poniedziałek, 16 grudnia 2019

Zimowe (?) pesymizm i rozmyślania

Zima (?). Połowa grudnia za nami a dopiero były pojedyncze noce z przymrozkami. Choć kilka ich było, przyznać trzeba, a ze dwa razy temperatura w nocy spadła nawet do około -8 czy 9 stopni. Patrzę za okno, a tam trawa zielona. Nawet mam wrażenie, że urosła od końca października.
Plany na jesień były szumne: mnóstwo sprzętu ulowego do poprawki (docieplenie skrzynek WP, poprawa kilku daszków, powałek, stojaków) lub zbudowania (zatwory słomiane, "powałko-daszki" o których wspominałem w jednym z poprzednich postów, trochę korpusów do dorobienia), żeby potem parę lat mieć już święty spokój z tym jednym tematem. Na szczęście ramek mi nie brakuje, a z racji wykorzystywania ich tylko w 1 na 2 korpusy gniazdowe, raczej mam ich za dużo i muszę przetrzymywać luzem... Nie mieszczą się już nawet w specjalnych stojakach jakie na nie zrobiłem. Więc dodatkowych korpusów potrzebuję raczej do przechowywania ramek, niż pszczół. Bo jak wiadomo w tym roku pszczół mam mniej, niż w zeszłym... a wydaje się, że dopiero przed nami czas największej selekcji. Ale oczywiście głęboko liczę, że te korpusy prędzej czy później przydadzą się raczej na pszczoły, niż łapanie pajęczyn.

No właśnie. Pszczoły.
Jak to mam już w zwyczaju nie otwieram uli w czasie zimy. Ostatni raz zrobiłem to w końcu września. Z wyjątkiem 2 rodzin, które uznawałem za nieżywe (obecnie już faktycznie wg wszelkiej mojej wiedzy są nieżywe), ale w tym czasie gdy otwarłem daszek jeszcze dychały - było to jakoś w październiku... Szybko daszki zamknąłem, nie przyglądając się specjalnie co u pszczół słychać. Kilka rodzin prawie na pewno nie żyje. Największa śmiertelność jest chyba na nowej pasiece KM. Dlaczego? Ciężko powiedzieć. Ale nie żyją tam dwie z najsłabszych rodzin z pasieki R1 i R2 (więc było to do przewidzenia). Prawdopodobnie nie żyje też jedna z rodzin, które dostałem w prezencie od Łukasza. Wszystkie te rodziny wędrowały więc w końcu sezonu między różnymi pasiekami, a Łukaszowa rodzina zmieniła miejsce aż dwa razy. Ciekawe jak się miewa jej siostra, która zimuje na innej pasiece? Przenoszenia pszczoły specjalnie (wg mojej wiedzy) nie lubią. O ile jedna z tych trzech rodzin już w sierpniu była w słabym stanie (oceniana na 3), druga rozwijała się przeciętnie, ale we wrześniu pokazała, że jest słabsza niż inne (4), o tyle Łukaszowa "Mac" należała do bardzo ładnych (5).  I bądź tu człowieku mądry. Fakt faktem, że od lat staram się przekonywać, że dobry stan letni czy jesienny wcale nie musi się przełożyć na dobrą zimowlę. Zawsze od pszczelarzy leczących, którzy są w aktywnej kontrze do moich działań, słyszę, że to nieprawda, bo piękna rodzina pięknie zimuje. A ja swoje. Przy braku "chemii" w ulu (przynajmniej tej podawanej przez pszczelarzy) działa to inaczej. I każdego oponenta zawsze zachęcam - w tym miejscu również to robię - do spróbowania, choćby po to, żeby zobaczyli jakie to pszczoły u siebie chowają i jak to faktycznie działa.
A ja już w jesieni widziałem, że  niektóre z silniejszych rodzin trochę osłabły - choć wtedy, jako i teraz, nie wiedziałem czy jest to spowodowane czynnikiem naturalnym czy chorobowym. Wiadomo, jak rodzina radzi sobie słabo, to raczej świetnej zimowli mieć nie będzie, ale w drugą stronę to już tak nie działa. Piękne rodziny mogą skończyć tak samo jak te słabe. I często kończą. Czasem nawet szybciej. Dlatego nie ma się co nastawiać pozytywnie, gdy pszczoły wylewają się z ula (choć sam czasem temu ulegam), bo może nas czekać srogi zawód (czego czasem doświadczam). Stąd też staram się nie zacierać rąk na bardzo silne rodziny, a ze spokojem obserwuję średniaki. Bo będzie co będzie. Przyroda ma swoje mechanizmy i rządzi się nimi.
Ul wywrócony przez dziki... złe dziki... złe...!

A jak jest gdzie indziej? W końcu listopada objechałem kilka miejsc i wszędzie stwierdzałem, względnie dobre przetrwanie jesieni. Niby nic. Ale żeby przetrwać zimę, najpierw trzeba do niej dożyć. O dziwo, na pasiece L1 żyły wtedy wszystkie rodziny. Na nowej pasiece L2 żyło bodaj 4/5, a na pasiece K żyły wszystkie linie K1 (3/3), ale nie byłem w stanie sprawdzić 3 innych rodzin, więc one pozostają zagadką do wiosny. Na pasiece R2 żyły wszystkie i wszystkie żyły też na pasiece B. Ale właśnie - B.... Tam jednego dnia listopadowego "zostałem zawezwany" w pośpiechu przez przyjaciółkę. Dziki wywróciły jeden z uli. Akurat ta rodzina była najsłabsza z jesieni. Pozbierałem ul, zsunąłem plastry i zostawiłem. Pszczoły były w 4 uliczkach. Typuję, że taki dodatkowy stres przed zimą raczej pszczołom nie pomoże i spodziewam się, że wiosną będzie tam co najmniej jedna rodzina mniej. Co do pasieki T, to nie byłem na niej bodaj od końca października, kiedy to latały w ciepły dzień 3 z 3 rodzin.
A więc na razie wygląda to obiecująco. Oczywiście niczego nie przesądzam, ale raczej pozwala mi to wszystko spać o tyle spokojnie, że prawdopodobnie nie będzie strat całkowitych lub do takich zbliżonych. Ale czy na pewno? Na pewno to dziś jest co najmniej 3 - 4 miesiące za wcześnie, żeby przesądzać jak wypadnie zimowla. Z pszczołami nigdy nic nie wiadomo...

Od lat powtarzam to samo: "ten rok jest zwariowany i mam mało czasu". Tak, teraz też to powtórzę: "ten rok jest zwariowany i mam mało czasu". Od co najmniej 3 lat liczę, że wszystko zacznie mi się stabilizować na tyle, żebym wreszcie mógł pracować (m.in. przy pszczołach) w spokoju, a nie w pośpiechu. Nic z tego. Najbliższy czas zapowiada się wciąż wariacko i pracowicie. Miniony listopad był pierwszym miesiącem, odkąd prowadzę ten blog, w którym nie zamieściłem posta. Nie było czasu i "głowy". Ani ja, ani świat przez to nie zubożał. Ba, w myśl zasady, że "milczenie jest złotem", być może się nawet ubogacił. Ale jednak pewna tradycja została przełamana. Nie oznacza to, że nie pracowałem "pszczelarsko". Tyle, że może trochę w mniejszym stopniu.

