starcie. Dzięki temu wykorzystuje się zdecydowaną większość potencjału rozwojowego pasieki. Ja rezygnuję z tego potencjału świadomie, uznając istotną rolę przerwy w czerwieniu dla zdrowia pszczół. Ona nie tylko pozwala na ograniczenie rozwoju populacji pasożyta, ale także daje czas na inne zabiegi higieniczne pszczół. Jeśli w rodzinie pojawia się jakiś problem, to ten czas pozwala pszczołom się nim zająć. Jest to zupełnie naturalny mechanizm pszczół - taką przerwę powoduje każda rójka. To samo uzyskuję w sposób sztuczny zabierając czerwiącą matkę z rodziny. 

Oczywiście moje "silne" rodziny nie dochodzą do siły na rzepak. Wtedy dokładam im mnóstwo pustych ramek, kolejne korpusy itp. Czyli zamiast zbierać miód one jeszcze rosną, a mnóstwo swoich zasobów (energia i czas) poświęcają na budowę plastrów. Każda z silnych rodzin w ciągu szczytu sezonu buduje u mnie co najmniej około 2 korpusy woszczyny. 

W tym roku postanowiłem jednak silniejsze rodziny "wytrzymać" dłużej, czyli do czasu początków lipy, licząc na to, że może uda się ukraść im po korpusie miodu. Ale też 3 z tych 5 silnych rodzin na początku lipy dopiero dochodziło do właściwych rozmiarów (armia czerwiu do wygryzienia i korpus pszczół dorosłych za mało na wykorzystanie pożytku dla pszczelarza), a tam gdzie stały 2 najsilniejsze pożytek lipowy urwał się zaraz po tym jak się zaczął, zupełnie jakby ktoś zakręcił kurek. Na pożytku akacjowym one właśnie dochodziły do siły (były na tym etapie, co 3 poprzednie na lipę), ul był pełny świeżego białego wosku, nakropu, niedojrzałego i dojrzałego miodu - przy czym rozłożonego na różnych plastrach, w tym zaczerwionych. Na następny przegląd naiwnie przygotowałem 2 pojemniki na odebrane ramki do odwirowania. [Od razu kojarzy mi się z tym zakup 150 słoików na miód parę lat temu... oj, naiwność]. Stwierdziłem jednak brak świeżego nakropu i może objętościowo połowę tego pokarmu, który miały wcześniej (przy czym pewnie było to mniej więcej tyle samo, bo pozostał miód dojrzały, a zniknął nakrop). Skutkiem tego tegoroczne "miodobranie" zakończyłem na 10 słoikach (9 litrów)... Ot, taki ze mnie pszczelarz. Oczywiście miód w większości trzeba rozdać, bo przecież moje pszczoły stoją na różnych miejscach, które zostały mi grzecznościowo udostępnione przez różnych znajomych i nieznajomych. Rozdaję więc prawie wszystko co mam, a i tak daję mniej niż za tą przysługę powinienem i bym chciał.

Cztery z silnych rodzin zostały osierocone z końcem czerwca. Były to 2 siostry rojowe R2-3 (którym trochę wcześniej dołożyłem po 5'tym korpusie) i 2 siostry rojowe 16 (którym dołożyłem jakiś czas wcześniej 4'ty). W tym roku nie dane im było wpaść w nastrój rojowy, więc odszukałem matki, zabrałem sztuczne roje i pozostawiłem resztę do wychowu matek. W rodzinach R2-3 zastałem raptem po kilka mateczników (w jednej 2, w drugiej bodaj 4 czy 5) - nie znalazłem matecznika wygryzionego, ale znalazłem ich trochę zgryzionych do nasady w taki sposób, że nie da się ocenić czy zostały wygryzione, zgryzione czy wreszcie zniszczone zaraz na początku. Przegląd wykonałem w 11'tym dniu, a więc wtedy kiedy teoretycznie mogła być już wygryziona matka nieunasienniona. Tak zresztą było w innych przypadkach - w 2 pozostałych rodzinach (16) znalazłem matki nieunasiennione, przy czym tam nieuszkodzonych mateczników było zatrzęsienie! Zrobiłem więc z tych rodzin po 2 kikuramkowe  odkłady wypełnione ramkami z matecznikami - było tam po kilka takich ramek, na których było 6 czy nawet 8 mateczników. Po przewiezieniu pod dom wszystkie te odkłady rozbiłem na mniejsze i zaczęło się łowienie! Udało mi się wyłowić chyba blisko 30 (jeśli czegoś nie pomyliłem to 27 lub 28) matek z tej linii. 13 z nich już sprezentowałem innym pszczelarzom, kilkanaście (w tej chwili już sam nie wiem ile) jest jeszcze w mikrusach i czekają na unasiennienie. Wiele z nich pójdzie też do innych (o ile ktoś je będzie chciał), a kilka zostawię dla siebie. Stąd właśnie w tej chwili na mojej pasiece tak wzrosły liczby "jednostek" pszczół - to po prostu jednoramkowe mikrusy, na które rozbiłem wszystko co się tylko dało. Pierwszy raz zaczęło mi faktycznie brakować skrzynek odkładowych i miejsca na pasieczysku. Brakowało również pszczół do rozbijania na mniejsze i przy skromnych zasobach każda szklanka pszczół była na wagę złota - te "rodzinki" na pewnym etapie były już tak małe, że sam uznawałem, że już bardziej rozbić się ich nie da, a przy tych, które gęsto obsiadały 1 ramkę 18'tkę zastanawiałem się, czy aby na pewno nie da się ich jeszcze podzielić, żeby przechować matki... Bo nowe matki pojawiały się po kilka dziennie. Pierwsze matki ratunkowe - jak to z reguły bywa - gryzły się około jedenastego dnia (od osierocenia), najwięcej gryzło się bodaj trzynastego, a ostatnie matki pojawiały się jeszcze szesnastego dnia. 

