niedziela, 4 października 2026

Podsumowanie sezonu 2026

W ostatnią niedzielę września zakończyłem sezon pszczelarski 2026. Wyjąłem podkarmiaczki, ułożyłem gniazda (czytaj: odsunąłem po ramce czy dwie za zatwór, bo niczego więcej przed zimą nie robię), zabezpieczyłem wylotki przed myszami. Wiosna okaże się mniej lub bardziej litościwa. 

Jeden z ładnych odkładów D na pasiece domowej KM podczas ostatniego wglądu (ok. 20 września)

Sezon był oczywiście inny niż wszystkie, bo zawsze jest inna liczba rodzin czy inna pogoda. Ale tak naprawdę był taki sam, jak wiele innych poprzednich sezonów w moim regionie - tj. wiosna była (chyba) nie najgorsza, a potem zaczęło się lato, przez które trzeba było latać z cukrem, żeby odkłady miały z czego się rozwijać, a nie siedziały na całkowicie pustych plastrach. 

Drugi z ładnych odkładów D na pasiece domowej KM
Poprzednią zimę przeżyły mi tylko 3 rodziny - 2 po rodzinach kupionych lub otrzymanych z Fortu od Damiana (D) i jedna rodzina z puli projektu. Ta ostatnia jednak miała wymienioną przez kogoś matkę, w czasie, gdy jeszcze trzymałem pszczoły w lesie. Była to więc niesprawdzona genetyka, raczej należy założyć, że to taka standardowa genetyka hodowana przez elitę polskich hodowców, co to wiecie: miodna, łagodna, nierojliwa, "odporna na choroby". Chyba - przekonamy się już w kwietniu. 
Wiosną jedna z rodzin D ruszyła dziarsko z rozwojem, druga z rodzin D nie pokazywała problemów, ale jednak przezimowała raczej słaba i jakiś czas się rozkręcała. Rodzina fortowa wiosną rozwijała się pięknie. 

Jak pisałem w jednym z poprzednich postów, cały szczyt sezonu byłem nieobecny, bo pojechałem w moją rowerową podróż po Europie. Pozostawało odpowiednio zająć się pszczołami przed wyjazdem, żeby było do czego wracać. 


W końcu kwietnia, ładniejszą z rodzin D podzieliłem więc według mojego standardu i przyjętej praktyki: osierociłem, zostawiając na miejscu (pasieka Kr) starą matkę z pszczołami dorosłymi i jedną ramką z najmłodszym otwartym czerwiem (głównie jajeczkami), a resztę zabrałem pod dom (pasieka KM). Tą część podzieliłem na dzień czy dwa przed wyjazdem na 4 dwuramkowe odkłady.

Rodzinę fortową podzieliliśmy podobnie w ten sposób, że zostawiłem sobie starą matkę z odpowiednią ilością pszczół, a resztę zawiozłem do Marcina, który pod moją nieobecność podzielił ją na 4. 
Ostatnia rodzina (D, na pasiece B) nie nadawała się w końcu kwietnia do podziałów. 
Ponieważ nie wiedziałem jaka będzie wiosna (nauczony 2 latami skrajnego głodu, w ciągu 3 poprzednich lat), wszystkie rodziny dostały po części pokarm pozostały z zimy i odpowiednie dawki syropu. Tak przygotowaną pasiekę zostawiłem i pojechałem na mój dwumiesięczny urlop.

Będąc w Avignon spotkałem się z Fanny Mondet i udało nam się nagrać
rozmowę o populacji nieleczonej na warrozę, która żyje tam od paru dekad.


Do pasieki wróciłem z początkiem lipca. Matki z wszystkich nowych odkładów pod domem ładnie się unasieniły. Dodatkowo, albo przyszła mi mała rójeczka (na 2-3 ramki pszczół), albo też jakaś część z większego odkładu z jedną z matek ratunkowych oddzieliła się od reszty i zajęła kolejny ul. Dwie z tych 4 rodzin były całkiem zgrabne (odkłady po 5-6 ramek "na czarno"), kolejne dwie były trochę słabsze - ale na tyle, że nie wymagały dalszego zasilania. Wszystkie wyglądały zdrowo, wszystkie miały resztki pokarmu. Szczyt sezonu nie był więc tu specjalnie bogaty (bo wówczas nawet małe odkłady sobie gromadzą względnie sporo miodu i byłoby go więcej), ale widać nie było głodu. 

"Stara rodzina" na pasiece Kr (macierzak) bardzo ładnie się rozwinęła - była to na tamtą chwilę największa z moich rodzin - powiedzmy zbliżająca się do luźno obsiadanego korpusa wielkopolskiego (nie tak źle, jak na to, że 2 miesiące wcześniej zabrałem jej bodaj 70%  całych zasobów). Miała też całkiem sporo odłożonego miodu - nie na tyle, żeby coś zabierać, ale na tyle, żeby dołożyć nadstawkę i liczyć na zabranie czegokolwiek za parę tygodni. No cóż, potem zaczęło się standardowe małopolskie lato i za dwa tygodnie (około połowy lipca) rodzina miała 0 (słownie: zero) zapasów, wszystkie komórki były puste i trzeba było ją dołączyć do puli karmionych odkładów. Do końca sezonu miała nałożoną nadstawkę, ale żadnego miodu z niej nie było. 

Cztery odkłady od Marcina z mojej przezimowanej rodziny, podzieliliśmy ze sobą na pół, uzupełniając część fortowych strat. W ten sposób do mnie trafiło 2 rodzinki, które zasiliły pasiekę K.

Rodzina na pasiece B rozwinęła się rozsądnie dobrze i zgodnie z moją praktyką została osierocona - zrobiłem z niej dodatkowe 2 odkłady. 

Do zimy idzie łącznie 14 rodzin. 5 w grupie krakowskiej i 9 w grupie beskidzkiej. 

Na pasiece domowej KM: 6 rodzin.
Są to 4 odkłady po rodzinach D, ta dziwna mała rójka, która zadomowiła się pod moją nieobecność oraz rodzinka, którą otrzymałem w ramach fortu na koniec sezonu. Obecnie ta ostatnia rodzina nie nosi w zasadzie żadnego potencjału na przetrwanie: czerwiu jest niewiele (i nie jest to typowe hamowanie na koniec sezonu, bo jest to rozłożone na kilka ramek), pszczół dorosłych ubywa, źle układa pokarm, nie pobiera syropu (i część pszczół się topi) itp.
Rójka, która zajęła ul na pasiece KM
pod moją nieobecność (ul WP)
Dwie z tych rodzin wygląda bardzo ładnie, pszczół jest wciąż dużo, pokarm dobrze ułożony, matki hamują z czerwieniem itp itd. Dwie kolejne to solidne średniaki, które nie dają żadnych wizualnych objawów problemów, pszczół jest dużo - po prostu są trochę słabsze. Dwie ostanie są raczej słabe, w tym zdecydowanie wizualnie najgorsza w całej pasiece jest ta opisana wcześniej otrzymana rodzina fortowa.


Pasieka Kr: 3 rodziny.
Najładniejszą (chyba w całej pasiece) jest macierzak po rodzinie D, którą podzieliłem w kwietniu. Jest wciąż bardzo silna (tak naprawdę o tej porze roku z reguły moje rodziny bywały raczej słabsze niż ta). Dwie kolejne to odkłady (córki po tej poprzedniej) - ich stan wizualnie również oceniam na bardzo dobry.

Grupa krakowska
Pasieka B: 2 rodziny.
Jest tu macierzak po tej z rodzin D, która przezimowała jako słabsza - obecnie wygląda bardzo dobrze. Jest tu też bardzo późna i dziwna rójka, która przyszła sama około połowy sierpnia. Myślę, że jest to rójka z którejś z sąsiednich pasiek, która wyszła z powodu nadmiernego ograniczenia kubatury ula. W każdym razie nie sądzę, żeby był to czyjś głodniak, bo rodzinka była prężna i całkiem rozsądnej wielkości (po wejściu do ula zajmowała luźniej ok. 6 ramek wielkopolskich). Akurat rójka ta przychodziła, gdy przyjechałem na tą pasiekę - wyjątkowy zbieg okoliczności, bo w sezonie bywam tam przez godzinę czy dwie raz na około 2 tygodnie. W pierwszej chwili bałem się, że był to głodniak wychodzący z mojego ula stojącego po sąsiedzku (to okazało się nieprawdą, rodzinka, która tam stała wyglądała dobrze i miała odpowiedni zapas pokarmu i matkę). Gdy podszedłem do pasieki okazało się, że rójka właśnie nalatuje się na jeden z pustych uli. Ponieważ wiedziałem, że zaraz będę musiał jechać dalej i nie wrócę przez najbliższe dni, zdecydowałem się otworzyć ul, żeby sprawdzić czy są w nim plastry i odpowiednio ułożone gniazdo. W czasie nalotu (wiedząc, że może być to błąd i mogę sprowokować pszczoły do wybrania innego gniazda i tą rójkę "stracę") ułożyłem jej kilka odbudowanych plastrów i nalałem syropu do podkarmiaczki. Tak jak się obawiałem - pszczoły przestały się nalatywać na ul i zaczęły uwiązywać się na najbliższym drzewie. Tak czy owak, na tym etapie nie mogłem nic już więcej zrobić, zostawiłem przygotowany ul i odjechałem na kolejne miejsce. Po około dwóch tygodniach stwierdziłem, że pszczoły wróciły z drzewa i zajęły przygotowane siedlisko. Mogło być różnie, ale jednak interwencja o tyle się opłaciła, że dzięki niej pszczoły miały pokarm na późny start i wystarczający zapas woszczyny - ułożone gniazdo, które było w zasadzie z tamtą chwilą przygotowane do zimowoli. Obecnie, około miesiąc po wejściu do ula, rodzina wygląda jak solidny odkład i moim zdaniem jest rozsądnie przygotowana do zimowania. Przy ostatnim przeglądzie miała trochę mniej pokarmu niż mieć powinna, ale dostała na odchodne solidną porcję ciasta - niech sobie radzi. 

Pasieka K: 3 rodziny
Jedna ze skrzynek z 2016 roku - zdjęta
Na tej pasiece zimuję macierzak po przezimowanej rodzinie fortowej, oraz 2 odkłady, które zrobił z niej Marcin. Tej pasiece daję najmniejsze szanse na wyjście dobrze z zimowli. O ile wczesną wiosną rodzina fortowa rozwijała się prężnie, o tyle w lipcu zauważyłem, że się mocno czyści i słabnie (w kontraście do podobnie podzielonej rodziny D na pasiece Kr: tam rodzina wzrosła, zrobiła się prężna, z dużą ilością zdrowego czerwiu, tu została raczej mniej więcej taka, jak była). Widać, że raczej toczą ją jakieś standardowe pszczelarskie problemy XXI wieku. Trzeba jednak dodać, że do sierpnia rodzina jakoś się ogarnęła, czerw stał się mniej rozstrzelony, zrobiła się w miarę zwarta, dobrze układała zapasy, robotnice nie topiły się, osy nie kręciły się w pobliżu ula itp. Tyle, że po prostu nie wzrosła. Istnieje więc pewne prawdopodobieństwo, że w lipcu przeszła swój kryzys i wyczyściła większość tego co miała wyczyścić. 
Odkłady po niej są rozsądne, ale też raczej zaczynają się wypszczelać (trudno powiedzieć czy naturalnie do zimy, czy też po prostu rodzina zaczyna ginąć). Na tej pasiece rodziny raczej nie poradzą sobie - choć, kto wie? Z pszczołami nigdy nie wiadomo.


W całym sezonie (z trzech przezimowanych rodzin) odbudowałem się więc do 11, dodatkowo pasiekę zasiliła jedna rodzina zewnętrzna z fortu i 2 rójki. 
Standardowo, nie udało się pozyskać żadnego miodu. Nie wiem też ile cukru skarmiłem, przestałem to liczyć - zakładam, że było to między 100, a 150 kg (raczej bliżej tej drugiej wartości). 
Kolejny rok nie widziałem tu - w terenach typowo spadziowych - żadnej spadzi. 

Sezon na pewno w rejonie nie należał do udanych. Czasem, kiedy idę na spacer z psami, wymienimy z jednym z sąsiadów parę zdań. Choć jest on pszczelarzem, jedynie rzadko o pszczołach. Jemu też miodu może tylko trochę skapnęło - żadnej rewelacji. Powiedział mi, że przez cały rok wziął raptem kilka słoików. Z kolei rozmawiam dość często z zaprzyjaźnionym pszczelarzem ze starych śmieci i on przez całe lato wziął 4 słoiki miodu - owszem, coś więcej udało mu się zabrać w jesieni z nawłoci, ale też nie było to więcej niż paręnaście litrów. Średnio można przyjąć słoik na rodzinę. Dodam, że on zimuje około 20 rodzin (przy czym zeszłą zimę jego pasieka przezimowała słabo, więc nie miał dość dużo silnych rodzin w szczycie sezonu). Jak widać, nie było więc rewelacji, ale w porównaniu z poprzednim rokiem całkowitego głodu, to chyba i tak nie ma co narzekać...

Skrzynka powieszona (zamieniona za inną)
w zeszłym roku - w tym gościła szerszenie
W tym roku po raz kolejny udało się wygospodarować jeden dzień na "sztuczne barcie". Działaliśmy we dwójkę z Marcinem. Tym razem nie powiesiliśmy żadnej skrzynki, za to zdjęliśmy ich sporo - przede wszystkim z powodu ich złego stanu oraz tego, że linki wrastały w pnie. Zdjęliśmy wszystkie największe skrzynki z pierwszego sezonu (2016). Zadziwiające jest to, że one były w najlepszym stanie chyba ze wszystkich. Mimo tego, nigdy nie gościły pszczół (co było widać po wnętrzu) - zakładam, że z powodu dużej kubatury, być może też zbyt dużych wylotków. 
Sprawdziliśmy też jedną skrzynkę, w której w zeszłym roku były pszczoły: i tym razem była zasiedlona. Nie sprawdziłem jej wiosną i latem, więc trudno powiedzieć, czy to ta sama rodzina. Nawet jeśli nie, to i tak zawsze miło jest patrzeć na rodzinę żyjącą bez dozoru. Niech jej się dobrze zimuje!


W ostatnim czasie całkowicie zarzuciłem śledzenie tematów pszczelarskich, a także aktywne uczestnictwo w pszczelarskich dyskusjach. Chyba najlepsze, co w tym roku zrobiłem, to zaprzestanie zaglądania na media antyspołecznościowe zwane Facebookiem. Były to raczej dobre wybory, bo czuję, że wraz z odcięciem się od steku krótkowzrocznych bzdur (zarówno pszczelarskich, jak i każdych innych), które do mnie docierały, odzyskałem jakąś część mojego wewnętrznego spokoju. Jeśli dowiecie się o jakichś przełomowych badaniach, albo jakichś solidnych zmianach w praktyce społeczności pszczelarskiej - dajcie znać w komentarzu. Z góry dziękuję. Muszę jednak przyznać, że przez ostatnią ponad dekadę uczestniczenia w pszczelarskim dyskursie nabrałem jedynie pesymistycznego spojrzenia na zdolności naszego środowiska do poradzenia sobie z własnymi problemami. Przez najbliższą dekadę nie spodziewam się żadnych pozytywnych zmian. Przykład amerykański pokazał, że nawet straty na poziomie 2/3 wszystkich rodzin nie przynoszą ogólnej refleksji. Jak pędziliśmy na ścianę, tak pędzimy dalej. Co najwyżej dodajemy gazu, licząc że przenikniemy przez nią, jak wystarczająco się rozpędzimy. Ale cóż, nadzieja umiera ostania, więc z chęcią wysłucham każdych dobrych wieści.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz