niedziela, 9 lipca 2023

A miało być 7 lat tłustych, czyli bieda 2023 trwa

Najstarsi pszczelarze z okolicy nie pamiętają tak złego sezonu... No dobra, przesadziłem. 

Po pierwsze nie wiem, kto jest najstarszym pszczelarzem w okolicy, po drugie rozmawiałem raptem z jednym (owszem, już swoje lata miał, ale typuję, że i starsi są), a po trzecie ten sezon chyba jest porównywalny do sezonu 2021 (a może to był 2020? Gubię się, bo wszystkie są porównywalnie złe). 

Idźmy po kolei. Sezon zaczął się i źle i dobrze równocześnie. Źle, bo straty były bardzo duże (oględnie mówiąc 2/3 rodzin), a pogoda nie wróżyła nic dobrego. Dobrze, bo 10 rodzin, które przetrwały były w wyjątkowo dobrej kondycji, jak na te, które z reguły u mnie przeżywały - wszystkie mniej więcej równe i wszystkie w niewiele mniejszej sile niż przed zimą. Był to o tyle ewenement, że zawsze rodziny były od wyjątkowo złych, do ładnych, a tych naprawdę ładnych było raptem 4-6. Tym razem było 10. Uznałem, że zła passa lat 2014-2021 musi się kiedyś skończyć. 2022 pokazał, że może być w miarę dobrze (a wiosną wręcz super). Liczyłem więc słoiki, dokupiłem 2 miodarki i zatrudniłem 8 pracowników sezonowych zza granicy... No dobra, znów przesada. Wiedziałem, że słoiki to mam kupione jeszcze w 2014 i czekają złożone pod warstwą kurzu, a pracownicy by się i owszem przydali, ale do remontu domu, a nie do obsługi 10 rodzin - z tym, że grosz trza liczyć, to i nie ma co przesadzać z ilością pracowników. Ja muszę wystarczyć. 

Pomyślałem po 2022 roku, że może jednak przyroda powoli przystosowuje się do wiariactw klimatycznych, który nas nawiedził wiele lat temu (np. roślinność zacznie się przystosowywać do długoletniej suszy). Średnie temperatury to może i się względnie zgadzają, słupki wody opadowej też, tyle, że jakoś w glebie wody nie ma, roślinność jest słaba, co i prowadzi do tego, że w naszym regionie nektaru w plastrach rzadko się uświadcza.  

 Osadzanie pszczół w drugiej kłodzie

Wiosna była paskudna: zimno, niby mokro, choć mój wystawiony na wierzch dren wcale okresowo nie donosił mi o tym, że w glebie wody przybywa. Pszczoły rzadko wychodziły z ula, miałem wrażenie, że cały maj w ogóle nie wyściubiły nosa. Bywało już źle, ale w sumie nie pamiętam, żebym w maju musiał karmić pszczoły tak "systemowo" - znaczy objeżdżać pasieki i dawać cukru, bo już tylko ostatnie pojedyncze komórki w plastrach się łyscyły. W maju. Chciałbym podkreślić i nadać moc temu co powiedziałem: w maju. Owszem zdarzyło mi się dawniej, że pojedyncza rodzina i w maju wymagała pomocy - ot, z zimy wyszła bez pokarmu, ot, była w mocnym kryzysie zdrowotnym, ot, zrobiłem jakiś bardzo wczesny odkład i sobie nie radził. Ale teraz mieszałem cukier z wodą i objeżdżałem pszczoły, bo było pusto w ulach. W maju. To w grupie Beskidzkiej. W grupie krakowskiej nie było szału, ale było o niebo lepiej. Ironią losu jest to, że jak przeprowadzałem się na limanowszczyznę, to byłem przekonany, że zmieniam miejsce pszczelarzenia na lepsze. Od 4 lat okazuje się, że choć zawsze narzekałem na kapryśne (czasem) przedwiośnia, a przede wszystkim na przedłużające się okresy letniego głodu, to i tak jest i było tam lepiej. Owszem, nie zawsze udawało mi się brać miód - czasem przez moje decyzje (zbyt wczesne podziały), czasem przez stan zdrowia pszczół. Ale karmić nie musiałem - w maju. Najczęściej dopiero w lipcu, czasem w czerwcu. Ale nie w maju.