W tej chwili nie jestem w stanie powiedzieć w jakim procencie reprezentowane są poszczególne "linie" z mojej pasieki. Na pewno do zimy pójdzie po kilka rodzin z linii R2-3, 16, przedwojennej. Będzie też chyba kilka z linii R2-2. Linię K1 trochę "przeczyściła" zima i pech przy próbie namnożenia ostatniej, która przeżyła. Obecnie z tej linii mam raptem 2 małe odkłady (zimę przeżyła 1 rodzina, stara matka straciła się, w kilku odkładach nie pojawiły się młode matki). Rozmnożyłem też trochę pszczół z linii GMz - jest to linia pochodząca z projektu Fort Knox. Dostałem ją w 2018. Od tego czasu co rok wychodziła z zimy w fajnej kondycji. Oceniając tylko rodzinę tworzoną przez starą matkę na przestrzeni ostatnich kilku sezonów (wiem, wiem. to żadna ocena) daję tej pszczole duży kredyt zaufania. Stąd właśnie w tym sezonie chciałem ją upowszechnić w moich "prywatnych" zasobach. Udało się to zrobić - ciekawe czy córki będą równie witalne, co ich matka (która została mi skradziona wraz z odkładem). 

Niektóre pszczoły omijają patyczki przy budowie
- inne wręcz przeciwnie.
W sezonie 2021 znalazłem 2 kolejne miejscówki na pasieki - tym razem blisko domu (jedno miejsce 2,5 km w linii prostej, drugie ok. 4). Na jednej już znajdują się 4 rodziny, na drugą zamierzam przewieźć 4 rodziny w najbliższych dniach. Pod Krakowem muszę też powoli myśleć o likwidacji pasieki Las1 - zawsze były tam problemy z wilgocią, a obecnie na wyciętym kilka lat temu gnieździe leśnym dęby dochodzą już do ok. 2 metrów - to nie tylko dodatkowe zacienienie dla pszczół, ale i trudności w poruszaniu się między ulami. Mam już jednak wyznaczone miejsce zastępcze (Las3), gdzie również planuję zazimować kilka rodzin. Tej zimy kilka rodzin będzie jednak wciąż na pasiece Las1. Łącznie do zimy będę miał 9 miejsc. Wstępnie zamierzam zimować około 40 rodzin i na każdym z miejsc będzie ich od 3 do około 10.

Wygląda też na to, że tym sezonie rozdam mniej małych odkładów niż latach w poprzednich. Pewnie mniej więcej tyle, co rozdawałem co roku zabrał sobie złodziej... Muszę więc oszczędniej gospodarować zasobami, zwłaszcza, że w tym roku postanowiłem zimować kilka rodzin silniejszych - wstępnie wygląda na to, że będzie ich 7, choć być może niektóre będzie trzeba osłabić żeby wzmocnić maluchy. W tym sezonie z mojej pasieki wyjdzie więc tylko kilka odkładów w ramach projektu Fort Knox (ale w zamian dostanę inne) i kilka poza. Jeden mikrus poszedł dodatkowo do kolegi z Fortu, 4 inne dostał inny mój bliski kolega, który od kilku lat nie ma szczęścia do pszczół. Choć - moim zdaniem - w zasadzie nie popełnia błędów, to po raz kolejny (czwarty już?) musiał zaczynać od zera. Niestety takie jest prawo małych liczb, gdy nie leczy się pszczół... W zeszłym roku rodziny (które wywodziły się z przekazanych mu przeze mnie 4 rodzin w 2019) miał silne i zdecydowanie nie cierpiały głodu - nie to co część moich odkładów. Pomimo tego rok przywitał go zerowym stanem.

Z mojej pasieki w tym roku wyjdzie jednak sporo matek. Już przekazałem 13 z linii "16", a wcześniej było to bodaj jeszcze 3 czy 4 z innych linii (te ostatnie niestety chyba wszystkie albo zostały zabite przy podaniu, albo nie wróciły z lotów). Jeden początkujący (przyszły)pszczelarz poprosił mnie też o pszczoły - tych nie mam na tyle w nadmiarze, żeby się nimi dzielić z każdym kto poprosi, ale do zakupionych od mojego znajomego odkładów poszły dla niego 2 matki ode mnie. Ponieważ młodych matek wciąż mam za dużo jak na własne potrzeby, to sądzę, że jeszcze co najmniej kilka zmieni właściciela. To jednak zależy jeszcze od tego ile z tych matek się unasienni (niektóre już podjęły czerwienie). Być może większość będzie musiała zostać u mnie. Zapewne mógłbym spróbować zimować więcej rodzin niż obecnie planuję, ale zdecydowanie musiałoby się to odbyć kosztem tych kilku silniejszych, których obecnie nie chcę bardziej osłabiać. Na tym etapie selekcji chciałbym bowiem spróbować znów zimować silniejsze rodziny, aby potencjalnie dać im lepszy start w nowy sezon. Patrząc na to z punktu widzenia samej przeżywalności pszczół, do tej pory nie miało to żadnego znaczenia czy rodziny szły do zimy na 2 korpusach "na czarno" (siła z końca sierpnia), czy też na 5 - 6 ramkach 18'tkach. Jedne i drugie umierały mniej więcej tak samo. Przykładem niech będzie też wspomniany kolega, który miał silne rodziny z "mojej" genetyki, które nie dały rady przezimować, podczas gdy wiele z moich słabszych wyszło ładnie z zimy z dużym wigorem. Ale selekcja z roku na rok posuwa się do przodu. Może to już ten czas, kiedy pszczoły na bieżąco lepiej potrafią o siebie zadbać?

