poniedziałek, 8 lutego 2021

Dziko żyjące rodziny pszczoły miodnej: zagrożenia i nadzieje - część 3

W lutowym numerze miesięcznika "Pszczelarstwo" ukazała się kolejna - trzecia już - część mojego artykułu o dziko żyjących rodzinach pszczelich. W tej części odnoszę się przede wszystkim do zestawienia różnych populacji żyjących bez kuracji przeciwko dręczowi, sporządzonego przez Barbarę Locke. 
Inne, podobne zestawienie można znaleźć tutaj: "Geographical Distribution and Selection of European Honey Bees Resistant to Varroa destructor".


część 1 
część 2


Dziko żyjące rodziny pszczoły miodnej: zagrożenia i nadzieje - część 3

Inne (pół)dzikie populacje


Interesujące zestawienie populacji pszczół (nie tylko dziko żyjących), które przeżyły starcie z dręczem sporządziła dr Barbara Locke [https://link.springer.com/article/10.1007/s13592-015-0412-8]. Ze względu na temat naszych rozważań ograniczę się do najistotniejszych – dla nas – punktów „rankingu”.
1. Populacja na Gotlandii [„Pszczelarstwo” nr 1/2021].
2. Populacja pszczół lasu Arnot (stan Nowy York, Stany Zjednoczone), która według autorki swoje przetrwanie zawdzięcza głównie niewielkim siedliskom sprzyjającym rojeniu, a nie genetycznym mechanizmom odporności.
3. Pszczoły Apis mellifera scutellata - ekotyp afrykański; występuje na obszarze Afryki Południowej (gdzie żyje również odporna Apis mellifera capensis) oraz Ameryki Południowej (Brazylia). Co ciekawe, w pierwszej fazie inwazji u roztoczy występujących w rodzinach pszczelich w Brazylii tylko około 50 proc. samic było w stanie wydać potomstwo. Z biegiem lat odsetek płodnych samic wzrósł do 80 proc. (autorka ten fakt łączy z zastąpieniem haplotypu japońskiego dręcza przez koreański, który według różnych źródeł ma być bardziej zjadliwy). Mimo to stopień porażenia rodzin dręczem nie zwiększył się, podobnie jak śmiertelność populacji pszczół. Zachowanie higieniczne i pielęgnacyjne (oczyszczanie się z roztoczy – ang. grooming behaviour).
4. Apis mellifera intermissa – jest to ekotyp występujący na północy Afryki, np. w Tunezji (wykorzystany do krzyżówek hodowlanych m.in. przez Johna Kefussa). Charakteryzuje się zdolnościami do utrzymania inwazji roztoczy na niskim poziomie – również w krzyżówkach, które tworzył Kefuss
5. Niewielka populacja pszczoły włoskiej (Apis mellifera ligustica) na wyspie Fernando de Noronha u wybrzeży Brazylii, radzi sobie zarówno w pasiekach, jak i w naturze, choć tam nie zwalcza się dręcza pszczelego. W populacji utrzymuje się wyraźnie wyższy wskaźnik inwazji Varroa (kilkanaście pasożytów na sto pszczół) niż np. w Brazylii kontynentalnej u pszczół zafrykanizowanych. Mimo to nie powoduje to wysokiej śmiertelności pszczół. Populacja pszczół z wyspy odznacza się słabo rozwiniętym zachowaniem higienicznym (w porównaniu do pszczół zafrykanizowanych), podobnym do innych ras pszczół europejskich. Matki pszczele, a raczej tworzone przez nie rodziny były na terenie Niemiec testowane porównawczo z lokalną populacją pszczół (Apis mellifera carnica): okazało się, że poziom inwazji Varroa w obu grupach był podobny. Zdolność przetrwania tych pszczół nie jest zatem skutkiem mechanizmów odporności uwarunkowanych genetycznie.Wytłumaczniem może być jednak fakt, że na wyspie wciąż występuje japoński haplotyp V. destructor. Co ciekawe, pszczoły włoskie uznawane są przez większość osób, które nie zwalczają inwazji pasożyta za bodaj najmniej odporne ze wszystkich ekotypów pszczół.
6. Pszczoły primorskie (rasa ukształtowana na wschodnim wybrzeżu Rosji, w Kraju Nadmorskim, dokąd pszczoły miodne zostały przewiezione najprawdopodobniej z Europy wschodniej), jako chowane w rejonie występowania pszczoły wschodniej, już w XIX wieku, (lub wcześniej) mogły zetknąć się z roztoczami i - według niektórych hipotez - tam też mogło dojść do pierwszej zmiany żywiciela dręcza. Uważa się, że pszczoły te zawdzięczają odporność trwającej długie lata selekcji naturalnej. Linia została sprowadzona do Stanów Zjednoczonych i tam m.in. jest hodowana komercyjnie. Wykorzystuje się ją w pasiekach niezwalczających dręcza pszczelego gdzie jest dość popularna. Rosyjskie pszczoły mają wolniejszy przyrost populacji pasożyta, wysoki procent niepłodnych samic (50 proc.), silny instynkt higieniczny i czyszczenia się. Ich czerw jest mniej atrakcyjny dla roztoczy.
7. Populacja z rejonu Awinion (południowa Francja) – w latach 90. ubiegłego wieku zebrano tam rodziny pszczele, które przetrwały pierwszą fazę inwazji dręcza. Były to rodziny dziko żyjące lub pochodzące z opuszczonych pasiek, a także przekazane na cele badawcze przez pszczelarzy, którzy nie zwalczali w nich inwazji roztoczy przez co najmniej dwa lata. W ten sposób zgromadzono 52 rodziny pszczele. Przez kolejne lata populację tę prowadzono w sposób zbliżony do tej na Gotlandii, ograniczając gospodarkę tylko do odbierania miodu. W latach 1999 – 2005 w populacji zarejestrowaną taką samą śmiertelność jak w grupie porównawczej, złożonej z rodzin leczonych, ale zbiory miodu w grupie porównawczej były dwukrotnie większe. Istotne jest jednak to, że nieleczona populacja z Awinionu miała trzykrotnie niższe porażenie roztoczami. W badanej populacji stwierdzono wysoką aktywność pszczół polegającą na wykrywaniu i usuwaniu z komórek czerwiu zaatakowanego przez pasożyty (cecha określana jako wrażliwość higieniczna na Varroa – ang. Varroa Sensitive Hygiene, VSH), co istotnie ograanicza ich reprodukcję, a tym samym przyrost populacji. Populacja do 2016 roku (data publikacji) utrzymywała odporność mimo braku izolacji. Wadą wyselekcjonowanych pszczół jest to, że są mniej miodne i bywają bardziej agresywne.
rys. Eliza Luty na podstawie: Barbara Locke, Natural Varroa mite-surviving Apis mellifera
honey bee populations, 
"Apidologie" 47/2015


Wiele podobnych świadectw można znaleźć w relacjach praktyków pszczelarskich i miłośników pszczół z całego świata. Przodują w tym Wyspy Brytyjskie, gdzie działa prężna organizacja Natural Beekeeping Trust, promująca pszczelarstwo naturalne. Tam też działa bardzo wielu praktyków, którzy nie leą pszczół, a wykorzystują w swojej gospodarce złapane roje. W listopadzie 2020 roku Jonathan Powell uruchomił stronę internetową „Free-Living Bees” (wolno żyjące pszczoły; www.freelivingbees.com), na której można rejestrować rodziny, żyjące dziko bez dozoru pszczelarzy. Jest prawdopodobne, że z czasem portal udokumentuje skalę zjawiska na całym świecie.

Próg tolerancji

Do interesujących wniosków doszła też Margarita Lopez Uribe z Uniwersytetu Stanu Pensylwania w Stanach Zjednoczonych, która obserwowała dziko żyjące rodziny, poddane selekcji naturalnej i porównywała je z pszczołami wykorzystywanymi w okolicznych pasiekach. Na podstawie badań okazało się, że średnia roczna roczna śmiertelność dziko żyjących rodzin pszczelich wynosi około 40 proc.; wiele z nich przeżywa więcej niż trzy zimy. Wspomniany odsetek równy jest średniej całorocznej śmiertelności pszczół w Stanach Zjednoczonych. Z punktu widzenia przetrwania rodzin (abstrahując od produkcji pasiecznej) nie ma znaczenia, czy będzie w nich zwalczana inwazja roztoczy, czy też nie. Jak twierdzi badaczka, konstatacja ta wprawia w zdumienie okolicznych pszczelarzy, którzy mają ogromne trudności w utrzymaniu pszczół przy życiu.

Lopez Uribe uważa, że dzikie populacje co do zasady nie są odporne na roztocza, ale mają odpowiedni próg tolerancji. Mogą więc funkcjonować z roztoczami i do pewnego stopnia tolerować negatywne skutki ich obecności. Pszczoły te mają też pewne cechy odporności indywidualnej (np. silniejszą odpowiedź immunologiczną) czy społecznej (np. wyjście roju w celu zmniejszenia stopnia porażenia, czyszczenie się z pasożytów), które łącznie pozwalają na wyhamowanie tempa namnażania roztoczy do poziomu względnie bezpiecznego dla całej populacji.

Własny mechanizm obronny

Trzeba dodać, że mechanizmy obronne różnią się między sobą; każda populacja wykształciła swój własny, bo wszystkie populacje ewoluowały niezależnie (ekotypy czy linie pszczół ujawniły różne cechy i właściwości pod presją dręcza pszczelego). Każda populacja zareagowała na niego w swoisty sposób i nie każda radzi sobie z nim z takim samym skutkiem. Lopez Uribe przeprowadziła badania porównawcze rodzin dziko żyjących i hodowanej w pasiekach populacji nieodpornej na dręcza. Obie grupy poddano presji patogenów, następnie pobrano próbki pszczół i przebadano ekspresję genów odpowiedzialnych za odpowiedź immunologiczną. Okazało się, że ekspresja genów była średnio dwukrotnie większa u dziko żyjących pszczół. Oznacza to, że zarażone „dzikie pszczoły” miały silniejszą i tym samym skuteczniejszą reakcję immunologiczną.

Badaczka przeprowadziła też eksperyment porównawczy grupy rodzin „dzikich” i pozyskanych z pasiek, sondując presję wirusa zdeformowanych skrzydeł (DWV). Okazało się, że w rodzinach pszczelich z dzikich populacji porażenie wirusem było duże, większe niż w rodzinach z grupy kontrolnej. Oznacza to, że rodziny funkcjonowały ze względnie dużym porażeniem roztoczami i pod dużą presją patogenów, których wektorem jest dręcz pszczeli. W pierwszym roku przeżywalność obu grup, które w toku eksperymentu nie były leczone przeciwko warrozie, była taka sama i wynosiła około 40 proc. W grupie rodzin wywodzących się z dzikiej populacji znalazły się takie, które miały bardzo wysokie porażenie wirusami i się osypały, ale też takie, które przetrwały, choć były porażone w równym stopniu. Rodziny z grupy kontrolnej ginęły także przy niższym porażeniu wirusami. Według badaczki nie ma bezpośredniej korelacji między śmiercią rodzin, a dużą ilością wirusa, czyli pośrednio - wysokim stopniem porażenia dręczem pszczelim. W drugim roku eksperymentu rodziny z obu grup miały podobny, wysoki poziom porażenia wirusem DWV, co świadczyło o zwiększeniu presji dręcza w grupie rodzin kontrolnych. Śmiertelność była wyższa w rodzinach pozyskanych z pasiek, sięgając ok. 60 proc., podczas gdy rodziny wywodzące się z dziko żyjących pszczół utrzymały poziom śmiertelności na poziomie z poprzedniego roku czyli 40%. Rodziny w obu grupach miały różny poziom ekspresji genów odpowiedzialnych za odpowiedź immunologiczną. Wyższa okazała się w grupie rodzin z dzikiej populacji. Uribe stwierdziła więc, że przeżywalność rodzin nie jest zależna od presji patogenu (a więc pośrednio pasożyta). Jej zdaniem przeżywalność jest tym wyższa, im silniejsza jest odpowiedź immunologiczna. Najwidoczniej populacje, które są poddane selekcji naturalnej wykształcają lepszą indywidualną odporność na patogeny i lepiej radzą sobie z nimi nawet wówczas, gdy presja patogenów jest duża.

część 4

środa, 3 lutego 2021

"Treatment-Free Beekeeping" autorstwa Davida Heaf

 W tej chwili dotarła do mnie nowa książka Davida Heaf'a pt. "Treatment-Free Beekeping". Cieszę się niezmiernie, że taka książka powstała. Szybkie przeglądnięcie rozdziałów pokazuje, że może być tam wiele zacnych treści. Zacznę ją czytać pewnie jeszcze dziś i spodziewam się, że będzie to interesująca lektura. Postanowiłem jednak najpierw przeczytać część o Polsce. I cóż, niestety znalazły się tam pewne nieścisłości. 

Ale od początku.

Jakiś czas temu (z końcem lata 2020) David Heaf napisał do mnie maila. Znalazł gdzieś informację o naszym projekcie "Fort Knox" i obejrzał prezentację projektu, którą wygłosiłem na konferencji pszczelarskiej w Neusiedl am See w Austrii. To skłoniło go do nawiązania kontaktu. Od tego czasu zaczęliśmy korespondować i ta korespondencja trwa zresztą do dziś. Wtedy David Heaf podpytywał mnie o moje pszczelarstwo i pszczelarstwo w Polsce. Pytał o to jak gospodaruję, na jakiej pszczole, jakie jest moje podejście do różnych pszczelarskich spraw. Rozmawialiśmy też o projekcie "Fort Knox" i o naszej nieformalnej organizacji "Bractwo Pszczele", w której działam i której jestem współtwórcą. Mówiłem mu jakie pszczoły sprowadzałem do siebie, a także wspomniałem mu, że od jednej z osób, z którą współpracowałem (mówię tu o Łukaszu) dostałem też pszczoły, które okazały się dla mnie - przynajmniej do tej pory - strzałem w dziesiątkę [pszczoła "16"tka - zresztą od Łukasza przywędrowały do mnie inne pszczoły, z których jedna z linii - L1 z Projektu Fort Knox - trwa do dziś]. Na pytanie Davida, odpowiedziałem skąd (na ile to wiem) sprowadził swoje pszczoły Łukasz. Powiedziałem mu, że między innymi były to pszczoły z Austrii i Cypru. David Heaf wspomniał chyba przy tym, że pisze nową książkę, ale nie znałem żadnych szczegółów, treści czy pomysłów. 

Jakiś czas później, w samej końcówce poprzedniego roku, otrzymałem od Davida Heafa pytanie o adres korespondencyjny - napisał mi, że jego wydawca roześle książkę do osób, które przyczyniły się do jej powstania... Jakież było moje zdumienie. Dowiedziałem się wtedy, że David Heaf zdecydował się wspomnieć o mnie w swojej książce. Nie wiedziałem jednak co napisze o pszczelarstwie bez leczenia w Polsce, z iloma osobami korespondował, czy wreszcie co napisze tam o mnie. Ba, nie wiedziałem w ogóle co w tej książce będzie, poza tym, że na tamtym etapie widziałem już, że będzie o pszczelarstwie bez leczenia, a z kontekstów różnych rozmów wiedziałem, że może dotyczyć między innymi omówienia różnych podejść do pszczelarstwa bez leczenia i różnic w "wynikach" w zależności od lokalizacji. Nie dostałem jednak na żadnym etapie tekstu dotyczącego czy to mnie, czy Polski do, nazwijmy to, autoryzacji. Pierwszy raz tekst ten przeczytałem dzisiaj. 

Postanowiłem napisać ten wpis na blogu, aby sprostować dla czytelników z Polski pewne wiadomości, które się tam znalazły. Są to nieścisłości, które dla pszczelarzy zza granicy (jak i dla większości Polaków), pewnie w ogólnie nie mają znaczenia. Z uwagi na rozległość tematów i wiele osób, które David Heaf zamieścił w książce, pewnie nie miał też czasu wczytywać się w różne historie z naszej strony, a ja rozmawiając z nim po prostu odpowiadałem na pytania i opisywałem naszą (moją) sytuację, w ogóle nie zdając sobie sprawy, że cokolwiek z tego znajdzie się w druku.

W pierwszej części wpisu David opisuje pobieżnie moją gospodarkę - tu w zasadzie wszystko jest w porządku. Trudno bowiem oczekiwać więcej wiedząc, że to co ja próbuję tu na blogu opisać w wielu postach [a ten post jest "okrągły" - dwusetny!] musi się znaleźć na połowie strony książki. 

W drugiej połowie opisu, David Heaf pisze, że sprowadziłem między innymi pszczoły od Erika Osterlunda i Juhaniego Lundena, które nie przetrwały (to prawda), ale i z Austrii (od Wallnera) i, pośrednio przez osobę z którą współpracowałem, pszczoły z Cypru. Zgodnie z moją pamięcią i rozumieniem tego, co pisał mi Łukasz, do mnie osobiście chyba nigdy nie trafiły sprowadzone przez niego pszczoły z Austrii (od Wallnera), ale nie wykluczam, że z pszczoły z Cypru wywodziła się bądź to 16 bądź L1'ka. Na moim blogu podawane są źródła tych pszczół, które z czasem sprowadzałem do mojej pasieki. Niezależnie od tego czy pszczoły, które trafiły do mnie od Łukasza były tymi, które wspomina Heaf, to niewątpliwie stanowią one ważną część mojej pasieki, która bardzo wiele zawdzięcza współpracy z Łukaszem. 

W ostatnim - krótkim - akapicie David Heaf pisze o organizacji Bractwo Pszczele i Projekcie "Fort Knox". I to tu właśnie wkradło się nieporozumienie, które przede wszystkim chciałem sprostować. Otóż David Heaf najwidoczniej zrozumiał, że "Fort Knox" jest projektem "Bractwa Pszczelego". Nie jest to prawdą, choć faktem jest, że od około 2 lat to członkowie Bractwa są głównie aktywni w promowaniu Projektu. Projekt powstał w ramach stowarzyszenia "Wolne Pszczoły", a stał się projektem niezależnym od jakiejkolwiek organizacji po tym jak nastąpił podział członków i założenie "Bractwa Pszczelego". Zresztą te informacje znajdują się na stronie Projektu (zarówno po polsku, jak i po angielsku) Wszystkich (zwracam się tu przede wszystkim do członków "Wolnych Pszczół"), którzy poczuli się urażeni, chciałem prosić o wybaczenie. Nie było moją intencją wprowadzanie nikogo w błąd - stało się tak najwidoczniej przez nieporozumienie. Nigdy nie napisałem Davidowi, że projekt jest projektem Bractwa, choć w korespondencji mogłem pisać "nasz projekt", co widocznie autor mógł zrozumieć opacznie. To jednak, jak doszło do nieporozumienia, pozostaje w sferze gdybań.

Tak czy owak cieszę się, że zostałem wymieniony w książce Davida Heaf'a. Przyćmiewa to jednak, po pierwsze wspomniane nieporozumienie, a po drugie to, że wraz ze mną nie wymieniono tych, którzy w naszej współpracy lub całkowicie niezależnie od nas, działają w podobnym kierunku. Jest nas na pewno wciąż zbyt mało, ale mam nadzieję, że grupa ta będzie rosła z czasem. 

A ja powoli zamierzam zatopić się w lekturze... 

poniedziałek, 1 lutego 2021

Zimujące pszczoły i inne gdybania

Kolejny rok, kolejna zima. Z jednej strony cieszę się, że ona wciąż trwa, bo jest czas na wiele tematów związanych z organizacją mojego nowego "zaplecza". Z drugiej strony ta organizacja zaczyna mnie męczyć i nużyć, bo mam czasem poczucie jakbym w ogóle nie poruszał się do przodu. W takich chwilach tęskno mi do maja i szczytu pasiecznego sezonu. Wtedy ta praca wydaje się mieć sens, a nawet jeśli go nie ma, to nie ma czasu się nad tym zastanawiać. Tak czy owak przyjdzie czas i na to. W tej chwili mam szczyt sezonu obgryzania paznokci, wywołanego zastanawianiem się jak też pasieka wyjdzie z zimy, jak pszczoły będą rozwijać się wiosną i czy czeka mnie kolejny okres głodu w lecie. A oprócz tego, to - choć z wszelkich okoliczności można by domniemywać, że czasu będę miał więcej - okazuje się, że wcale go nie zbywa. Może tak już po prostu mam, że muszę realizować wiele planów równocześnie... 

Jak w tej chwili wygląda stan liczbowy żywych rodzin pszczelich - nie sposób ocenić. Ale mniej więcje wiem jak wyglądał z początkiem stycznia. Wówczas zrobiłem objazd po pasieczyskach, poza jednym, na którym byłem z końcem grudnia (pasieka T). Wyniki wyglądały bardzo obiecująco. Takich statystyk nie miałem jeszcze żadnej zimy o tej porze roku:

pasieka T - żywe 4/4 rodziny;

pasieka Las 1 - żywe 4/4 rodziny;

pasieka Las 2 - żywe 5/5 rodzin;

pasieka B - żywe 7/7 rodzin;

pasieka R2 - żywe 2/2 rodziny;

pasieka K - żywe 4/6 rodzin;

pasieka KM - żywe 14/15 rodzin. 

Łącznie żyło więc 40/43 rodziny. Tak dobrze w początku stycznia nie bywało jeszcze nigdy. W styczniu było też bardzo dobrze w zeszłym roku na większości pasieczysk, ale jednak w dwóch miejscach (KM i B) były już dotkliwsze straty, łącznie zbliżające te ogólne spadki do 10. Tym razem nie żyło tylko 3 rodziny.

Potem jednak przyszły mrozy i zima trzyma do teraz. Trudno mi się więc odnieść do stanu obecnego pszczół, bo w końcu minęło już chyba ponad 3 tygodnie od wizyty - wiem tyle, że na 99,9% osypała się jeszcze jedna rodzina na pasiece KM. Wiem też, że na ile mogłem zaglądnąć do rodzin przez wylotki i w ten sposób ocenić ich stan, to część rodzin wydawało się bardzo słabe. Kilku więc nie ma prawie na pewno w innych miejscach. 



Ocena dokonana poprzez wgląd przez górny wylotek może być zwodnicza. Rodziny mogą tworzyć większe "czapy" pszczół na ramkach, ale pod spodem kłąb może być względnie niewielki. Z drugiej strony pszczół może w ogóle nie być widać lub mogą być widoczne w 1 czy 2 uliczkach, ale kłąb może być całkiem sporej wielkości - tyle, że uwiązany niżej na ramkach. 

W kilku przypadkach popełniłem też oczywiste błędy w ocenie. Otóż gdy pojechałem w styczniu na objazd, zrobiłem to z postanowieniem, że gdy nie zobaczę pszczół przez wylotek, to "opukam" ul, a gdy ich wówczas nie usłyszę i będę tym samym przekonany, że pszczoły się osypały, otworzę go i wysprzątam. Tak to z reguły praktykuję w drugiej połowie zimy w odstępach jeden do półtora miesiąca. W dwóch przypadkach otwarłem daszki będąc przekonany, że żywych pszczół już nie zastanę i przywitał mnie widok ruszającego się kłębu. W jednym przypadku wcale zresztą nie małego, choć i wielkością nie grzeszącego. W drugim, jak mogło mi się wydawać patrząc tylko przez chwilę z góry, pszczoły były raczej bardzo słabe. Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem tym rodzinom nadmiernie. 

Wydaje mi się więc, że już w tej chwili mogę mniemać, że nie zostanę bez pszczół. Optymizm każe mi też sądzić, że stan liczbowy pasieki powinien by lepszy niż zeszłoroczny, kiedy to przeżyło około 40% rodzin pszczelich. A jaki będzie ostatecznie - nie wiadomo. 

W tematyce pasiecznictwa dzieje się u mnie obecnie niewiele. Mrozy skutecznie powstrzymują mnie przed pracami. Bardziej jednak powstrzymują mnie od prac budowlanych, które cały czas toczą się na mojej działce, a mniej od prac pasieczno-stolarskich. Kiedy więc mrozy nie są większe niż około -2 stopnie próbuję działać przy sprzęcie pszczelarskim. Poprawiłem więc kilkanaście z moich eko-dennic wypełniając je słomą i przybijając od góry stare listewki. Planuję też w najbliższych dniach docieplić trochę skrzynek warszawskich poszerzanych i być może wykonać kilka(naście?) ekopowałek docieplonych słomą, próchnem i trocinami. Muszę też skupić się na naprawie lub wykonaniu nowych stojaków pod ule. Po kilku latach poprzednie stojaki zaczynają powoli być nadgryzane zębem czasu i butwienia. 


