piątek, 4 stycznia 2019

"Ucząc się od pszczół" - relacja z konferencji w Holandii - część 2

W styczniowym numerze "Pszczelarstwa" ukazała się druga część mojej relacji z pobytu w Doorn w Holandii (część pierwsza tutaj). Tym samym mniej więcej jedna trzecia tekstu za nami. W kolejnych numerach będą pojawiać się następne części.


Zapraszam do lektury.

Część 1
Część 3
Część 4

"Ucząc się od pszczół" - relacja z Konferencji z Holandii (2) 


Motywem przewodnim Konferencji, zgodnie z jej tytułem, było uczenie się od pszczół. W czasie konferencji w Neusiedl am See skupiono się głównie na tym, jak z sukcesem trzymać pszczoły w pasiekach, nie lecząc ich przeciwko warrozie. „Bohaterami” byli więc głównie hodowcy i pszczelarze, którzy próbują swoich sił w selekcji pszczoły odpornej na choroby. W Holandii natomiast skupiono się na tym, jak funkcjonuje pszczoła miodna w naturze, w jakich warunkach ewoluowała i czego tak naprawdę „oczekuje” od nas jako pszczelarzy, aby żyć w zdrowiu, w warunkach możliwie zbliżonych do jej naturalnych potrzeb. Tytułowe „uczenie się od pszczół” przejawiało się w kilku aspektach. Pierwszy, zapewne istotniejszy dla pszczelarzy dotyczył możliwości wykorzystania w naturze wiedzy o życiu pszczół, aby nasze pasieki były produktywne, wolne od nieustannego stosowania toksyn i trucizn. Drugim, bardziej ogólnym aspektem były wnioski, jakie możemy wyciągnąć dla naszego życia i naszego środowiska z obserwacji obecnego stanu pszczół (nie tylko pszczoły miodnej, Apis mellifera). Wnioski te nie zawsze są optymistyczne. Pszczoły są stworzeniami, które doskonale odzwierciedlają stan środowiska naturalnego. Są jak kanarki w kopalni. Gdy umierają tysiącami i nie są zdolne do funkcjonowania bez stałego wspomagania ich na każdym kroku, powinniśmy zdobyć się na refleksję dotyczącą kierunków, w których zmierzamy, aby ocenić, czy na pewno są właściwe. Okazuje się, że w wielu rejonach Europy liczba owadów zapylających zmniejszyła się aż o 75%, co oznacza najwyższy czas, aby zacząć bić na alarm. Dlatego konferencja w Holandii była m.in. tak potrzebna i ważna. Zwrócono bowiem uwagę na ten jakże palący dziś problem dla środowiska. Tak drastyczne zmniejszanie się liczby owadów to nie tylko kłopot z utrzymaniem roślin owadopylnych. To także olbrzymia dziura w zależnościach ekologicznych i łańcuchach pokarmowych całego środowiska naturalnego. Już dziś obserwujemy choćby zmniejszanie się populacji niektórych gatunków dzikich ptaków, których dieta składa się głównie z owadów, a ograniczenie ich liczby wpłynie na dalsze zachwianie równowagi ekologicznej całego środowiska naturalnego. „Bohaterami” bieżącego wydarzenia byli więc nie tylko prelegenci, ale wszyscy miłośnicy pszczół, aktywiści środowiskowi i cała publiczność.

Profesor Thomas D. Seeley podczas wykładu
(zdj. inne niż w miesięczniku)
Konferencję rozpoczęło wystąpienie Heather Swan z Uniwersytetu Wisconsin-Madison (autorki książki „Where the bees thrive” - w wolnym tłumaczeniu „Gdzie pszczoły żyją pełnią życia”), profesora Thomasa D. Seeley'a z Uniwersytetu Cornell (oboje ze Stanów Zjednoczonych) oraz szwajcarskiego badacza dra Johanessa Wirz'a. Snuli oni rozważania na temat fascynacji i podziwu, jaki okazują pszczołom miodnym nie tylko pszczelarze i naukowcy, ale i wszyscy ludzie, którzy zarazili się pszczelim „wirusem”. Prelegenci zastanawiali się skąd w ludziach z tak różnych środowisk tyle podziwu dla tego niewielkiego stworzenia i co skłoniło tak szeroką publiczność praktycznie z całego świata do przyjazdu do Holandii. Wskazywali nie tylko na praktyczne i cenne z ekonomicznego widzenia aspekty, ale także na fascynację biologią pszczoły miodnej, zbiorową inteligencją superorganizmu, czy po prostu łączność z naturą i środowiskiem, jaką możemy przeżywać dzięki tym owadom.