W lipcu podjąłem drugą próbę rozpoczęcia współpracy w moim kole pszczelarskim (o pierwszej pisałem poprzednio). Uznałem, że będzie to ostatnia próba. Zbyt wiele czasu i nerwów kosztuje mnie to, że chcę się wszystkim co wypracowałem dzielić za darmo. Poprzednie doświadczenie pokazało już jednak, że nie ma sensu zaczynać tego tematu na zebraniu... Tam wygląda to tak, że połowa osób nie jest zainteresowana w ogóle i zagłusza rozmowami to, co próbuję przekazać, a na końcu i tak wstaje "krzykacz", który chce uratować świat przede mną i cała pozostała energia ulega rozproszeniu. Stwierdziłem więc, że jeśli są zainteresowani, to powinniśmy się spotkać dodatkowo. Przyjście na takie spotkanie byłoby swoistym "wysiłkiem" świadczącym o tym, że ktoś chce coś w tym temacie robić, a przynajmniej chce posłuchać jakie są opcje i możliwości. Na walnym zebraniu stowarzyszenia zająłem więc 2 minuty, aby rozdać "ulotkę" z zaproszeniem na spotkanie w kolejnym tygodniu. Oczywiście nie obyło się bez komentarza "krzykacza" wyrażonego w stosownej i właściwej dla niego formie i treści. Nie wiem dlaczego nie są przyjmowane argumenty, że można to robić inaczej niż ja. Na tym przecież polega siła współpracy: możemy iść wszyscy drobniejszymi kroczkami w odpowiednią stronę, a efekt lokalny i tak może być lepszy niż, gdy ktoś próbuje stawiać susy, ale jest w tym sam. Ja wiem tyle, że bez współpracy z innymi, sam mam nad sobą jakiś sufit, którego nie przebiję cokolwiek próbowałbym robić. Dojdę do pewnego poziomu (liczę, że będzie on lepszy niż ten obecny) i na tym mój postęp się zatrzyma. Dziś - choć śmiertelność pszczół jest wciąż wysoka - obserwuję stały postęp w zakresie zdrowia pszczół. Praktycznie nie widuję pszczół bezskrzydłych. W zeszłym roku widziałem ich mało, ale jednak były, natomiast w tym widziałem ich może 4 lub 5 od wiosny. Problemu warrozy nie da się jednak rozwiązać w pojedynkę - a przynajmniej nie, jeśli nie posiada się regionu całkowicie zdominowanego przez swoje pszczoły. Jak jednak wiadomo, pszczelarze nie są chętni do współpracy. Niedawno słuchałem wykładu (w podkaście Phila Chandlera) na temat inwazji szerszenia azjatyckiego na wyspę Jersey (UK). I tam - co prawda nie w kontekście roztoczy, ale tegoż szerszenia padły takie słowa (w moim tłumaczeniu): "Jesteście pszczelarzami: ostatnią rzeczą jaką chcecie robić to współpraca. Tak naprawdę chcecie się tylko spierać. Ale teraz nie czas na to. Spierajcie się, gdy wasza metoda będzie lepsza niż kogoś innego – nie wcześniej. Wypracujcie metody, które działają, powiedzcie o nich wszystkim (…). Będziecie tracili rodziny pszczele – nie ma żadnych wątpliwości, że tak będzie. Musimy się nauczyć hodować pszczoły lepiej niż robiliśmy to do tej pory." Sto procent prawdy... 

Na spotkaniu pojawiło się 5 pszczelarzy (razem ze mną 6). Liczyłem się z trzema, liczyłem na dziesięciu, może piętnastu. Wyszło trochę gorzej niż pośrodku, ale może jest to jakiś początek? Pytanie czy w te 5 osób zaczniemy coś robić razem, czy skończy się na jednym, a może kilku spotkaniach... Pszczelarzom przekazałem 8 moich matek nieunasiennionych. Powiedziałem, że niezależnie od tego, jak będą traktować rodziny, do których je podadzą mam tylko prośbę, żeby w przyszłym roku pozwolić im mieć dużo trutni. Przekazałem też co i jak można robić. Pokrótce omówiłem kilka metod i "postaw" we współpracy - od najbardziej aktywnej do prawie zupełnie biernej, sprowadzającej się do powielania tego co wypracują inni i wypuszczaniu maksymalnej ilości trutni z selekcjonowanych rodzin. Przede wszystkim starałem się też przekazać to, że efektów nie będzie widać po roku czy dwóch, ale może po 5 zaczniemy je dostrzegać. Więc mamy czas na to, żeby zaczynać powoli - byle kierować się do celu. Czy wystarczy nam wszystkim wytrwałości? Tego nie wiem. Chwilowo jeszcze się nie poddaję. Pytanie jak długo starczy mi cierpliwości na radzenie sobie z "krzykaczami"...

Otwarte komórki z czerwiem - charakterystyczne
dla zachowania "uncapping-recapping"
(otwieranie komórek i ponowne zasklepianie)

