Słowniczek

Col de la Bonette - to - phi! - zaledwie czwarta najwyższa przełęcz w Alpach - "jedynie" 2715 m.n.p.m. A pewnie gdyby policzyć wysokość względną, byłaby jeszcze dalej od podium...
Apis Mellifera Alpica - o ile wiem nie ma takiej pszczelej rasy, linii czy jak tam zwał (choć może i jest krainka linii "Alpejka")... a już na pewno nie jest "mityczna". Ale chciałem choć trochę nawiązać do tematyki bloga, stąd ten podtytuł. Niech będzie, że wybrałem się szukać pszczelarskiego Nessi!
Wyjazd

Spakowałem się do samochodu - oczywiście zabrałem ze sobą słoik miodu, a jakże! - i pojechałem do Zurychu, do znajomych. Tam zostawiłem auto i wsiadłem na rower. I zaczęło się. Tego typu wyprawa to naprawdę wspaniała przygoda, ale kiedy już wyjedziesz, jesteś sam i zaczynasz myśleć, że czeka cię wiele dni bez towarzystwa, w deszczu, w palącym słońcu i nierzadko przy ogromnym zmęczeniu, zaczynasz się zastanawiać: po co? a na co? a może trzeba wrócić? a na co się porywasz? I te myśli wracają praktycznie każdego dnia - kiedy jesteś zmęczony, kiedy od 3 dni jedziesz w mokrych butach, kiedy zastanawiasz się gdzie danego dnia będziesz spał, kiedy przewracasz się z boku na bok na twardej ziemi, kiedy w nocy zimno, kiedy d... boli od siodełka, że ciężko ci usiąść, a wiesz, że pasowałoby pojechać jeszcze 50 czy 80 kilometrów tego dnia. Ale jedziesz, bo nie masz wyjścia. I czasami myślisz, że nie ma piękniejszych chwil niż te na ostrych podjazdach czy na krętych zjazdach.
Oczywiście, że cały czas szukałem mitycznej pszczoły... to chyba jasne. A że jest i była mityczna, nie bardzo się przejmowałem czy znajdę. Niby gdzieś tam zawołałem "cip cip cip", "taś taś taś" czy "kici kici"... ale nie chciała przyjść...
![]() |
Na trasie na Galibier |

![]() |
U góry Galibier w całej okazałości |
![]() |
Przygotowany do zjazdu. |
W dzień kolejny - szósty - przyszło załamanie. To miał być dzień ataku na cel wyprawy, na La Bonette. A tymczasem od rana leje. Raz mocniej raz słabiej. Kiedy do tej pory jechałeś w słońcu (i czasem miałeś go dość), to trudno jest wyjść z namiotu i pomyśleć, że cały dzień będziesz mokry, że wszystko będzie mokre... że będzie zimno i mokro. A tymczasem jak tu wyjechać na 2800 metrów? Przecież już grubo poniżej 2000 metrów leży gdzieniegdzie śnieg. To jak będzie na górze? Może -2 stopnie i marznący deszcz ze śniegiem? Przy zjeździe na serpentynach?... Samobójstwo? Po konsultacjach telefonicznych z Polską, podczas których dowiedziałem się, że przyszedł front z Hiszpanii i tak będzie co najmniej przez kolejne 3 - 4 dni, podjąłem decyzję, że nie wjeżdżam na La Bonette, bo życie mi miłe. Wrócę znów. Załamałem się - tyle wysiłku na nic. Przecież nie przeczekam 4 dni w namiocie. Urlop się skończy, a kto mi da gwarancję, że za 4 dni będzie lepiej? No ale podczas składania namiotu przyszło to typowo polskie: "cooo? ja nie dam rady?" I po spakowaniu... ruszyłem na La Bonette. Wspinanie trwało 4 godziny (2,5 godziny samej jazdy). 23 kilometry serpentyn, ponad 1500 metrów przewyższenia od punktu startu.... I lało tylko przez pierwsze 8 kilometrów! Na górze było zimno. Musiałem się ubrać w co tylko miałem do zjazdu. Ale cel został zdobyty! I wcale nie było tak źle jak wyobrażałem sobie to będąc na dole. Pogoda jak pogoda. Jak masz odpowiednie ubrania i jesteś odpowiednio zabezpieczony, wszystko jest w porządku - dokładnie tak jak w przypadku złośliwej i agresywnej pszczoły!!!
![]() |
Widok z La Bonette |

W 11 dniu od wyjazdu wróciłem do Zurychu.
![]() |
Serpentyny Grimselpass... Nie takie straszne jak przy widoku z dołu... |
![]() |
Na Grimsel pogoda nie rozpieszczała... |
![]() |
Rozpadające się ule na jednym z kampingów Charles Martin Simon byłby dumny... choć ule nie były zapszczelone. |
![]() |
Tu też nie udało się kupić miodu... |
Co udało się zdobyć
Przede wszystkim La Bonette i Galibier. W drugiej kolejności Col de Vars i Grimselpass. A oprócz tego wiele mniejszych i większych przełęczy o różnych wysokościach względnych i trudności podjazdów.
Łącznie w 11 dni przejechałem na rowerze z bagażami około 1450 kilometrów i była to najdłuższa (jeżeli chodzi o ilość kilometrów) z moich rowerowych wypraw.
W w dwa dni "uzbierałem" po ponad 3000 metrów przewyższenia (dzień w którym zdobywałem Galibier i Vars oraz dzień ataku na Grimselpass).
W jeden z dni przejechałem 176 kilometrów - to nie jest mój rekord z bagażami, ale z drugiej strony był to zdecydowanie trudniejszy teren niż wówczas (przynajmniej o ile pamiętam, bo było to lata temu).
W czasie wyprawy wspiąłem się prawie 23 kilometry i spędziłem na rowerze ponad 75 godzin.
![]() |
jechałem i jechałem... aż w pewnym momencie zacząłem myśleć, że dojechałem za daleko... |
A co odpuściłem
Cóż. W planach była też najwyższa przełęcz w Alpach Col de Iseran - 2770 m. n. p. m., a do tego "dwóch Bernardów" czyli Mała Przełęcz Świętego Bernarda i Wielka Przełęcz Świętego Bernarda. Te wszystkie są dość niedaleko od siebie i można ułożyć "niedługą" (myślę, że minimum 2 dni) trasę po wszystkich.
Dlaczego je odpuściłem? Hm. Najlepiej podsumowała to żona. Kiedy telefonicznie jej obwieściłem, że po La Bonette "uciekam z Alp" powiedziała tylko, że jestem mięczakiem... Więc właśnie dlatego je odpuściłem. Wystraszyłem się tego frontu i uznałem, że jak ma lać przez wszystkie te przełęcze to... wolę przyjechać na nie innym razem. Słowem: wymiękłem... Pojechałem dookoła przez Grenoble i Chamonix zamiast przebijać się przez Alpy jak Hannibal.
Ale dzięki temu mam kolejny cel wyprawy. Za rok, dwa, pięć?... La Bonette została zdobyta - teraz kuszą mnie te wspomniane trzy. Tym bardziej, że wysokości względne mają jeszcze większe, niż te, zdobyte przeze mnie! Wielka Przełęcz Świętego Bernarda z Martigny w Szwajcarii to 2000 metrów przewyższenia. I to na względnie krótkim odcinku - mamy więc mocne nachylenie i strome serpentyny. Może znajdę wariata na taką kolejną wyprawę?
Wracając z Alp przywiozłem 3 odkłady z pszczołą Elgon (matki po Elgonach Osterlunda) i do tego 1 matkę tejże pszczoły... Ale o tym w innym poście - jak tylko będzie na to czas. Prawda jest taka, że sezon w pełni i nawet nie ma kiedy pisać... A w końcu trzeba pracować w pasiece, żeby znaleźć tą mityczną Apis Mellifera Varroaimmunis...
Jestem pełen podziwu . To co zrobiłeś to wielki wyczyn.:) Chętnie przeczytam co za pszczółki przywiozłeś :)
OdpowiedzUsuńdzięki. przekażę żonie, może zmieni zdanie... ;-)
UsuńGratulacje. Brawo.
OdpowiedzUsuńA te ule piękne. Podobne do Warszawskich.
dzięki.
Usuńjeżeli piszesz o tych rozpadających się, to były to prawdopodobnie dadanty. tak na oko. nie mierzyłem. :-)
No tak. Popróchniałe jak należy. Z pewnością jest w nich sporo życia tylko pszczół brakuje.
UsuńBartek kupuję rower tylko jaki? hahaha... są jakieś naturalne rowery dla pszczelarzy?
OdpowiedzUsuńZa rok jak złapię formę wybieram się z Tobą na te dwa Bernardy.
Przede wszystkim musisz napompować dętki naturalnym powietrzem, a nie dymem ze spalanej tabletki apiwarolu... ;-) wtedy rower będzie wystarczająco naturalny na taką wyprawę. ;-)
Usuńa skoro dziś jeszcze nie masz roweru, a za rok myślisz o Bernardach z bagażami, to musisz się ostro wziąć za trening ;-) hehe
A to ile Ty trenujesz w tygodniu standardowo?
Usuńróżnie to jest. w tym roku oprócz tej wyprawy to praktycznie nie pojechałem na żaden wyjazd ot tak, żeby sobie pojeździć. tylko staram się codziennie jeździć do pracy na rowerze (a pewnie średnio udaje się to 4 razy w tygodniu). a że mam ok 30 km w jedną stronę, to w tygodniu robię od 200 do 300 km rowerem. w tym roku do tej chwili zrobiłem łącznie ok 6000 km.
OdpowiedzUsuń