Brodzik prysznicowy w lesie...
pogratulować pomysłodawcom.
Po założeniu "Bractwa Pszczelego" niestety musiałem przeprosić się z Facebookiem, bo taką formę komunikowania się wybrała większość. To i marnuję na nim czasu więcej niż bym chciał. A że FB podpowiada ludziom to, co chcą czytać - czyli to, co zalajkują - to i mi oprócz pszczół, rzecz jasna, podpowiada wiele katastroficznych wizji początku końca planety takiej jaką znamy. Bo też, że mamy początek końca, nie mam wątpliwości. Nie planety. Ona sobie poradzi. Ale "planety jaką znamy". Nie wierzę w refleksję ludzi, a wydaje mi się, że zaszliśmy za daleko, żeby przełamać tendencję. Czy uda się ją spowolnić na tyle, żeby opracować jakieś remedium? Nie wiem. A przyczyna tego końca jest taka sama jak i w przypadku 99,9999% problemów pszczół. Nasza ignorancja, cynizm, głupota, chciwość, krótkowzroczność, a jakby to powiedział kolega Darek (którego serdecznie pozdrawiam): pycha, która jest "matką" wszystkich tych grzechów. Czyli po prostu natura każdego organizmu żywego - nie tylko ludzkiego. I ja wcale nie twierdzę, że jestem zupełnie wolny od tych win. Skoro żaden inny organizm nie jest, to i ja nie jestem. To prawda, że w zakresie pszczelim staram się być "neutralny środowiskowo" (czy jestem? nie wiem. ale staram się). Ale w innych aspektach przecież do tego mi daleko. Praktycznie nie kupisz dziś jedzenia bez plastiku, więc i ja go kupuję i potem wyrzucam, choć przy kupnie niektórych towarów "luzem" czasem "walczę" z panią ekspedientką, żeby odpuściła sobie kolejny woreczek, do którego chciała wsadzić ten pierwszy... Ot rzeczywistość docisnęła mnie nawet do tego stopnia, że jako gorący przeciwnik palenia węglem (a już zwłaszcza w gospodarstwach domowych) rozważam zakup jakiejś tony, żeby się w tej tzw. "zimie" ogrzać. No cóż, będę starał się jak szybko się da zmienić źródło ogrzewania, ale zanim to nastąpi postanowiłem nie siedzieć w temperaturze 0 - 5 stopni. Ot taki egoizm przeze mnie przemawia. Ale to, że każdy zużywa zasoby jest oczywistością. Każdy organizm na tej planecie zużywa zasoby. Różnica jest taka, że większość bytów tej planety na przestrzeni historii dziejów uregulowała tak swoją obecność, że są mniej więcej neutralne - zużywają mniej więcej tyle zasobów ile planeta (lokalne czy regionalne środowisko) może odbudować. My tak nie działamy. Zużywamy zasoby szybciej. Wcale też nie twierdzę, że dlatego, że jesteśmy "gorsi", a inne rośliny czy zwierzęta są od nas "lepsze". Ewolucja ukształtowała nas wszystkich - od bakterii począwszy, a na ludziach skończywszy - tak, że dążymy do ekspansji i tzw. sukcesu reprodukcyjnego. No to go osiągnęliśmy. Cieszmy się i radujmy. Nasze "narzędzia" okazały się po prostu zbyt skuteczne. To i z roku na rok "dzień długu środowiskowego" wypada wcześniej. Ponoć dla całej ludzkości/planety dzień ten wypada mniej więcej w końcu lipca, dla USA bodaj w lutym czy marcu, a dla Polski w maju. Zadziwiające jest to, że wiele osób neguje te zmiany, które obserwujemy. Zadziwiające jest też, że robimy to twierdząc, że jesteśmy wyjątkowo