Z innej beczki. Zaczynają do mnie docierać głosy, że poznany przeze mnie Torben Schiffer określany zostaje pszczelarskim populistą i (świadomie lub nie) zaczyna gromadzić nie tyle zwolenników, co wyznawców. Od razu zastrzegę, że nie znając języka niemieckiego, po pierwsze nie śledzę w szczegółach jego działalności, a po drugie nie jestem w stanie określić pewnych subtelności wypowiedzi. Translatory pozwalają mniej więcej poznać główne treści, ale niekoniecznie subtelności. Mogę więc tylko przytoczyć te głosy, które słyszałem i na ile je (z racji językowych) zrozumiałem. Schifferowi zarzuca się, że przemilcza wiele badań naukowych, które stawiają wiele jego tez w wątpliwość, jak również, że zaczyna "odpływać" w skraj działalności, który można by wręcz określić zwalczaniem pszczelarstwa jako takiego. Cóż, ja osobiście nie mam wątpliwości, że z punktu widzenia przystosowań pszczół do życia w naturze robimy jej krzywdę trzymając w pasiekach w sposób w jaki robi to tzw. "nowoczesne pszczelarstwo", a przede wszystkim sprowadzając miks obcych pszczół w nasze rejony, selekcjonując je na "ponadnaturalną" wydajność (jakkolwiek to rozumieć), stosując w ulach bardzo szkodliwe substancje. Nie zmienia to jednak faktu, że uważam, że można by gospodarkę pasieczną prowadzić tak, żeby zaspokoić zarówno potrzeby pszczół, jak i nasze. Wielu pszczelarzy zresztą to realizuje, dla bardzo wielu jest tylko krok od takiego postępowania. Jakaś część jednak wciąż działa w taki sposób, jaki dokładnie opisuje Schiffer. Tyle, że on ponoć zaczyna przykładać na całą gospodarkę pasieczną miarę całkowitego wyzysku i cierpienia owadów. Ponoć. Cóż, jeżeli faktycznie tak jest to należy powiedzieć: niestety. A piszę niestety, bo takie głosy jak jego, są też potrzebne w dyskursie i szkoda, żeby były skreślane podejrzeniami o fundamentalizm. Działania podyktowane czysto dobrem pszczół w zupełnym oderwaniu od jakiejkolwiek chęci produkcji pasiecznej (np. tworzenie niedoglądanych siedlisk), mogą być tylko korzystne - i to dla wszystkich, czyli zarówno pszczół jak i pszczelarzy. Jeżeli jednak głosy takie zaczną skupiać się tylko na ataku, a nie na radach jak uczynić los pszczół lepszym (zarówno w ulu jak i w dziupli), to nie może z tego wyjść nic dobrego. Czy jednak tak jest w przypadku Schiffera? Nie wiem. Znam niektóre jego wpisy dotyczące ocen wpływu nowoczesnego pszczelarstwa na pszczoły. I przyznam, że z większością się zgadzam (przy czym nie wchodzę tu w tematykę "cierpienia owadów", bo nie mam pojęcia czy bardziej "cierpią" jak trzyma się je w kwadratowym pudełku, stale manipuluje się ramkami, a matce ucina skrzydełko, czy też wtedy kiedy są porażone roztoczami w wysokim stopniu, a pszczelarz - np. ja - nie reaguje wykonując kurację). A zgadzam się, bo faktycznie wielu pszczelarzy nie zwraca uwagi na zrównoważoną gospodarkę. Co rok w pasiekach trzeba albo użyć więcej tzw. "chemii", albo coraz wymyślniejszych metod. Co rok przy tym więcej się trąbi o zgnilcu, zaniedbaniach, lokalnie dużych stratach itp. Nowoczesne pszczelarstwo nie oferuje więc systemowego rozwiązania problemu zdrowia pszczół. Działania równoważące, które pozwoliłoby - przykładowo - na wykształcenie dzikiej populacji w ilości powiedzmy 10 - 20% całej populacji pszczół w dodatku do zrównoważonej selekcji dużej części z pozostałych, pozwoliłoby - moim zdaniem - na systematyczne rozwiązanie problemu. Bez wielkiej szkody dla gospodarki (w tym pasiecznej). Tego - znów: moim zdaniem - nie da się zrobić bez racjonalnych głosów, które nazywają problem i pokazują rozwiązania. Pytanie więc pozostaje, i ja nie umiem na nie odpowiedzieć choćby z powodu bariery językowej, czy Schiffer walczy o te dziesięć procent, czy walczy z dziewięćdziesięcioma dziewięcioma procentami... 

W ostatnim czasie - co było zresztą widać na filmie zamieszczonym na Youtube - nawiązałem bliższy kontakt korespondencyjny z Davidem Heafem. Muszę przyznać, że pozostaję pod bardzo pozytywnym wrażeniem jakie wywarł na mnie ten pszczelarz. Znającym angielski gorąco polecam jego stronę: http://www.bee-friendly.co.uk/ David Heaf zgromadził tam bardzo wiele ciekawych opisów i zestawień danych. Są to w dużej części prace pozbawione ideologii, a przedstawiające wyniki najróżniejszych badań. Oczywiście są i jego przemyślenia. Ze swojej strony - jeszcze raz gorąco polecam.

Życzę wszystkim czytelnikom bloga i nie tylko jak najliczniejszych oblotów wiosną!