W grupie krakowskiej rodziny wyszły z zimy w tej samej sile i ogólnej kondycji zdrowotnej co pszczoły w grupie beskidzkiej. Różnica jest taka, że tam w maju nie było głodu, a pszczoły dochodziły do siły ok. 2 moich korpusów (+/- 50 litrów). Ponieważ tu (w Beskidzie Wyspowym) za bardzo nie było co dzielić, a sezon dobry czy zły, trzeba odbudować straty, to i trzeba było tej lepszej siły podkrakowskiej uszczknąć dla dobra rozwoju pasieki. W grupie krakowskiej przeżyło mi 4 rodziny (w grupie beskidzkiej 6) - dwie z nich to pszczoły z projektu Fort Knox, a 2 moje - "prywatne". Siłą rzeczy 2 projektowe nie traktuję jako rodzin swoich - a więc znikają z mojej prywatnej puli. De facto więc tej "lepszej" tegorocznej siły do moich własnych potrzeb zostało mi 2. Szału nie ma. Jedną zdecydowałem się rozbić na drobne, drugą zdecydowałem się zostawić w sile - licząc na miód. Zdecydowałem się podzielić tą, która jest z mojej długoletniej nieleczonej genetyki (R2-3 - żeby od razu pozyskać z niej mateczniki) natomiast ta pozostawiona w sile to zeszłoroczna rójka, która sama do mnie przyleciała. Z obu wziąłem sztuczne roje ze starymi matkami, ale o ile macierzak R2-3 miał wychowywać matki, o tyle do osieroconego zeszłorocznego roju - w ramach czegoś co nazywam "genetyczną kwarantanną" (a więc nie rozmnażam póki stara matka z własnymi pszczołami nie przetrwa min. 2 lat) - podałem matkę z genetyki wywodzącej się z fortowej linii GMZ (o ile pomnę nieleczona bodaj od 2016 czy 17, a u mnie w pasiece chyba od 18) - matka nie została jednak przyjęta, a rodzina wychowała swoją matkę. Tyle miała do powiedzenia o mojej "kwarantannie". [Żeby zakończyć wątek tej rodziny - obecnie sztuczny rój ma się mam wrażenie słabo, co z nim będzie, nie wiem. Z macierzaka zamierzam wziąć rozsądnej wielkości odkład z młodą matką, a następnie bezmateczny macierzak połączyć z niewielkim odkładem z rodziny R2-3. Wolę, żeby w silnej rodzinie do zimy wymieniła się genetyka na taką ciut bardziej obiecującą - choć i tak niczego nie gwarantującą. Zamotałem? oj, chyba tak.]

Na przełomie maja i czerwca mogłem zauważyć, że rodziny z grupy krakowskiej były co najmniej o 50% silniejsze niż rodziny z "głodującej" (karmionej przeze mnie) grupy beskidzkiej. Gdy na pięknie rozwinięty zeszłoroczny rój nakładałem 4ty korpus (4 korpusy po 26l = ok. 100 litrów - rzecz jasna kubatura ula nie była obsiadana na czarno), to na te z "silniejszych" rodzin z grupy beskidzkiej, wcale nie zbliżające się do siły 2 moich korpusów, nakładałem powałkę z otworami, na których zostały położone słoiki z dziurawymi nakrętkami, wypełnione wodą zmieszaną z cukrem. No wiecie, karmię.

Jeśli czegoś nie pomyliłem to do dziś na te moje 10 rodzin wyjściowych (czyli obecnie już dużo więcej "jednostek pszczół") poszło już bodaj 60 kg cukru i chyba paczka ciasta. 95% z tego "zjadła" grupa beskidzka. 

W czasie akacji, ta jedna silna rodzina pozostawiona w grupie krakowskiej pięknie nosiła i miała niezłe przybytki. Chcę ją odwiedzić za około tydzień, gdy skończy się kwitnienie lipy. Teraz nie ma po co tam jeździć - rodziny mają miejsce do rozwoju, plastry, głodu tam nie było. Po lipie zobaczę czy zastanę w rodzinie miód, czy puste (wyrabowane?) ramki. To prawdopodobnie jedyna szansa na miód w tym roku - z jednej rodziny grupy krakowskiej - choć sądząc z różnych głosów miodu lipowego nie będzie (może jednak będzie jakaś pozostałość akacji?). To prawda, że tu gdzie mieszkam w Beskidzie zawsze jest szansa na spadź. Nadzieja umiera ostatnia. Nie nastawiam się jednak, nie zdmuchuję warstwy kurzu z miodarki i słoików.

Kończąc wątek tegorocznego zbioru miodu powiem tak. Od ok. tygodnia, może 10 dni kwitnie lipa. I choć widuję pszczoły i inne owady na kwiatach, to ruch w pasiece jest mizerny. Okresowo rośnie, co wzbudza moją nadzieję na lepsze jutro, już za godzinę jednak na wylotkach silniejszych z rodzin widzę loty pojedynczych pszczół, a nad pasieką prawie nie ma ruchu. Kwitnienie lipy kilka dni temu postanowiłem więc uczcić polewając pszczołom kolejne dawki syropu cukrowego. Niech jedzą na zdrowie.


W tym roku - jak co roku przecież (a od dawna obiecuję sobie, że następnego to będzie lepiej - czemu nie jest?) - cierpię na chroniczny brak czasu. Pomimo tego pilnuję, żeby nie zaniedbać tego co muszę u pszczół, ale też tworzyć jakieś ciekawe (dla mnie) rzeczy w pasiece. W tym roku mam 2 nowości - po pierwsze zapszczeliłem 2 kłody i założyłem ulik obserwacyjny. Mam nadzieję, że ulik obserwacyjny będzie się dobrze prezentował kiedyś na biurku... jak już się dorobię biurka. 
Co do kłód - przy tak biednym roku i słabych pożytkach zastanawiałem się, czy aby ma to sens. Ponieważ kłody nie mają dostępu ni to z boku ni od dołu lub góry (a do wylotka przecież się nie zmieszczę), będzie dość kłopotliwym zarówno sprawdzanie czy pszczoły mają dość pokarmu, jak i ich karmienie (niestety buteleczka dla królików nie sprawdza się najlepiej...). Mam nadzieję, że uda się pszczoły przygotować przez wsuwanie ciasta przez wylotek. Oby. Już z niecierpliwością czekam na obloty, a potem na morze rójek, jakie będą z kłód wychodzić (a potem obudzę się w szarej rzeczywistości).




Jeśli chodzi o tegoroczne podziały, to sprawa wygląda następująco. 

W związku z ogromnymi stratami w Forcie (sięgającymi 80?%) zrobiłem z moich rodzin co się dało w granicach tego, co uznaję za zdolne do dojścia do zimy. Ponieważ rodziny fortowe były w grupie krakowskiej, to miały zdecydowanie lepszy start, nie były głodne (choć nie opływały w luksusy) i miały mniej więcej standardowy rozwój wiosenny. W związku z tym obie podzieliłem rodziny na 7  (1+6) kilkuramkowych odkładów - do dna! Rodziny nie są więc ogromne (ba, nie są nawet średnie!), ale wszystkie są mniej więcej równe, a ponieważ były wczesne, to wychowują już chyba drugie pokolenie czerwiu. Jeśli zdrowie im dopisze - dadzą radę odbudować się do siły nawet bez zasilania ich czerwiem. Przynajmniej tak wynika z moich doświadczeń - miewałem już rodziny mniejsze, które pięknie się rozwijały i dobrze zimowały [zresztą to nie tylko moje doświadczenie - choćby w niedawnym odcinku Beekeeping Today Podkast jednej z pszczelarzy mówił o tworzeniu odkładów na 1 ramce, i twierdził że z 40 - jeśli czegoś nie pomyliłem - bodaj 36 przetrwało zimę. Pszczoły dadzą więc radę, jeśli zdrowie im pozwoli.]

W "swojej" pasiece dzieliłem już jednak trochę oszczędniej. Wcale nie dlatego, że uważam, że to zwiększa szanse pszczół na przetrwanie (czytelnicy bloga ten mój pogląd znają - czy się z nim zgadzają czy nie to już inna rzecz). Dzieliłem oszczędniej, bo a) grupa beskidzka rozwija się gorzej, więc i podziały trzeba robić ostrożniej b) przy moim remoncie nie mam czasu na doglądanie dziesiątek maluchów, c) przy obecnych cenach cukru i tak świetnym pożytkowo sezonie jak bieżący, chyba bym zbankrutował...

Przyjąłem zasady następujące:
1) próbuję mniej więcej odbudować liczbę rodzin z poprzedniej zimowli - a więc ok. 30;
2) próbuję w miarę możliwości pozostawić kilka silnych macierzaków - a więc część rodzin dzielę tylko na 2 (sztuczny rój + macierzak) ;
3) część rodzin dzielę "do dna" - a więc tyle ile mi wyjdzie, ile uznam za rozsądne, ile będzie mateczników itp. 

W ten sposób - wliczając w to 14 rodzinek fortowych z moich dziesięciu rodzin dobiłem do ok. 40+ rodzin (z czego 12 pójdzie "do ludzi" w ramach projektu lub poza nim). Średnio każda zostanie podzielona na 4-4.5 z tym zastrzeżeniem, że statystyki nabijają rodziny fortowe dzielone na 7 (6 młodych). 

Wykonałem więc następujące podziały:

- fotowe => 2x1+6 (2+12)

- silna rodzina na pasiece Las 1 (zeszłoroczny rój) => sztuczny rój + macierzak (1+1)

- R2-3 na pasiece Las 3 => sztuczny rój + bodaj 4 lub 5? (nie pomnę, na ulach chyba jest zapisek)

- Rodzina R2-3 na pasiece domowej KM => sztuczny rój + silny macierzak (1+1)

- Rodzina "dobra" na pasiece domowej KM => miał być sztuczny rój + macierzak i mały odkład, ale z kilkoma matkami ratunkowymi wyszedł rój, który jeszcze się podzielił na 2 więc wyszło ostatecznie 1+4

- Rodzina - nie odtworzę jaka (ale z "mojej" genetyki czyli prawdopodobnie R2-3 lub GMz, ewentualnie 16) - z pasieki Kr => sztuczny rój + silny macierzak i słabszy odkład (1+2)

- Rodzina GMz z pasieki J => sztuczny rój + 2 odkłady (1+2)

- Rodzina GMz z pasieki J => sztuczny rój + silny macierzak (1+1)

- Rodzina R2-3 z pasieki J => sztuczny rój + rozbicie na drobne (4-5?) 

Ile tego jest? Kto chce niech liczy - jak mówiłem jest tego 40+ z czego ok. 30 zamierzam zimować na tych samych 6'ciu miejscach, na których zimowałem pszczoły w zeszłym roku. Zastanawiam się tylko czy 1 lub 2 rodzin nie postawić jeszcze na pasiece Las2. Dodam też, że na pasiece Las1 do mojego ula znów wleciała jakaś rójka. Takie to bogactwo u mnie - czekam teraz, aż mi się byk ocieli.

Jak widać z tych podziałów - sytuacje są bardzo różne, bo rodziny po podziałach to od prawie 4 korpusów pszczół z zeszłorocznego roju, do 2 ramek z rodziny "dobra" czy ok. 3 ramkowych odkładów fortowych. Zastrzec też trzeba, że w grupie beskidzkiej nawet wykonany podział 1+1 mógł czasem oznaczać, że pozostawiony "silny macierzak" to ok. 8 ramek wlkp. Nie dlatego, że za bardzo je osłabiłem, czy też rodzina wyszła słaba z zimy, a dlatego, że potem - po zimie - stała w rozwoju utrzymywana na kroplówce z syropu z buraka cukrowego aż do połowy czerwca. Wtedy bowiem w Beskidzie pojawiły się pożytki mniej więcej na potrzeby bieżące pszczół. Nic dla wygłodzonego pszczelarza...

Ulik obserwacyjny - docelowo ma znaleźć się na biurku.


Czy ten stan głodu i mizerii (nie z ogórków) to wina mojej złej gospodarki? Złych decyzji? Nieleczenia pszczół? W części zapewne. Na pewno nie wina tworzenia tylko 1 ramkowych odkładów - takiej rzeczywistości u mnie nie ma, cokolwiek sobie myślą inni. Jak pokazują różne obserwacje i dowodzą relacje najróżniejszych pszczelarzy (zarówno "naturalsów" jak i "nienaturalsów") największe znaczenie ma teren. Jeśli masz szczęście, to zbiory miodu Cię nie ominą. Jeśli masz pecha, to będziesz co rok bankrutował na cukrze, dopóki nie znajdziesz jakiejś metody utrzymywania pszczół na sterydach. Od "dużego pszczelarza" z południa Polski dowiedziałem się, że całą wiosnę on też biegał z cukrem, a głód występował ponoć w całym pasie Karpat na południu (jak się wyraził: od Bieszczad po Bielsko Biała). Czy tak jest/było? Nie wiem - jeśli coś wiecie, dajcie znać. Mówił, że pasiek na północ od Krakowa coś przywiózł do wirowania. Jednocześnie z niektórych rejonów Polski - jak co roku - płyną głosy o tym, że pszczoły miód noszą, a krowy mleko dają [Taka to jest dziś Polska za dobrej zmiany!] Podpytuję czasem zaprzyjaźnionego pszczelarza spod Krakowa - jemu udało się ukraść coś miodu późniejszą wiosną - ale to było po ramce lub maksymalnie paru ramek z rodziny. Bez szału. Napisał mi ostatnio, że lipa kwitnie, a w ulach zero przybytków. Kilku z moich nieleczących znajomych też mniej czy bardziej narzeka - albo na duże straty zimowe, albo na tegorocznego pecha (w różnym wydaniu), albo na... ceny cukru. Przedwczoraj, w czasie rowerowej przejażdżki zagadnąłem stojącego nad ulem starszego pana (tegoż właśnie, wspomnianego na samym początku). Właśnie podawał ciasto do uli, choć jego pasieka otoczona jest pięknie kwitnącymi właśnie lipami... Od niego też usłyszałem: "gdzie te czasy, kiedy co roku była spadź?". No właśnie. Gdzie te czasy? Się pytam.



PS. Ostatnio się dowiedziałem, że strona Stowarzyszenia Pszczelarstwa Naturalnego "Wolne Pszczoły" przestała istnieć (nie wykupiono domeny na kolejne lata i domena została przejęta) - tym samym dorobek stowarzyszenia przestał istnieć, a lata zaangażowania i pracy poszły w niebyt... Niby stare dzieje, a jednak żal.