wtorek, 30 czerwca 2026

Wyjazd w Alpy przez Portugalię, czyli 4700 km na rowerze przez Europę


5 maja 2026 roku ruszyłem na moją samotną wyprawę rowerową przez Europę. Poleciałem do Faro na południu Portugalii i stamtąd ruszyłem do domu. Miałem na to – z założenia i obietnic złożonych żonie – 8 tygodni. Chciałem wrócić przed lipcem.
 
Pierwszy nocleg 5 maja - kemping w Faro.
Miałem dość wszystkiego, a wiatr nawet nie dał rozłożyć namiotu...
Portugalia była chyba ładniejsza w interiorze niż na wybrzeżu,
bardziej zielona o zróżnicowanym krajobrazie

Trasa

Zaplanowałem coś na kształt „trasy maksimum”, która obejmowała chyba każdą możliwą (no, przesada) wysoką przełęcz po drodze w Pirenejach i Alpach. Ta trasa wyniosła około 5400 km, przy 70 km przewyższeń. Najkrótsza natomiast trasa (może nie najkrótsza, ale rozsądnie krótka, wyznaczona przez Komoot) miała bodaj ok. 3600 km przy przewyższeniach rzędu, o ile pamiętam, 20 km. Rzecz jasna, omijała ona Pireneje i Alpy. Tymczasem Alpy były moim głównym celem wyprawy – z głównym punktem na trasie, czyli najwyższą asfaltową przełęczą Col d'Iseran we Francji (2764 m.n.p.m.). W Alpach jest wyższy punkt asfaltowy – La Bonette (ponad 2800 m), ale sama przełęcz jest już niższa. Tą ostatnią odwiedziłem w czasie wycieczki w 2015 roku.

Wybrzeże Portugalii

Niewiele tu widać... ale historia jest intrygująca. Na jeden z pierwszych noclegów
rozbiłem się na kempingu, a w nocy przyszła burza i ulewa. 
Okazało się, że cała woda spływała właśnie do mnie... O trzeciej w nocy obudziłem się,
jak na łóżku wodnym, mój namiot pływał w ok. 10 cm "kałuży".
W środku nocy trzeba było przenieść namiot w inne miejsce...
Zanim to zrobiłem, woda wsiąkła w glebę...

Widok na Lizbonę

 W Portugalii bywało zimno i deszczowo, ale i tak pogodę tam, uznaję za udaną.



Alpy

W zasadzie, to tak naprawdę chciałem pojechać po prostu w Alpy, bo uwielbiam ten region (choć teraz dał mi trochę popalić – o tym zaraz). Ale tak mi się jakoś krzywo spojrzało na mapę, że uznałem, że najlepsza do nich droga wiedzie przez Portugalię. No cóż, trzeba było uważać na geografii.

Moje kochane Alpy niestety jednak też się zmieniają. Owszem, trafiłem pechowo na pogodę, ale widać w tym regionie, że cały klimat się zmienia, a nie była to tylko chwilowa anomalia. Raczej pewna anomalia, będąca znacznikiem tendencji. W całych Alpach (od Francji po Austrię) widziałem bardzo dużo wysuszonych potoków i wszędzie towarzyszył mi widok bądź to zamarłych, bądź wyciętych do gołej ziemi drzew. Znak tego, że dzieje się tam na szeroką skalę to, czego byliśmy świadkami w Białowieży – zaczyna królować kornik. I to na wielką, wielką, ponadnarodową skalę. Alpy schną i nagrzewają się – jest coraz mniej śniegu, coraz krócej się utrzymuje. Jeden z moich gospodarzy z Warmshowers, pracujący w lecie jako przewodnik wycieczek, a w zimie instruktor narciarski powiedział mi, że 20 lat temu na przełęczy Tonale (ok. 1850 m.n.p.m.) do sierpnia jeżdżono na nartach. Od lat, od początku maja, a czasem wcześniej, nie ma tam śniegu. Gdy ja tam byłem (około połowy czerwca) było tam standardowe lato – ciepło, zielono – jak na płaskich, nisko położonych równinach. O śniegu na tej wysokości mowy nie ma. Kojarzę sprzed lat, że mówiono, że w Alpach granica letniego śniegu biegnie na ok. 1700 metrów. Nie przypominam sobie (choć mogło mi umknąć?), żebym widział śnieg poniżej 2000, może 2100 metrów. O ile więc z poprzednich wypraw w Alpy (10, 11 i ok. 25 lat temu) zapamiętałem ten region jako przyjemny, chłodny, wilgotny (jak to w wysokich górach) idealny dla mnie na lato, o tyle od teraz będzie mi się pewnie kojarzył ze skwarem... Ale może to w dużej mierze pechowej pogody późnej wiosny i lata 2026, a w przyszłości nie powinno być tak źle? Nie wiem.... ale widząc jak zmienia się całe otoczenie, również w Polsce, jestem raczej pesymistą.
 
Cabo de Roca - najdalej na zachód wysunięty punkt Europy kontynentalnej

Plaże Portugalii (tu Nazare)

Niektóre regiony mają po prostu pecha (a może to raczej efekt zmian klimatu).
Kilka lat temu pożary zniszczyły mnóstwo lasów na wybrzeżu Portugalii. To co przetrwało
zostało powalone wiatrem o prędkości ponad 200 km/h, który nawiedził ten rejon
bodaj w styczniu 2026.

Porto





Wysokie przełęcze 

Ostatecznie, chyba z 15 (lub więcej) przełęczy powyżej 2000 metrów (bodaj 5 w Pirenejach i kilkunastu w Alpach), udało mi się wjechać na 7 – 6 w Alpach i jedną w Pirenejach. W kolejności od najwyższej są to (w nawiasie na końcu kolejność wjazdu przeze mnie):
Col d'Iseran we Francji – 2764 m.n.p.m. (5);
Col de Galibier we Francji – na niej byłem już w 2015 roku – 2646 m.n.p.m. (4);
Passo di Gavia we Włoszech – 2621 m.n.p.m. (7);
Col de la Cayolle we Francji – 2324 m.n.p.m. (2);
Col du Petit Saint-Bernard/Colle del Piccolo San Bernardo na granicy francusko włoskiej – 2188 m.n.p.m. (6);
Col du Tourmalet we Francji (Pireneje) – 2115 m.n.p.m. (1);
Col de Vars we Francji – 2109 m.n.p.m. (3);

Byłem też na kilku innych pięknych, choć niższych przełęczach – pierwszą większą i wyjątkowo piękną na górze, była Col d'Abisque w Pirenejach (1709 m.n.p.m.).
 


Santiago de Compostella

Fisterra



„Wyprawa”

Jeżdżąc po Europie czasem używam słowa „wyprawa” - bo tak przyjęło się mówić: „wyprawa rowerowa”. Ale tak naprawdę trudno jest mówić o „wyprawie” w Europie, jeśli przez to słowo będziemy rozumieć coś więcej, niż zwykłą wycieczkę turystyczną. Tzn. przykładowo udanie się w rejony, które wymagają od nas dużego przygotowania, czy grożą tam jakieś – z braku lepszego słowa – niebezpieczeństwa (np. dzikie zwierzęta, czy tydzień bez wody).

Bo wiecie, Europa jest piękna i interesująca – wielu rowerzystów (czy w ogóle podróżników) docenia ją jako najlepszy kontynent do podróżowania. Jest bezpieczna, ma bardzo rozwiniętą bazę turystyczną, sieć dróg. Dodatkowo praktycznie każdego dnia możemy być albo w jakimś miejscu pięknym przyrodniczo (np. w pięknych górach, wąwozach, jakimś parku narodowym), albo w interesującym z jakiegokolwiek innego punktu widzenia (np. historycznym mieście o ciekawej architekturze, czy mającym piękne zabytki, muzea itp.). Tymczasem bywają miejsca na świecie, gdzie przez kilka dni, a czasem tygodni trzeba jechać przez rejony, żeby w ogóle zmienił się choć trochę krajobraz (np. w afrykańskim buszu). W Europie nie branie ci wody (bo najdalej za parę kilometrów wjedziesz do wioski i będziesz mógł poprosić kogoś o nalanie wody z kranu – a ta w zasadzie wszędzie nadaje się do picia, jest czysta, badana, nie ma w niej zagrożeń biologicznych czy chemicznych). Jeśli coś ci się stanie – ludzie są wszędzie i mogą ci pomóc. Kierowcy co do zasady jeżdżą bezpiecznie dla rowerzystów i – jakkolwiek wypadek może się zdarzyć – raczej nie chcą cię przejechać. Zagrożenie brutalnym rabunkiem jest też znikome – tj. gdziekolwiek byś nie był, to nie bywa ono statystycznie znacząco większe niż w domu. Obecnie, dzięki UE, w zasadzie nie ma granic, połączenia są darmowe, zasięg internetowy jest powszechny. I tak dalej, i tak dalej.
 

Hiszpańska Galicja zielona i piękna
- a ja na chwilę przed atakiem gorąca, nieświadomy, że pogoda się zmieni...










W Avignion spotkałem rowerzystów z RPA, którzy właśnie z tych wszystkich powodów odbywali już trzecią czy czwartą podróż po Europie. Twierdzili, że mają już dość otaczającej biedy, wyciągniętych zewsząd rąk, żebrających o pomoc, znieczulicy wynikającej z trudnych warunków życia (ze stałym zagrożeniem przemocą wynikającą właśnie z tych problemów społecznych) i stałego uważania na to, że akurat ten konkretny kierowca ich przejedzie, bo będzie miał w nosie (czy innej części ciała), że przejedzie tą czy inną osobę. Tam obowiązuje prawo większego – mniejszy ma się usunąć, jeśli nie, to jego problem.

Z drugiej strony we Włoszech spałem u ludzi (Warmshowers), którzy z tego samego powodu unikają jeżdżenia na rowerze po Europie – twierdzą, że to będzie może dobre miejsce, żeby pojeździć na emeryturze. Na razie są młodsi, więc chcą przeżyć przygody i trudy, chcą wiedzieć, że od ich decyzji może zależeć coś więcej niż zwykła niewygoda. Na razie chcą przeżyć trochę przygód. No właśnie, jechać na „wyprawę”, a nie „wycieczkę”.

A mnie z jednej strony ciągnie gdzieś poza Europę (z różnych powodów tam nie jeżdżę), a z drugiej doceniam to, jakie piękne miejsca tu się znajdują. Można spędzić całe życie i nie poznać do końca Europy. Poza tym wydaje mi się, że samotna „wyprawa” jest lepsza w miejscu względnie bezpieczniejszym, „wygodniejszym”, bo trudy jazdy i tak są dość duże. Tak czy owak, choć ludzie tak jeżdżą i zasadniczo są zadowoleni i wracają żywi – raczej na dziś nie zdecydowałbym się chyba na samotną podróż po Ameryce Południowej czy bezkresach Azji.

W czasie mojej podróży odwiedziłem następujące kraje (w kolejności): Portugalię, Hiszpanię, Francję, Włochy, Austrię, Słowację. W planach (w planie maksimum) były jeszcze Andora i Szwajcaria – do tych jednak nie dotarłem. Do Polski wjechałem 28 czerwca – tego samego dnia byłem też w domu.


Skwar kazał mi uciekać z Bilbao jak najszybciej...



 Kilka razy przeprawiałem się małymi promami/łódkami

W Pirenejach było wilgotno, zielono i z przyjemną temperaturą,
ale widoki były odcięte przez chmury.

Jeden z ciekawszych noclegów - z owcami

Komoot czasem dziwnie dobiera drogi - zwłaszcza z punktu widzenia tych jeżdżących "na ciężko"

Col d'Abisque w Pirenejach - pierwsza wyższa przełęcz na trasie. Na szczęście chmury zostały poniżej


Niestety, w Pirenejach trafiłem tylko na dwa takie piękne dni



Ludzie

Bazylika w Lourdes
Na trasie spotkałem bardzo interesujących ludzi – fajnych, miłych, uczynnych, przyjaznych, czy ciekawych. Przykładowo, jednego dnia rano zobaczyłem starszego pana na rowerze i – jak to czasem robiłem, bo nie zawsze – postanowiłem zagadnąć. Pan miał 80 (!) lat i zrobił sobie „mały tour de France” - mały, bo około 5000 km na 8 tygodni. Noga mu tak kręciła, że ledwie za nim nadążałem (zwłaszcza, że byłem wymęczony wtedy po Pirenejach, zdecydowałem się wówczas odpuścić Andorę, żeby pojechać luźniejszą trasą rowerową u podnóża gór). Owszem, on unikał (na ile go zrozumiałem) większych gór, ale jednak jego sprawność była imponująca. Spotkałem też wielu innych, znacząco starszych ode mnie ludzi, którzy podróżowali na rowerach. Niektórzy robili bardzo ambitne trasy. Ale byli i młodsi. Przykładowo w Hiszpanii poznałem 33-letniego Rumuna, z którym mam sporadyczny kontakt przez Whatsapp, który w zasadzie nie podróżuje, ale po prostu żyje na rowerze. Przemieszcza się czasem raptem po kilka kilometrów, śpi tylko na dziko, jak mu się gdzieś spodoba, to zostaje na tydzień czy dwa. I tak jeździ po Europie od 3 lat (co roku jadąc do domu na przerwę na miesiąc czy dwa). Od niego chciałbym się nauczyć umiejętności zatrzymania się...

Zdecydowanie też miło wspominam każdy pobyt u członków społeczności Warmshowers. O ile różnie mówią obecnie o samej organizacji czy polityce zarządu, to jednak o bezpośrednich kontaktach oni nie decydują. A ludzie z Warmshowers praktycznie zawsze są życzliwi i pomocni! Muszę tylko wspomnieć (na minus społeczności), że bardzo często pisze się do nich „w próżnię”. Rozumiem całkowicie, że nie każdy zawsze może pomóc i przenocować rowerzystę, takiego jak ja. To zupełnie normalne. Ale jednak duża część wiadomości pozostaje po prostu bez odpowiedzi. Czasem pisałem do 6-7 osób i dostawałem jedną odpowiedź (tak lub nie, w zależności od sytuacji), a od pozostałych było głucho. Zdaję sobie sprawę, że czasem komuś może umknąć jakiś e-mail (mi się też tak raz zdarzyło parę lat temu), ale to jest jakiś systemowy problem. Czasem wręcz zastanawiałem się, czy warto jest pisać. Niektórzy przyjmują rowerzystów u siebie, ale na swoich wyprawach – między innymi z tego powodu – zdecydowali się nie pisać do innych, bo chwilami faktycznie ma się wrażenie, że jest to strata czasu. Wieczorami jesteś zmęczony, chcesz zjeść kolację i iść spać, czy posiedzieć sobie nad rzeką, a nie siedzieć przez godzinę nad telefonem, wyszukując potencjalnych przyjmujących, z nikłą nadzieją, że dostaniesz odpowiedź. Z reguły jednak jakieś pozytywne doświadczenie skłania do kolejnych prób.

Niestety na Tourmalet nie miałem tyle szczęścia co na d'Abisque.
Widoki (na piękny i spektakularny wąwóz) były tylko u podnóża góry...

A wyżej, na przełęczy - nie tylko nie było widoków, ale miałem wrażenie,
że  temperatura spadła poniżej zera...
Dzień wcześnie w obręczy zauważyłem pęknięcia - musiałem kupić całe nowe koło (zmieniłem je kolejnego dnia rano).

Kolejnego dnia znów było pięknie - przez chwilę.


A potem Pireneje znów schowały się za chmurami... Widoków nie było, 
ale za to były to ostatnie normalne pogodowo dni. Potem zaczął się upalny koszmar...

Małe podsumowanie statystyk wycieczki.


Wg licznika „starego typu” ukradzionego Ewie, przejechałem 4718 km, według sumy pojedynczych aktywności komoot 4647 km. Przyjmę po prostu 4700, nawet jeśli ta wartość miałaby być lekko zawyżona, jest wystarczająco bliska rzeczywistości.

W tym czasie zrobiłem 54910 metrów przewyższenia. Ale przyjąć trzeba, że są to dane z komoot, który strasznie kręci z wysokościami. Tak naprawdę mogło to być zarówno 50, jak i 60 km.

Wycieczka trwała 54 dni (+ dzień zerowy w Faro, którego jednak nie wliczam).

Miałem 2 dni całkowitej przerwy (jak to się pięknie po polsku mówi: „rest days”), ale też kilka dni, które z założenia miały być dniami mniejszego wysiłku, żeby trochę odpocząć. Czasem był to wysiłek praktycznie nieistniejący (jak dzień w Avignion, kiedy zrobiłem niecałe 10 km), czasem ciut większy (jak np. dzień dojazdu do podnóża Col de Vars, po Col de La Cayolle), a czasem 50-60% „normalnego dnia” (np. dzień dojazdu do Santiago de Compostella). Te dni w większości będę wliczał do „dni pedałowania”, z jednym wyjątkiem: dnia w Avignion, czy raczej dnia dojazdem pociągiem z Perpignon do Avignion, jego potraktuję jak całkowity „rest day”. Przyjmę więc - w statystykach - że miałem ich 3. Nie powinno Was to dziwić, bo wiadomo, że statystyki, to największe oszustwo!

Całkowity czas jazdy (wg starego licznika Ewy) to 293 godziny.

Trzykrotnie skróciłem trasę pociągiem (łącznie ok. 750 km) – główny powód, prawdziwy dla wszystkich kawałków był taki, że potrzebowałem po prostu, najzwyczajniej na świecie skrócić trasę, żeby zmieścić się w założonych 8 tygodniach:
z Perpignion do Avignion we Francji (ok. 280 km) – wybrałem ten odcinek, bo chciałem ominąć części płaskie – góry są zdecydowanie ładniejsze;
z Villach do Wiednia w Austrii (ok. 350 km) – akurat ten odcinek głównie z powodu upałów;
z Pieszczany do Ziliny w Słowacji (ok. 120 km) – jw.

Oznacza to, że:
- średnio, na każdy dzień wycieczki (54 dni) zrobiłem 87 km przy przewyższeniu 1016 metrów (czyli średnio ponad kilometr do góry);
- średnio, na każdy dzień jazdy (51 dni) zrobiłem 92,1 km przy przewyższeniu 1076 metrów;
- Średnio dziennie siedziałem na siodełku ok. 5h i 25 min , a w czasie dni jazdy 5h i 45 min;
- utrzymywałem średnią prędkość ok 16 km/h.

Najdłuższe dni to:
- najdłuższy dystans: Ostatni, 54 dzień (przyjazd znad jeziora Orawskiego do domu) – 162 km, 7h 56 minut jazdy, 930 metrów do góry, 1190 metrów w dół; Drugi był dzień 7 (140 km), a potem dzień 50 (135 km).
- najdłuższy czas jazdy: Dzień 37 (dzień wspinania na La Cayolle) – 8h i 1 minuta jazdy – dystans 121 km, 2430 metrów do góry i 1970 w dół; drugi był Dz 54 (7h56m), a trzeci Dz 44 (7h31m).
- największe przewyższenie: Dzień 37 (dzień wspinania na La Cayolle) 2430 metrów do góry; drugi był dzień 40 (1980m); trzeci, ex equo, dzień 46 (1980m). Według komoot tylko raz przekroczyłem 2 km dziennego przewyższenia.

Starość też może być aktywna. Za tym panem ledwie nadążałem...
Jest, bagatela, 33 lata starszy ode mnie


Komoot wybiera czasem bardzo dziwne drogi...


 W rejonie Perpignon krajobraz Pirenejów z zielonego i soczystego,
zaczął się zmieniać w suchy, gorący i śródziemnomorski.


W Avignon udało mi się spotkać i porozmawiać z Fanny Mondat,
naukowczynią z francuskiego instytutu INRAE.
Pewnie niedługo spróbuję opublikować na YT film, który wówczas nagrałem.