mądrym, świadomym i rozumnym gatunkiem. Nie wchodząc głębiej w politykę (a za takie tylko wejście przepraszam), zadziwiające jest to, że najwięcej negują te zmiany środowiska prawicowe i konserwatywne. Już nawet psychologowie pochylają się nad wyjaśnieniem tego zjawiska. Zadziwiająca jest ilość "hejtu" wylewana, głównie przez te środowiska (co można wyczytać z kontekstu komentarzy, albo wprost z ich treści) na osoby, które głoszą potrzebę zmian [sam kiedyś "poświęciłem się" czytając bagno serwowane przez kilka stron komentarzy pod jednym tekstem, szukając jasnego światełka - nie znalazłem... za to nabrałem większej niechęci do niektórych "współplemieńców"...], aby.... to jest też zadziwiające: utrzymać mniej więcej status quo, na ile utrzymać się go da. A więc "postępowcy" okazują się być bardziej konserwatywni, niż środowiska konserwatywne. I wcale nie dlatego, że zużywają mniej zasobów. Po prostu chcą wymusić zmiany systemowe, które pozwolą kupić coś w sklepie bez plastiku, czy wreszcie otworzyć drogę dla lepszych źródeł energii. Nie dlatego, że te są "złe", a inne "dobre", tylko dlatego, że wszystkie są "złe", ale, jak pokazuje cała dostępna wiedza, jedne prowadzą nas wprost do zmian, które mogą być katastrofalne, a negatywne skutki innych być może dałoby się znieść zanim ktoś nie wpadnie na lepszy pomysł. Zadziwiające jest to, że w XXI wieku ludzie potrafią spalić swój stary tapczan na łące, albo wywozić płyty eternitowe i opony do jaskini. Nie wspomnę o zrzucaniu śmieci wprost do oceanu (no dobra, wspomniałem). Zadziwiające jest to, że sukcesem naszego rządu (to już będzie ... przed... ostatni raz... obiecuję) jest to, że nie chcemy być neutralni klimatycznie, bo ponoć jeszcze nam mało. A w ogóle te wszystkie problemy (jeżeli w ogóle są), to wina Niemców, którym nie przeszła chęć opanowania całej Europy, a kto wie, może i całego świata, i tego ryżego gościa, którego nazwiska już nie wspomnę, żeby nie prowokować jeszcze bardziej. Głęboko podziwiam pomysły przekopania Mierzei Wiślanej na kilka lat przed tym - na co wszystko wskazuje - jak cała znajdzie się pod wodą. Zadziwiające jest to, że ktoś potrafi się cieszyć z tego, że jak będzie cieplej, to będą nam rosły palmy, nie przejawiając przy tym refleksji nad tym, że wówczas zmiany na całym świecie mogą być po prostu katastrofalne (z przebudową całego ekosystemu włącznie), a na naszym choćby podwórku mogą wtedy nie chcieć rosnąć wszystkie inne rośliny - nie tylko te dzikie, ale też te, które zjadamy. Owszem, sprowadzimy je sobie... tylko skąd? Zadziwiające.
Niektórych rzeczy po prostu zrozumieć nie mogę.
I wreszcie coś dla ludzi (!)... Z mniej więcej takiej drogi....
... zrobiono coś takiego.
Zrozumiałbym gdyby to była potrzebna droga przełajowa przez las
- choćby i do ułatwienia wyrębu.
Ale to droga spacerowa do małego lokalnego rezerwatu... Lasów gospodarczych
jest tam tyle co kot napłakał (w najszerszym miejscu 700 - 800 metrów,
wycinki są rzadkie i siłą rzeczy niewielkie),
a droga urywa się mniej więcej za kilometr. Ot wg mnie ułatwiono ludziom spacery
po lesie... Hura... 

Na szczęście mam mniej czasu niż bym chciał. To pozwala odciągnąć myśli od ponurych wizji przyszłości. Na razie musimy borykać się z tym, że pszczoły są głodne w czasie suszy, że karmione są na polach pestycydami i musimy żyć w obawie, że zimowe skoki temperatur od -10 do +10 mogą nie być koniecznie dla nich dobre...
Żeby zakończyć optymistycznie te rozważania, życzę wszystkim dobrego nowego roku!
[Kto wie, może trzeba było milczeć dalej i zbierać to złoto?...]

niedziela, 6 października 2019

"Pszczelarstwo darwinistyczne" czyli perspektywa ewolucyjna w pszczelarstwie - część 4

W październikowym numerze miesięcznika "Pszczelarstwo" ukazała się czwarta, ostatnia już część, tekstu o koncepcji profesora Thomasa Seeley'a z Cornell University (Nowy York, USA). Zapraszam do lektury.

Chętnych zapraszam do zapoznania się z wcześniejszymi częściami:
cześć 1
część 2
część 3


„Pszczelarstwo darwinistyczne”, czyli perspektywa ewolucyjna w pszczelarstwie – część 4 (ostatnia)

Kolejne badania, na które powołuje się Seeley - tym razem przeprowadzone przez zespół profesor Marli Spivak z University of Minnesota - dotyczyły pozytywnego wpływu propolisu na zdrowie pszczół. Wpływ ten jest znany, a samo zagadnienie nie budzi kontrowersji. Nie wszyscy jednak zdają sobie sprawę, że w naturalnej dziupli w zasadzie całe ściany (a czasem także „podłoga”) są wypropolisowane, zupełnie inaczej niż w większości uli, które mają gładkie powierzchnie ścian. W ulach pszczoły kitują najczęściej jedynie szpary między korpusami czy ramkami, czasem „pajączki” w powałkach czy inne narożniki, niejako je „wygładzając” czy „zaokrąglając”. Podczas badań na ścianach uli zamontowano specjalne kraty do połowu propolisu i w ten sposób skłoniono pszczoły do pokrycia ścian kitem. Następnie przeprowadzono badania genetyczne pszczół, porównując żyjące w standardowym ulu oraz te, które były otoczone propolisem. Stwierdzono, że ekspresja genów istotnych z punktu widzenia odpowiedzi immunologicznej pszczół w wypropolisowanym ulu była znacząco mniejsza niż w drugiej grupie. Powyższe oznacza, że pszczoły żyjące w standardowym ulu muszą znacząco więcej „inwestować” w zachowanie zdrowia, gdyż ich układy odpornościowe nieustannie walczą z patogenami. Powłoka propolisu okazała się działać jak osłona przeciw drobnoustrojom chorobotwórczym.
Eksperyment prof. Marli Spivak: Pszczoły zostały skłonionedo propolisowania ścian ula przy użyciu krat odgrodowych

Seeley badał również wpływ rozmiaru komórki węzy na przeżywalność pszczół. Do eksperymentu wykorzystał dwie grupy rodzin – jedna otrzymała węzę z komórką 4.9 mm, natomiast druga 5.4 mm. Profesor zadbał przy tym, aby jedyną zmienną była właśnie wielkość komórki. Nie stwierdził istotnych różnic w śmiertelności pszczół z obu grup, a więc jego eksperyment nie wykazał, by rozmiar komórki miał znaczenie dla przeżywalności rodzin.

Pszczelarstwo darwinistyczne

Na podstawie swoich obserwacji, badań i eksperymentów profesor uznaje, że pszczoła miodna jest w stanie przetrwać w naturze bez pomocy człowieka. Cała populacja musi jednak przejść przez wąskie gardło ewolucyjne, które w wystarczającym stopniu „odsieje” pszczoły nieograniczające populacji dręcza pszczelego. Załamania populacji może nie przetrwać ogromna większość pszczół, jednak pozostałe wypracują mechanizmy wystarczające, aby przetrwać i przekażą swoje geny kolejnym pokoleniom. W toku badań dziko żyjących pszczół z lasu Arnot stwierdzono zauważalnie wyższe wartości mierzalnych zachowań odpowiedzialnych za radzenie sobie z roztoczami (tzw. higieniczność, VSH, „grooming”) niż w populacji standardowo użytkowanej w pasiekach. Selekcja na te cechy wydarzyła się więc niejako mimochodem i w sposób zupełnie naturalny. Z badań profesora wyłania się też obraz pszczół, które nie mają absolutnie żadnej odporności na roztocza, a jednak potrafią przetrwać – przynajmniej przez pewien czas - jeżeli zapewnimy im odpowiednie warunki.
Dwie pierwsze części artykułu można potraktować jako wstęp, czas na poznanie sformułowanej przez profesora Seeleya koncepcji „pszczelarstwa darwinistycznego”, która wskazuje nam określony kierunek pszczelarskiej praktyki służącej zachowaniu i poprawie zdrowia pszczół oraz zwiększenia prawdopodobieństwa ich przetrwania w starciu z dręczem pszczelim. „Pszczelarstwo darwinistyczne” ma polegać na stworzeniu pszczołom, w możliwie największym zakresie, takich warunków środowiskowych, w jakim ewoluowały. Seeley sformułował konkretne rady i wskazówki - proste w założeniach, choć w niektórych przypadkach wcale niełatwe do spełnienia. Oto one:

1. Trzymaj w pasiece pszczoły przystosowane do lokalnych warunków.
Każdy może to zrobić – niezależnie od tego, czy jest pszczelarzem zawodowym, czy amatorem. Profesor radzi, aby nie sprowadzać pszczół z odległych terenów. Kluczowe jest wykorzystanie pszczół, które są przystosowane do lokalnego klimatu, pożytków i całej miejscowej sytuacji ekologicznej. Najlepszym rozwiązaniem jest zakup pszczół od lokalnych pszczelarzy, łapanie „wędrujących” rojów lub rozwijanie „genetyki” ze swojej pasieki. Również polscy naukowcy podkreślają znaczenie „ulokalnienia” pszczół dla zachowania ich zdrowia. Wydaje się, że ten czynnik jest jednym z kluczowych dla zachowania zdrowia populacji, niezmiernie łatwy do spełnienia, ale nie może się przebić do świadomości tych pszczelarzy, którzy w pogoni za lepszymi wynikami prześcigają się wciąż we wprowadzaniu obcej „genetyki” do pasiek. Dodam od siebie, że wcale nie trzeba znać wyszukanych metod hodowlanych, aby wychowywać matki pszczele na własne potrzeby. Wystarczy wziąć kilka ramek z jajkami i najmłodszymi larwami do nowego ula, a pszczoły zrobią wszystko za nas.

2. Ustaw ule tak daleko od siebie, jak jest to możliwe.
Idealnym rozwiązaniem byłoby skopiowanie natury. Ale trzymanie uli w odległościach kilkuset metrów od siebie byłoby trudne i niepraktyczne. Profesor stwierdza jednak, że wraz ze zwiększaniem odległości między ulami o każdy kolejny metr, maleją kłopoty z błądzeniem pszczół, a ustawienie uli już około 30 metrów od siebie likwiduje ten problem. Doświadczalnie wykazano bardzo pozytywny wpływ takiej odległości na przeżywalność rodzin. Wraz z odległością maleje też ryzyko rabunków i przy kilkuset metrach zagrożenie praktycznie znika. Nie oznacza to, że przy takiej odległości sporadyczne rabunki nie pojawią się. Prawdopodobieństwo rabunków jest jednak znikome.

3. Trzymaj pszczoły w małych ulach.
Seeley radzi, aby wykorzystywać ule nie większe niż korpus Langstrotha jako gniazdo (42 litry) i nadstawkę rozmiaru „medium” - „2/3” (około 28 litrów) jako miodnię. Dla porównania, to mniej więcej tyle, co dwa korpusy na ramkę „Ostrowskiej”. Ma przy tym świadomość, że zbiory miodu będą mniejsze, a pszczoły najprawdopodobniej się wyroją. Profesor podkreśla jednak zalety tego rozwiązania, przede wszystkim zdrowie pszczół i utrzymanie porażenia dręczem na niskim poziomie. Dodaje też, że od czasu ogłoszenia jego odkryć w USA wśród amatorów zaczął się rozwijać tzw. „ruch pszczelarstwa małoulowego” („small hive beekeeping”). Działalność tą propagują ci, dla których zdrowie owadów jest istotniejsze niż zbiory miodu.

4. Przygotuj chropowate wewnętrzne ściany ula.
Chropowate powierzchnie będą stymulować pokrycie ich propolisem, co zapewni mieszkankom ula osłonę przeciwko drobnoustrojom chorobotwórczym. Profesor radzi więc, aby do budowy uli wykorzystywać nieheblowane deski, „matowić” powierzchnię szczotką drucianą lub pilnikiem, bądź też przytwierdzać na ściany kraty do zbierania propolisu. Nieustannym skrobaniem, czyszczeniem, opalaniem czy wygładzaniem w inny sposób ścian ula robimy pszczołom tzw. niedźwiedzią przysługę.
Warstwa propolisu na ścianie dzikiego gniazda

5. Wykorzystuj ule zapewniające odpowiednią izolację termiczną.

6. Ustawiaj ule możliwie jak najwyżej nad ziemią.

7. Pozwalaj pszczołom zagospodarować 10 – 20% plastrów na plastry trutowe.
Najwięcej trutni wychowują najzdrowsze i najsilniejsze rodziny. Wychowanie trutni jest dla pszczół obciążające, a więc tylko najlepsze rodziny mogą sobie pozwolić na ich dużą liczbę. Zdaniem profesora takie postępowanie, nie tylko wpływa na zwiększenie różnorodności genetycznej w okolicy, ale także na poprawę „genetyki” pszczół. Seeley zaznacza jednak, że intensywny wychów czerwiu trutowego może przyczynić się do szybszego wzrostu populacji dręcza pszczelego, a zatem może powstać konieczność dokładniejszego monitorowania stopnia porażenia rodzin.

8. Nie zmieniaj organizacji gniazda.
Podczas przeglądów każda ramka powinna powrócić na swoje miejsce. Profesor radzi również, aby nie rozdzielać czerwiu pustymi ramkami w ramach zabiegów przeciwrójkowych.

9. Minimalizuj przenoszenie uli.
Seeley zaleca, aby w razie konieczności przeniesienia rodziny pszczelej w inne miejsce zaczekać na okres bezpożytkowy – wówczas najmniej zakłócimy pszczołom ich pracę.

10. Powstrzymaj się od leczenia pszczół przeciwko warrozie.
Tą ostatnią radę profesor Seeley przekazuje wraz z ostrzeżeniem. Twierdzi, że brak zachowania ostrożności może doprowadzić do sytuacji, w której selekcja może sprzyjać zjadliwym roztoczom, zamiast odpornym pszczołom. Chodzi tu o sytuację, w której zjadliwe roztocza i patogeny są w stanie zabić rodzinę pszczelą, ale nie umierają wraz z nią, jak to się najczęściej dzieje w naturze. Z uwagi na duże zagęszczenie uli w pasiece słabnące rodziny są rabowane, a zjadliwe patogeny i pasożyty trafiają do kolejnych. Profesor sugeruje więc, aby wnikliwie monitorować stan porażenia dręczem i reagować, gdy ten osiągnie określony pułap. Seeley przyjmuje ten próg w ciągu lata na poziomie kilku procent. Radzi, aby po osiągnięciu tego progu rodzinę leczyć lub... zabić (nazywa to „preemptive killing”, czyli „zabiciem uprzedzającym”). W ten sposób nasze działania są zgodne z kierunkiem ewolucyjnym. Po pierwsze, eliminujemy rodzinę, która nie posiada wystarczającej odporności na pasożyta i z dużym prawdopodobieństwem i tak osypałaby się. Po drugie zmniejszamy praktycznie do zera ryzyko „roztoczowej bomby” w pasiece. Profesor twierdzi, że bez wykonania tych zabiegów, inne rodziny, które wykazują już pewną odporność zostaną przytłoczone przez taką liczbę pasożytów, z jaką nie będą sobie w stanie poradzić. W przypadku leczenia należy niezwłocznie wymienić matkę na pochodzącą z rodziny, która wykazuje zdolność trzymania populacji dręcza w ryzach. Dzięki temu systematycznie zwiększamy odporność pszczół w pasiece.
Seeley jednocześnie podkreśla, że każdy rodzaj leczenia wpływa na zwiększenie zjadliwości patogenów i pasożytów, a także wzrost ich oporności na leczenie. Z tego punktu widzenia lepszym rozwiązaniem mogłoby więc być zabicie rodziny pszczelej wraz z całą populacją dręcza pszczelego. Jednak dla wielu jest to nie tylko moralnie niedopuszczalne, ale niesie też za sobą ekonomiczną nieopłacalność. Seeley mówi, że leczy rodziny wtedy, kiedy ma możliwość niezwłocznego podania matki z „lepszej” genetyki. W innym przypadku dokonuje uprzedzającego zabicia rodziny. Aby być zgodnym z perspektywą ewolucyjną należałoby pozostawić rodziny własnemu losowi, ale tylko wtedy, kiedy żyją w dużym oddaleniu od siebie (optymalnie), jak pszczoły w naturze, a więc o kilkaset metrów. Doświadczenia pokazały, że już przy odległości kilkudziesięciu metrów wiele rodzin okazuje się odpornych na „roztoczową bombę”. W ten sposób zwracamy selekcję do kierunku wypracowania równowagi: najbardziej zjadliwe szczepy patogenów i pasożytów umierają wraz z nieodpornym żywicielem. My zaś swoimi działaniami nie zwiększamy ich zjadliwości oraz nie ingerujemy w swoisty „wyścig zbrojeń” pomiędzy pszczołą miodną a dręczem pszczelim.

Podsumowanie 

Profesor Seeley uważa, że wszystko, co robią rodziny pszczele żyjące w dzikich i niedoglądanych siedliskach służy ich przetrwaniu i rozmnażaniu, a tym samym przynosi największe korzyści dla zdrowia kolejnych pokoleń. Uznaje, że to pszczoły są najlepszymi „pszczelarzami” i powinniśmy się od nich uczyć. Postuluje, abyśmy spojrzeli na problem zdrowia pszczół z perspektywy ewolucyjnej, bo tylko wtedy możemy stwierdzić, jak pszczoły chcą żyć i jak faktycznie żyją, gdy nie są nieustannie niepokojone przez pszczelarzy. Musimy też pamiętać, że gdy prowadzimy obserwacje czy eksperymenty, uzyskujemy odpowiedzi dotyczące obiektu badanego w określonych warunkach. Nie sposób więc uznać, że wnioski z naszych obserwacji pszczół w pasiekach są uprawnione dla całego gatunku Apis mellifera.
Profesor Thomas D. Seeley, autor koncepcji "pszczelarstwa darwinistycznego",
w czasie wykładu na konferencji "Learning From the Bees" w Doorn w Holandii

Osobiście traktuję „pszczelarstwo darwinistyczne” jako wskazówkę do sposobu rozpoczęcia selekcji pszczół, aby osiągnąć jak najlepsze wyniki w pierwszej fazie odsiewu pszczół nieprzystosowanych do współistnienia z dręczem pszczelim. Długofalowo byłaby to też słuszna metoda prowadzenia pasieki. Pozwoliłaby pszczołom używać tych narzędzi, które wykształciły przez miliony lat ewolucji. Ponad sto lat temu pszczoły zagościły jednak w pasiekach na dobre i nic nie wskazuje na to, by ten stan miał się zmienić. Będą więc żyły stłoczone, czy tego chcą, czy nie. Jak kończy się trzymanie pochodzących z chowu pszczół „tradycyjnie”, za to bez kuracji przeciwko warrozie, pokazały eksperymenty profesora – owady w znaczącej większości umierają z końcem drugiego sezonu. „Te same” pszczoły przeżywały jednak w rozsądnym procencie, gdy tylko pozwolono im żyć w sposób zbliżony do tego, w jakim funkcjonują w naturze. W pierwszej fazie selekcji, kiedy mamy dostęp tylko do pszczół, które nie są zaadaptowane do obecności dręcza, „pszczelarstwo darwinistyczne” jest więc niewątpliwie swoistym wyrównaniem szans w tym starciu. Jest też kompromisem pomiędzy produkcją pasieczną a zdrowiem pszczół. Istnieje jednak szereg przykładów nieleczonych przeciwko warrozie pasiek, w których pszczoły żyją gęsto, ale wciąż zachowują zdrowie i są produktywne. Przykłady takich pasiek możemy wskazać nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale także w Europie. Miałem przyjemność poznać wiele koleżanek i kolegów z Wielkiej Brytanii, którzy od lat nie stosują żadnych metod zwalczania dręcza pszczelego. I to też jest w naszym zasięgu. Dopóki jednak będziemy negować prawdziwą naturę pszczół i uparcie je formować i dostosowywać do naszych oczekiwań, zapewne się to nie ziści. Pierwszym krokiem jest zrozumienie prawdziwych potrzeb pszczół oraz uwzględnienie ich w naszej pasiecznej praktyce.

Profesora Seeleya poznałem w czasie Konferencji „Learning From the Bees” w Doorn w Holandii. Naukowiec ten jest otwarty na nowe kontakty i dyskusje z pszczelarzami. O niektórych elementach koncepcji „pszczelarstwa darwinistycznego” udało mi się z nim porozmawiać w czasie wywiadu, który można obejrzeć na Youtube (https://www.youtube.com/watch?v=NP93oHmmByw&t=207s). Mnie osobiście najbardziej intrygowała kontrowersyjna rada dotycząca uprzedzającego zabicia rodziny pszczelej. O ile zgadzam się z założeniami koncepcji „pszczelarstwa darwinistycznego”, muszę przyznać, że akurat w tej kwestii profesor nie rozwiał w pełni moich wątpliwości i dylematów. Chętnych zapraszam do obejrzenia filmu z wywiadu z profesorem.