poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Mój plan czyli "Pszczelarski Model Ekspansji"

Z początkiem sierpnia, między innymi mnie, zarzucono w dyskusji brak planu w praktykowaniu pszczelarstwa bez leczenia. Działania z planem to działania, które "uświęcają", w myśl słów przysłowia, pewne negatywne zjawiska. Działania bez planu są barbarzyńskie...

W ostatnich dniach jeden z kolegów podesłał wypowiedź amerykańskiego pszczelarza z jednego z forów pszczelarstwa bez leczenia dotyczącą pewnego modelu pszczelarstwa, nazwanego "Expansion Model Beekeeping" (ponoć to określenie zostało użyte po raz pierwszy przez Sama Comforta), co po polsku - choć nie brzmi to najlepiej - można przetłumaczyć właśnie jako "Pszczelarski Model Ekspansji" - TU.

Od dłuższego czasu zgłaszane są postulaty kolegów pszczelarzy, aby tłumaczyć więcej tekstów anglojęzycznych na polski, aby były one łatwiej przystępne niż te, z "mechanicznego" tłumaczenia oferowanego przez automaty google'a.

Wszystkie te okoliczności zmotywowały i zainspirowały mnie do tego, żeby opisać bardziej szczegółowo mój plan dojścia do wymarzonego celu. Plan, który na bazie zdobytej wiedzy zbudowałem dla swojej pasieki w początku sezonu 2014 (głównie po lekturze strony www.resistantbees.com), a który sprawdził się niejednokrotnie w praktyce kolegów z zagranicy. Mój blog co prawda zawiera już praktycznie całą wiedzę, która znajdzie się w niniejszym poście, niemniej jednak, mam nadzieję, że będzie to dobre podsumowanie dla pszczelarzy szukających pomysłów, a nie władających językiem angielskim w wystarczającym stopniu. Ale będzie to też dobre podsumowanie dla mnie, abym mógł zebrać swoje argumenty i przemyślenia do - za przeproszeniem - kupy.

Ale do rzeczy.

Pszczelarski Model Ekspansji (odpuszczę cudzysłów i będę posługiwał się tą nazwą, może nawet i w skrócie PME - nie mylić z PMS!!!) ma spowodować jak najszybsze wyselekcjonowanie zarówno pszczół jak i roztoczy do wspólnej koegzystencji. Przede wszystkim polega on na jak najszybszym i możliwie najszerszym rozmnażaniu tych rodzin pszczelich (genów tych matek), które dają podstawy do przypuszczenia, że poradzą sobie z roztoczem. A które to? Te, które przeżywają! Przede wszystkim trzeba zmienić mentalnie nastawienie do metod rozmnażania pszczół i produkcji odkładów. Kolega z USA stwierdził, że kluczem do tego są tzw. "queen castle" czyli po polsku uliki weselne czy ule odkładowe, ale co ważne, mają być na takiej ramce na jakiej prowadzisz pasiekę i pracujesz. Chodzi o to, że każda rodzinka weselna, w której unasienniła się matka, otrzymuje swobodę rozwoju. Więc ta, w której unasienni się matka, z automatu dostaje ul do dalszego rozwoju, a tam gdzie matka się nie unasienni tworzy się nową pszczelą rodzinę.

Jeżeli stwierdzisz, że pszczoły wpadły w nastrój rojowy możesz zrobić kilka rzeczy. Po pierwsze walczyć z tym - co prawdopodobnie robi 99% pszczelarzy, bo przecież nie będzie miodu! (ot tragedia i trzeba ręce załamywać!). Po drugie możesz czekać aż wyjdzie rójka i unasienni się Twoja nowa matka (z 1 rodziny masz 2, czasem 3 jeżeli wyjdzie jeszcze drużak). Po trzecie - i to proponuje właśnie PME - możesz podzielić tą rodzinę na tyle ile tylko dasz radę, wykorzystując mateczniki rojowe. Teoretycznie rodzinę na 3 moich korpusach (odpowiednik 2 korpusów wielkopolskich), mógłbym podzielić na 12 - 15, dwu-trzy ramkowych odkładów, wykorzystując mateczniki rojowe czy ratunkowe. Granice stawiają: ilość mateczników i ilość posiadanych ulików weselnych, odkładowych, czy standardowych uli. No cóż. w przyszłym roku będę musiał zrobić więcej takich małych ulików. Jak twierdzi Amerykanin, który praktykował PME potrzeba kilku lat i kilku pokoleń, aby pszczoły przestały umierać w szybkim tempie.

Moje tegoroczne doświadczenie wskazuje, że małe 2 ramkowe odkłady (w zasadzie pakiety strzepnięte na 2 ramki, gdyż czerwiu tam nie było) wykonane w maju, dochodzą do ładnej siły na koniec lata (oczywiście mówimy o 2 moich ramkach, a nie ramkach pełnych wielkopolskich!). Dwie takie rodzinki na dziś mają po około 7 - 8 pełnych ramek wielkopolskich i jak dla mnie wystarczającą siłę by przezimować. Mając takie doświadczenie, widząc że zimę przetrwało nawet ledwie 2 - 3 rodziny z całej pasieki, teoretycznie na jesień mogę odbudować stan do około 30 uli. Wymaga to pracy, doglądania małych rodzin, zapewne podkarmiania, ale skutek jest taki, że nieprzystosowane do współistnienia pszczoły i warroza wymierają względnie szybko (ja zakładam 4 - 6 lat) i w efekcie powstaje populacja, która w moich założeniach - popartych doświadczeniami kolegów z zachodu oraz Juhani Lundena - będzie miała około 65 - 80% przeżywalności. Czas pokaże czy te założenia są słuszne.

Jak mówiłem problem jest głównie mentalny i ekonomiczny. Pszczelarze upierają się na silne odkłady (bo silny odkład z maja ma szansę zebrać 2 słoiczki lipy i korpus nawłoci) i dzielenie najbardziej miodnych matek. W pełni naturalna droga - czyli rozmnażanie metodą rojową z jednym bądź dwoma rojami rocznie - w mojej ocenie nie zastąpi w wystarczającym stopniu ubytków pasieki - bo te będą duże. Trzeba się z tym pogodzić. A niezależnie od spodziewanych dużych strat, ja spodziewam się i liczę na to, że moja pasieka będzie od przyszłego roku samowystarczalna. Tj. będę w stanie odbudować się z własnych pszczół i własnych matek, bez kupowania ich z zewnątrz. Własne matki to w zasadzie podstawowy klucz do sukcesu. Nie da się wyselekcjonować przeżywalności cały czas sprowadzając niewyselekcjonowane geny. Ale to też sprawa mentalna - pszczelarzom całe dziesięciolecia wmawiano, że tylko praca na matkach od hodowców ma sens... I wielu w to uwierzyło.
Jeżeli nie umrą wszystkie pszczoły, jak pokazałem wyżej, odbudowa rozsądnej liczby uli, w rozsądnej sile do zimowania, jest możliwa. A liczę, że przy kolejnym "globalnym" ... no dobra "regionalnym" ... kryzysie, moje pszczoły będą już wystarczająco wzmocnione innymi naturalnymi metodami, które chcę u siebie wprowadzać, jako uzupełnienie Modelu Ekspansji.

Dodatkową zaletą Modelu Ekspansji, wspominaną przez pszczelarzy, którzy praktykują ten rodzaj pszczelarzenia, jest nabycie umiejętności szybkiego rozmnażania pszczół. Dzięki temu po latach, kiedy pszczoły przestają masowo umierać tworzy się ich nadmiar, które można sprzedać czy rozdać. Do tego oczywiście mi bardzo daleko...

Ponadto rozmnażanie przeżywających starcie z warrozą pszczół w "ponadnaturalnej" ilości to upowszechnienie przeżywających genów. Zamiast 1 czy 2 córek w przypadku tradycyjnej gospodarki rojowej, mamy ich 4, 5, 6 czy nawet 10. Ważne, żeby rozmnażać każdą przeżywającą pszczołę, a nie wybrane reproduktorki. Tylko w taki sposób można utrzymać bioróżnorodność na pasiece.

Więc tyle teorii. A jak to było u mnie w praktyce?
W 2014 byłem bardziej "nieśmiały" w wykonywaniu podziałów rodzinek. Doświadczenia miałem znacznie mniej, no i była też kwestia niesprawnej ręki, która utrudniałaby choćby pracę z matecznikami. Ale i rok był słabszy, pszczoły nie budowały się tak szybko wiosną i wczesnym latem. Nie oszukujmy się. O ile dziś jeszcze do mistrzów pszczelarstwa nie należę, to w zeszłym roku nie potrafiłem praktycznie nic.

W 2015 problemem był brak pszczół na mojej ramce. Chciałem wszystko z czym pszczoły przywiozłem wycofać, bo ramka nie odpowiadała rozmiarowi ula, a do tego była to ramka budowana na węzie, na komórce 5.4. Skutek? Pszczoły praktycznie nie miały woszczyzny na starcie. Musiały zbudować wszystko na czym dziś siedzą. Jedyne czym dysponują z zewnątrz, to 10 ramek zostawionych z zeszłego roku i 12 ramek które przywiozłem z pszczołami Elgon (jak łatwo obliczyć statystycznie to 2/3 ramki na ul). Reszta to wosk wypocony w tym roku przez moje pszczoły. Myślę, że śmiało mogę założyć, że każda moja rodzina ma średnio 13 ramek, a że rodzinek mam ponad 30, to daje sumę około 400 ramek wybudowanych przez pszczoły w tym roku. Jeżeli pszczoły przeżyją (a jak pisałem mam dużą nadzieję, że przeżyją w większości - zakładam że kryzysy rozpoczną się w przyszłym roku) to będzie 400 ramek woszczyzny jakie moje pszczoły mają na start na 2016, a jakich nie miały w tym roku. Zakładam, że to pozwoliłoby mi znacznie szybciej mnożyć moje pszczoły niż w roku bieżącym. Jeżeli w tym roku udało mi się zrobić co najmniej 4 rodziny z każdej kupionej wiosną, nie mając do tego woszczyzny, to uznaję, że w przyszłym roku jestem w stanie zrobić spokojnie 5 - 6 rodzin specjalnie nie wymuszając aż tak wielkiego wysiłku na owadach jak obecnie.

Przyznać muszę z tegorocznej praktyki, że część małych rodzinek nie przetrwa. Więc sprawa nie jest tak różowa jak opisana powyżej w teorii. W tym roku zginęło u mnie łącznie 6 czy 7 takich małych rodzinek. Zapewne gdyby były większe, ten los by ich nie spotkał. Chyba.
Pierwsze 3 lub 4 straciłem wiosną. Były to małe rodzinki weselne, które miały podany matecznik. Matka się wygryzła, ale nie dała rady podjąć czerwienia. Mogę założyć, że stała się jedna z 3 rzeczy. Matka nie unasienniła się z uwagi na pogodę (akurat w czasie utworzenia tych rodzinek wystąpiło wiosną załamanie pogody i 2 - 3 tygodnie deszczy), rodzinkę spotkał głód (z tego samego powodu jak wyżej - dałem rodzinkom pokarm, ale jak się okazało prawdopodobnie za mało), bądź też zabrakło młodej pszczoły do utrzymania rodzinki i karmienia młodej matki (jak pisałem nie miałem czerwiu na moich ramkach z uwagi na wycofanie starych ramek i rodzinki weselne były utworzone tylko z pszczoły dorosłej). A pewnie stały się wszystkie te rzeczy równocześnie z akcentem na pierwsze dwie.
Kolejne trzy "maluchy" straciłem w lipcu. Były utworzone z tego co pamiętam w okresie lipy. Po lipie zaczęły się upały i skończył się dobry pożytek. Te maluchy zostały przeze mnie podkarmione. Ale zlekceważyłem zagrożenie ze strony ich sąsiadów i zagrożenie głodem w tych większych rodzinach. Na skutek tego, na 99%, większe rodziny, w których wystąpił głód wyrabowały mi te młode... W dwóch z tych "maluchów" były już po 2 ramki czerwiu, a na dennicy trochę martwych pszczół... pewnie były to strażniczki broniące dostępu do ula...
O obydwu tych sytuacjach już pisałem na blogu - tu tylko wspominam ponownie jako komentarz do Pszczelarskiego Modelu Ekspansji.

Podsumowując jakie widzę wady i zalety tegoż rozwiązania.

Wady:
1. pszczoły umierają... - cóż, zawsze będą umierać, nawet te leczone;
2. pierwsze lata prowadzenia pasieki w taki sposób są ekonomicznie nieopłacalne - oczywiście, można by tą metodę zastosować tylko na części pasieki. Żeby jednak tak postąpić trzeba by mieć w mojej ocenie 100 - 150 uli. Wówczas można wydzielić 30 - 50 prowadzonych metodą PME. Przy tej wielkości pasieki jak moja, według mnie celowe jest prowadzenie tej metody na całości. Oczywiście mogę zostawić 2 - 3 ule na miód, bez szkody dla selekcji, ale na tym koniec...;
3. nie mamy wpływu na cechy selekcjonowanej pszczoły - i bardzo dobrze! Niemniej jednak amerykański kolega wskazuje, że po osiągnięciu satysfakcjonującego progu przeżywalności, do selekcji innych cech, możemy zastosować tą samą metodę;
4. prawdopodobnie jesteśmy skazani na podkarmianie rodzin - małe rodziny raczej się nie zakarmią same i będą zdecydowanie podatniejsze na wahania pogody czy pożytków. To pokazała moja tegoroczna praktyka, choć rok był całkiem niezły.
5. potrzebujemy dużo sprzętu pszczelarskiego (ulików, uli, ramek) - znacznie więcej niż realnie chcemy prowadzić rodzin, ten sprzęt pszczelarski musi służyć wychowywaniu rodzinek, które będą zastępowały nie radzące sobie pszczoły;

Zalety:
1. umierają "te właściwe" pszczoły i "te właściwe" przeżywają - to nie ja decyduję, która pszczoła ma żyć. Przeżyje ta, która ma cechy pozwalające jej radzić sobie z warrozą. "Ręczna" selekcja nigdy nie dorówna naturalnej pod względem doboru "właściwych" cech do przetrwania;
2. jesteśmy w stanie we względnie szybkim czasie uzyskać satysfakcjonującą przeżywalność - amerykański kolega wskazuje, że to kwestia kilku lat i kilku pokoleń pszczół. Uważam, że żadna inna metoda nie jest tak szybka przy uzyskaniu niskiej śmiertelności. Nigdy selekcjonując ręcznie i wspomagając pszczoły nie będziemy w stanie dorównać naturze;
3. metoda pozwala na zachowanie dużej bioróżnorodności - natura błyskawicznie będzie ograniczać geny pasieki, niemniej jednak, rozmnażając pszczoły w tym tempie jesteśmy w stanie zachować jak najwięcej pożądanych dla natury alleli. Przy wolniejszym rozmnażaniu pszczół część alleli może ulec bezpowrotnej utracie (przynajmniej regionalnie);
4. szybkie rozmnażanie służy szybkiej rotacji plastrów i wosku, a tym samym również szybszemu dążeniu do naturalnego rozmiaru pszczół i komórki pszczelej;
5. potencjalne przyszłe wykorzystanie nadmiaru pszczół do sprzedaży - przy mądrym prowadzeniu pasieki tą metodą i osiągnięciui progu "racjonalnej śmiertelności" jestem przekonany po tegorocznych doświadczeniach, że można osiągnąć próg stałego rozwoju i sprzedawać co najmniej tyle młodych rodzin ile pasieka liczyła wiosną - do tego może nam się przydać w przyszłości nadmiar pszczelego sprzętu;
6. pszczoły bardzo szybko stają się "lokalne", reagujące na nasze warunki środowiskowe - to nie stanie się (a już na pewno nie tak szybko) jeżeli będziemy "ręcznie" wybierać, te pszczoły, które nam się podobają.
7. nie zwalczamy warrozy w tradycyjny sposób, z wszelkimi tego skutkami - czyli nie niszczymy ekosystemu ulowego, nie wprowadzamy chemii do uli, nie powodujemy zaburzenia naturalnej odporności pszczelej rodziny.

W tej chwili nie przychodzą mi do głowy inne wady czy zalety - będę je systematycznie uzupełniał w przyszłości.

Niewątpliwie plan nie jest doskonały. Wiąże się chociażby z długoletnią inwestycją i zmniejszeniem oczekiwanych zysków pszczelarskich. Trzeba też patrzeć na zimno na umierające rodzinki... Ale po dwóch latach studiowania szeregu pomysłów z całego świata, osobiście nic lepszego nie znalazłem.


12.11.2020 UZUPEŁNIENIE
Po latach napisałem o niektórych moich przemyśleniach na temat praktyki funkcjonowania i wiedzy teoretycznej dotyczącej "Pszczelarskiego Modelu Ekspansji". Zapraszam do wpisu:
http://pantruten.blogspot.com/2020/11/model-ekspansji-rewizja-po-latach.html

czwartek, 27 sierpnia 2015

Minął rok...

W sierpniu minął rok, odkąd zacząłem pisać tego bloga. Niewątpliwie w tym czasie nabrałem sporo różnych doświadczeń, trochę wiedzy teoretycznej, a moje podejście cały czas delikatnie ewoluuje, przy utrzymaniu głównych założeń, które przyjąłem wiosną 2014 roku.

Mojego bloga odwiedza mniej lub bardziej regularnie parę osób. Łącznie na dziś mam około czternaście tysięcy odwiedzin, a przeciętnie każdego dnia link do treści Trutnia wpisuje w przeglądarkę, lub klika gdzieś tam, od 20 do 50 osób. Przez dwa dni miałem kiedyś ponad tysiąc odwiedzin. Było to tylko jednorazowe zdarzenie po tym jak któryś z kolegów umieścił linka do mojego bloga na forum ambrozji... Świadczy to dla mnie o niezwykłej pszczelarskiej sile oddziaływania tego "medium"... Cóż, szkoda, że promuje się tam zupełnie inną wizję pszczelarstwa.

Mam nadzieję, że są tacy, którzy dzięki wiedzy pszczelarzy organicznych ze świata, którą staram się tu zamieszczać, zmienili swoje podejście do pszczół, tak jak i ja je zmieniłem po pierwszym roku pszczelarzenia i poznaniu tych treści i argumentów. Wiem, że moje osobiste doświadczenia raczej nikogo nie zachęcą do tej drogi, ale nie każdy musi od razu zaprzestawać leczenia, żeby dotrzeć tam gdzie chcę dotrzeć ja, czy parę innych osób, które w międzyczasie poznałem. Ważne, żeby obrać stabilny kurs w odpowiednim kierunku i żeby nasze działania na pasiece każdego roku zbliżały nas do celu zamiast go od niego oddalać. A celem - czy to krótko czy długofalowym - powinno być prawdziwe pszczelarstwo naturalne bez zwalczania warrozy. Tylko taki cel jest dla mnie osobiście istotny. Nie interesuje mnie "pszczelarstwo naturalne" oparte na kwasach, tymolu czy olejkach. To mogą być tylko pewne środki na dziś, ale nie cel...

A jak rok później wygląda moja pasieka?
Niewątpliwie ogólny jej bilans jest lepszy niż w tym samym czasie w 2014 roku. Mniej więcej rok temu zacząłem zbierać pierwsze "martwe ule". Nie wiem jak będzie w tym roku, ale na razie co do zasady rodzinki trzymają się nieźle.

Za to sierpniowa susza dała się we znaki w rozwoju młodych i małych rodzin. Dwa lata temu pięcioramkowy odkład z ostatnich dni lipca doszedł do około 8 ramek i przezimował w pięknej sile. W tym roku sierpniowe czerwienie i budowa plastrów były zdecydowanie bardziej ubogie. Pomimo tego, że większość moich rodzin dostawała syrop w skromnych, ale regularnych dawkach, praktycznie cały sierpień rodziny stały w rozwoju. Myślę, że w większości pszczoły czuły upały i suszę, choć na brak pokarmu narzekać nie mogły. Dodatkowo trzeba przyznać, że w naszym rejonie ta susza była zdecydowanie mniejsza niż w innych częściach Polski. Czy to dobrze dla rodzinek? Nie wiem sam. Na pewno przez to pójdą do zimy słabsze i na mniejszej ilości odbudowanych ramek. Ale z drugiej strony wierzę, że wiedzą co robią...
W każdym razie, o ile rodzinki z maja mają się bardzo dobrze, to te z czerwca i lipca nie są w oczekiwanej sile. Dwie czy trzy najsłabsze moje rodzinki mają zaledwie 8 - 9 ramek. To w przeliczeniu na powierzchnię plastra około 5 - 6 pełnych ramek wielkopolskich, ale przy niskiej ramce i 2 korpusach układ tych ramek jest mniej korzystny niż w przypadku standardowej ramki wielkopolskiej i tej samej ilości woszczyzny. Gniazdo będzie węższe i wyższe. I o ile wysokość gniazda dla zimowli większego znaczenia nie ma, to jego szerokość już tak, gdyż kłąb zimowy rozłoży się w gnieździe mniej racjonalnie... Oczywiście patrzę na to, z perspektywy pszczelarza.... Pszczoły w sierpniu dość chętnie szły w bok na jednym korpusie i bardzo niechętnie przechodziły na inny niższy... Ale znana mi teoria mówi, że zimowanie na 18 cm woszczyzny jest niekorzystne, bo nie stworzy kłębowi odpowiednich warunków do przesuwania się w górę. Stąd wydaje się słuszne rozdzielenie rodzin na układ 5 ramek w górnym korpusie i tyleż w dolnym.

Część rodzin zjadała praktycznie wszystko co im podawałem, a część, hamując czerwienie oraz budowanie i odkładając praktycznie całość do komórek na zimowy zapas, zminimalizowała powierzchnię plastrów przeznaczoną na czerwienie... Stąd pszczoły zimowej będzie zapewne mniej. Ale z drugiej strony pszczoła wygryziona w sierpniu mniej się spracuje na wychowanie młodszego czerwiu. Być może to się zbilansuje? Wiosną pszczoła będzie starsza - będzie zimować pszczoła praktycznie z całego sierpnia zamiast pszczoły wrześniowej, lub nawet październikowej - ale mniej spracowana? Przecież kiedyś sierpniowe pszczoły świetnie dawały radę zimować i wiosną ruszały z rozwojem z kopyta. Może to bliższe pszczelemu sercu i rozumowi niż intensywne czerwienie do listopada i zimowanie pszczoły "zimowej" zamiast "późnoletniej"?
Skoro tak chcą, niech tak mają!

Pod domem mam dużo nawłoci. Mam tam też 3 rodzinki, które do tej pory dostały tylko po słoiku pokarmu na końcu lipca. Liczyłem, że każdej z tych rodzin ukradnę choć po ramce, lub dwóch, miodu nawłociowego (który bardzo lubię). Niemniej jednak miodu w tych rodzinkach jak na lekarstwo... Na zbiory raczej przestałem liczyć, ale na razie tych rodzin dalej nie podkarmiam, bo głodne nie są. A nuż jednak same się zakarmią? Zobaczymy jaki będzie wrzesień.

czwartek, 6 sierpnia 2015

Się dzieje się, oj dzieje... (się)...

Tytuł może będzie mylący, bo nie będzie o wydarzeniach, które się wydarzają (się) na pasiece... Post będzie trochę o konsekwencjach moich wyborów. A zainspirowany został, tym co się działo (się) w ostatnich dniach na forum "Wolnych Pszczół". Otóż okazało się, że nie wszystkie "Wolne Pszczoły" w pełni akceptują różne wybory innych "Wolnych Pszczół"... No cóż, muszę przyznać, że ja też nie do końca akceptuję wybory pszczelarzy. Ale mogę sobie tylko o tym popisać na forach, albo na swoim blogu. Nie wdając się w szczegóły doszło do "delikatnej wymiany poglądów", połączonej z pewnymi epitetami, oraz, rzecz jasna, doszło do wypełnienia zasady sformułowanej w Prawie Godwina. A generalnie chodziło o to, że niektóre metody mogą wydawać się bardziej drastyczne niż inne...

Cóż, dla mnie najbardziej drastyczne metody, to te, które powodują podtruwanie pszczół, ratowanie ich życia za wszelką cenę (kosztem wielu rzeczy dookoła) i udowadnianie, że jak podtruję, jak pozwolę nieprzystosowanym rozsiewać swoje geny, to jestem "lepszy"... Przyroda cierpi cały czas od działań ludzi. Ludzie uważają, że są mądrzejsi niż Matka Natura. Nieustannie coś poprawiają. Poczynając od zbyt intensywnie wchodzącego na podjazd trawnika (do tego idealny jest Roundup!) do genetyki organizmów żywych. W tym również pszczół... Dlaczego nie możemy po prostu zaakceptować, że doskonałość Przyrody polega na jej niedoskonałościach?

Ludzie węszący za cechami

Ludzie szukają tych cech, które im odpowiadają. Na przykład małe dziewczynki muszą mieć różowe tenisówki. Zielone są brzydkie i rzecz jasna takich dziewczynki nie akceptują. Więksi muszą mieć ... no różne rzeczy - to zależy... ale pszczelarze muszą mieć porządne pszczoły! z porządnymi cechami! Na przykład miodne... Ale tym razem nie będę się rozwodził nad standardowymi cechami poszukiwanymi przez statystycznego pszczelarza... Bo do utarczki doszło w ramach "Wolnych Pszczół", a rzecz jasna ci oprócz cech pożądanych powszechnie, szukają też innych cech, które są pożądane w ramach pszczelarstwa naturalnego. Wśród pszczół można wyróżnić co najmniej kilka sposobów radzenia sobie z problemem roztoczy. Najbardziej powszechnie uznawaną cechą jest tzw. VSH (Varroa Sensitive Hygiene - czyli higiena czuła na warrozę). Pszczoły z tą cechą czyszczą komórki z czerwiem porażone przez roztocza. Są i inne cechy, np. groomingu - jest to cecha polegająca na tym, że pszczoły potrafią czyścić same siebie, lub inne współtowarzyszki, jeżeli roztocz siedzi im na grzbiecie. A pewnie znalazłoby się tych cech więcej - może aktywnie działające strażniczki, obecność hormonu powstrzymującego rozmnażanie roztoczy, większa indywidualna odporność na choroby, skrócenie fazy czerwiu zaskepionego... I pewnie znalazłoby się tych cech jeszcze co najmniej kilka... Jeżeli już znamy cechę możemy ją obserwować (wystarczy opracować czy zastosować odpowiedni miernik tej cechy) i rozwijać (czyli rozmnażać te pszczoły, których mierniki dają najwyższe wartości).

Nie dalej jak dziś - zupełnie nieświadomie - napisałem na forum o tym, że dopuszczam teoretyczną możliwość, że wysoki miernik VSH może iść w parze z niskim miernikiem indywidualnej odporności pszczół, który i tak może doprowadzić do zagłady rodziny, choć czyszczenie z warrozy idzie pełną parą. I okazało się, że zaledwie kilka dni temu na swoim blogu o podobnej obserwacji napisał Erik Osterlund...

Pszczelarze z zacięciem naukowo-inżynieryjnym lubią pracować nad pszczołą. Lubią te mierniki, porównania. Zakładają (kto wie, może słusznie?), że są w stanie wyhodować pszczołę, która pokona warrozę, dzięki temu, że rozwiną cechę odpornościową, dzięki mierzeniu mierzalnego miernika. Może. Nie wykluczam. Ja tą drogą nie idę, bo nie wierzę w mierniki. Wysoki miernik VSH nie powstrzymał rozwoju wirusa zdeformowanych skrzydeł u Elgonów Erika Osterlunda. Oczywiście jestem przekonany, że sam pan Erik mógłby już na dziś śmiało zaprzestać leczenia swoich pszczół i obserwować co się będzie działo. On jednak wciąż ma dylematy czy aby nie za wcześnie...

Dalej o cechach czyli "pszczoły - barany"

Thomas Seeley (który zrobił doktorat na Uniwersytecie Harvarda), w swojej pracy "The Wisdom of Hive: The Social Physiology of Honeybee Collonies" wskazuje kilka badań odnośnie cech pszczół. Dziś nie chcę mieszać, co było wnioskami autora, a co moimi, po przeczytaniu tej książki. Zróbmy więc w tym zakresie znak zapytania, a Ty Czytelniku przyjmij tą wątpliwość, że już po prostu nie pamiętam... Niemniej jednak z lektury tej książki wynikała następująca obserwacja. W rodzinie pszczelej około 10 do 20 % pszczół lotnych stanowią zwiadowczynie. Te pszczoły szukają. Węszą za pożytkiem. Choćby pod nosem miały masowy pożytek. I zapewne w zależności od miejsca występowania "rasy" pszczół zależy wielkość tej liczby. Mówi się o pszczołach kaukaskich, że nigdy nie zbiorą rekordowych plonów, ale praktycznie tej pszczoły nie trzeba zakarmiać na zimę, bo wyciągnie miód choćby z podziemi (mówi się też, że nie wyciąga z podziemi tylko z sąsiednich uli... no cóż, to świadczy tylko o naturalnej zaradności tej pszczoły...). O sztucznie wyhodowanej rasie Buckfast często mówi się, że to profesjonalna, nowoczesna pszczoła komercyjna na tzw. pożytki towarowe. Mówi się, że mały pożytek jest dla Buckfasta ciężki do znalezienia, i z reguły nakrop w zauważalnej ilości pojawi się w 2 - 3 dni po tym jak będzie już u krainki, albo kaukaza, ale jak wystąpi pożytek masowy (albo wywiezie się rodzinę na właśnie taki pożytek), to jest w stanie przynieść rekordowe ilości...

I co to wszystko oznacza? W przyrodzie, w genach, w życiu zawsze coś jest kosztem czegoś. Nie ma wartości dodanych "za darmo". Jedna cecha zastąpi inną. Nie może być inaczej, bo nie da się mieć ciastka i zjeść ciastka (wyjątkiem jest kot Schrodingera, który jest żywy i martwy równocześnie). Według mnie, to wszystko co napisałem powyżej, jednoznacznie wskazuje na fakt, że tej "profesjonalnej, nowoczesnej pszczole komercyjnej" w toku selekcji, którą rozpoczął brat Adam, zmieniono strukturę rodziny. Odebrano jej pszczoły węszycielki... Nie znam badań (a Seeley chyba o tym nie pisał - już dawno to czytałem i wówczas nie przykładałem do tego wagi), ale dam sobie uciąć kolejnego palca, że u Buckfastów zwiadowczyń wśród pszczoły lotnej jest procentowo kilkakrotnie mniej niż u pszczoły kaukaskiej i właśnie to - według mnie - odpowiada za opisaną w paragrafie powyżej różnicę. Za to niewątpliwie więcej jest "pszczół - baranów", które jak już znajdzie się "przewodnik stada", lecą za nim na pole rzepaku i wiadrami masowo znoszą to wszystko do ula...

Dzika pszczoła musi mieć zwiadowczynie... Bo przyroda nie pozwalała na 8 hektarów rzepaku w jednym kawałku, w środku którego pszczelarz pierwotny ustawiał swoje pierwotne ule. Tak się nie działo. Pszczoły dzikie to "pszczoły węszące", a nie "pszczoły - barany". Natura to różnorodność, a nie sztucznie utrzymywana monokultura. I dlatego "pszczoła węsząca" miała ewolucyjną przewagę nad pszczołą, w strukturach rodziny której znajdowało się mniej zwiadowczyń.

Pszczelarstwo naturalne

Powyżej opisany przykład miał uzmysłowić, że natura ma swoją mądrość i nie kieruje się planem wysiewu pól, ani nie zdaje się na dofinansowane z Unii lawety do wywozu pszczół na pożytki. Przyroda tysiące (miliony?) lat kształtowała pszczołę, która musi radzić sobie w tych warunkach jakie jej oferuje. Pszczelarze węszący za cechami eliminują pszczołę węszącą. W kilka pokoleń praktycznie wyeliminowali to, co przyroda z taką pieczołowitością wypracowała... Pszczelarze, wierzący w potencjał pszczoły w pokonaniu warrozy, zafiksowani na walkę z roztoczem wybierają cechę, którą selekcjonują i nie myślą już o innych. Przez analogię stawiam powyżej opisany przypadek w pasiece Erika Osterlunda do zestawienia "pszczoły węszącej" z "pszczołą - baranem". Jeżeli zbyt mocno będziemy walczyć o grooming, VSH czy jakąkolwiek inną cechę, zagubimy to co naturalna pszczoła potrzebuje. Choćby indywidualną odporność, którą ciężko wykazać miernikiem. Pszczoła potrzebuje kompletnego systemu cech niezbędnych jej do przeżycia, a nie cechę VSH do radzenia sobie z warrozą, a cechę miodności do radzenia sobie z głodem... Chcąc myśleć w kategoriach pszczelarstwa naturalnego musimy zdać się na naturę. Nie da się myśleć o pszczelarstwie komercyjnym bez znajomości cyklu wychowu czerwiu, umiejętności budowania struktury rodziny odpowiedniej na czas pożytku czy zapewniania odpowiedniej ilości miejsca na zgromadzenie zapasów - i w ogóle w oderwaniu od praw ekonomii. Tak samo i nie da się myśleć o pszczelarstwie naturalnym w oderwaniu od praw natury. Czasem mam wrażenie, że pszczelarstwo naturalne dla niektórych, to takie trochę pszczelarstwo komercyjne, tylko takie trochę mniej (lub bardziej - zależy jak na to patrzeć). Nie da się myśleć o pszczelarstwie naturalnym bez naturalnej pszczoły, naturalnego ekosystemu ulowego, naturalnych pożytków i naturalnych praw rządzących życiem i śmiercią organizmów żywych.

Kawa na ławę

W toku wspomnianej na początku "delikatnej wymiany poglądów" zarzucono, że ci wierzący w przyrodę (to moje określenie, a nie wynikające z rozmowy) przedstawiają niesprawdzone teorie jako prawdy objawione, co może prowadzić do zbytniego zachęcenia młodych pszczelarzy do drogi, która "nie rokuje". To miał być brak odpowiedzialności za własne słowa w postaci zachęcania do podążania naszą ścieżką. Pójście tą drogą według niektórych kolegów może spowodować osypanie się pasiek młodych pszczelarzy, którzy zniechęcą się przede wszystkim do pszczelarstwa naturalnego, a w ogólności do pszczelarstwa. Cóż, jeżeli ktoś po stracie pasieki pójdzie drogą amitrazy, to ja życzę mu wszystkiego najlepszego, choć tego nie popieram.

Więc w ramach "zachęty" do mojej drogi parę faktów ekonomicznych, aby wziąć odpowiedzialność za własne słowa - pomijając całą kwestię emocjonalną, bo , wbrew temu co myślą niektórzy, pszczoły nie są mi obojętne...

W 2014 roku kupiłem 5 rodzin pszczelich po 250 zł (+kilkaset złotych za ule, z których nie korzystam - 2 z nich to styropiany). Do tego dokupiłem 10 odkładów po 120 złotych i kilka matek pszczelich za łącznie pewnie z 200 złotych. Straty za rok 2014 to więc grubo ponad 2000 złotych. Pomijając ilość włożonej pracy... To wszystko zrekompensowane zostało mi przez paręnaście litrów miodu z całego roku (ok. 0.75 litra na rodzinę pszczelą). W jesieni umarło 23 rodziny pszczele, o czym już na moim blogu pisałem.
W 2015 roku kupiłem 5 rodzin pszczelich po 250 zł. Do tego dokupiłem kilka odkładów i pakietów za łączną kwotę około 1200 złotych (oraz parę kilogramów mojego czystego wosku na wymianę). Około 200 złotych poszło na matki pszczele. I tak - liczę się z tym, że te pieniądze również stracę, jeżeli te pszczoły umrą. I znów - te wszystkie wydatki zostały mi zrekompensowane przez miód... tym razem było go ponad 10 litrów więcej niż w 2014 (wg szacunków około 0,8 litra na rodzinę pszczelą!).
Pomijam kwestię wielotysięcznych inwestycji w ule, ramki, stojaki, miodarkę i inny sprzęt pasieczny (w to każdy pszczelarz musi zainwestować, niezależnie jaką drogą idzie) i ogromną ilość pracy jaką wkładam w pasiekę, nie licząc tak naprawdę na żaden dochód w najbliższym czasie (mam nadzieję, że żona tego nie przeczyta, bo nie będzie szczęśliwa...iiii.... będzie się działo...się..., oj będzie...). Bo idę drogą, która może zwróci się po wielu latach, a może się nie zwróci. Na dzień dzisiejszy wydałem na pszczoły paręnaście tysięcy złotych, nie sprzedając ani litra miodu... Robię to bo w to wierzę, ale otwarcie mówię jak się sprawy mają. W ramach uświadamiania i przestrogi. Przecież mógłbym zapewnić moim pszczołom większe szanse na przeżycie i prowadzić pszczelarstwo komercyjne tylko takie trochę mniej (lub bardziej...). Mi jednak nie odpowiadają inne wybory.

A Ty sam zdecyduj jaką drogą chcesz podążać.
Jeżeli moja droga Cię zachęca, to zapraszam do wspólnego podążania. Będę dumny z Twojego towarzystwa.