Noclegi

Na trasie miałem 3 główne rodzaje noclegów:
- kempingi (noclegi płatne) – 29 noclegów, łączny koszt to około 1685 zł (wszystkie kempingi płatne były w Euro – 375 Euro). Średnio kemping kosztował mnie więc około 58 złotych. Najdroższy kemping był w Zwerndorf w Austrii (dzień przed przekroczeniem granicy ze Słowacją) – koszt 22,5 Euro czyli 100 zł. Najtańszy kemping po dniu 6 (w Portugalii) – 6 Euro; czyli niecałe 27 zł.

- noclegi na dziko (czyli chowałem się gdzieś przed ludźmi), czy pół-dziko, czyli te, gdzie rozbijałem się za zgodą właściciela terenu (noclegi bezpłatne) – takich było 16.

- noclegi u członków społeczności Warmshowers – takich było 9. Te noclegi są z założenia bezpłatne, nikt niczego tu nie wymaga i nie oczekuje, ale też za każdym razem kupowałem jakąś czekoladę, czy ciastka itp. (Jak jeździmy z Ewą, to ona wybiera wino, ale ja się na winach nie znam...). Wydawałem na to bodaj od 3 do 8 Euro (najczęściej ok. 4-5) – ale w zamian „dostawałem” nie tylko dach nad głową i łóżko, ale i kolację oraz śniadanie (tylko raz była sama kolacja, bez śniadania). Wszystkie te doświadczenia były niezmiernie pozytywne!

Z Avignon była już prosta droga w Alpy...

... biegnąca przez Kanion Verdon


Zaczęła się najpiękniejsza część wyprawy.





Finanse

Niektórych też interesują finanse, czyli to, jak tanio/drogo można podróżować. Nie widzę powodu, żeby z tego robić tajemnicę - choć koszty takiej wyprawy są zawsze indywidualne i różne, zależą nie tylko od kraju, ale i od indywidualnych wyborów każdego dnia – czyli głównie od tego, gdzie sypiasz i jak się żywisz.

Wydałem więcej niż się spodziewałem i niż na to liczyłem – łącznie ok. 9,5 tysiąca. Te koszty obejmują: przelot (ok 800 zł z rowerem i dodatkowymi bagażami); ubezpieczenie podróżne (ok. 840 zł); przejazdy koleją (ok. 530 zł); koło do roweru po awarii obręczy (135 zł); inne drobiazgi, pamiątki itp. (ok. 200 zł). Głównymi bieżącymi kosztami były oczywiście noclegi (1685 zł) i … jedzenie – ok. 5400 zł.







Galibier to jedna z najpiękniejszych przełęczy, na jakiej byłem. Absolutna Królowa!
(a zdjęcia oczywiście nie oddają tego nawet w 20%...)



Wydałem na jedzenie zdecydowanie więcej niż się spodziewałem – średnio 100 zł dziennie. Zwłaszcza, że tylko kilka razy byłem w restauracji (może 6?) i były to małe, tanie knajpki (np. takie przykempingowe).

Całkowity koszt na dzień wyszedł więc ok. 176 zł, a koszty bieżące życia, bez dodatków (tj. jedzenie + noclegi) – ok. 130 zł (29 Euro).

Spotkałem na trasie rowerzystów, którzy sypiali tylko w hotelach i jeździli bez sprzętu do gotowania/biwakowania, więc ich wyprawy na pewno na dzień były sporo droższe. Nie umiem oszacować tych kosztów, ale pewnie wynoszą średnio min. z 80 Euro dziennie (i zależą od kosztów bazy noclegowej i turystycznej danego kraju czy regionu). Dwa lata temu w Norwegii spotkaliśmy parę rowerzystów, która – z braku innej opcji – wydała na jeden nocleg 250 Euro (ale był to raczej wypadek przy pracy, po prostu wszystko inne było zajęte). Ale byli i tacy, którzy absolutnie nigdy nie wybierali noclegów płatnych (spali tylko na dziko i bardzo sporadycznie u Warmshowers), a w sklepach czyhali na okazje i przeceny. Jeden z nich deklarował, że miesiąc wyprawy kosztuje go 300 Euro, a drugi 400. Mi wyszło miesięcznie ok. 800 Euro z kosztów bieżących i ponad 1000 z całkowitych.


Widok z Col du Telegraphe - od strony Galibier to lekka hopka,
ale od przeciwnej, wielka góra do wyjechania (chyba ok. 1000 m. przewyższenia).

Piękny kameralny kemping przed Col d'Iseran



Rower

Rower sprawował się przez większość trasy poprawnie. Coś stukało, cykało, ale bez dramatów. Co jakiś czas musiałem poprawiać korbowód (dokręcać) i trochę się to stukanie uciszało, potem wracało... Wydaje mi się - muszę to sprawdzić - że mogły się na koniec rozsypać łożyska korbowodu. Teraz na spokojnie spróbuję się do nich dobrać i ocenić. A może to coś innego?

Z większych awarii - co wynikało z mojego błędu - to zbyt mocno naciągnąłem szprychy w tylnym kole, co w Pirenejach zaskutkowało popękaniem obręczy. Nic wielkiego się nie stało, poza tym, że musiałem kupić całe tylne koło (w sklepach nie mieli obręczy) i przez dzień jechałem jakby z kołem zapasowym (koło kupiłem w Lorudes i wspinałem się z nim na przełęcz Tourmalet). Kolejnego dnia rozebrałem koło na części i komplet szprych oraz piasta powędrowały do sakw - to tak, żebym miał więcej do wożenia. 

Pod koniec podróży zauważyłem, że jedna szprycha (w nowym kole) pękła i musiałem ją zmienić.

Oprócz tego rower wymagał chyba tylko standardowego serwisu - czyszczenia łańcucha i praktycznie tyle. W połowie drogi musiałem wymienić okładziny hamulcowe.

Problem miałem natomiast z kapciami... I to nawet nie z przebijaniem dętki czymś typu gwóźdź (raz tylko bodaj przebiłem obie dętki w czasie noclegu w jeżynach...) - opony "rozdzierały" się gdzieś na styku z rafką. Moim zdaniem problem wynikał z przegrzewania obręczy hamulcami v-break (mam takie stare hamulce świadomie i celowo, ze względu na łatwość serwisowania. Jak widać nie jest to jednak bezproblemowe). Kapcie bowiem powstawały w czasie zjazdów, kiedy długo i intensywnie hamowałem - a przypominam, że rower wraz ze mną mógł ważyć ze 135-140 kg. Obręcze więc (zwłaszcza tylna) bardzo się grzały. 

Nie wiem też dlaczego i jak to się stało, ale straciłem umiejętność łatania dziur w dętkach. Robię wszystko zgodnie z instrukcją, a łatki same odchodzą, odpadają, puszczają powietrze. To też może być wina przegrzewania się obręczy, co rozgrzewa i rozluźnia klej - a resztę robi już ciśnienie w kole... Może czas wreszcie zawitać w XXI wieku i sprawić sobie w tym rowerze tarczówki? (Mam w góralu i zasadniczo sobie je bardzo chwalę - na wyprawy jednak zawsze chciałem mieć prostsze rozwiązanie). 

Trochę o wrażeniach

O takich wycieczkach/wyprawach rowerowych można powiedzieć wszystko – są wspaniałe i strasznie męczące, są piękne i paskudne, masz cudowne dni i dni kryzysu, w których chcesz być już w domu i nie patrzeć na rower. Ale zasadniczo są to wyjątkowe doświadczenia, bardzo pozytywne! Jak już wrócisz, to po paru dniach znów chcesz jechać. Bo wiecie, na wyprawie nie istnieje nic poza nią – tylko ty, rower i bieżąca codzienność. Żadnych innych zmartwień czy problemów – a jeśli nawet są, to schodzą na dalszy plan.
 
Przed samym wyjazdem byłem tak zapętlony w codzienności, że dzień wyjazdu był chyba najgorszym z całości. Ledwie doleciałem do Faro, już chciałem wracać. Byłem zmęczony (podróżą, bieganiną) i zestresowany. Czułem się samotny, daleko od domu. W mojej głowie kłębiły się myśli: a na co ci to było, trzeba było w domu, w wygodach siedzieć, kontynuować swój remont stodoły, a nie myśleć o „przygodach”. Bo przygody – jak to mówił jeden bardzo mądry hobbit – mogą skończyć się tym, że spóźnisz się na kolację. Potem – z kilkoma wyjątkami – było już tylko lepiej. Ale – bo ale musi być.


Mój alpejski cel na ten rok - Col d'Iseran. Spektakularna na szczycie i od strony północnej



Jeszcze tylko zdjęcie z francuskim strażnikiem granicznym
i już jestem we Włoszech (mała przełęcz św. Bernarda)



Ale, czyli błędy i ich konsekwencje

Przed/na każdej podróży/wycieczce/wyprawie popełniam dwa zasadnicze błędy. I konsekwentnie nie uczę się na nich. Wiem, że one są, że je popełniam, ale nie dam gwarancji, że przy kolejnym razie nie popełnię ich znowu.

Za dużo rzeczy


Pierwszy błąd to kwestia pakowania. Zawsze, ale to zawsze biorę za dużo rzeczy. Różnych. Jestem przygotowany na wszystko. Przez to dźwigam kilka – może nawet do kilkunastu – kilogramów za dużo. Rower jest przeciążony, trudno go podnieść i przez kilka tysięcy kilometrów, pod każdą górę, dźwigam za dużo rzeczy. Owszem, bywają ludzie podobnie lub bardziej objuczeni. Najczęściej to są ci, którzy jadą gdzieś znacznie dalej (np. podróżują przez rok czy dłużej). 
Jakie to rzeczy? Wymienię kilka.
- biorę zawsze za dużo ciuchów. Jestem przygotowany na to, że jakby mnie zlało i było 3 stopnie, to mam rzeczy, żeby się przebrać w suche i ciepłe. I to może miałoby sens na wyprawach na północ (np. Nordkapp, bo tam może być różnie – może być 30 stopni przez miesiąc, a może być 10 i lać co dzień), albo w marcu, kwietniu czy październiku. Owszem, dużo z tych ubrań używam (np. jak jest chłodniej i piorę inne rzeczy), ale doskonale bym się obszedł bez dodatkowego polara czy spodni. Wystarczyłby też 1 podkoszulek dodatkowy, nie trzeba dwóch, itp.

- klucze rowerowe i części rowerowe – te są potrzebne, ale biorę także takie, których prawdopodobieństwo użycia jest małe, albo obszedłbym się bez nich, choć z nimi naprawa byłaby wygodniejsza. Przykład – wziąłem komplet linek i pancerzy + dodatkowo po 1 lince. Po co? Nie wiem, bo tak mam, chcę być przygotowany np. na to, że jak wjadę w błoto i zapchają się pancerze i przerzutki przestaną dobrze zmieniać, to sobie wymienię linki. A potem dzieje się to co na tej wyprawie, czyli przerzutki od połowy drogi działały mi słabo, ale nie chciało mi się zmieniać, bo jakoś tam szło, jakoś się zmieniały, a szkoda czasu na taki serwis.

-wyjeżdżając wziąłem moją kuchenkę benzynową – bo jest fajna jak działa, paliwo (benzynę) dostanie się wszędzie, jest tańsza w użytkowaniu niż gaz, nie trzeba biegać po sklepach szukać gazu kempingowego. Ale kuchenki benzynowe mają tą wadę, że jak się zanieczyszczą (dysze się zapchają) to trzeba wyserwisować, najczęściej po jakimś czasie tą dyszę wymienić (bo albo wszystko smolą węglem, albo w ogóle przestają działać – jak moja). A że są nietypowe, to trzeba zwrócić się do producenta i zamówić dyszę. A tego się nie da zrobić łatwo w czasie podróży. To stało się na poprzedniej wyprawie i zamówiliśmy dyszę do Rovaniemi w Finlandii (nasz przyjaciel nam ją tam wysłał). Na szczęście wyjeżdżając wziąłem też mały palnik gazowy. Jak się zepsuje dysza, to będzie jak znalazł. A dysza się zapchała i nie dała się oczyścić jeszcze w Hiszpanii, od Bilbao zacząłem kupować butle z gazem. A kuchenka benzynowa? Wiozłem ją od tego czasu (z 1-1,5 kg?). Uznałem, że nie będę jej odsyłał pocztą, bo może śmierdzieć benzyną, zrobi się problem, nie prześlą, zatrzymają itp. Odwiedziła więc ze mną – nieużywana – wszystkie wysokie przełęcze.

Takich – i innych - „drobiazgów” miałem trochę. 3-5 kg dałoby się urwać bez większych problemów, dalsze z 5 kg z pewnym ryzykiem, a pewnie jeszcze kilka np. kupując lżejszy ekwipunek (np. namiot – mój waży ok 3,5 kg; niektóre namioty jednoosobowe mogą ważyć poniżej 1,5kg).

Niektórzy wręcz pytają mnie, czy to moja pierwsza wyprawa, że nie umiem wybrać rzeczy, które będą mi potrzebne. A ja ze śmiechem – i zgodnie z prawdą - odpowiadam, że absolutnie nie (gdybym zliczył wszystkie moje wyjazdy rowerowe w życiu, to w trasie byłem pewnie co najmniej ok. 8, jeśli nie bliżej 10 miesięcy),... tylko się nie uczę.





Jezioro Como - miejsce piękne, ale dla mnie nie do zniesienia. I to nie tylko przez upał.
Ciasno, tłoczno, pełno turystów, paskudny kemping... Bez porównania
z kameralnymi miejscami w Alpach


Za mało odpoczynku

Na każdej wyprawie mam plan do zrealizowania, plan ten zawsze jest zbyt ambitny na siły i przeznaczony czas, w związku z tym gonię. Szkoda mi czasu na odpoczynek – czasem też, zwłaszcza jak jestem sam, myślę sobie, że jak będę gdzieś siedział cały dzień, to się wynudzę. Więc jadę. Czasem robię krótsze dni, ale to zawsze trochę czasu zabierze. Jak przyjadę na kemping o 15 czy 16 to już trochę czasu uciekło. W związku z tym zawsze jadę na zbyt dużym zmęczeniu i znużeniu. Nogi bolą, plecy bolą, ciało wymordowane, d...a nie odpoczywa od siodełka. Przez to – choć i tak jest wspaniale – bywa, że frajda jest mniejsza, że nie docenia się uroków otoczenia, bo myśli się o tym, jak bardzo jest się wymęczonym. To jest mój problem. Mam go w głowie. Bo przecież zawsze mogę podjechać pociągiem, nie muszę zrobić 100-150 km dziennie, bo mogę mniej i zatrzymać się nad rzeką czy jeziorem na 3-4 godziny. Czasem – bardzo rzadko – to robię, ale najczęściej nie. Potrzebuję zewnętrznego hamulca, bo wewnętrznego nie posiadam.

Jeśli do tego dołożymy dźwiganie o 5-10 (a może i 15?) kg za dużo, to potem, na ośmiotygodniowej wyprawie, dochodzę do wniosku, że ostatni raz byłem wypoczęty i rześki w zimie, jak spadł śnieg, był mróz i uznałem, że lepiej poczytać książkę niż iść do roboty. Konsekwencją tych błędów jest to, że wyprawa – choć i tak jest wpaniała (!) przynosi mi dużo mniej frajdy i zadowolenia, niż by mogła. Oczywiście, jest też innego rodzaju satysfakcja – że się jechało, że udało się pokonać większy dystans, że „dało się radę”. Ale jak się nad tym zastanowię, być może, gdybym odpoczywał po drodze o 4-5 dni więcej, zrobiłbym tyle samo kilometrów (bo ciało by się rwało do jazdy) na o wiele większym poczuciu zadowolenia z tego wysiłku. Może. W każdym razie nad tymi błędami muszę popracować.



Na Passo di Gavia zrobiło się nieprzyjemnie - zaczęło grzmieć i kropić.
jakoś nie chciałem przeżywać burzy na 2600 mnpm...



Najlepsze części

Zdecydowany numer jeden wycieczki to Alpy. Cały ten obszar traktuję jako jedną całość, choć przecież są tam pomniejsze regiony, ze swoją charakterystyką, a i leżą w kilku krajach (Francja, Włochy, Szwajcaria, Austria, Słowenia). W czasie tej podróży najbardziej (całkowicie subiektywnie) podobała mi się część francuska. Byłem tam na serii przełęczy (w ciągu bodaj 6 dni pokonałem 5 wysokich przełęczy i byłem też w Wąwozie Verdon i w wyjątkowo pieknej dolinie rzeki Var), pogoda była „znośna” (to mocno naciągam), spałem tam na przyjemnych kempingach, a do tego byłem względnie wypoczęty po Avignion, a od strony pogody po ochłodzeniu w Pirenejach.

Nie umiem ocenić co było numerem 2 i kolejnymi. Na pewno północne wybrzeże Hiszpanii podobało mi się bardziej niż wybrzeże Portugalii. Hiszpania (w części północnej) jest o wiele bardziej zielona, niż Portugalia. Na mojej trasie było też chyba więcej różnych pięknych klifów i innych fragmentów wybrzeża. O ile jednak w Alpach (i absolutnie to samo jest na wybrzeżu Norwegii!!!), żeby zobaczyć coś pięknego i spektakularnego, wystarczy odwrócić głowę, czy wręcz w ogóle jedynie otworzyć oczy, o tyle w Portugalii czy Hiszpanii na te piękne miejsca trzeba dojechać, często nadrabiając parę, paręnaście kilometrów. Były więc tam przerywniki w postaci spektakularnych fragmentów wybrzeża, ale cała trasa biegnie często przez brzydsze czy ładniejsze, mniej czy bardziej interesujące okolice. Warto je poznać, zobaczyć, zwiedzić, ale jednak bywają dalekie od spektakularności nadmorskich klifów czy Alp.

Poza krótkimi fragmentami (np. Col d'Abisque) – jeśli chodzi o widoki – nie udały mi się Pireneje. Miałem tam ochłodzenie po fali upałów (która mnie złapała w Hiszpanii, ale była w całej Europie zachodniej). Przez kilka dni chmury były na kilkudziesięciu metrach i odcinały mi wszelkie widoki na góry. Na Col du Tourmalet, uznawanej za jedną z najpiękniejszych (jeśli nie w ogóle najpiękniejszą) przełęcz Pirenejów, widoczność miałem na kilkadziesiąt metrów, byłem w chmurze/mgle, skraplającej się na mnie, przy odczuwalnej temperaturze na poziomie minus kilka stopni (nie wiem ile stopni było faktycznie, ale zakładam, że mogło być maksymalnie 4-7). Wymarzłem tam niesamowicie!


Od strony mojego zjazdu (tj. od południa) Passo di Gavia jest daleko piękniejsza
i bardziej spektakularna niż od północy.




Motocykliści

Do białej gorączki na przełęczach doprowadzali mnie motocykliści. Zwłaszcza ci, którzy tworzyli weekendowy ruch lokalny. Motocykliści podróżnicy, jakkolwiek są daleko głośniejsi niż standardowe samochody (powiedzmy podobni są w tym względzie do samochodów ciężarowych), najczęściej po przełęczach toczą się, pyrkają - bo sami chcą coś pooglądać w Alpach. Przychodzi jednak weekend i na trasy ruszają miejscowi... a ci tworzą straszliwą patologię. Ryją, wyją, warczą, jeżdżą na pełnych obrotach na swoich "szlifierkach" czy chopperach, cisną pod górę lub w dół tak, że słychać ich z odległości nawet paru kilometrów, zanim się pojawią na horyzoncie. Jest to wyjątkowo ciężkie do zniesienia. I to nie jest jeden czy dwa takie przypadki. Na przełęczy Galibier tacy byli co parę minut - i to nie pojedynczy motocyklista, a całe lokalne wycieczki (po 3-10 wyjących i ryczących silnikami jeden za drugim, a za 10 minut kolejna taka grupa). Przypominam, że wysokie przełęcze alpejskie to często są parki narodowe. Ludzie jeżdżą tam podziwiać przyrodę, pobyć w ciszy i spokoju. Rozumiem też, że fajniej jest powyć silnikiem na przełęczy w Alpach niż na prostej jak sznurek autostradzie. Owszem, rowerzyści może nie są święci, często zajmują szeroki pas ruchu i bywają zawalidrogami. Ale jednak nie ryczą dookoła. Moim zdaniem, postępowanie tych motocyklistów świadczy o braku szacunku do otoczenia - ba, być może, oni w ogóle nie zdają sobie sprawy z tego co z tym otoczeniem robią i jak bardzo są głośni, jak zagłuszają ciszę i przyjazną atmosferę gór... To trochę tak, jakby ktoś przyszedł pod nasz ogród, gdzie chcemy posiedzieć w weekend i odpocząć i włączył nam wycie jakiejś nielubianej przez nas muzyki. Może? Może, jeśli jest u siebie. Ale jest to skrajny brak szacunku do innych. Bardzo często też motocykle te mają takie tłumiki, które mało tego hałasu tłumią. Bo wtedy motocykl jest silniejszy, a i często motocykliści po prostu ten hałas - z jakiegoś dziwnego i niezrozumiałego dla mnie powodu - lubią. Moim zdaniem spokojnie kilka, jeśli nie kilkanaście procent z tych maszyn nie powinno być dopuszczonych do ruchu z powodu generowania nadmiernego hałasu. A jeszcze inną rzeczą jest, jak z nich korzystają właściciele - jeśli dokręca gaz na maksa, to też z dużym prawdopodobieństwem łamie przepisy dotyczące prędkości (niezależnie od hałasu jaki to generuje).  W jednym miejscu grupa motocyklistów, pędzących na złamanie karku postanowiła przejechać ode mnie na niecały metr z naprzeciwka, bo zamiast zwolnić do bezpiecznej prędkości, woleli wyprostować  zakręt grożąc mi czołowym zdarzeniem. Słowem, przychodził weekend, pojawiała się na drogach skrajna i niczym nie uzasadniona patologia... Oj, poleciało dużo przekleństw pod ich adresem, poleciało... 
Dodam też, że nie jestem w tych ocenach odosobniony, bo kilku rowerzystów, których zagadywałem (akurat w weekend, gdy ta patologia poruszała się obok nas) zagadywałem...

Całe to doświadczenie ostatecznie skłoniło mnie do decyzji, żeby mój motocykl sprzedać (zresztą od lat nie bawi mnie jazda i blisko 7 lat nawet go nie widziałem, jeździ na nim ktoś inny). Przy czym ja nie posiadam takiego wyjca, który jak wjedzie do parku narodowego, to do choroby psychicznej doprowadza wszystkie świstaki. Owszem, odbyłem na nim kilka pięknych wycieczek (a wyjazd motocyklowy do Maroka sprzed 18 lat wspominam jako jedną z moich najpiękniejszych i najbardziej interesujących podróży), ale choć biłem się z myślami, czy może kiedyś na niego znów nie wsiądę, po tych doświadczeniach nabrałem takiej niechęci, że postanowiłem się go pozbyć. 



Ścieżka rowerowa przez Południowy Tyrol

Pogoda

Pod tym kątem wycieczkę mogę podzielić na dwie mniej więcej równe części. W pierwszej połowie pogodę uważam zasadniczo za udaną. W drugiej natomiast, pogodę uważam za masakryczną, całkowicie nieudaną, wręcz koszmarną. Owszem, można by powiedzieć, że mogło by być gorzej, bo przecież mogło by być 10 stopni na plusie i cały czas deszcze... No ale to średnia alternatywa (zwłaszcza na Europę południową czy południowo-zachodnią), że musi być albo zimny deszcz, albo lejący się żar po 40 stopni. Jest przecież jeszcze cała gama temperatur po drodze.

Prawie idealna pogoda do jazdy była w Portugalii i hiszpańskiej Galicji. 17-20+ stopni, najczęściej słońce. Słowem idealne warunki, żeby jeździć po świecie. Chwilami narzekałem na zimne noce (w maju w Portugalii bardzo się cieszyłem, że miałem mój grubszy śpiwór z kaczego puchu), czy sporadyczne deszcze, ale było blisko ideału. Gdy byłem we wschodniej Hiszpanii rozpoczęła się kilkudniowa fala upałów, która dała mi się we znaki, ale jednak nie byłem tym jeszcze bardzo zmęczony i jakoś to tolerowałem. Zapamiętałem tylko 40 stopni w Bilbao i moją potrzebę jak najszybszego ewakuowania się z tego miasta – a jak to w mieście, stałem wtedy na każdych światłach otoczony przez nagrzany beton i asfalt. Potem jednak przyszło chwilowe ochłodzenie na Pireneje (wspomniane powyżej) i choć odbiło się to na widokach, do jazdy było bardzo przyjemne.

Gdy zjechałem z Pirenejów, w okolicach Perpignion, zaczęły się upały, które trwały aż do powrotu do domu (w zasadzie trwają do teraz). Przy czym we Francji te upały były znośniejsze z kilku powodów. Po pierwsze, było chyba bliżej 30-35 stopni, niż 40. Po drugie, miałem chwilę wytchnienia wcześniej w Pirenejach i trochę odpocząłem w Avignion. Po trzecie wreszcie, w Alpach francuskich byłem często na dużych wysokościach (gdzie jest bardziej rześko) – przykładowo spałem często powyżej 1300 m.n.p.m. i noce oraz poranki bywały tak zimne, jak w Portugalii. Rano grzałem ręce przy palniku robiąc kawę, bo miałem skostniałe od zimna. Owszem, za 2 godziny zaczynała się nieznośna lampa, ale ze 2-3 godziny później bywałem na wysokości ponad 2000 metrów, gdzie było znów znośnie.

Część Włoska – choć chwilami bardzo piękna – dała mi się mocno we znaki. Tam zaczęło się prawdziwe piekło i koszmar. Wymęczony fizycznie (bo po co odpoczywać?) po Alpach francuskich i już mocno zmęczony gorącem, chciałem zjechać na trochę mniejsze przewyższenia – trafiłem na włoską patelnię i na falę upałów ok. 40 stopni, która ciągnęła się za mną aż do domu. W związku z tym jadąc Włochy, Austrię i Słowację miałem dość, chciałem być w domu, bywało tak, że tylko poranki dawały mi jakąś satysfakcję z drogi. Już przed południem czułem się jak w piekarniku, rozdrażniony, wymęczony, zniechęcony. Myślę, że wyprostowanie trasy maksimum (odpuszczenie „slalomu” pomiędzy przełęczami we Włoszech i Szwajcarii, na rzecz znacznie prostszej trasy, z dużo mniejszymi przewyższeniami), gdyby nie upał, mogłoby pozwolić mi dojechać całą drogę do domu, ewentualnie skrócić ją o może 100-200 km pociągiem. Ale upały powodowały, że czasem wcale nie wyjątkowo trudne trasy męczyły mnie ponad miarę (i tym samym nie jechałem tyle ile bym mógł, wcale nie wypoczywając, a wręcz przeciwnie), a poza tym zdecydowałem się wziąć pociągi tak, że w ogóle skróciłem wycieczkę o 2 dni (wróciłem w niedzielę, zamiast planowanego wtorku).

        


Pod koniec wyprawy był miły pszczelarski akcent - przy ścieżce rowerowej trafiłem na rójkę, która wprowadzała się właśnie do nowego domu. (ciekawe czy ktoś się ucieszył?)




Realizacja planu

Bo wiecie, plan był taki, że ja mam wciąż 35 lat... Zapomniałem, że te czasy dawno minęły, że regeneracja już nie taka, ostatnie lata, zamiast jeździć regularnie na rowerze, to pracuję fizycznie remontując gospodarstwo, a sport – kiedyś będący bardzo istotną częścią mojego życia – odwiesiłem na kołek.

W 2015 i 2016 roku byłem w Alpach na krótkich wyjazdach. Jeździłem wtedy jak szalony. Owszem bywałem wtedy wymęczony i musiałem odpuszczać pewne rzeczy (np. dojeżdżając na Stelvio, z powodu zmęczenia odpuściłem Gavię), ale zasadniczo to było tak, że jak już nie dawałem rady, kładłem się spać, a następnego dnia robiłem 150-160 km przy 2-3 km przewyższenia i gnałem, gnałem, wyrabiając średnią ponad 140 km po górach.

Biorąc to pod uwagę zaplanowałem „luźną” trasę na ok. 100 km dziennie. Od tego, jak wówczas jeździłem, odjąłem ok. 25-30% i ustawiłem plan. Dodatkowo uznałem, że Portugalia i Hiszpania (w końcu tam płasko, nie?) będą doskonałą zaprawą na Pireneje, a potem pomęczę się w górach i następnie – już w doskonałej formie – odpocznę na płaskich terenach Francji, zanim wjadę w Alpy.

Trasa z założenia miała być ambitna i wymagająca, ale jednak zdawała mi się realna. Chciałem też - jadąc sam - trochę sprawdzić siebie, "na ile jeszcze mogę". O ile cała wyprawa pokazała, że fizycznie jest ze mną pewnie obiektywnie nie najgorzej, to jednak pokazała mi, że w ciągu ostatnich 10 lat nastąpił u mnie absolutnie znaczący regres możliwości. Z jednej strony na pewno to wynik wieku, jak by nie było, przez ostatnie 10 lat, postarzałem się o co najmniej 8. Z drugiej strony jednak, to na pewno wynik sportowego zaniedbania. Spotykane na trasie osoby - zarówno w moim wieku, jak i starsze - były nierzadko w znacząco lepszej formie, czy kondycji ode mnie... Na tym polu "sportowym" więc - o ile w tych kategoriach to rozważać, a wydaje mi się, że chyba nie - niezrealizowanie "planu maksimum" w tym stopniu, traktuję jako swoistą porażkę.
  

 A tu już Słowacja. Ostatnie dni, a upał nie odpuszczał. Wręcz jakby się zaostrzał...


Jezioro (zalew) Orawskie...

... nad którym dzieją się różne cuda i dziwy...


No i cóż. Nie wziąłem pod uwagę tego, że w Portugalii ledwie wejdę w rytm, że Hiszpania jest kilkukrotnie trudniejsza niż założyłem, a potem braknie mi czasu, żeby porządnie odpocząć i zrealizować plan. Więc jechałem na zmęczeniu, odpuszczają coraz to kolejne góry i przełęcze... Hiszpania była szczególnie trudna. Rzekłbym, że nawet trudniejsza pod niektórymi względami niż Alpy. Bo tam (w Hiszpanii) nigdzie nie jest płasko, jest tylko góra albo dół. Więc dziennie robi się mało mniejsze przewyższenia niż w Alpach. Dodatkowo w górach większość tras, jako długich i wysokich, jest odpowiednio przygotowana do ruchu – 7-8% nachylenia, z rzadka dochodzące do 10. A w Hiszpanii, gdzie „góry” sięgały może 200 m.n.p.m. (przez pierwsze bodaj 2000 km trasy, chyba tylko raz lub dwa razy byłem wyżej niż mój dom w Polsce), kto by się tam przejmował wyrównanie nachylenia, czy trawersowaniem! W związku z tym jedzie się jakoś tam normalnie, a tu nagle hyc, 16-18% przewyższenia, a zaraz potem 14. Jak się dźwiga kilkadziesiąt kilogramów, to często po 400 metrach podjazdu 16%, nogi są wymęczone jak po 5 kilometrach wzniosu przy 6%. Czyli, zamiast przygotować mnie na góry, Hiszpania zostawiła mnie na skraju wymęczenia (dodając, jako wisienkę na torcie, 40 stopni przez kilka ostatnich dni).

Ostatecznie więc okazało się, że odjęcie 25-30% to za mało... Żeby ułożyć realny plan trzeba było odjąć bliżej 40% , albo dodać minimum 2, a raczej 3 tygodnie. Tego zabrakło. Może to kolejny z moich błędów? Zakładam zawsze optymistycznie zbyt ambitny plan, a potem staram się go zrealizować, czasem (a może często?) kosztem zatrzymania się w fajnych miejscach i cieszenia się chwilą.

Podhale i Velo Dunajec - bardzo miłe zaskoczenie aż do j. Czorsztyńskiego. 




Przez mniej więcej ostatnie 2 tygodnie wycieczki (czyli jak już byłem po Galibier czy Iseran), chciałem do domu. Chciałem tym bardziej, im goręcej było. Teraz trzeba pomyśleć o nowych planach (wstępnie mam już 2 potencjalne plany na 2027 czy przełom 2027 i 2028) i jeden pomysł na kilka lat do przodu. Na pewno dowiedziałem się tego, że trzeba planować rozważniej, mniej „ambitnie”, wtedy powinno być jeszcze przyjemniej – bo w końcu to urlop! Ambicje trzeba zostawić trzydziestopięcioletnim gówniarzom! Zastanawia mnie tylko, czy przy następnym pakowaniu, gdy będę miał wątpliwości czy coś się przyda czy nie, to wrzucę do sakw, czy zostawię w domu... Może wreszcie się czegoś nauczyłem? Na starość?



W niedzielę 28 czerwca, po południu, dotarłem do domu po 54 dniach jazdy i 4718 km.



PS. w tym wpisie na dole uzupełnię pewnie z czasem (ale pewnie szybko to nie nastąpi) film z najładniejszych kawałków trasy i moją rozmowę z Fanny Mondat.