A z trochę innej beczki. Ostatnio bardzo dużo pracuję przy organizowaniu i przygotowywaniu remontu. W tym czasie słucham podkastów. Wysłuchałem już całych podkastów: sztandarowy podkast dla pszczelarzy nie leczących prowadzony przez Solomona Parkera; "Two bees in a podcast" z udziałem Jamiego Ellisa z Uniwersytetu Florydy (polecam zwłaszcza ostatni odcinek, tj. 66 - z udziałem Ralpha Buchlera z instytutu Kirchain, który mówi ciekawe rzeczy o badaniach cechy SMR); "Barefoot beekeeper" Phila Chandlera. Obecnie słucham "Beekeeping Today Podcast", który na początku nie specjalnie mnie nie porwał, ale zdecydowanie się rozkręca (bardzo ciekawy był np. odcinek bodaj 13 o pszczołach Primorskich). Słucham też Radia Warroza czyli podkastu Kuby Jarońskiego. Wysłuchałem też - moim zdaniem - bardzo ciekawego podkastu "How to save the planet" prowadzonego przez dziennikarza Alexa Bloomberga i dr Ayanę Johnson (biologa morskiego), na temat najróżniejszych aspektów problemu klimatycznego z jakim się mierzymy - od tych naukowych, przez praktyczne, na społecznych kończąc. Z mojej perspektywy jest to ciekawa rzecz, która nie sprowadza się do krzyczenia, aby przykuwać się do drzew. Raczej analiza obecnego stanu w oparciu o badania i różne doświadczenia praktyczne, ocena tego, które działania mają duży sens, a które mniejszy. W temacie zmian klimatycznych jestem pesymistą. Nie dlatego, że problem klimatyczny nie jest do rozwiązania w oparciu o obecne technologie, wiedzę praktyczną i naukową. Ot, raczej sprowadza się to do tego, że wybory ludzi są jakie są. Poczynając od wyborów indywidualnych, na systemowych wyborach korporacyjnych i państwowych kończąc. Jak to działa systemowo można zobaczyć na przykładzie naszego kraju, w którym można pozyskać dopłatę do wymiany pieca węglowego na nowy piec węglowy. Ludzie cały czas wybierają też piece gazowe zamiast nowoczesnych rozwiązań technologicznych, bo z ich kalkulacji ekonomicznej wynika [wielu ludzi, którzy temat znają od podszewki, twierdzą, że są to kalkulacje błędne, a ich wynik powinien być odwrotny...], że w skali 20 lat zaoszczędzą na tym aż z 5 tysięcy złotych (tak właśnie, 1 bilet do kina lub 2 piwa w knajpie miesięcznie)... I to wszystko przy budowie domów za 700 - 800 tysięcy złotych, czasem droższych... To mniej więcej tyle ile więcej wydam na "te same" okna, tylko dlatego, że ceny wzrastają w szalony sposób (a to tylko okna, a gdzie inne rzeczy?). Nie mówię, że nie przejmuję się tą podwyżką. Przejmuję się bardzo. Ale przyjmuję ją "na klatę". Przecież nikt rozsądnie myślący nie odda ot tak takiej kwoty w sali 20 lat w imię jakichś tam zmian klimatycznych... I tak, wiem, że nikt w pojedynkę nie rozwiąże problemu klimatu, nawet, gdyby był gotów poświęcić to 20 złotych miesięcznie. (Zwłaszcza, że można je zaoszczędzić...) Tak samo nikt w pojedynkę nie rozwiąże problemu warrozy. Choć problem pszczół jest mikroskopijny w porównaniu do klimatycznego, to jednak zauważam podobieństwa. Oba te problemy idealnie pokazują wybory ludzkie i spychanie wszystkiego na innych. Zresztą, akurat o pszczołę miodną się nie boję w kontekście problemów klimatycznych. Jestem raczej przekonany, że one sobie poradzą. Mam raczej wątpliwości czy my sobie poradzimy. Ale podejście do jednego i drugiego problemu świadczy o pewnym konserwatyzmie umysłowym (że tak ten stan umysłu określę). Od strony "zimnej" biologii, to co dziś na planecie robimy, nie ma żadnego znaczenia w skali geologicznej. Ot, co najwyżej naszymi działaniami przebudujemy ekosystemy, moim zdaniem zubożymy ich różnorodność, ale gdy zniknie bezpośrednia presja człowieka one tym bardziej rozkwitną w nowej rzeczywistości. Zresztą wtedy będzie nam już wszystko jedno. Doskonale podsumował to Kuba w rozmowie z panem Kacprem w ostatnim odcinku Radia Warroza, który tyczył się właśnie tego tematu (polecam: https://www.warroza.pl/2021/07/apokalipsa-owadow.html). Ale dla nas problem klimatyczny może być też "humanitarnym" (od gospodarki po etykę, przez wszystkie dziedziny życia), polegającym na tym, że po prostu może zmienić się wszystko to co znamy. Dziś, żyjąc jak pączek w maśle na terenie bogatej Unii Europejskiej, dość łatwo przechodzą nam przez usta słowa, że jesteśmy tacy sami jak inne zwierzęta, tyle że  kształtujemy środowisko w innej skali, bo mamy lepsze narzędzia (zarówno te "własne", jak umysł, jak i te wytworzone przez nas, jak elektrownie węglowe czy harwestery). Pytanie pozostanie czy wówczas, gdy miliard lub dwa osób ruszy na północ ze stref, które przestaną się nadawać do życia dla ludzi, będzie nam łatwo podejmować pewne wybory, a ewentualne powstałe wówczas dylematy moralne zagłuszać, przyrównując się do mrówek czy innych owadów społecznych. Według niektórych prognoz, to wszystko może się wydarzyć jeszcze za życia mojego pokolenia - a jeśli nie, to następnego. Osobiście, zupełnie egoistycznie, mam nadzieję, że główny problem dotknie pokoleń przyszłych. My Polacy, rządzeni przez naszych wybrańców trzymających się za ręce i śpiewających "Abba ojcze" na "urodzinach" jednej z rozgłośni radiowych, już pokazaliśmy na co nas stać, gdy całkiem niedawno ludzie uciekali przed wojną. Odbyło się to rzecz jasna w myśl powszechnie wyznawanej biblijnej zasady "byłem wędrowcem, a przyjęliście mnie". Wtedy uchodźców było raptem kilka tysięcy. Co będzie, jeśli będzie ich kilka milionów? Jak tu zachować optymizm?

Wracając jednak do podkastów. Wszystkie te wymienione pozycje polecam - gdyby ktoś znał inne ciekawe podkasty na temat pszczół lub stanu środowiska, proszę o informację w komentarzach. Te obecne dość szybko się kończą... Z góry dziękuję.


UZUPEŁNIENIE    

Właśnie wysłuchałem rozmowy dr. Samuela Ramseya w odcinku Beekeeping Today Podcast. Zwrócił uwagę na jeden problem dotyczący faktu, do którego odnosiłem się w tym poście. Otóż okazuje się, że po przerwie w czerwieniu, kiedy roztocza w dużej ilości przechodzą ze "znikającego" czerwiu na pszczołę dorosłą, gwałtownie wzrasta ich potencjał do przenoszenia wirusów. Przenoszą się bowiem szybko między osobnikami dorosłymi i roznoszą wirusy po całym ulu. Wynika z tego, że w pewien sposób rodzina pszczela jest "bezpieczniejsza" gdy roztocza siedzą w czerwiu. dr Ramsey był daleki od tego, aby przyznać, że przerwa w czerwieniu jest w bilansie szkodliwa. Zwrócił tylko uwagę na to, że jej wpływ na szeroko rozumiane zdrowie rodziny pszczelej jest bardziej złożony, niż powszechnie się uważa. 

niedziela, 6 czerwca 2021

I... co będzie dalej?

Tracę całkowicie wiarę w pszczelarzy. Środowisko to opowiada o legendy o tym, jak to dawniej pszczelarz nie musiał przysięgać składając zeznania w sądzie, bo był tak prawy, dobry, wspaniały. I to właśnie jest prawda: są to legendy.
Dziś postanowiłem więc powylewać sobie moje ostatnie żale. Kto nie chce tego czytać, niech nie czyta.


Kilka dni temu pojechałem na moją pasiekę w miejscowości Kamień. Moje dawniejsze internetowe doświadczenia nakazywały mi wierzyć w "dobrą wolę" niektórych pszczelarzy. Słyszałem przecież nie raz jak to jestem skurwysynem, a czasem tylko "ekologicznym barbarzyńcą", bo morduję pszczoły w męczarniach. W związku z tym nie chciałem zbyt wiele mówić o miejscach, w których trzymam moje pszczoły. Moje pasieki oznaczyłem więc literami od nazw miejsc, w których stoją i podawałem jedynie przybliżone lokalizacje. Pasieka K, to pasieka w Kamieniu. Bałem się, że ktoś (pszczelarz, bo któżby inny?) je po prostu zniszczy, bo uzna je za siedlisko warrozy i zgnilca. Przy pewnym "odruchu serca" mógłby po prostu te pszczoły przeleczyć, co też całkowicie zniszczyłoby lata mojej pracy - na równi ze zniszczeniem samych pszczół. [W ramach dygresji dodam, że takie sugestie nie raz słyszałem od pszczelarzy, którzy wiedząc, że ktoś "leczy oszczędnie" wieczorem pod nieobecność tego pszczelarza gonią do jego uli z tabletkami... ]. 


Uznawałem jednak, że gdy z kimś się poznam osobiście, to mniej więcej będzie wiedział, zorientuje się, że możemy nie zgadzać się co metod, ale zależy nam na tym samym: żeby pszczoły były zdrowe. Tu powiedzmy zdania nie zmieniam: obelgi usłyszałem prosto w twarz tylko jeden raz. Potem pani przeszło i tylko skarciła mnie z uśmiechem i powiedziała, że ma nadzieję, że się zreflektuję i będę pszczoły leczyć...
Powiedzmy więc, że rozstaliśmy się w pozytywnych nastrojach, pozostając przy własnym zdaniu co do leczenia. A jak wiecie uważam, że tzw. "leczenie" wcale zdrowia pszczołom nie zapewnia. Jest pewnego rodzaju wpadnięciem w zaklęte koło, które nie przynosi postępu, a tylko uzjadliwienie patogenów. Krótkoterminowo jest jednak względnie skutecznie - tj. póki pszczoły się leczy, jest duża (pewna?) szansa, że nie umrą. Odejście od leczenia, natomiast, krótkoterminowo jest katastrofą - pszczoły umierają masowo, te które przeżyją są w kiepskim stanie zdrowia i o miodzie można zapomnieć na długie lata, o ile nie trzyma się pszczół w bardzo dobrym terenie o stałych (choćby niewielkich) pożytkach. To rozwiązanie jednak długofalowo pokazuje, że da się pasiekę zrównoważyć biologicznie, a później - liczę na to - także gospodarczo. Wracam jednak do głównego wątku tych przemyśleń, bo nie miało być przecież o powtarzanych w kółko argumentach. 

Skradziony ul - zdjęcie z końca sierpnia 2020 roku.
W czasie kradzieży miał dołożony kolejny korpus

Będąc w Kamieniu zorientowałem się, że ukradziono mi pszczoły. Któż to zrobił? Personalnie - nie wiem. Wiem jednak, że zrobił to "sąsiad" i to pszczelarz. Przecież nikt inny nie kradnie pszczół jak tylko pszczelarze. Jak mówi stare przysłowie pszczół: "pszczelarz pszczelarzowi wilkiem". 


Na szczęście ukradziono mi względnie niewielkie zasoby - 1 rodzinę dość dużą (jak na moją pasiekę), której właśnie tego dnia planowałem nałożyć czwarty korpus. Na szczęście nie była to dla mnie wyjątkowo cenna genetyka - była to rójka złapana w zeszłym roku, a więc miała za sobą tylko jedną zimę bez leczenia. Aktualnie w Kamieniu zaczyna się pożytek akacjowy, pszczoły doszły do rozsądnej siły i wyglądało na to, że była pewna szansa na parę ramek miodu z tej rodziny (a stali czytelnicy wiedzą, jak u mnie z tym krucho...). Powiedzmy, że odebrano mi jedną z bardzo niewielu szans na miód. Ale widocznie ktoś potrzebował tego miodu bardziej i dlatego pszczoły zabrał... 
Oprócz tego ukradziono mi 2 odkłady ze "starymi matkami" (jedna faktycznie dość starawa - bodaj z 2018) z projektu "Fort Knox". "Na szczęście" były to tylko części tych rodzin z projektu: odkłady, które zabrałem, aby osierocić resztę. Udało mi się wykonać podziały macierzaków i już wyłowiłem 4 matki z linii określanej jako GMz do mojej własnej pasieki (choć jedna pójdzie do ula kolegi), a przecież jeszcze pozostały mateczniki w 2 odkładach fortowych. Cenna genetyka nie uległa więc utracie. Podobnie z drugą linią L1 - nie rozmnażam jej nadmiernie (nie lubię jej cechy oszczędnego kitowania), ale linia ta przyjęła się też u Marcina i poszła bodaj też do innych. Pszczoły z tej linii są więc reprezentowane zarówno u mnie, jak na innych pasiekach.

Pierwszy ze skradzionych odkładów był w jednej 
z takich skrzynek (nie pamiętam czy takiej
jak po lewej czy po prawej)

Największą stratą dla mnie w wyniku tej kradzieży, jest utrata spokoju ducha. Wiem już, że mogę stracić coś więcej. Oczywiście zawsze to wiedziałem i min. stąd rozstawiam pszczoły w niewielkich grupach na licznych pasieczyskach (innym argumentem jest potencjalne wytrucie). Ale teraz odczułem to realnie i na własnej skórze. To inny rodzaj wiedzy. Wiem też, że moja prywatna działka i usadowiona na niej pasieka (ogrodzona) nie są już bezpieczne. Teraz pięć razy zastanowię się zanim postawię tam jakąś rodzinę. Nie mogę jednak (na razie) całkowicie zrezygnować z tego miejsca i wstępnie zamierzam przewieźć tam jeszcze 1 lub 2 rodziny do zimowli. Więcej jednak zapewne tam nie będzie - a przynajmniej na razie, dopóki moja pamięć tego zdarzenia nie zblaknie. Będę jednak już zawsze wiedział, że na jakiegoś lokalnego pszczelarza można liczyć, że zrobi sobie dobrze... 


A wiem, że chodzi tu o lokalnego pszczelarza z kilku powodów. Rok temu całkiem nieopodal "zdjęto" mi z drzew dwie z moich "sztucznych barci". Prawdopodobnie obie były z pszczołami. W jednej była rodzina z 2019 roku i wiosną 2020 zorientowałem się, że skrzynka zniknęła. Druga skrzynka leżała na ziemi pod drzewem, ale po otwarciu okazało się, że w środku było trochę białego wosku. Zapewne ktoś przyuważył wchodzącą tam rójkę, zdjął skrzynkę, a przy okazji zobaczył drugą skrzynkę nieopodal i też ją sobie zabrał. Ot, wisiały sobie przecież, czyli były niczyje. W Kamieniu nad Wisłą działa więc jakiś pszczelarski skurwiel (przepraszam wrażliwych, ale inaczej tego kogoś nazwać nie mogę). 

Co do kradzieży z pasieki mogę tylko domniemywać, że to ta sama osoba. Ilu mogłoby tam być pszczelarzy skurwieli, skoro pewnie samych pszczelarzy jest raptem kilku? Pasieka stoi na uboczu. Nikt, kto nie kręci się po okolicy nie zna tej pasieki. Oczywiście miejscowi wiedzą o niej. Zagadnąłem o tej kradzieży kilka osób przed domami i każdy o pasiece wiedział. W każdym razie z głównej drogi jej nie widać, bo jest oddalona od niej o kilkaset metrów, jest za rzędami domów i drzew. Stoi niedaleko od zupełnie lokalnej drogi do jednego z przysiółków. Słowem: nie da się jej zobaczyć, o ile nie jest się z okolicy, albo przynajmniej nie jeździ tam na spacery, czy wędkowanie w Wiśle. Patrząc na to tylko z punktu widzenia tego argumentu, to jeśli uli nie ukradł ktoś miejscowy, to przynajmniej ktoś taki musiał złodziejowi donieść. Innym - już o wiele bardziej konkretnym argumentem wspierającym tezę o kradzieży przez "sąsiada" jest to, że... pszczoły wracają na stare miejsce. Nalatują się na pusty ul, który został na stojaku. Można by było przyjąć, że pszczoły tam po prostu zostały po kradzieży (czyli do kradzieży doszło w dzień), gdyby nie to, że niektóre pszczoły nalatują się na ul z pyłkiem. Żadna pszczoła, która zostanie na miejscu starego ula, w którym nie ma czerwiu i matki nie poleci po pyłek. To po prostu tak nie działa. Skradzione pszczoły muszą więc być w zasięgu lotu... Wylatują z ula po pyłek, zbierają go, wracają "na pamięć" do ula - tyle, że ula już tam nie ma. Bo przecież wyleciały z innego miejsca, a wróciły tam, gdzie ul już nie stoi.

To wydarzenie skłoniło mnie, do nazwania "pasieki K" publicznie - pełną nazwą: "Kamień, gm. Czernichów". Niech ludzie wiedzą, że tam kradną ule i skrzynki w lesie. A może ktoś z okolicy będzie coś wiedział? Jeśli tak - proszę o informację. 
Informację o kradzieży ogłosiłem też na facebooku. Co do zasady i w absolutnej większości została przyjęta, tak jak się spodziewałem - wyrazami współczucia, udostępnianiem itp. Za te słowa i wsparcie: dziękuję. Niezmiernie je doceniam. Były jednak i jedne "heheszki" - zapytacie kto to? A jakże: pszczelarz...

Z pszczelarzami miałem też i inne doświadczenia. Z tych doświadczeń mogę powiedzieć tyle: poza względnie nielicznymi wyjątkami, co do zasady nie chcą się dzielić swoją wiedzą (a wierzcie mi, mają ją niesamowicie bogatą i mogliby opowiadać o rzeczach, które nam, zwykłym pszczelarzom się nie śniły - niektórzy robią na prawdę wspaniałe rzeczy). Czyli nie różnią się od innych ludzi. Trudno więc im stawiać za to zarzut. Ot, wylewam sobie żale, bo od lat próbuję skłonić pszczelarzy do opowiadania tych fantastycznych historii, które znają i które tworzą własną pasją, zapałem i swoją ciężką pracą. "Za wcześnie, jak już świat doceni moje dokonania, to napiszę o tym książkę" - to sparafrazowana uśredniona odpowiedź, jaką za każdym razem słyszę. Dawniej słyszałem też takie odpowiedzi, że kogoś do czegoś zmuszam i tym samym naruszam ich prawa moim naleganiem. Obecnie więc po dwóch lub trzech prośbach ustaję w próbach. Na stronie "Bractwa Pszczelego", która niby po to została stworzona, aby opisywać różne historie o pszczelarstwie naturalnym, nie znajdziecie więc ciekawostek o bartnictwie, czy warsztatach kószkarskich. 

Wczoraj byłem na spotkaniu pszczelarskim mojego koła. Zdarza mi się, że od kilku lat opowiadam tam jakieś historie rodem z baśni, czyli o tym jak żyją pszczoły nieleczone. Kiedyś na przykład opowiadałem o "pszczelarstwie darwinistycznym". Powiedziałem wtedy, że jest to dobra metoda selekcji odpornych pszczół dla amatorów pszczelarstwa. O ile wiem średnia liczba posiadanych rodzin pszczelich w moim kole wynosi coś około 15, a może mniej. Czego się wtedy dowiedziałem? Otóż tego, że prawdopodobnie jestem jedynym pszczelarzem-amatorem w Polsce. Wszyscy inni to producenci miodu. Ale nie o tym miało być. Wczoraj próbowałem zachęcić pszczelarzy do współpracy w ramach wspólnej lokalnej selekcji. Opowiedziałem wtedy w kilku zdaniach (pewnie dość nieudolnie) jak to wygląda u mnie, na jakim etapie selekcji jestem i co mniej więcej można osiągnąć w przyszłości i razem. Jak mniemam, z około 20 minutowej wypowiedzi 90% osób usłyszało mniej więcej tyle, że próbuję pozbawić ich produkcji miodu. Oczywiście wcale tego nie sugerowałem i zaznaczałem wprost, że wcale nie oczekuję tego, żeby inni robili to co ja - ot, obiecałem, że mogę podzielić się tym, co już sam wypracowałem i moglibyśmy ułożyć wspólny plan na przyszłość. Od jednego "krzykacza" (tego będę tak określał, bo przecież nie raz już słyszałem jego dyskusje - i to nie tylko z moimi "wymysłami") usłyszałem, że nie zrezygnują z miodu (ponownie: wcale tego nie sugerowałem). Od innego usłyszałem, że trzeba by było mieć trutowisko i jakoś nie trafiły moje argumenty, że to my wszyscy bylibyśmy tym trutowiskiem. Ogólnie to spotkanie (a raczej jego efekt) przybiło mnie bardziej niż stwierdzona kradzież. Jest to kolejny kamyczek świadczący o tym, że zdrowego pszczelarstwa nie możemy się spodziewać przynajmniej w najbliższych dekadach. I to wcale nie dlatego, że pszczoły nie dadzą rady.

Na spotkanie wziąłem też 4 matki nieunasiennione i powiedziałem, że oddam je za darmo. Nie oczekiwałem nic w zamian. Sądziłem, że będzie ich mało. W moim kole jest chyba około 70 pszczelarzy, przy czym na spotkaniu było może połowa z nich. O nie, nie spodziewałem się powszechnej chęci współpracy. Jestem naiwny, ale nie aż tak. Spodziewałem się 15 - 20 wstępnie zainteresowanych i może 10, którzy potem realnie podejmą jakąś formę współpracy - oczywiście na własnych zasadach, ale przy wspólnie określonym celu. Rzecz jasna, mój optymizm był nadmierny. Ostatecznie tylko jeden pszczelarz zapytał mnie o matkę. Drugi był zainteresowany słuchaniem tego co mówię i wykazywał dużo życzliwości do tych treści - skoro nikt więcej nie chciał, to jemu też dałem matkę, choć o nią nie prosił. Od kilku innych też usłyszałem parę życzliwych słów, ale jednak ani jedno nie dotyczyło ewentualnej współpracy. Do domu wróciłem więc z dwoma matkami. Tyle zostało z planów współpracy między pszczelarzami w moim kole. 

No cóż, inną rzeczą jest to, jaki ze mnie "handlarz". Kiedy na wstępie mówię, że u mnie nie mam miodu, już wtedy zamykam w ten sposób uszy i mózgi moich słuchaczy. Nieważne, że proponuję coś innego niż dla siebie. Już nikt mnie nie słucha. Wiem o tym, a jednak zawsze stawiałem na uczciwe postawienie sprawy i opis tego jak wygląda rzeczywistość. Nikt już jednak nie słucha dlaczego tak jest. Uznają, że te pszczoły po prostu miodu nie noszą - co zupełnie nie jest prawdą. Czy kogoś interesuje, że miodu nie ma, bo dochodzące do siły rodziny są dzielone na małe z racji ograniczonych własnych zasobów, a nie nakładam na nie nadstawek na miód? Oczywiście, że nie. To już jest poza zainteresowaniem słuchaczy. Niezależnie od tego co mówiły moje usta, słuchacze przez 20 minut słyszeli: "nie ma miodu, nie ma miodu, nie ma miodu...".

Kiedyś kolega sprowadził dla mnie trochę miodu z Bułgarii (całkiem niezłego zresztą: słonecznikowo lawendowego). Ja zawsze jestem łasy na nowe smaki. Kiedyś moja żona jeździła po świecie z racji wykonywanej pracy i z różnych miejsc przywoziła mi miody na próbę. Bardzo to lubiłem. Sądziłem więc, że i inni chętnie spróbują czegoś nowego. Ponieważ tego miodu było całkiem sporo postanowiłem więc zapytać znajomych pszczelarzy na forum, czy nie chcieliby wymienić słoik za słoik jakiegoś ich lokalnego miodu. Zastrzegłem jednak na wstępie (zgodnie z prawdą), że nie wiem z jak traktowanej pasieki pochodzi ten miód. Zainteresowanie było zerowe... Jeden z kolegów ze śmiechem mi mówił, że źle podszedłem do tematu, bo zamiast ogłosić, że mam pyszny egzotyczny miód, od razu napisałem moje szczere zapewnienie. Stąd i brak zainteresowanych. To nic, że większość czytelników forum stosowało chemię. To była przecież "ich" chemia, a nie ta "zła" z Bułgarii... No i taki właśnie ze mnie sprzedawca i mistrz marketingu. Ludzie nie chcą prawdy. Wolą też kupować matki "łagodne, miodne, nierojliwe" no i oczywiście "odporne na choroby", choć są one tak odporne, że hodowcy każą je leczyć i sami to zresztą robią. Ba, niektórzy wolą wierzyć w zawodowych i profesjonalnych mistrzów, którzy w hodowli mogliby osiągnąć wszystko! Tyle, że tak się złożyło, zupełnie przypadkowo, że ci nie robią nic w zakresie odporności pszczół.

Więc co będzie dalej? Myślę, że powoli dojrzewam do wystąpienia z lokalnego koła, z którego dobroci i tak nie korzystam (matki z hodowli, odkłady z hodowli, leki, węza - to główne zalety bycia w kole). Muszę też przemyśleć dalsze kroki związane z moją pasieką. Oczywiście z moich założeń nie zamierzam rezygnować. Od lat robię swoje i tu się nic nie zmieni. Mówię o - nazwijmy to - zewnętrznych działaniach. Moje prośby, apele najczęściej trafiają tylko w próżnię. Nawet w środowisku, które współtworzę, a przecież które skierowane jest na pszczelarstwo naturalne, nie ma zbyt wielkiej chęci współpracy. Na blisko 150 osób na grupie "Bractwa" (to bardzo niewielka grupa), jedynie kilka osób chce współpracować bliżej w ramach projektu "Fort Knox", choć on oferuje uzupełnienie strat z genetyki wywodzącej się z populacji nieleczonej od 2015 roku. Nie ukrywam, że liczyłem na to, że w moim kole uda nam się zorganizować jakąś lokalną formę współpracy w selekcji w grupie co najmniej tych około 10 osób - na kształt takiej jaką zorganizował Erik Osterlund. Na niej skorzystalibyśmy wszyscy - także ja. Zresztą, gdy wspomniałem (po raz kolejny) co robi ten ostatni, na jakim jest etapie i jak wygląda współpraca u niego, od "krzykacza" usłyszałem pytanie wprost i jednoznaczne: czy leczy. Skoro leczy, to nie ma tematu. Nieważne, że rok temu leczył tylko 20% pasieki, nieważne, że jest w pewnym trwającym procesie, a nie na jego końcu, nieważne, że ma rodziny pszczele, których nie leczył od 2015 roku. Leczy. Koniec tematu. Współpraca nie ma sensu.
 
Trudno w ogóle stawiać "kradzież uli" na szali obok "braku chęci współpracy". To pierwsze to czyste ludzkie i bezinteresowne skurwysyństwo. To drugie to co najwyżej tylko brak chęci wyjścia z własnej strefy komfortu. Zarówno obiektywnie, jak i "moralnie/etycznie", to pierwsze jest godne całkowitego potępienia. To drugie jest... no właśnie trudno mi powiedzieć, nie oceniam tego pozytywnie, ale trudno byłoby ocenić to negatywnie. Na poziomie etycznym w żaden sposób nie zbliża się do tego pierwszego. i nie da się tych dwóch spraw w ogóle porównywać. Jednak przyznam szczerze, że to drugie w pewien subiektywny sposób dotknęło mnie bardziej. Żyjemy w świecie, w którym ze środowiskowego punktu widzenia bez pestycydów "się nie da", a w dobie kryzysu klimatycznego daje się dopłaty za wymianę jednego pieca węglowego na inny, nowszy. 

Dziś też nikt mnie już nie przekona, że pszczelarze nie chcą używać toksyn. Tak po prostu. Pasuje im to, nie przeszkadza im zanurzanie się w dymie ze spalanej amitrazy. Bo trudno mi znaleźć inne wytłumaczenie. Trzeba więc robić swoje i tyle.

Jedna z rodzin na pasiece Las 2

Skoro więc się wyżaliłem to jeszcze parę słów o tym co tam w pasiece.
Pod domem (pasieka KM) rodziny mocno się wstrzymały wiosną i do dziś pewnie ze 2 lub 3 doszły do siły około 1 korpusa wielkopolskiego (pełnego, nie mojej 18'tki). W tym jednak miejscu sezon nie skończy się za 3 tygodnie, bo przecież być może wystąpi spadź. 
Udało mi się wyłowić dużo (chyba zbyt dużo jak na moje amatorskie potrzeby) matek: są to matki z linii GMz, R2-2, a lada chwila powinny gryźć się matki z linii przedwojennej. Dla kilku znalazłem już dom, ale problemem pozostanie skąd mam wziąć pszczoły robotnice do pozostałych sześciu? Skąd wezmę pszczołę dla kolejnych przedwojennych? Oj, chyba będę musiał im robić ramkowe odkłady i potem - jak co roku - zasilać je pszczołą z silniejszych... A przecież w tym roku miało już tego nie być...

Kilku rodzinom dołożyłem 4'ty korpus. W jednym przypadku było to już wcześniej (pasieka R2), w drugim (również R2) w sposób całkowicie potrzebny, a w trzecim przypadku trochę na wyrost (B). Piękne wiosną rodziny z linii 16 od dłuższego czasu zatrzymały się w rozwoju (pasieka Las2). Wczesną wiosną były w absolutnej czołówce - jedna była wręcz chyba najładniejsza ze wszystkich rodzin jakie posiadałem. Od miesiąca jednak weszły na trzeci korpus na 2 - 3 ramki i taką siłę utrzymują. Dlaczego tak? Nie wiem. Nie widać tam żadnych łatwych do zdiagnozowania problemów. Wzór czerwiu jest normalny, nie ma tam żadnych wizualnych objawów chorób. Natomiast na pewno pożytkowo nie jest rewelacyjnie - maj nie rozpieszczał, było zimno i deszczowo. Rodziny więc nie są głodne, ale też trudno nazwać je "sytymi" - może to właśnie tego sprawka? Na pasiece K złodziej zostawił jedną rodzinę w ulu warszawskim poszerzanym (ot, zaleta tych ciężkich i nienowoczesnych konstrukcji). Rodzina dochodzi do siły około 14 ramek WP przy czym z 12 obsiada "na czarno". Oby złodziej po nią nie wrócił, bo choć pewnie trudno będzie wziąć z niej miód, to jednak liczę na dobrą genetykę z tej pszczoły i kilka fajnych odkładów.

Odnośnie mojego eksperymentu z wczesną matką - niestety okazała się źle/nie unasienniona i z bólem serca zabiłem ją i zastąpiłem ją inną... Szkoda. Rzeczywistość pokazała jednak, że trudno wychowywać matki, gdy za oknem -5 i leży śnieg do pół łydki... 

A teraz już czas na szukanie pszczół dla moich mateczek...