W dalszej kolejności Sonne Copijn (Bijen & Bedriff biedt & Bee Foundation) oraz Tom van de Beek (The Pollinators), przedstawili holenderskie inicjatywy związane z tworzeniem różnorodnych baz pożytkowych dla owadów zapylających. Podobne w wymowie wystąpienie miała również w innym terminie Deborah Post z organizacji „Honey Highway”. Podkreślono znaczenie zróżnicowanej diety dla wszystkich owadów, a także zagrożenia, jakie dla nich płyną ze strony otaczających nas monokultur. Trzeba zauważyć, że w Europie Zachodniej zdaje się coraz bardziej brakować dzikich terenów, nieużytków czy dużych połaci leśnych, na których owady mogłyby funkcjonować w mniej lub bardziej zrównoważonym środowisku naturalnym. Sama Holandia z okna samolotu wydała mi się krajem niezwykle „uregulowanym”, w którym trudno dostrzec duże niezagospodarowane obszary. Dlatego też inicjatywy, o jakich mówili prelegenci skupiają się głównie wokół dróg, linii kolejowych, nabrzeży i innych obszarów, które są trudne lub wręcz niemożliwe do uprawy, a także terenów rekreacyjnych.

W piątkowe popołudnie uczestniczyłem w sesji zatytułowanej „Selekcja naturalna – Co oznacza poszanowanie dla ekologii pszczoły miodnej”. Moderatorem sesji był profesor Peter Neumann z Instytutu Zdrowia Pszczół Uniwersytetu w Bern w Szwajcarii. Panel rozpoczęło wystąpienie doktora Tjeerda Blacquiere z Uniwersytetu Wageningen (Holandia). Podkreślił on kilka istotnych faktów. Po pierwsze: dręcz pszczeli (Varroa destructor) rozpowszechnił się na całym świecie, pozostanie z nami już na zawsze i nie jesteśmy w stanie cofnąć się do czasu, w którym nie było go w naszych pasiekach. Po drugie: wiemy z doświadczeń całego świata, że pszczoła miodna nie zostanie przez tego pasożyta zgładzona, gdyż w wielu regionach obserwuje się już daleko zaawansowane przystosowania obu gatunków do współistnienia. W miejscach tych wytworzyła się mniej lub bardziej zrównoważona relacja między żywicielem a pasożytem. Po trzecie: wszelkie próby kontrolowania poziomu roztocza (leczenia pszczół) blokują selekcję naturalną obu gatunków i sprzyjają rozpowszechnianiu się słabszej, nieprzystosowanej genetyki pszczoły miodnej. Po czwarte: selekcja prowadzona przez hodowców jako tzw. „pozytywna” diametralnie różni się od selekcji naturalnej - która jest „negatywna”. Selekcja „pozytywna” to promowanie nielicznych osobników, które uznajemy za najbardziej wartościowe. Spośród dziesiątek, a czasem nawet setek pni wybierana jest jedna lub kilka reproduktorek. Potem namnaża się je w całkowicie „nienaturalnych” dla przyrody ilościach, a proces ten powtarzany jest rokrocznie przez wiele lat. Niesie to za sobą zagrożenie zmniejszenia różnorodności genetycznej całej populacji. Selekcja „negatywna” polega natomiast na eliminacji osobników najgorzej przystosowanych oraz rozmnażaniu wszystkich pozostałych, które były w stanie przetrwać. Ten rodzaj selekcji być może nie jest równie wydajny z punktu widzenia hodowli zwierząt gospodarskich i utrwalania pożądanych przez nas cech, jednak niewątpliwie niesie za sobą znacząco mniej zagrożeń związanych z ujednoliceniem populacji i utrwalaniem w niej nieprzystosowania, zwłaszcza wtedy, gdy weźmiemy pod uwagę kryteria, jakimi dobiera się kolejne pokolenia reproduktorek. Blacquiere podkreślił, że nie ma żadnych przeciwwskazań, aby hodowcy stosowali zasady selekcji negatywnej, eliminując te pszczoły, które wykazują nieprzystosowanie, wspierając przy tym różnorodność i adaptację środowiskową całej populacji.

Następna przemawiała Heidi Herrmann. Podkreśliła, że pszczelarstwo zawodowe nierzadko godzi w same pszczoły i nie zwraca uwagi na ich dobro jako organizmów żywych, skupiając się jedynie na produkcji. Przyznała, że miała sporo szczęścia, bo kiedy zaczęła stosować zasady pszczelarstwa naturalnego przez kilka lat z rzędu praktycznie nie doświadczyła żadnych strat w pasiece, a w czwartym roku od zaprzestania leczenia straciła zaledwie 3 z 30 pni (nie stosuje żadnych kuracji przeciwko warrozie już od parunastu lat). Podkreśliła, że dla selekcji istotna jest presja – bez niej nie da się osiągnąć postępu. Dodam, że podczas wielu rozmów z kolegami z Wielkiej Brytanii, często powtarzali oni, że ich straty absolutnie nie są większe od pszczelarzy zwalczających dręcza pszczelego. Zaznaczali, że śmiertelność ich pszczół rzadko osiąga poziom 20 – 30 %, a przeważnie jest znacznie mniejsza. Prawdą jest jednak, że stosują oni wiele zasad pozwalających pszczołom funkcjonować w możliwie naturalny sposób i nie niepokoją ich bez powodu.

Jako trzeci w tej sesji wystąpił profesor Thomas Seeley uchodzący za jednego z najbardziej znanych naukowców na świecie zajmujących się pszczołą miodną. Profesor bada je już od kilkudziesięciu lat, jest autorem wielu znakomitych i popularnych praktycznie na całym świecie książek „Demokracja pszczoły miodnej”, „Mądrość ula” oraz „Śladami dzikich pszczół”. Żadna z tych pozycji nie została niestety przetłumaczona na język polski, a zatem i sam profesor, w odróżnieniu od większości krajów, pozostaje u nas postacią zdecydowanie mniej znaną, niż na to zasługuje.
Podczas rozmowy z prof. Thomasem D. Seeley
Seeley podkreślił potrzebę stworzenia w naszych pasiekach warunków zbliżonych do tych, w jakich kształtowała się pszczoła miodna w toku ewolucji. On sam określa tą koncepcję mianem „pszczelarstwa darwinistycznego” - rodzaju działalności wspierającej procesy naturalnej adaptacji i ewolucji, pomimo, że odbywa się w pasiekach. Koncepcji tej nie da się streścić w paru zdaniach, zasługuje ona na odrębną publikację. Seeley przedstawił nie tylko swoje badania dotyczące populacji pszczół w lesie Arnot w stanie Nowy Jork (o których później), ale także obserwacje dzikiej populacji pszczół z Arizony. Z początkiem lat dziewięćdziesiątych (bo wtedy roztocze zdominowały Stany Zjednoczone) wiedząc, że pojawienie się dręcza pszczelego to tylko kwestia czasu, obserwowano dziko żyjące rodziny pszczele i sprawdzano, czy są porażone pasożytami. Jak można było się spodziewać, wraz z pojawieniem się roztoczy, na przestrzeni trzech lat liczba obserwowanych rodzin pszczelich gwałtownie zmalała, w tej konkretnej lokalizacji ze 160 do około 10. Od tego czasu stwierdzano obecność dręcza rokrocznie praktycznie we wszystkich dziko żyjących rodzinach, ale po 3 latach od załamania populacji liczba dziko żyjących rodzin zaczęła rosnąć i już około szóstego roku po pojawieniu się inwazji pasożyta ustabilizowała się na poziomie około 40 rodzin. Zdaniem Seeley'a to dowód na to, że pomimo obecności roztoczy, pszczołom udaje się wypracować mechanizmy pozwalające im przeżyć. Seeley podkreślił, że naturalna selekcja w przypadku pszczół dziko żyjących jest całkowicie „ślepa” i wykorzystuje każdy z możliwych mechanizmów pozwalających pszczołom na przeżycie.



Zapraszam za miesiąc na kolejną część.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz