Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania resistant bees, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania resistant bees, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 września 2014

Resistant bees, czyli system na okres przejściowy.

Problemem w selekcji pszczół, kiedy musimy ich poświęcić 90 - 95%, staje się po prostu liczba posiadanych rodzin. Jak na utratę 95% rodzin może pozwolić sobie hobbysta i "eko-oszołom" prowadzący pasiekę składającą się z kilku uli? W moim przypadku statystyka zabije mi 19 z 20 rodzin. Czy 1 rodzina da wystarczającą pulę genetyczną na odbudowę pasieki z właściwymi genami? Odpowiedź jest jednoznaczna: nie. Trzeba więc opracować system, który pozwoli pszczołom uczyć się walki z warrozą i rozłożyć proces selekcyjny na wiele lat - podpowiedź jak to zrobić znalazłem na stronie wskazanej w mailu przez Michaela Bush'a: www.resistantbees.com.

Strona jest o tyle przyjazna dla użytkownika, że, podobnie jak strona Bush'a, nie jest blogiem. Sam - choć tego bloga prowadzę - przerażam się, gdy trafiam na stronę prowadzoną od 2007, gdzie znajduje się 1450 wpisów (o długości podobnej do moich), z czego 1399 mówi o tym jak to pszczoły latały owego pamiętnego dnia. Na takich blogach ciężko znaleźć cenne informacje - trochę jak na wielkich forach, z dziesięcioma tysiącami tematów, z których dziewięć tysięcy to pyskówki między stałymi użytkownikami. Wróćmy jednak do treści.

"Resistant bees" to strona opowiadająca o doświadczeniach w prowadzeniu pasieki, na kanaryjskiej wyspie La Palma, metodą Dee i Eda Lusbych. Nie będę wdawał się w szczegóły - używając dużego skrótu myślowego od metody Bush'a różni się tym, że stosuje się węzę z komórką 4.9. O ile też (znów skrót myślowy) Bush twierdzi, że pszczoły powinno się w pewnym momencie puścić "na żywioł", aby umożliwić selekcję (pomoc dla pszczół powinna się ograniczyć mniej więcej do momentu zmniejszenia komórki), o tyle pszczelarze z La Palmy oferują pewien koncept prowadzenia pszczół do momentu kiedy znacznie przeważająca ich większość (około 80%) zacznie sobie radzić z warrozą - w zasadzie to niezależnie od wielkości komórki, bo przecież tam wszystkie pszczoły dostają węzę 4.9. Poniżej postaram się pokrótce przedstawić pewne założenia i pomysły, które tam znalazłem. Myślę, że część będę chciał lub musiał przyjąć, jeżeli nie chcę pozwolić sobie na zaczynanie od początku. Autorzy twierdzą, że niezależnie od metody przejścia do prowadzenia pasieki bez leczenia zawsze na pewnym etapie nastąpi kryzys, który jest nieunikniony, jednak następnie sytuacja będzie się poprawiać (czasem nastąpi kilka cyklów kryzysu  poprawy) - http://www.resistantbees.com/krise_e.html

Kilka z podstawowych założeń to (nie wybieram tu wszystkich):
1. zmniejszenie komórki do rozmiarów 4.9 mm i odległości między plastrami do 32 mm (od osi plastrów);
2. konieczność ułożenia plastrów zgodnie z koncepcją Michaela Housel'a (Y'ki we właściwą stronę);
3. pozwolenie pszczołom na budowę około 10 % komórki trutowej;
4. stosowanie jedynie naturalnego pokarmu (miodu i pyłku);

Ad 1.
Na stronie można znaleźć pouczającą mapkę z naturalnymi rozmiarami komórek pszczelich, w odniesieniu do położenia geograficznego. Bardzo upraszczając: im bliżej równika (stref zwrotnikowych) tym komórka mniejsza. W Polsce jesteśmy w strefie naturalnej komórki zawierającej się w granicach 4.9 - 5.1. Z tej samej strefy pochodzi pszczoła krainka, choć spokrewniona pszczoła włoska jest już w strefie 4.8 - 5.0. Być może stąd właśnie wynika, że nasze pszczoły tak niechętnie się zmniejszają do oczekiwanych przez nas rozmiarów: pomiędzy 5.4, a 5.1 różnica nie jest przecież aż tak wielka, żeby pszczoły wyjątkowo walczyły o mniejszy rozmiar. A jeżeli to rozmiar komórki ma być istotnym elementem przeszkadzającym w rozwoju roztocza, trzeba zacząć szukać linii pszczół, których naturalny rozmiar będzie bliżej 4.9 niż 5.1.

Ad 2.
Jeżeli pozbędziemy się węzy i pozwolimy budować pszczołom tak jak chcą, nie musimy myśleć o ustawieniu Y'ków we właściwą stronę - oczywiście, jeżeli pilnujemy właściwego ustawienia ramek po ich odbudowaniu. Przy użyciu węzy staje się to ponoć wyjątkowo ważne. Na informacje o odkryciu Housel'a trafiłem jeszcze w zeszłym roku i ułożyłem tak plastry do zimowli. Właściwe ustawienie ramek ma wprowadzać harmonię do ula (swoiste pszczele Feng Shui), co też ma sprzyjać mniejszej agresji i mniejszej rojliwości (jedna z moich rodzin w zeszłym roku zrobiła się znacznie spokojniejsza po takim ustawieniu). Zalet ma być jednak więcej. Matki ponoć nie czerwią (lub czerwią niechętnie) w odbudowanej woszczyźnie wsadzonej niewłaściwie do gniazda, a tak ustawiona węza jest niechętnie odbudowywana. Pszczoły mają niechętnie przechodzić na nowy korpus z niewłaściwie ustawioną węzą.
Opis metody tutaj: http://www.resistantbees.com/anordnung_e.html. O ustawieniu ramek wielokrotnie też mówił i pisał Polbart. Ja muszę przyznać, że zarzuciłem myślenie o tej metodzie odkąd zrezygnowałem z węzy. Wielokrotnie jednak przekładałem odbudowane ramki w ulach i nie zwracałem uwagi na to ustawienie. Będę musiał ponownie o tym pomyśleć w przyszłym sezonie.

Ad 3.
Oprócz innych zalet posiadania trutni w rodzinie autorzy strony wskazują choćby to, że komórki trutowe mają być swoistą pułapką na warrozę. Przy zastosowaniu małej komórki prawie wszystkie roztocza idą do komórki trutowej w pełni sezonu. Ustawienie trutni na obrzeżach gniazda i ramek ma sprzyjać "wyłapywaniu" każdego kryzysu przez czerw trutowy. Środek gniazda z czerwiem robotnic pozostaje do łatwiejszej opieki nawet jeżeli rodzina będzie przechodzić kryzys.

Ad 4.
Tylko naturalny pokarm może zapewnić zbilansowaną dietę dla pszczół. Autorzy strony karmią pszczoły miodem, a nie syropem cukrowym.

Www.resistantbees.com sugeruje, że pszczoły same nie zmniejszą się na tyle szybko, żeby wykształcić odpowiednie mechanizmy samoobrony, zanim warroza zniszczy rodzinę. Naturalne zmniejszenie pszczoły potrwać ma wiele lat. U siebie po 1 sezonie zauważyłem bardzo mało zmniejszonych komórek - dominowały komórki 5.4. Naturalna komórka i metoda bezwęzowa może być wprowadzona dopiero gdy pszczoły utrwalą przez kilka pokoleń mniejszy rozmiar. Po lekturze tej strony i tegorocznych doświadczeniach będę musiał rozważyć wprowadzenie u siebie węzy na 1 lub 2 sezony. Wolałbym tego nie robić, gdyż gwałtowne zmniejszenie to również stres dla rodziny, niemniej jednak gdybym za 2 sezony, zamiast 8 lub 10, mógł cieszyć się małą pszczołą na naturalnej komórce, niewątpliwie mógłbym zaoszczędzić sporo czasu. Obserwacje wskazują, że w przypadku dobrych pożytków pszczoły niechętnie budują małą komórkę (nawet małe pszczoły) - wynika to z faktu, że chcą zgromadzić jak najwięcej pokarmu przy zużyciu jak najmniejszej ilości wosku (większa komórka to mniej wosku na jednostkę objętości). Poza tym pszczoły chętniej budują małą komórkę w gnieździe niż obok gniazda lub w miodni. Trzeba będzie rozważyć podawanie ramek tylko dzieląc czerw (wczesną wiosną jest to niewskazane, a niektórzy twierdzą nawet, że może doprowadzić do podziału rodziny i wychowywania nowej matki w części gdzie jej nie ma).

Autorzy strony wskazują, że kontrolowanie warrozy ma polegać na wykształceniu tzw. "Varroa Sensitive Hygiene" (higieny wrażliwej na warrozę). Mała komórka ma przyspieszyć (czy uaktywnić) wykształcenie tego rodzaju higieny. Pszczoły zaczynają najczęściej czyścić się z pasożyta gdy już jest za późno. Wykształcenie tego rodzaju zachowań higienicznych ma wpływać na kontrolowanie populacji pasożyta na znacznie wcześniejszym etapie - wtedy kiedy pszczoły jeszcze dadzą radę zwalczyć epidemię warrozy "w zarodku". Zachowanie ma polegać na wyczuwaniu zarażonych komórek z czerwiem, otwieranie zasklepin i czyszczenie larw z pasożyta (a jeżeli pasożyt jest pod larwą to usunięcie całej larwy z komórki), a także na skuteczniejszym czyszczeniu (lub samoczyszczeniu) owadów dorosłych. Puste komórki pomiędzy czerwiem nie muszą oznaczać złej jakości matki, a raczej wysoką higienę u pszczół. Czy więc niektórzy pszczelarze nie prowadzą selekcji w całkiem przeciwną stronę? Zachowania higieniczne pszczół są ponoć uwarunkowane genetycznie, ale muszą zostać niejako uaktywnione i nauczone. Im więcej takich genów występuje w rodzinie tym lepiej funkcjonować będzie to zjawisko. Czyli niezależnie od małej czy dużej komórki musimy mieć odpowiednie pszczoły - selekcja jest więc niezbędna. Według mnie warto podjąć ten trud i poświęcić trochę pszczół w procesie selekcji.

Musimy też pszczołom dać czas na nauczenie się zwalczania warrozy we własnym zakresie. Autorzy sugerują aby w pierwszym okresie prowadzić pszczoły w odkładach, aż 80% z nich nie zacznie sobie radzić z warrozą. Dopiero wówczas można przejść do pełnej siły rodzin. Niewątpliwie w odkładzie ilość czerwiu (i tym samym roztoczy) będzie mniejsza, co pozwoli pszczołom na lepszą kontrolę warrozy. To jest pomysł dla mnie na przyszły, a może i kilka następnych sezonów. Nie dam rady prowadzić więcej niż około 20 rodzin z uwagi na pracę zawodową. Mógłbym natomiast pokusić się o prowadzenie 5 - 10 dużych rodzin produkcyjnych i kolejnych 20, a może nawet 30 odkładów. Z odkładami niewątpliwie jest mniej pracy, choć również trzeba pilnować ich rozwoju. Prowadzenie 30 (lub nawet 40) rodzin dałoby mi większą pulę genetyczną do eksperymentowania i pozwoliłoby mi na większe straty ilościowe związane z selekcją naturalną i doborem pszczół łatwiej przechodzących na małą komórkę i radzących sobie z roztoczem. Niewątpliwie jednak - za radą rsistantbees.com jak i Michaela Bush'a - trzeba je będzie od czasu do czasu wspomóc. Myślę, że będę to robił przy użyciu cukru pudru.

środa, 19 listopada 2014

Bardzo lubię krągłości matki pszczelej...

Ponieważ na pasiece nic ciekawego się nie dzieje (na razie pszczoły w 4 ulach żyją), a moja "wolność" związana z leczeniem ręki pomału dobiega końca, postanowiłem napisać coś o niczym, bo tak naprawdę nie ma nic do pisania... Będzie to przejaw czysto grafomańskiej potrzeby wywnętrzenia się.

Postanowiłem bowiem napisać o przemyśleniach na temat czytania mojego bloga. Na dzień dzisiejszy mam blisko 1150 odwiedzin. Nie wiem czy to dużo jak na 3 miesiące (średnio niecałe 400 odwiedzin miesięcznie, około 12 odwiedzin dziennie - czasem jest to około 40, a czasem 0). Wiem raptem o paru osobach (moich znajomych), którzy mniej lub bardziej regularnie odwiedzają ten blog, ale nie są to pszczelarze. Nie wiem czy regularnie zagląda tu jakaś większa czy mniejsza grupa pszczelarzy, nie wiem czy ich interesują opisy eksperymentów amatora - wiem, że mniej lub bardziej regularnie zagląda tu jeden kolega pszczelarz, którego pozdrawiam. Wiem, że znaczna większość nie zgadza się z moimi założeniami. Może doświadczony pszczelarz zajrzy tu, żeby utwierdzić się w swojej opinii, że amator robi źle i dlatego jego pszczoły umierają? Może ktoś, kto jest jeszcze bardziej początkujący niż ja, zaglądnie tu, żeby poszukać dla siebie podpowiedzi? Tym od razu mówię, że jeżeli szukacie rozwiązań "technicznych" dla swojej pasieki, to trafiliście pod zły adres. Wiem tyle samo co Wy, może nawet mniej.
Ten blog stworzyłem głównie dla siebie - żeby uzewnętrznić moją fascynację pszczelim gatunkiem. Każdy kto zakochał się w pszczelarstwie wie jakie to uczucie, a ja chciałem podzielić się swoją fascynacją. Dlatego właśnie zostałem blogerem. Dla siebie. Oczywiście każde odwiedziny mnie cieszą, bo świadczą o tym, że może nie piszę zupełnie od rzeczy. A jeżeli uda mi się przy okazji przybliżyć amatorowi zasady pszczelarstwa organicznego i namówię go do dalszych poszukiwań, albo skłonię "zawodowca" do choćby krótkiej refleksji, będę bardzo szczęśliwy. Chciałbym, żeby głównym przesłaniem mojego bloga było to, że ilość miodu, plenność czy nierojliwość pszczół nie jest najważniejsza. Najważniejsze jest to, żeby pszczoły były zdrowe i silne. Niestety musi to pociągnąć śmierć najsłabszych, nad czym ubolewam tak samo jak wszyscy.

Tytuł posta dobrałem celowo, taki a nie inny, bo zastanawia mnie jakim kluczem powoduje się czytelnik odwiedzając moje wpisy - pewnie właśnie tytułem. Mam nadzieję, że przez moje zamiłowanie dla krągłości nie spotka mnie kontrola z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, albo ta strona nie będzie blokowana kontrolą rodzicielską...

Niektóre moje posty bezpośrednio klikane są po dwadzieścia-kilka razy, niektóre po 1 lub 3. Zastanawia mnie dlaczego najczęściej odwiedzanym postem jest: "Mój ul jest najlepszy" (27 klików). Czy to oznacza, że każdego praktykującego lub potencjalnego pszczelarza interesują wybory dotyczące zbitych do - za przeproszeniem - kupy, desek? Jeżeli tak jest, to ewidentnie ten blog właśnie jest o czymś przeciwnym. Staram się (nie wiem czy mi wychodzi) właśnie pisać o tym, że doświadczenia ze świata wskazują, że można zbić deski w jakiejkolwiek konfiguracji, byle by tylko pszczoły miały dach nad głową. Ja wybrałem korpus wielkopolski (zanim zostałem pszczelarzem) bo był/jest powszechnie stosowany, a niską ramkę, bo łatwiej mi zdobyć odpowiednie deski. Na przyszły rok chcę załatwić sobie parę warszawiaków, żeby popróbować wyższej ramki. Zastanawiam się też, czy, w ramach eksperymentu, nie próbować łączyć korpusów po 2 i nie wprowadzić ramki wysokiej na 37 cm. Dla mnie są to drugo- (jeśli nie trzecio-) rzędne wybory.

Kolejnym najczęściej odwiedzanym postem jest "Pszczoła na trudne czasy" (26). Owszem on znajduje się w kategorii "idee pszczelarstwa organicznego", którą uważam za wiodącą, z punktu widzenia moich wyborów i celu pisania tego bloga, ale inne posty z tej kategorii wcale nie są odwiedzane równie chętnie (oprócz tego o "rapicidzie" - pewnie pszczelarze szukają leków na wszelkie zło...). Znów mogę domniemywać, że post klikany jest dlatego, że polecam tam cudowną pszczołę, rozwiązującą wszystkie problemy pszczelarstwa. Jestem przekonany, że można wybrać jakąkolwiek pszczołę, stworzyć dla niej naturalne warunki i odpowiednio ją selekcjonować. Owszem na rynku dostępne są pszczoły po wstępnej selekcji - jak np. Elgon, o którym jest ten wymieniony post. Ale post nie był pisany dlatego, że to najlepsza pszczoła, ale żeby przybliżyć pomysł Erika Osterlunda na pszczelarstwo organiczne. Są też inne pszczoły - np. Primorska z Finlandii czy nawet nasza środkowoeuropejska, która z warrozą może radzi sobie równie słabo jak inne, ale z miejscowym patogenem i warunkami środowiskowymi niewątpliwie znacznie lepiej. I pewnie byłoby celowym - zarówno dla pszczół jak i pszczelarza - zacząć od takiej właśnie pszczoły, a nie od tej nieprzygotowanej na szok zetknięcia się z warrozą. To właśnie udowodniły moje tegoroczne doświadczenia.

Oprócz postów dotyczących pszczelarstwa Michaela Busha, który jest dla mnie wiodącym wzorem (niechętnie odwiedzanych), jednym z najważniejszych dla mnie jest "Resistant bees, czyli system na okres przejściowy". Dlatego, że właśnie w tym punkcie jestem i tam zawarłem "moje" najważniejsze pomysły na dzień dzisiejszy. Ten post otwierany był tylko 3 razy. Oczywiście ten post ważny jest z punktu widzenia moich wyborów i mojej pasieki. Nie mówię, że powinien on być równie ważny dla czytelnika. Przyznam też, że aktualnie coraz bardziej fascynuje mnie pszczela swoboda propagowana przez Sama Comforta ("Take a tip from me, bee lazy"), a z tą przez bezpośredni klik chciało się zapoznać raptem 4 osoby...

Znamienny przykład "zaniedbań w leczeniu" pokazałem też w poście "Przesyłamy serdeczne wyrazy współczucia dla pszczelarzy w Brazylii". Okazało się, że początkowe "zaniedbania", w wysłaniu ciężkiej artylerii na warrozę, przysłużyły się zarówno pszczołom jak i pszczelarzom. To powinno dać do myślenia wszystkim (nie post, a sytuacja w nim opisana). Wpis nie cieszy się popularnością.

Najmniej klikanym postem jest "Selekcji dalszy ciąg" (1 raz). Zgodzę się, że nie ma w tym poście ABSOLUTNIE NIC CIEKAWEGO i żadnych wartości (oprócz kronikarskich dokumentacji wydarzeń na pasiece). Ale mniej więcej tyle samo wartości wnosi wcześniejszy post tj. "Rodziny się sypią", który bezpośrednio kliknięty był 16 razy. Dlaczego tak jest? Czy ten drugi tytuł był "bardziej chwytliwy"? Cóż, zobaczymy ile klików przyniosą krągłości pszczelej matki...

poniedziałek, 8 lutego 2021

Dziko żyjące rodziny pszczoły miodnej: zagrożenia i nadzieje - część 3

W lutowym numerze miesięcznika "Pszczelarstwo" ukazała się kolejna - trzecia już - część mojego artykułu o dziko żyjących rodzinach pszczelich. W tej części odnoszę się przede wszystkim do zestawienia różnych populacji żyjących bez kuracji przeciwko dręczowi, sporządzonego przez Barbarę Locke. 
Inne, podobne zestawienie można znaleźć tutaj: "Geographical Distribution and Selection of European Honey Bees Resistant to Varroa destructor".


część 1 
część 2


Dziko żyjące rodziny pszczoły miodnej: zagrożenia i nadzieje - część 3

Inne (pół)dzikie populacje


Interesujące zestawienie populacji pszczół (nie tylko dziko żyjących), które przeżyły starcie z dręczem sporządziła dr Barbara Locke [https://link.springer.com/article/10.1007/s13592-015-0412-8]. Ze względu na temat naszych rozważań ograniczę się do najistotniejszych – dla nas – punktów „rankingu”.
1. Populacja na Gotlandii [„Pszczelarstwo” nr 1/2021].
2. Populacja pszczół lasu Arnot (stan Nowy York, Stany Zjednoczone), która według autorki swoje przetrwanie zawdzięcza głównie niewielkim siedliskom sprzyjającym rojeniu, a nie genetycznym mechanizmom odporności.
3. Pszczoły Apis mellifera scutellata - ekotyp afrykański; występuje na obszarze Afryki Południowej (gdzie żyje również odporna Apis mellifera capensis) oraz Ameryki Południowej (Brazylia). Co ciekawe, w pierwszej fazie inwazji u roztoczy występujących w rodzinach pszczelich w Brazylii tylko około 50 proc. samic było w stanie wydać potomstwo. Z biegiem lat odsetek płodnych samic wzrósł do 80 proc. (autorka ten fakt łączy z zastąpieniem haplotypu japońskiego dręcza przez koreański, który według różnych źródeł ma być bardziej zjadliwy). Mimo to stopień porażenia rodzin dręczem nie zwiększył się, podobnie jak śmiertelność populacji pszczół. Zachowanie higieniczne i pielęgnacyjne (oczyszczanie się z roztoczy – ang. grooming behaviour).
4. Apis mellifera intermissa – jest to ekotyp występujący na północy Afryki, np. w Tunezji (wykorzystany do krzyżówek hodowlanych m.in. przez Johna Kefussa). Charakteryzuje się zdolnościami do utrzymania inwazji roztoczy na niskim poziomie – również w krzyżówkach, które tworzył Kefuss
5. Niewielka populacja pszczoły włoskiej (Apis mellifera ligustica) na wyspie Fernando de Noronha u wybrzeży Brazylii, radzi sobie zarówno w pasiekach, jak i w naturze, choć tam nie zwalcza się dręcza pszczelego. W populacji utrzymuje się wyraźnie wyższy wskaźnik inwazji Varroa (kilkanaście pasożytów na sto pszczół) niż np. w Brazylii kontynentalnej u pszczół zafrykanizowanych. Mimo to nie powoduje to wysokiej śmiertelności pszczół. Populacja pszczół z wyspy odznacza się słabo rozwiniętym zachowaniem higienicznym (w porównaniu do pszczół zafrykanizowanych), podobnym do innych ras pszczół europejskich. Matki pszczele, a raczej tworzone przez nie rodziny były na terenie Niemiec testowane porównawczo z lokalną populacją pszczół (Apis mellifera carnica): okazało się, że poziom inwazji Varroa w obu grupach był podobny. Zdolność przetrwania tych pszczół nie jest zatem skutkiem mechanizmów odporności uwarunkowanych genetycznie.Wytłumaczniem może być jednak fakt, że na wyspie wciąż występuje japoński haplotyp V. destructor. Co ciekawe, pszczoły włoskie uznawane są przez większość osób, które nie zwalczają inwazji pasożyta za bodaj najmniej odporne ze wszystkich ekotypów pszczół.
6. Pszczoły primorskie (rasa ukształtowana na wschodnim wybrzeżu Rosji, w Kraju Nadmorskim, dokąd pszczoły miodne zostały przewiezione najprawdopodobniej z Europy wschodniej), jako chowane w rejonie występowania pszczoły wschodniej, już w XIX wieku, (lub wcześniej) mogły zetknąć się z roztoczami i - według niektórych hipotez - tam też mogło dojść do pierwszej zmiany żywiciela dręcza. Uważa się, że pszczoły te zawdzięczają odporność trwającej długie lata selekcji naturalnej. Linia została sprowadzona do Stanów Zjednoczonych i tam m.in. jest hodowana komercyjnie. Wykorzystuje się ją w pasiekach niezwalczających dręcza pszczelego gdzie jest dość popularna. Rosyjskie pszczoły mają wolniejszy przyrost populacji pasożyta, wysoki procent niepłodnych samic (50 proc.), silny instynkt higieniczny i czyszczenia się. Ich czerw jest mniej atrakcyjny dla roztoczy.
7. Populacja z rejonu Awinion (południowa Francja) – w latach 90. ubiegłego wieku zebrano tam rodziny pszczele, które przetrwały pierwszą fazę inwazji dręcza. Były to rodziny dziko żyjące lub pochodzące z opuszczonych pasiek, a także przekazane na cele badawcze przez pszczelarzy, którzy nie zwalczali w nich inwazji roztoczy przez co najmniej dwa lata. W ten sposób zgromadzono 52 rodziny pszczele. Przez kolejne lata populację tę prowadzono w sposób zbliżony do tej na Gotlandii, ograniczając gospodarkę tylko do odbierania miodu. W latach 1999 – 2005 w populacji zarejestrowaną taką samą śmiertelność jak w grupie porównawczej, złożonej z rodzin leczonych, ale zbiory miodu w grupie porównawczej były dwukrotnie większe. Istotne jest jednak to, że nieleczona populacja z Awinionu miała trzykrotnie niższe porażenie roztoczami. W badanej populacji stwierdzono wysoką aktywność pszczół polegającą na wykrywaniu i usuwaniu z komórek czerwiu zaatakowanego przez pasożyty (cecha określana jako wrażliwość higieniczna na Varroa – ang. Varroa Sensitive Hygiene, VSH), co istotnie ograanicza ich reprodukcję, a tym samym przyrost populacji. Populacja do 2016 roku (data publikacji) utrzymywała odporność mimo braku izolacji. Wadą wyselekcjonowanych pszczół jest to, że są mniej miodne i bywają bardziej agresywne.
rys. Eliza Luty na podstawie: Barbara Locke, Natural Varroa mite-surviving Apis mellifera
honey bee populations, 
"Apidologie" 47/2015


Wiele podobnych świadectw można znaleźć w relacjach praktyków pszczelarskich i miłośników pszczół z całego świata. Przodują w tym Wyspy Brytyjskie, gdzie działa prężna organizacja Natural Beekeeping Trust, promująca pszczelarstwo naturalne. Tam też działa bardzo wielu praktyków, którzy nie leą pszczół, a wykorzystują w swojej gospodarce złapane roje. W listopadzie 2020 roku Jonathan Powell uruchomił stronę internetową „Free-Living Bees” (wolno żyjące pszczoły; www.freelivingbees.com), na której można rejestrować rodziny, żyjące dziko bez dozoru pszczelarzy. Jest prawdopodobne, że z czasem portal udokumentuje skalę zjawiska na całym świecie.

Próg tolerancji

Do interesujących wniosków doszła też Margarita Lopez Uribe z Uniwersytetu Stanu Pensylwania w Stanach Zjednoczonych, która obserwowała dziko żyjące rodziny, poddane selekcji naturalnej i porównywała je z pszczołami wykorzystywanymi w okolicznych pasiekach. Na podstawie badań okazało się, że średnia roczna roczna śmiertelność dziko żyjących rodzin pszczelich wynosi około 40 proc.; wiele z nich przeżywa więcej niż trzy zimy. Wspomniany odsetek równy jest średniej całorocznej śmiertelności pszczół w Stanach Zjednoczonych. Z punktu widzenia przetrwania rodzin (abstrahując od produkcji pasiecznej) nie ma znaczenia, czy będzie w nich zwalczana inwazja roztoczy, czy też nie. Jak twierdzi badaczka, konstatacja ta wprawia w zdumienie okolicznych pszczelarzy, którzy mają ogromne trudności w utrzymaniu pszczół przy życiu.

Lopez Uribe uważa, że dzikie populacje co do zasady nie są odporne na roztocza, ale mają odpowiedni próg tolerancji. Mogą więc funkcjonować z roztoczami i do pewnego stopnia tolerować negatywne skutki ich obecności. Pszczoły te mają też pewne cechy odporności indywidualnej (np. silniejszą odpowiedź immunologiczną) czy społecznej (np. wyjście roju w celu zmniejszenia stopnia porażenia, czyszczenie się z pasożytów), które łącznie pozwalają na wyhamowanie tempa namnażania roztoczy do poziomu względnie bezpiecznego dla całej populacji.

Własny mechanizm obronny

Trzeba dodać, że mechanizmy obronne różnią się między sobą; każda populacja wykształciła swój własny, bo wszystkie populacje ewoluowały niezależnie (ekotypy czy linie pszczół ujawniły różne cechy i właściwości pod presją dręcza pszczelego). Każda populacja zareagowała na niego w swoisty sposób i nie każda radzi sobie z nim z takim samym skutkiem. Lopez Uribe przeprowadziła badania porównawcze rodzin dziko żyjących i hodowanej w pasiekach populacji nieodpornej na dręcza. Obie grupy poddano presji patogenów, następnie pobrano próbki pszczół i przebadano ekspresję genów odpowiedzialnych za odpowiedź immunologiczną. Okazało się, że ekspresja genów była średnio dwukrotnie większa u dziko żyjących pszczół. Oznacza to, że zarażone „dzikie pszczoły” miały silniejszą i tym samym skuteczniejszą reakcję immunologiczną.

Badaczka przeprowadziła też eksperyment porównawczy grupy rodzin „dzikich” i pozyskanych z pasiek, sondując presję wirusa zdeformowanych skrzydeł (DWV). Okazało się, że w rodzinach pszczelich z dzikich populacji porażenie wirusem było duże, większe niż w rodzinach z grupy kontrolnej. Oznacza to, że rodziny funkcjonowały ze względnie dużym porażeniem roztoczami i pod dużą presją patogenów, których wektorem jest dręcz pszczeli. W pierwszym roku przeżywalność obu grup, które w toku eksperymentu nie były leczone przeciwko warrozie, była taka sama i wynosiła około 40 proc. W grupie rodzin wywodzących się z dzikiej populacji znalazły się takie, które miały bardzo wysokie porażenie wirusami i się osypały, ale też takie, które przetrwały, choć były porażone w równym stopniu. Rodziny z grupy kontrolnej ginęły także przy niższym porażeniu wirusami. Według badaczki nie ma bezpośredniej korelacji między śmiercią rodzin, a dużą ilością wirusa, czyli pośrednio - wysokim stopniem porażenia dręczem pszczelim. W drugim roku eksperymentu rodziny z obu grup miały podobny, wysoki poziom porażenia wirusem DWV, co świadczyło o zwiększeniu presji dręcza w grupie rodzin kontrolnych. Śmiertelność była wyższa w rodzinach pozyskanych z pasiek, sięgając ok. 60 proc., podczas gdy rodziny wywodzące się z dziko żyjących pszczół utrzymały poziom śmiertelności na poziomie z poprzedniego roku czyli 40%. Rodziny w obu grupach miały różny poziom ekspresji genów odpowiedzialnych za odpowiedź immunologiczną. Wyższa okazała się w grupie rodzin z dzikiej populacji. Uribe stwierdziła więc, że przeżywalność rodzin nie jest zależna od presji patogenu (a więc pośrednio pasożyta). Jej zdaniem przeżywalność jest tym wyższa, im silniejsza jest odpowiedź immunologiczna. Najwidoczniej populacje, które są poddane selekcji naturalnej wykształcają lepszą indywidualną odporność na patogeny i lepiej radzą sobie z nimi nawet wówczas, gdy presja patogenów jest duża.

część 4

wtorek, 20 sierpnia 2019

Sezon inny niż wszystkie?

Każdy sezon jest inny niż wszystkie pozostałe, ale ten jest bardziej inny, o ile można tak powiedzieć. Stąd też spróbuję wysnuć trochę moich subiektywnych wniosków na ten temat i pozwolę sobie trochę przynudzać długim wpisem. Bo wydarzeń i przemyśleń było wiele, a wcześniej nie było czasu, żeby je przelać na blog. Zresztą od końca lipca próbuję stworzyć ten wpis i wciąż nie ma na to wolnej chwili.

Rok 2019 jest kapryśny. Zimna i głodna wiosna, ulewny maj, nadzwyczaj upalny czerwiec i pierwsza połowa lipca. Ale potem... ? No cóż, na razie to "potem" oznacza raptem końcówkę lipca i połowę sierpnia. Ale na tą chwilę to właśnie "potem" zdaje się lepsze niż ten sam okres w latach poprzednich. Powiedziałbym wręcz, że jest względnie "normalnie" i takiego sierpnia chciałbym zawsze. No cóż, pierwszy taki od 2013 roku...

A choć ten rok jest kapryśny, to wcale w mojej pasiece nie mogę go nazwać jednoznacznie "złym". "Dobrym" zresztą też byłoby trudno. Prawdziwie "zły" był chyba tylko 2016, a "źle" (najgorzej) skończył się też 2014. Inne były pożytkowo lepsze czy gorsze, z reguły średnie, albo okresowo dobre, a potem słabe czy kiepskie (np. 2017 i 2018, które bardzo dobrze się zaczęły, zwłaszcza 18, a potem nastały 2 miesięczne okresy suszy i upału). Czyli jak w kalejdoskopie. A lata oceniam nie tylko przez pryzmat pogody i pożytków, ale też stanu zdrowia pszczół, siły, tempa rozwoju. I choć z "tempem rozwoju" bywa i bywało różnie, bo i niektóre pszczoły okresowo wstrzymywały się (co przy ich względnie niewielkiej sile może być kłopotem), to jednak sporo rodzin pokazuje, że zaczynają już się adaptować do tego co z pszczołami wyczyniam ja, czy też ich mniejszy wróg, czyli dręcz pszczeli.

W tym roku nie wykonałem planu w żadnym punkcie. Nie było więc ani 1 kg miodu z ula, ani wystarczającego rozwoju liczebnego, a pszczoły na pewno nie zakarmią się same do zimy - zresztą już do tej pory do uli poszło około 200 kg cukru....

Może zacznijmy od końca, czyli od tego "samozakarmienia".
Rok był kapryśny i pogoda nie rozpieszczała. Przez większość czasu pszczoły nie miały co zbierać. Był suchy i dość ubogi w pożytki kwiecień i ogłoszono suszę, potem ulewny maj i ogłoszono zagrożenie powodziowe, następnie upalny i suchy czerwiec i ogłoszono go najgorętszym czerwcem w historii pomiarów temperatury w Polsce (o ile czegoś nie pomyliłem) i takaż była pierwsza połowa lipca, w której ogłoszono drugą suszę. Od drugiej połowy lipca jest względnie normalnie. Jak w bolywódzkim filmie, czyli "czasem słońce czasem deszcz". Wreszcie? Tyle, że mamy tu wtedy dziurę pożytkową. Trochę pada, jest względnie sporo wilgoci, pożółkła trawa od naprzemiennego jej suszenia i zalewania do poziomu gnicia, zaczęła się wreszcie zielenić. Dopiero z końcem sezonu. W tych warunkach roku 2019 było słabo, źle, lub bardzo źle. Jedyny lepszy tegoroczny okres to około 3 tygodnie czerwcowe, dopóki nie wyschła całkiem wilgoć "popowodziowa". Trafiło też w miarę dobrze na lipę, a i w początku czerwca (zamiast akacji) pojawiła się u nas spadź. Mój znajomy pszczelarz, który pszczelarstwo uprawia już 35 lat, twierdzi, że nigdy tu spadzi nie było. A tym razem była. W moim przypadku tylko w 2 miejscach - na pozostałych pasieczyskach było trochę czystego miodu nektarowego. W tym więc okresie udało mi się wziąć ciut miodu. Trochę lipowego i trochę właśnie spadziowego. Było to około 20 słoików (które rzecz jasna rozdałem w większości i teraz - jak co roku zresztą - muszę sobie miód kupić). Dobre i tyle. W tych warunkach ciężko było jednak zapewnić pszczołom wystarczająco miodu na dobry rozwój i odłożenie czegoś dla siebie (i dla mnie). Zresztą rok jest taki, że z całej Polski dochodzą słuchy o pszczelarzach podających tony cukru swoim pszczołom. Czy tak jest w istocie? Na pewno nie wszędzie, ale niewątpliwie były rejony, w których pszczelarze miodu nie uświadczyli w ogóle. Pszczelarstwo jest lokalne i ja widzę to dobrze u siebie mając porozrzucane pasieki. Poniżej kilka przykładów, żeby to zobrazować.

Pasieka B stała przy ogromnym polu rzepaku. W maju, kiedy wszystkie pszczoły na innych pasieczyskach zjadły do zera to co miały (niektórym musiałem podawać ramki z miodem z zimy, inne dotrwały na oparach), tam pszczoły w okresach między deszczem zalewały się nakropem. Nie robiłem miodobrania tylko dlatego, że miały to porozrzucane po całym ulu i niezasklepione. Niemniej jednak jedna rodzina na 3 (potem 4) korpusach miała na pewno paręnaście ramek zalanych bądź to w całości, bądź w sporej części. Oceniam, że jakby złożyły to wszystko do poszczególnych ramek i ostatecznie przerobiły i zasklepiły, to zrobiłoby się z tego co najmniej z 8 ramek pełnych miodu. A mówimy o czasie nieustającej prawie ulewy i moich, wcale nie najsilniejszych rodzinach. Inne 2 rodziny na tamtym miejscu, które wyszły bardzo słabo z zimy (2 - 3 mizerne uliczki), w maju również miały mnóstwo pokarmu i pięknie się rozwijały. Na pozostałych miejscach w tym czasie był głód (jak pisałem, ratowałem pszczoły wtedy miodem z padłych rodzin i pszczoły jakoś dotrwały, choć ze słabym rozwojem). Gdy skończył się maj nagle na pasiekach K, R, R2 i L zaczęły się ładne przybytki (na pasiekach R i R2 było wtedy spadziowo). Ale oczywiście pszczoły do tamtej pory miały w zasadzie sam wosk (+ moje porcje ratunkowe), sporo rodzin nie rozwinęło się tak jakbym chciał i sobie życzył, a więc chwilę zeszło zanim przybytki pojawiły się w kilku ulach na tyle duże, żebym i ja coś uszczknął dla siebie. Ale we wszystkich ulach przybywało i pomyślałem więc, że skoro tam jest tak dobrze, to na pasiece B będzie super i już cieszyłem się na co najmniej korpus miodu w połowie czerwca. No i cóż, stało się tak jak to z moimi planami pszczelarskimi bywa. Gdy tylko pogoda się poprawiła (?) na pasiece B w ulach zaczęło powoli, ale systematycznie ubywać pokarmu. Ostatecznie wziąłem stamtąd chyba ze 2 ramki miodu, bo wszystko pozostałe musiało już zostać dla pszczół. A pasieka T? Cóż... tam cały rok był głód. Cały. No może poza wczesną wiosną, bo o ile pomnę w kwietniu mogło tam być dość dobrze. Za każdym razem gdy tam jechałem musiałem pszczoły ratować i za każdym razem dostawały ode mnie cukier. Po 20 lipca nie było w ulach praktycznie ani pierzgi, ani miodu - wosk i pszczoły i trochę komórek podlanych nakropem. Do tego pszczoły wstrzymane w rozwoju i rodziny, które prawie nie rosły przez cały sezon. Oczywiście znów dostały porcję - tym razem zdecydowanie solidniejszą (po ok 4 kg ciasta).

Przejdźmy teraz do rozwoju pasieki.
W tym roku ostatecznie nie udało mi się odbudować stanu liczbowego sprzed poprzedniej zimowli. Nie jestem pewny, ale wydaje mi się, że obecnie na moich pasieczyskach jest bodaj 42 lub 43 moje rodziny (w zeszłym roku do zimy przygotowałem 48 rodzin). Piszę "moje", bo wciąż pod domem stoi 4 ule Langstroth 3/4 z rodzinkami, które zrobiłem dla kolegi. Bo tak, gdyby wliczyć pszczoły, które rozdałem, to udałoby się zwiększyć liczebność pasieki. W tym roku ratowałem bowiem 2 kolegów, którzy nie mieli szczęścia w poprzedniej zimowli i w kilku przypadkach przekazałem pszczoły w ramach naszej współpracy selekcyjnej (w części w ramach Projektu "Fort Knox", a w części poza nim). Łącznie więc z mojej pasieki do innych powędrowało paręnaście rodzin. W zamian za nie na mojej pasiece pojawiło się 2 rodziny w ramach uzupełnienia strat w Projekcie i też 2, które otrzymałem w prezencie od Łukasza z genetyką, której nie było jeszcze na mojej pasiece. Za rodzinki te dziękuję!
Jak już pisałem rok był kapryśny. Był więc wyjątkowo niesprzyjający stabilnemu rozwojowi pszczół i bardzo trudny dla rodzin małych. A takich to u mnie - jak co roku - nie zabrakło. Jak już pisałem i mówiłem na moich filmach, projekt "SŁ" ("Słabiak") zakończył się w tym roku niepowodzeniem. Rodzinki, które przeżyły zimę w 1 czy 2 uliczkach nie przetrwały złej wiosny i czasu głodu. Tak więc ostatecznie nie wiem ile rodzin dotrwało do końca maja z zimowanych 48, ale chyba była to liczba około 20, a nie 23 czy 24 jak wyglądało to w kwietniu. W czasie podziałów zrobiłem tyle rodzinek, że dla samej mojej pasieki powinno zostać około 56 czy 57. Kilkanaście jednak "zniknęło" w różnych okolicznościach przez ten trudny sezon. 1 była wyrabowana z mojej winy (podałem syrop głodnej rodzinie i choć zmniejszyłem wylotek "na pszczołę", po 3 dniach zastałem pusty ul). W 4 czy 5 przypadkach rodziny zostały wyrabone z mniejszym moim udziałem, gdyż były to rodzinki już lepiej ustabilizowane, z matkami czerwiącymi, których albo nie karmiłem w ogóle, albo karmiłem ciastem - co według przekazów pszczelarzy ma zapobiegać rabunkom. Tak czy siak biorę i tu jakąś część winy na siebie i sypię głowę popiołem. Wciąż popełniam błędy i mam nadzieję uda się je w przyszłości choć w części wyeliminować. Ale w 100% na pewno się nie uda. Niestety błędy będą zawsze - oby były mniejsze, popełniane coraz rzadziej i coraz mniej boleśnie odbijające się na pszczołach. Około 8 - 9 rodzin "zniknęło" przez problemy z matkami. W tym roku miałem chyba 3 lub 4 przypadki "ułomnych matek" z pogiętymi skrzydłami. W 1 przypadku z 6 czy 7 pięknych mateczników wygryzła się matka z wirusem zdeformowanych skrzydeł (DWV), która zlikwidowała matki w pozostałych matecznikach lub wygrała z nimi bój o życie. Niestety nie miała prawa się unasiennić. Było to dla mnie dziwne i nietypowe, że pszczoły pozwoliły na to. Ale fakt, że gdyby nie pozwijane skrzydełka, matka wyglądała bardzo dobrze. Była duża i poruszała się szybko i dynamicznie. Być może jej feromon był na tyle silny, że pomimo DVW dała radę zwieść swoje siostry. Żałuję, że nie zrobiłem jej zdjęcia lub nie nagrałem filmiku, bo naprawdę nie spodziewałem się, że ułomna i chora matka, może wyglądać i zachowywać się tak, jak wyglądała właśnie ta. W kilku pozostałych przypadkach matki po prostu nie wygryzły się z mateczników lub nie wróciły z lotów. W bodaj 3 przypadkach straciły się matki już czerwiące (zaczerwiły 2 - 3 ramki i następnie zastałem mateczniki ratunkowe) - w jednym z tych przypadków była to młoda matka rojowa. Tak więc te wymienione rodzinki zostały w większości złączone do rodzin z matkami, a liczba rodzin w pasiece systematycznie malała. W kilku przypadkach likwidując rodzinkę robiłem to na zasadzie nalotu (na miejscu likwidowanej rodzinki stawiałem ul z inną z matką czerwiącą, a z tamtej pierwszej strzepywałem pszczoły przed wylotkiem). Metoda ta według mojej dotychczasowej wiedzy miała być praktycznie bezpieczna. Pszczoły "pozbawione domu" i w stresie, nalatując się na nowy ul miały nie być agresywne względem domowników i obcej matki. Cóż, w 2 przypadkach zakończyło się to ścięciem matki. Będę więc musiał wykonywać to w przyszłości ostrożniej.
Stąd też liczba rodzinek z potencjalnych około 55 zmalała do 42 lub 43. Pewnie do zimy jeszcze coś się wykruszy i zostanie około 40. Mało, ale z drugiej strony dzięki łączeniu maluchów w zasadzie dziś większość rodzinek jest w takiej sile, która nie wzbudza moich obaw co do zimowli. To prawda, że niektóre pszczoły nie rozwijały się szybko przez okresy upałów i suszy letnich, a to wzbudzało moje obawy czy zdołają się ładnie odbudować do racjonalnej siły. Dziś takich obaw już nie mam i pozostało może 2 czy 3 rodziny w całej pasiece, którym być może trzeba będzie dodać jeszcze ramkę z czerwiem. Inne, choć nie wszystkie są silnymi odkładami, są w sile jaką już wielokrotnie zimowałem z sukcesami w latach poprzednich. Jeżeli więc zdrowie im pozwoli, to sama wielkość na pewno nie będzie przeszkodą w zimowli.
Dodam też w tym miejscu, że większość maluchów, które pokazywałem na filmach wzbudzających w niektórych pszczelarzach tyle (niezrozumiałych dla mnie) emocji ma się albo dobrze, albo zostało zlikwidowanych przez problemy z matkami. Zadziwia mnie zdolność niektórych do oceny sytuacji po kilku niewyraźnych ujęciach i opowiadanie o pszczołach w "męczarni" lub "agonii". Ba, niektórzy widzą nawet popleśniałe pszczoły na moich dennicach, choć dennice pokazywałem chyba ostatni raz w "przedwiosennych" filmach o sprzątaniu uli po zimie. Ale może na tym tu poprzestanę.

No to zajmijmy się teraz czymś, co z punktu widzenia pszczelarstwa jest najważniejsze, najistotniejsze i w ogóle nic innego sensu nie ma: produkcją.
Od lat wszystkie moje produkcyjne niepowodzenia tłumaczę cały czas tak samo:
1. za bardzo dzielę (ale muszę dzielić, żeby rozwijać pasiekę, uzupełniać straty i tworzyć odpowiednio szeroką pulę selekcyjną);
2. tworzę za małe rodzinki (jw.) - takie miodu nie noszą. Jak jest bardzo dobrze, to noszą dla siebie na bieżąco, ale "bardzo dobrze" to w moim regionie bywa przez miesiąc do dwóch w roku;
3. pożytki nie są skorelowane z moimi działaniami w ramach tzw. "modelu ekspansji" - tj. są wtedy dobre, kiedy jest czas na odbudowę niewielkich rodzin po zimowli, a podzielone rodziny akurat wchodzą w rytm rozwoju na czas letniego głodu;
3a. pożytki ogólnie nie są wybitnie dobre w moim regionie (delikatnie mówiąc), a od kilku lat zmagamy się z letnimi upałami i suszą. Słowem kto utrzymuje rodziny zgodnie z pszczelarskimi podręcznikami, ten bardzo nie narzeka, choć też nie ma się czym zachwycać, a kto ma swoje teoryje na temat selekcji (czyli np. ja), ten niestety musi liczyć się z tym, że tu czy tam pojawią się jakieś niepowodzenia, a w "słabym" czy "średnim" okresie, jest bardzo słabo lub po prostu źle.
4. zła pogoda.

Czyli to, że ze mnie "dupa nie pszczelarz" tłumaczę sobie czynnikami mniej lub bardziej obiektywnymi oraz świadomymi i przemyślanymi wyborami długofalowymi. Hmm. Tu każdy sobie postawi swoją diagnozę tego corocznego tłumaczenia. A ja co rok tłumaczę każdemu kto pyta, że generalnie jest coraz lepiej... tyle, że miód zamiast sprzedawać i w tym roku kupuję, tak samo jak i kupowałem w latach zeszłych, rodzinki też bywają słabe, też różnie bywa z ich rozwojem. A kto wie co będzie w kolejnym sezonie? Wcale nie twierdzę, że przeżywalność tegoroczna będzie wyższa niż z lat poprzednich. Ba, ucieszę się jak nie będzie niższa. No cóż, część osób powie, że zaklinam rzeczywistość, a część, że próbuję oszukać sam siebie i wszystkich dookoła. Bo jakże to "jest lepiej", skoro jest co najwyżej tak samo jeżeli chodzi o obiektywne wyniki czy oczekiwania na przyszłość?

Ale spróbujmy po kolei omówić te czynniki, żeby rzeczywistość zakląć i oszukać wszystkich dookoła, że sezon jest inny, choć jest taki sam.

Pszczelarstwo lepiej jest uprawiać w terenach bogatych w pożytki. Podobnie lepiej jest tam robić selekcję - a już zwłaszcza na odporność na choroby czy przeżywalność. Bo te czynniki akurat są skorelowane z dobrym odżywieniem. W terenach biedniejszych czy średnich - jakim jest mój teren, a przynajmniej tak go oceniam z mojej perspektywy - na pewno pszczoły obciążone są dużą presją. Zamiast zajmować się roztoczami, muszą często zastanawiać się co do garnka włożyć. Zwłaszcza gdy jako metodę selekcyjną przyjmuje się tzw. "pszczelarski model ekspansji". Wiem, że model ten jest kontrowersyjny. Część pszczelarzy w ogóle nie wierzy w jego skuteczność selekcyjną, a inni wprost mówią, że to ciągłe gonienie króliczka, bo przecież tego dręcza nie będzie nigdy na tyle dużo, żeby rodzina mogła wykazać się zdolnościami do radzenia sobie z nim. A wpis ten i tak jest zbyt długi, więc ja już nie będę ponownie przytaczał argumentów, dlaczego uważam inaczej. Są na tym blogu i kto jest zainteresowany to do nich dotrze, a niezainteresowanych nie ma co zanudzać bardziej. Dość powiedzieć, że zaczynając moją selekcję przyjąłem ten model, gdyż wierzę w jego skuteczność (z powodów, o których jest pewnie ze 100 ze 170 wpisów na tym blogu). Przyjąłem więc już kilka lat temu, że pierwszy etap selekcji będę prowadził na odkładach - pisałem o tym w jeszcze 2014 roku, zanim opisałem właściwy "model ekspansji" dopiero w 2015. O choćby tu: "Resistant bees, czyli system na okres przejściowy" (wrzesień 2014). Swoją drogą wiele z tamtych założeń (np. o komórce 4.9, czy metodzie Housela) porzuciłem, a było tam też i wiele głupot z mojej strony. O, choćby to, że z odkładami jest mniej roboty niż z dużymi rodzinami. Może i jest mniej roboty z odkładem niż dużą rodziną, gdy doliczymy miodobranie, ale czy na pewno nie chodzi o to, żeby czasem miodobranie zrobić? Dziś wiem, że odkłady wymagają ogromnej pracy, doglądania i starań. Wymagają zasilania i (w moim rejonie) karmienia. Słowem takie pszczelarstwo to o wiele więcej troski i wysiłku niż prowadzenie dużej rodziny. Żeby było śmieszniej, wszystko po to, żeby praktykować lazy beekeeping i docelowo przyjechać na pasiekę 2 czy 3 razy w ciągu roku.... ech... Tak czy siak model ekspansji wymaga pewnego bilansu zachowania odpowiedniej siły rodziny z utworzeniem możliwie najwięcej (racjonalnej wielkości) odkładów. Słowem balansowania na granicy samowystarczalności pszczół. A prawda taka, że moje odkłady często bywają poniżej granicy samowystarczalności i wymagają zasilenia (ale jednak zasilam je z innych, więc te inne są co najmniej na tej granicy, a czasem powyżej), ale jak dowodzi historia często bywają też powyżej granicy "przeżywalności", zwłaszcza jeżeli chodzi o ich siłę, bo w kwestiach zdrowia, to właśnie po to selekcję robię, żeby wyłonić te, które sobie radzą.
Ostatnio znów pojawiła się w "eterze" jakaś myśl Randy'ego Olivera, że od "zabijania" pszczół (zwłaszcza komercyjnych) nie poprawia się genetyki populacji. Należy więc leczyć, a na hodowcach wywrzeć presje, aby ci zaczęli wreszcie coś z tematem robić - słowem Randy ostrzega przed samodzielną selekcją sugerując, że trzeba pozostawić to specjalistom. I ja się z tym zgodzę i nie zgodzę równocześnie. Bo po pierwsze specjaliści ten akurat aspekt mają w dupie, bo w dupie mają go ich klienci (miód się liczy i tyle), a po drugie genetykę populacji poprawiamy przez stałe namnażanie tych, które przeżywają, a nie przez pozwolenie pszczołom na śmierć (...w męczarniach). Czyli w zasadzie Randy ma rację, tyle, że do problemu trzeba podejść od innej strony, niż on w tej swojej złotej myśli przedstawia. Zmierzam do tego, że model ekspansji oprócz eliminowania pszczół, które sobie nie radzą, pozwala na (ba, nakazuje!) powielenie genetyki tych, które sobie radzą wystarczająco dobrze (czasem wcale nie wybitnie, ale jak piszę "wystarczająco"). I o to chodzi w tym etapie selekcji, który powoli mam nadzieję kończę, ale czy tak jest w istocie, pokaże najbliższa zima i wiosna. Ekspansja nie polega na stałej pracy na odkładach, ale na zbudowaniu racjonalnej liczbowo populacji, która sobie radzi, po to, żeby można było zacząć powoli wyławiać te pszczoły, które zaczynają też przy tym nosić miód i nie wymagają tych wszystkich zabiegów i starań, których dziś wymagają moje maluchy. Selekcja nie polega też na tym, co czasem sugeruje Randy, czyli na stałym sprowadzaniu genetyki komercyjnej, która umiera (w męczarniach). Cała idea właśnie w tym, żeby tą genetykę przestać sprowadzać i oprzeć się na tym, co przetrwało.



Miód noszą pszczoły silne i zdrowe. Nie "leczone" czy też "nieleczone", ale właśnie (powtórzę) silne i zdrowe. Im silniejsza rodzina, tym więcej miodu. A patrząc precyzyjniej, to miód nosi ta rodzina, w której jest lepszy stosunek pszczół dorosłych do czerwiu. Im więcej larw na liczbę pszczół dorosłych, tym więcej rodzina zjada, a mniej odkłada. Ta proporcja może być dodatkowo zaburzona przez problemy zdrowotne. Bo te mogą objawiać się na przykład "krótkowiecznością" pszczół. Jak wiadomo miód noszą pszczoły najstarsze, więc jeżeli owady umierają za młodu, to miodu w ulu nie przybywa. A pszczoły mogą umierać jeżeli są osłabione (np. warrozą czy nosemą) i wtedy miodu w ulu nie będzie choćby było 2 korpusy pszczół ulowych - będzie wtedy dużo czerwiu, dużo pszczół młodych, a mało zbieraczek. Cały problem jest złożony. "Nieleczenie" może wpływać na to, że w pierwszym okresie selekcji rodzina będzie dotknięta tymi problemami i zanim sobie z nimi poradzi, to miodu nie będzie. Taka rodzina z obciążonymi chorobą pszczołami najczęściej jednak zapewne nie przetrwa zimy. Bo póki jest zastępowalność pokoleń, to pszczoły dają jakoś radę, głód niwelujemy cukrem i nawet solidnie możemy zakarmić pszczoły do zimy. Ale krótkowieczne pszczoły osypią nam się daleko przed wiosną i w takich przypadkach w listopadzie czy grudniu po prostu zastaniemy pusty ul. Model ekspansji z powieleniem rodzin przeżywających pozwala z czasem (tak mówi mi cała dostępna wiedza) wyłonić rodziny, które ze swoimi problemami sobie radzą.
Ale model ekspansji opiera się na dzieleniu. A w mojej ocenie zdecydowanie lepiej jest gdy pszczoły same wychowają matki. Słowem, cała moja wiedza podpowiada mi, że gorszym rozwiązaniem jest wychów matek w wybranych rodzinach i podanie matek czy mateczników do "obcych" odkładów. Te rodziny, które są najsilniejsze i najszybciej się rozwijają - należy tak założyć - radzą sobie najlepiej. Nie da się ich podzielić nie osłabiając ich (ja tego jeszcze nie umiem). Gdy je podzielimy nie są silne. Zbieraczki (najstarsze pszczoły) najczęściej zostają w macierzaku, chyba że wywieziemy rodzinki na inne miejsca - wtedy się podzielą do różnych odkładów. Rodziny słabsze miodu nie zniosą. Koło się zamyka. Zawsze mam dylemat, czy dzielić już, czy wytrzymać dłużej, czy zrobić rodziny silniejsze czy słabsze. Zawsze. I zawsze (tak było do tej pory przynajmniej) stawiam budowanie populacji pszczół ponad zbiory miodu. Podejmuję więc takie decyzje, które pozwolą mi (w moim mniemaniu) namnożyć najlepsze rodziny, a nie brać z nich miodu. Takie decyzje będę podejmował dopóty, dopóki na pasiece nie wytworzy się stabilna populacja pszczół radzących sobie z problemami i pozwalająca przejść do kolejnego etapu selekcji. Żeby to zrobić trzeba namnażać rodziny przeżywające. W międzyczasie muszę dyskutować z różnymi mądrzejszymi lub głupszymi argumentami, które pojawiają się pod moim przekazem. Jeden z pszczelarzy rzucił, że woli rodziny miodne niż te, które po prostu żyją. No cóż, choć ja też wolałbym rodziny miodne, to na razie nie umiem rozmnażać tych, które owszem i miodne są, ale nie żyją... Owszem, mogę podzielić podmor na kilka kupek i w ten sposób podzielić rodzinę nieżywą, ale na razie nie umiem jej ożywić i przenieść do kolejnego sezonu. Co najwyżej mógłbym wtedy hodować wspomnianą już pleśń na dennicy. Pozostanę więc przy dzieleniu rodzin, które "po prostu żyją", będę je obserwował, dzielił i liczył (naiwnie), że populacja zacznie się stabilizować.

Mam do dyspozycji teren jaki mam. Jedną pasiekę mam bardzo oddaloną, inną trochę mniej, a kilka tu w rejonie mojego domu. Wiem, że wszędzie pożytki nie rozpieszczają. Żeby znaleźć miejsce o rząd wielkości jakościowo lepsze, musiałbym zapewne szukać takiego miejsca minimum kilkadziesiąt kilometrów dalej. Na podziały rodzin mam krótką chwilę - jest to maj i czerwiec. Odkłady zimują jako odkłady, stąd wiosną nie grzeszą siłą, a często są dodatkowo osłabione przez niezwalczanego dręcza. Stąd schodzi im "chwila", żeby zbudować siłę. Podziały w maju, to często podziały rodzin, które jeszcze nie są w pełni siły. Podziały w czerwcu bywają zbyt późne, a więc odkłady po pierwsze mają mniej czasu, żeby odbudować się do siły, a poza tym nowo unasiennione matki trafiają na okres tutejszego głodu z początkiem swojego czerwienia. Tak źle i tak nie dobrze. W tym roku przykładowo pszczelarze krytykowali moje "późne" podziały, a z reguły spora część pszczelarzy, krytykuje mnie, że dzielę za wcześnie - słowem: czego nie zrobię i tak spotkam się z krytyką. A ja po prostu staram się bilansować podziały nie w pełni odbudowanych rodzin, z wizją potencjalnego głodu w lecie. Wczesne podziały to brak miodu dla mnie, ale ciut lepszy start maluchów. Późniejsze pozwoliłyby mi na wzięcie więcej miodu i karmienie cukrem maluchów w okresie kiedy rodzina nie jest jeszcze odbudowana w pełni (a to znów zagrożenie rabunkami). To ostatnie zresztą i tak co roku robię, nawet jeżeli podzielę wcześnie. No więc i tu podejmuję decyzję, którą uważam za lepszą dla budowania szerszej populacji i kolejny powód czemu miodu u mnie nie zbywa. Zazdroszczę tym, którzy mają lepszy teren, a w okresie nektarowych dziur pożytkowych mogą liczyć na spadź. Może i u mnie się coś zmieni w przyszłości? ... Ale o tym może innym razem.

Jeżeli chodzi natomiast o pogodę, jako przyczynę moich produkcyjnych i stałych niepowodzeń, to jest to jakiś czynnik obiektywny. Tyle, że inni pszczelarze mają taką samą pogodę jak ja (wiadomo lokalnie się to różni, ale żyją przecież na tym samym świecie). Pszczelarze do problemów z pogodą (ciepła zima, wczesna wiosna, wybuch wczesnych pożytków i głód letni) podchodzą na swój gospodarski sposób: rodziny zasilają, łączą, czy po prostu ich nie dzielą i utrzymują je w sile, selekcjonują nie na spokojną zimowlę, ale na siłę wczesną wiosną. A utrzymują pszczoły w sile także dzięki użyciu chemii. Ja tego nie robię i stąd pogoda dotyka mnie mocniej. Mój sąsiad pszczelarz też zawsze ma zbiory znacząco wyższe, choć chemii nie nadużywa i nie stosuje też wymyślnych metod hodowlanych. Tyle, że rodzin mocno nie dzieli, a nawet jak tworzy odkłady, to nie jest to na pewno tak wielkie osłabienie rodzin, jakie praktykuję ja. Robi po prostu silny odkład z silnej rodziny, a nie waży chwilę kiedy może "już" podzielić "średniaka", żeby nie było za późno... Więc i wiosną wychodzą mu pszczoły silniejsze i bywają w lepszej kondycji z racji mniejszych problemów z dręczem (bo załatwionych przez pszczelarza). A takie rodziny zawsze coś zbiorą, jak nie z tego pożytku to z kolejnego. To i tak się dzieje u sąsiada i tak się kręci u wszystkich okolicznych pszczelarzy. Przy stałych kompromisach pasiecznych, jakie muszę podejmować nie jest tak łatwo. Ale wystarczy posłuchać klimatologów. O ile do bodaj 2010 czy 2012 roku susza średnio występowała raz na 5 lat, to w ostatniej pięciolatce jest co roku. A w tym roku nawet i była 2 razy, bo jedna w kwietniu, a druga po połowie czerwca. To są czynniki obiektywne, które nałożone na model ekspansji dają właśnie taki efekt i tłumaczenie się przeze mnie pogodą z moich własnych tzw. "niepowodzeń". No i cóż, po pierwsze liczę, że ludzie zaczną myśleć bardziej o środowisku i problem głupiejącej pogody będzie malał.... jaaasne (kolejny raz wychodzi ze mnie naiwność). Jestem pesymistą jeżeli chodzi o długofalowe myślenie przedstawicieli mojego gatunku, czemu dawałem wielokrotnie wyraz. Po drugie liczę, że rośliny zaczną powoli przystosowywać się do zmian klimatycznych (w rośliny już bardziej wierzę niż w Homo sapiens). Dziś często obserwuję mnóstwo kwiatów, które jednak nie są oblatywane przez pszczoły, gdyż, z uwagi na susze i upały, po prostu nie nektarują. A w Bułgarii, gdzie potrafi nie lać 3 miesiące, a żar leje się z nieba, pszczoły potrafią nanieść niejedną nadstawkę. Jak się to dzieje? Zaś cud? Nie, po prostu rośliny miejscowe do takiej pogody są przyzwyczajone. Toż Dee Lusby praktykuje pszczelarstwo praktycznie na pustyni. I da się. Po trzecie gorąco liczę na stabilizowanie populacji pszczół z czasem i możliwość utrzymywania ich w na tyle większej sile, że pozwolą na wykorzystanie choć połowy tych lotnych i obfitych dni, które pszczoły innych wykorzystują, a dziś moje zbyt słabe rodziny po prostu wykorzystać nie są w stanie. Czy tak będzie? Zobaczymy...

W tym roku pszczoły są raczej zdrowe. Choć czasem wstrzymywały się z rozwojem z powodu czerwcowych upałów (nawet mając pokarm w ulu), to jednak ogólnie nie mogę narzekać. Poza kilkoma przypadkami rodziny są w bardzo dobrym stanie wizualnym. I tak, wiem, że to może być złudne, bo "na oko", jak twierdziło powiedzenie z moich lat dziecięcych, "to chłop w szpitalu umarł". Wszystko - jak zawsze - zweryfikuje zima. Ale na dziś w większości maluchy rosną, budują, a większe rodziny utrzymują siłę i wigor. Rzecz jasna są i wyjątki.
W tym roku w szczycie sezonu widziałem trochę bezskrzydłych pszczół w najsilniejszych rodzinach (po podziałach nie zauważam tego problemu). Dręcza widuję bardzo sporadycznie (w ostatni czwartek przeglądałem około 25 rodzin i widziałem tylko 1 roztocze). Niestety w kilku rodzinach rozpanoszyły się barciaki mniejsze. Ich larwy stały się dość bezczelne i niestety wciskają się w komórki z czerwiem. Wcale nie tyczy to tylko tych najsłabszych rodzin (np. ostatnio zauważyłem je w rodzinie zajmującej 8 ramek WP w bardzo dobrej wizualnej kondycji i obsiadającej dostępną woszczynę "na czarno"), a niektóre zachowują bardzo dobry rozwój. No cóż, dla barciaków widać rok jest dobry. Ciekawy jestem czy panoszące się barciaki po prostu pszczołom nie przeszkadzają i stąd są tolerowane, czy to jednak pierwszy objaw słabnięcia pszczół z końcem lata(?). Niezauważalny dla mnie w części rodzin (bo i w kilku jest to skorelowane ze wstrzymaniem się w rozwoju), ale już wyczuwalny przez te motylki? Barciaki dominują w lesie, ale i pod domem się zdarzają.

Choć kalendarzowe lato jest dopiero za połową, mam poczucie, że właśnie mniej więcej teraz rozpoczyna się pszczelarska jesień. Może jeszcze nie teraz, ale... o... już! Do jesiennego zrównania dnia z nocą jeszcze ho ho, bo blisko półtora pokolenia czerwiu. Ale pszczoły wiedzą co się zbliża. A zbliża się... no ... winter is coming.

niedziela, 28 stycznia 2018

Felieton*

Przedmowa

Ostatnio na stronie Stowarzyszenia "Wolne Pszczoły" ukazał się Felieton* pouczający nas wszystkich, żebyśmy nie byli bardziej papiescy od papieża. A raczej wielebniejsi od wielebnych. Treści zawarte w tym felietonie są proste: wszyscy robimy pewne ustępstwa, więc niech kamieniami rzucają tylko ci, którzy tych ustępstw nie robią. A takich wśród pszczelarzy nie ma. No może paru bartników (?... - pewny nie jestem), którzy działają czysto z pasji, a nawet i miodu nie zbierają - chyba że z martwych pni.

I nawet nie byłoby w tym nic strasznego, bo przecież to co powyżej napisane, to prawda, gdyby nie to, że czasem nie do końca, a ten akurat kamień rzucony - acz w drugą stronę - był w mojej ocenie, przez tego co to kamieniem rzucać akurat nie powinien*, tylko siedzieć cicho i robić swoje*. Kolejną sprawą jest to, czy w ogóle na stronie Stowarzyszenia taki tekst winien się znaleźć. Być może tak, być może nie. Być może jakiś tego typu tekst nawet MUSIAŁ się tam znaleźć, ale wymowa akurat tego konkretnego - z różnych powodów, być może nawet nie zawsze związanych bezpośrednio z jego faktycznymi treściami, a bardziej kontekstem - nie do końca mi się podobała*. Wydaje mi się, że mam do tego prawo*. Przecież wszyscy mają prawa. W zasadzie najczęściej mamy prawa. Posiadanie praw, to nasze niezbywalne prawo! Tak jak do godności ludzkiej. Wszystko można zbyć, tylko nie godność. A prawa - i owszem możemy zbyć - ale tylko dlatego, że to nasze prawo!* I niech się innym nie wydaje, że z prawem zawsze wiążą się obowiązki! ... No dobra, czasem tak - inni mają przecież obowiązek respektowania naszych praw. O, choćby mamy prawo nie tylko chodzić po chodnikach, ale i - ba! - odśnieżonych w zimie! Mamy więc prawo, ale chyba jednak obok tego są też obowiązki - na przykład ktoś ma obowiązek ten chodnik odśnieżać, a my wszyscy mamy obowiązki opłacania podatków, czy uczestniczenia w życiu publicznym, na przykład w wyborach. Ale i tak większość ludzi patrzy na to jak na prawo uczestniczenia w wyborach, a nie obywatelski obowiązek* i o tym świadczą statystyki frekwencji wyborczej tylko z rzadka przekraczające 50%. To świadczy o tym, że nikt nam - wielkiemu narodowi sarmackiemu - nie będzie mówił, że mamy obowiązek korzystania ze swoich praw - jakby nie były istotne i ważne*! A przecież nawet i my w naszym Stowarzyszeniu uchwaliliśmy w Regulaminie takież oto obowiązki - za przeproszeniem - członka: "brania udziału w działalności stowarzyszenia", "realizacji celów stowarzyszenia", "przestrzegania regulaminu (...)" (§ 9 pkt 1- 3 Regulaminu). Nie wdając się już w wewnętrzne sprawy, ograniczę się w tym felietonie do rzucania tylko tego, co można znaleźć publicznie i wyrażę tu o tym parę swoich słów komentarza, który rzecz jasna jest subiektywny i nie można mnie w żaden sposób za to winić* - choćbym manipulował i przekłamywał* - bo to w końcu felieton*!

Już od kilkunastu miesięcy - odkąd zarzucono mi że odstraszam ludzi od Stowarzyszenia - nie realizuję swojego prawa udzielania się na forum. Swój obowiązek prostowania niektórych głupot* wykonuję poprzez tego bloga, a swoje obowiązki wynikające z § 9 Regulaminu do tej pory realizowałem poprzez inną pracę*. Stowarzyszenie przyjęło oczywiście szereg różnych celów, a te podlegają interpretacji, czy inaczej wykładni. Regulamin, jak każdy inny akt prawny, podlega interpretacji i oczywiście najbardziej oczywistą jest wykładnia literalna (czyli czytamy wprost co do nas mówią), ale mamy też interpretacje choćby celowościową czy funkcjonalną (więcej o tym, jeżeli ktoś chce się w temat zagłębić - a może mu się przyda analizując zjawiska, o których mowa w telewizji - można poczytać w podręcznikach do prawoznawstwa, a kto lubi prosty język, może sięgnąć do podstawowego i jedynie-prawdziwego źródła wiedzy czyli Wikipedii). Do tej pory więc, na ile umiałem i na ile to subiektywnie rozumiałem, kierując się różnego rodzaju wykładnią, starałem się przeciwdziałać temu, co odbiegało od zapisów Regulaminu Stowarzyszenia. A są tam na przykład takie zapisy:
- § 4 ust. 1 "pszczelarstwem naturalnym w rozumieniu Regulaminu jest prowadzenie pasieki w sposób uwzględniający: (...)
b) potrzebę minimalizowania ingerencji pszczelarza w życie rodziny pszczelej, zwłaszcza poprzez odstąpienie od używania leków chemicznych, takich jak pestycydy, akarycydy i fungicydy, do zwalczania chorób pszczelich, a w szczególności roztocza Varroa destructor (...)
d) minimalizowanie, w zależności od możliwości i przebiegu sezonu, a zwłaszcza w okresie przygotowania do tzw. zimowli, podkarmiania pszczół pokarmem nienaturalnym, (...)
h) uznanie leczenia pszczół jedynie za czynnik wspomagania wytworzenia naturalnej tolerancji i odporności gatunku na choroby;
- § 5 Celami Stowarzyszenia są:
1) propagowanie zasad pszczelarstwa naturalnego, (...);
5) popularyzowanie wśród pszczelarzy potrzeby odejścia od stałego wspomagania lekami chemicznymi pasiek; (...)
A w Regulaminie forum czytamy:
Celami naszej małej społeczności i tego forum są:
1. propagowanie zasad pszczelarstwa naturalnego; (...)
5. popularyzowanie wśród pszczelarzy potrzeby odejścia od stałego wspomagania lekami chemicznymi pasiek;
- (...) Prosimy, na naszym forum pisz i czytaj posty właśnie w duchu tych celów i staraj się je zachować w swoich wypowiedziach. Dopuszczamy na forum wszelkie tematy związane z pszczelarstwem, za wyjątkiem tych, które jawnie sprzeciwiają się celom powstania tego forum (na przykład propagowanie tzw. "twardej chemii" w leczeniu warrozy, niszczenie bioróżnorodności gatunku pszczoły miodnej).

Czy te (i inne) zasady są dobre czy złe, to już sprawa dyskusyjna. Ci, którzy nazywają takich jak ja dręczycielami pszczół, choć pewnie skiną głową na treść tych zapisów, to już nasza praktyka i przyjęte metody do realizacji celów w niektórych pasiekach (na przykład mojej) są dla nich barbarzyństwem. Chodzi mi o selekcję naturalną - a raczej w części naturalną, bo na pasiekach, bo na odkładach, bo na sztucznie sterowanych rodzinach itp. A sam zwrot "selekcja naturalna" nie pada zresztą ani w Regulaminie Stowarzyszenia, ani nawet w Regulaminie Projektu "Fort Knox", który tylko mówi o tym, że "nie stosuje się jakichkolwiek zabiegów zwalczania roztoczy Varroa lub leczenia innych chorób". Czyli de facto selekcja naturalna, choć nie do końca w naturalnych warunkach*. Pytanie jak rozumieć naturalne warunki, to już inna para kaloszy. Niektórzy bowiem twierdzą, że skoro największa toksyna, nie występująca (no właśnie) "naturalnie" w przyrodzie, również jest "naturalna", bo wytworzona przez "naturalny" zakład chemiczny, skądinąd stworzony przez "naturalny" organizm jakim jest Homo sapiens*. I tak dalej i tak dalej i tak dalej. Tak czy siak (żeby nie odpłynąć za daleko) twórcom Stowarzyszenia - na ile to zrozumiałem będąc tam obecnym* - zależało na tym, żeby różnymi metodami dojść do stanu, w którym pasieki nie wymagają leczenia. A więc niezależnie od tego co będziemy robić, przynajmniej na pewnym etapie, jeżeli nie od razu, musimy oddać pszczoły selekcji naturalnej. No bo jak inaczej, nie leczyć pszczół? Pytanie pozostawało czy miało to zająć lat 10 czy 20 - to już inna bajka. Ale dziś każdy robi co może (jeden jest wielebniejszy, a inny mniej wielebny), żeby jego szanse wzrosły, a ostatecznie (choćby za 432 lata) wszyscy nie leczymy - bo taki jest przecież nasz cel, czyż nie*? Ale znów - mieliśmy się poruszać w określonych kierunkach i wypowiadać te słowa, które są zgodne z określonymi zapisami Regulaminu, przyjętymi celami Stowarzyszenia i celami forum. Taka była umowa. Inne wypowiedzi należy uznać za łamiące pewne cele.

Jeżeli więc mówimy: jak rodziny słabną, to trzeba przeleczyć amitrazą, pszczoły sprzedać i pieniądze przeznaczyć na działalność pasieki naturalnej - to w mojej ocenie łamie to § 4 ust. 1 lit. b oraz h jak i § 5 Regulaminu*.
Jeżeli więc mówimy: substytuty pyłku są świetne, a najlepsze to te z wyciągu rzygowin skowornka pomieszanych ze zmielonymi suszonymi kośćmi żabich udek - to w mojej ocenie łamie to § 4 ust. 1 lit d jak i § 5 Regulaminu*.
I wcale nie mówię, że nie możemy tego pod żadnym pozorem zrobić (zarówno łamać Regulaminu jak i wykonywać te wszystkie zabiegi pszczelarskie). Mówię, że mamy określone prawa i obowiązki i powinniśmy zdawać sobie sprawę z konsekwencji*. Mamy więc święte prawo zastosować amitrazę i nikt nie może nam "sarmatom" zabronić*. Ale dla mnie czym innym jest napisać o tym: "jestem zdesperowany, bo rodziny mi słabną. Nie stać mnie na selekcję naturalną, a nie chcę znów zaczynać od zera - z bólem serca zdecydowałem się więc spalić tabletkę", a czym innym: "chłopie, jak ci rodziny słabną, to weź lecz pigułą, a jak nie chcesz jeść potem takiego miodu, to sprzedaj te rodziny tym, którym to nie przeszkadza"* (jedna i druga wypowiedź nieautentyczna). To są dwa zupełnie różne konteksty. Jeden z nich uznaję za propagowanie ciężkiej chemii, a drugi za wyraz desperacji pszczelarza-amatora, który nie wie co robić, bo doszedł do ściany i nie zna rozwiązania problemu, z którym nie może wygrać cały świat*. Mamy więc prawo tak postępować jak uznajemy za słuszne i leczyć tym co uznajemy za słuszne (w granicach środków dozwolonych), ale mamy też obowiązki, które każdy sam na siebie nałożył wypełniając stosowną deklarację i płacąc co rok 100 zł*.

Niestety w mojej ocenie publiczny przekaz jaki idzie z "mediów" Stowarzyszenia chwilami przestaje być propagowaniem tych zasad, które wynikają z wykładni literalnej, celowościowej czy funkcjonalnej Regulaminu*. To moje osobiste zdanie, ale też mam święte "sarmackie" prawo do takiej opinii*. Wyraziłbym je zapewne normalnie (normalnie? normalnie dla mnie, a w więc z wrodzonym mi wdziękiem i dyplomacją...) na forum, ale już na forum nie pisuję, odkąd zacząłem straszyć ludzi*. Co więcej nie tylko ja mam takie zdanie, bo (nie wymieniając innych) i nawet kolega Michał, którego tu wielokrotnie krytykowałem mówi, że jakby chciał czytać takie rzeczy, jakie się ostatnio wypisuje, to nie siedziałby na Wolnych Pszczołach. Tu przyszedł po coś innego. Ja też.

Jeżeli chodzi o felieton o Wielebnych i Najwielebniejszych, to niestety pisany jest przez dotychczas najwielebniejszego, który, jak się okazało, najwidoczniej nie doczytał w książkach, co to jest warroza, jakie skutki czyni i nie przemyślał konsekwencji*. Gdy w paru punktach jego wypowiedzi na forach były konfrontowane przez innych, dziwiących się tym wszystkim nowym koncepcjom (np. dotyczących  substytutów pyłku), uznał za swój święty obowiązek wytłumaczenie światu, że choć wcześniej był najwielebniejszym, to dziś nie należy do dobrego tonu rzucać kamieniem w kogoś, kto robi ustępstwa, skoro wszyscy ustępstwa czynią*. Choć uważam, że tego typu tekst zapewne był potrzebny, żałuję, że ukazał się z niektórymi treściami, a samo autorstwo - jak dla mnie* - jest co najmniej dziwne. A więc szkoda, że zrobił to na stronie mającej propagować poglądy od pszczół wolnych, a nie na swoim nowo założonym blogu. A co więcej? W mojej ocenie szereg różnych wypowiedzi z ostatniego czasu w pewien sposób ośmiesza, to co robiliśmy do tej pory*. Na przykład przekonywanie przez lata, że podstawą zdrowia jest odpowiednia i naturalna dieta, a potem rozprawianie o wspaniałych skutkach zastosowania substytutów pyłku (tak jakby nie można było sobie naturalnego pyłku poławiać samemu, czy choćby kupić gotowego na allegro). Czy też na przykład przekonywanie przez jednego z kolegów przez 2 lata na różnych forach, że selekcja naturalna jest w zasadzie jedyną drogą do nieleczenia pszczół, po to, żeby nazwać ją ostatecznie "nieracjonalną". Jest jeszcze kilka innych przykładów, ale też nie o to chodzi, żeby punktować każdą sprawę, z którą się nie zgadzam. W końcu one w większości jakoś tam mieszczą się w zakresie regulaminowym. A piszę to z przykrością, choć być może powinienem siedzieć cicho. Ale niestety w mojej ocenie dość nieciekawy merytorycznie przekaz rysuje się w ostatnim czasie - i cóż tu dużo mówić i się rozpisywać (a piszę to po tym jak się już rozpisałem i jeszcze planuję) - chcę się po prostu od tego odciąć i nie chcę być z tym kojarzony. Nie chcę patrzeć na to, że coś co budowałem jest ośmieszane* i dewaluowane* dlatego, że ktoś nie doczytał podstaw i nie słuchał tego co cały świat gadał (a nawet co my sami mówiliśmy). A tak to niestety wygląda. Stąd ten post i szereg różnych oświadczeń (z pszczołami w tle). A może się mylę - ale w końcu to felieton, za który nikt nie ponosi odpowiedzialności i można sobie pisać co tylko się chce - co zresztą wynika przecież z samej konstrukcji felietonu*.

Wstęp

Na wstępie (wstępie?) przypomnijmy więc co pisze Kirk Webster (całe tłumaczenie można znaleźć TU - gorąco polecam ten tekst, bo w krótkich i żołnierskich słowach autor pisze w nim to co najistotniejsze):
"Jest jednak pewna cecha, którą wszyscy oni (pszczelarze, którzy dziś nie leczą - przypis mój) mają wspólną, pewne doświadczenie dzielone przez wszystkich: czy Wam się to podoba czy nie, każdy z nich patrzył, jak jego pszczoły przechodzą przez przynajmniej dwa cykle Zapaści i Ozdrowienia, zanim pasieka osiągnęła wystarczającą stabilność, by bez leczenia produkować nadwyżkę produktów pszczelich. Dla niektórych z nas, którzy nie mieli pojęcia, co robią, a którzy zaczęli z pszczołami o bardzo małej zdolności do koegzystencji z warrozą, owe cykle Zapaści wyglądały bardzo dramatycznie, prawie katastrofalnie." (podkreślam dla zwiększenia dramatyzmu...)
I cóż mogę powiedzieć więcej. To jest naprawdę cała mądrość jaką trzeba posiąść i co zrozumieć, żeby zacząć stosować metodę selekcji naturalnej*. (Inna wiedza tyczy się bardziej tego jak to zrobić, żeby to miało ręce i nogi). A nawet, żeby z tej drogi świadomie zrezygnować - z różnych powodów, choćby takiego, że nie stać cię na "co najmniej dwa cykle zapaści" zanim będzie nadwyżka miodu i to do tego być może cykli "katastrofalnych" - bo niestety my funkcjonujemy w miejscu, w którym te nasze pszczoły (czy to idealizowana przez niektórych AMM czy inne, jak choćby demonizowana przez niektórych Buckfast) mają małą lub żadną zdolność koegzystencji z warrozą. Mierzi mnie więc jak słucham, że skoro było "katastrofalnie", to znaczy, że to nieracjonalne, czy że to nie działa. Ot, przecież odnosimy taktyczną porażkę, żeby zrealizować cel strategiczny. Albo to jest racjonalne i przechodzimy przez cykle Zapaści (bo chcemy pszczoły bez leczenia), albo racjonalnym jest nie przechodzić przez cykle Zapaści (bo nie chcemy pszczół bez leczenia, albo chcemy mieć stały dochód z pszczelarstwa - choćby z jednego ula - już od dziś)*. Kirk dalej pisze : "Okaże się jeszcze, czy aktualnie selekcjonowane pod kątem zachowań higienicznych, z liczeniem osypu roztoczy i badaniami sporów nosemy, wciąż leczone pszczoły któregoś dnia zdołają prosperować bez leczenia i nie będą musiały przechodzić przez cykle Zapaści i Ozdrowienia" (tłumaczenie z moją lekką korektą - wg mnie lepiej oddającą to co Kirk powiedział w oryginale), tym samym powątpiewając we wszelkie projekty selekcyjne jakie realizują na przykład Idol-Randy czy Erik Osterlund (do przykładu tego ostatniego zresztą Kirk się wprost odnosi). Kirk też sugeruje, że pomimo leczenia pszczoły - czy to selekcjonowane na cechy potrzebne do koegzystowania z roztoczem, czy też nie - i tak będą przechodziły te cykle Zapaści - co się zresztą przecież cały czas (okresowo i regionalnie) dzieje wokół nas - ale to już zupełnie inny temat.


Manipulacje**

1. Pierwsza manipulacja jaka znajduje się w felietonie o Wielebnych to już samo jego autorstwo - o czym wspomniałem powyżej. Uzasadniając tą tezę, powiedzmy, że posługuję się wykładnią historyczną*. (można sprawdzić na Wikipedii o co chodzi)

2. Autor pisze: "Dwie skrajnie przeciwne postawy dotyczą kwestii agonii zasiedlonych uli. Jedna strona twierdzi, że w imię idei należy pozwalać i biernie się przyglądać, jak upadają zgromadzone na pasiece pszczoły, nawet w 100%. Jest to pewien rodzaj kultu selekcji „naturalnej”. Po przeciwnej, skrajnej stronie tej osi poglądów, uważa się za całkowicie nierozsądne i nieetyczne bierne przyglądanie się upadkowi uli, gdyż pszczelarz jest opiekunem swoich pszczół, które osadził tam celowo." No i cóż tu można powiedzieć, jeśli nie "manipulacja"*? Otóż ten "kult selekcji naturalnej" w żaden sposób u nikogo kogo znam i nigdy nie wynikał "z imienia idei". Oczywiście, autor pisze tu o skrajnych poglądach, z tym że ja nigdy nie zetknąłem się z tym pierwszym, tj. z tym, żeby ktoś chciał patrzeć na agonię uli w imię idei. Nigdy. Z ani jedną taką opinią. Odkąd znam Kubę udowadniał, że "hands off" czy "selekcja naturalna" są w pełni racjonalne. No chyba że "ideą" nazwiemy chęć przejścia przez cykl Zapaści i Ozdrowienia, o których mowa była we "wstępie" i chęć uprawiania zdrowego pszczelarstwa bez masek przeciwgazowych, bez trucia się toksynami podczas ich wdychania i spożycia. Chyba że "ideą" jest długofalowe spojrzenie na pszczelarstwo i swoista inwestycja dziś w to, aby jutro było lepiej i zdrowiej. Jeżeli tak, to również do idei proszę dopisać lanie toksyn do uli w imię wyższych zbiorów miodu. Są to takie same "idee" - tylko różne w treści*. Popatrzmy też na manipulację w doborze słów (podkreślenia). Mamy więc w pierwszej części równania (nieracjonalne?) "ideę" i "kult" (ten ostatni od razu kojarzy mi się z kultem Kali ze "Świątyni Zagłady"). W drugiej rozsądek przyświecający ratowaniu uli. Do tego bierne (ideowe?) patrzenie na agonię uli byłoby w myśl sugerujących stwierdzeń drugiej części równania "nieetyczne" dla "pszczelarza-opiekuna". "Opiekun" przecież od razu kojarzy się pozytywnie - w przeciwieństwie do "kultu"*. I wszystko byłoby ok, że stawiamy takie równanie - bo przecież tak nas właśnie przedstawiają, bo przecież piszemy o różnych poglądach pośrednich, o dyskusji między nimi, a autor wcale tam nie pisze, że utożsamia się z którymś z pojęć (sam też poruszałem takie tematy używając podobnych stwierdzeń - patrz np. tu). Byłoby, gdyby nie wymowa całości w kontekście miejsca publikacji i "wykładni historycznej"*. 
Żeby więc nie było manipulacji i nadmiernej ideowości zgodziłbym się na mniej więcej takie zdanie zamiast cytowanego wyżej (przykładowo): "Jedna strona twierdzi, że racjonalnym długofalowo jest pozwolenie na eliminację osobników nieprzystosowanych, natomiast druga zaprzecza racjonalizmowi biernego przyglądania się śmierci pszczół. Obydwie strony zarzucają sobie swoisty kult (kult miodu kontra kult selekcji naturalnej) i wskazują na etyczne argumenty wspierające ich własne wybory". Brzmi inaczej?

3. "Zazwyczaj (ale też niekoniecznie) inne zasady postępowania dopuszcza się dla już stabilnej pasieki z pszczołami, na których możemy bez trudu z sukcesem gospodarować wedle zasad PN lub TF. A inne są zasady na etapie dochodzenia do PN czy TF z pszczołami, które nie mają takich zdolności, by temu podołać. W tym drugim przypadku można sobie pozwolić na odstępstwa, zasady są bardziej miękkie, mniej radykalne"... - no i właśnie o to chodzi, że niekoniecznie*... Oczywiście możemy uznać, że nasz okres przejściowy polega na tym, że leczymy pszczoły po to, żeby zbudować odpowiednią wielkość pasieki i żeby selekcja zabierając swoje żniwo pozostawiła coś dla nas. Ale wtedy nie mówimy o selekcji naturalnej, tylko o zupełnie innym praktykowaniu pszczelarstwa (nie wchodząc w szczegóły) - i na pewno nie jest to praktykowanie pszczelarstwa tzw. TF. Bush np. mówi - jeżeli pszczoły są głodne - nakarmię; jeżeli jestem zdesperowany bo jest głód pyłkowy (o tym później) - podam substytut zmieszany z pyłkiem. itp. Nie mówi: w okresie przejściowym karm pyłkiem - on to robi nawet dziś - gdy w jego mniemaniu musi, gdy jest "zdesperowany" (jak to sam pisze). Problem jest więc inny - i na tym polega manipulacja* - problem wynika z tego, że na przykład pszczoły będące w kłopotach będą częściej głodne, bo nie są samowystarczalne. Więc być może w tzw. "okresie przejściowym" trzeba interweniować częściej, ale nie dlatego, że zasady są inne, czy bardziej miękkie, tylko dlatego, że inne są pszczoły. Ale ewentualne interwencje podejmujemy na tych samych zasadach - kiedy musimy, bo widzimy (wydaje nam się), że jest źle*.

4. "Czerpiąc informacje od Wielebnych nie należy jednak zapominać, że gdzieś na drugiej półkuli świata, w globalnym przepływie informacji, są ludzie, którzy mogą mieć inne warunki w dochodzeniu do PN i TF. Można wybaczyć znanym propagatorom, że nie zawsze o tym informują. W końcu przecież trudno aby byli idealni. Przedstawiają warunki, jakie znają, prawdopodobnie licząc na rozsądek (lub może jego brak) naśladowców." - nie znam nikogo, ani jednej osoby - wliczając samego autora tych słów - kto informowałby o pewnych sprawach w oderwaniu od warunków panujących w miejscach, z których płynie wiedza*. A zwłaszcza licząc na pozbawionych rozsądku ślepych naśladowców*....

5. "Jednym z takich kontrowersyjnych zagadnień jest kwestia podkarmiania pszczół. Można, czy nie można? (...)" - i tu trzeba wrócić do "wykładni historycznej"... Chyba jedyną znaną mi osobą, która z zasady poruszała temat potrzeby karmienia głodnych pszczół jest autor tekstu o Wielebnych*. Nie twierdzę (co mu często zarzucano), że pszczoły głodził. Nie głodził. Chodzi bardziej o dysputy czy rozważania teoretyczne. Fakt, że to pewnie częściej pszczoły były głodne u mnie niż u niego... i mi to też zarzucano zresztą. Z tym, że to nie ja mówiłem o "leczniczych głodówkach", które pszczoły robią celowo, bo im to służy, a o tym, że w ciągu sezonu prężniejszy odkład powinien radzić sobie sam. Moje maluchy miały zawsze dawane ciasto - choć tylko niewielkie ilości "na przetrwanie" - za to praktycznie na każdym przeglądzie. Nigdy nie opowiadałem, że karmienie to "treatment agaist starvation" - to była domena autora*. Nigdy nie miałem wątpliwości, że z końcem sezonu trza lać syrop (zawsze zaczynałem to robić od przełomu lipca i sierpnia) - choć nie do "zalania gniazda" a do poziomu, który pozwoli 90% rodzinom potrafiącym gospodarować pokarmem przetrwać zimę. Piszę to, bo niektórzy zarzucali mi też, że nie karmię. Mogę przyznać, że czasem mogłem karmić za mało (robiłem to celowo, aby minimalizować nienaturalny pokarm w ulu - o tym później), ale nigdy nie wyrażałem osobiście takich opinii czy nie spotkałem się z opiniami u innych, że pszczół nie należy karmić jak są głodne - ... chyba tylko autor tekstu sugerował, że wtedy robią sobie głodówkę....* Więc nie sądzę, żeby karmienie samo w sobie - kiedy jest potrzebne - było nadmiernie kontrowersyjne czy to wśród kolegów w Polsce czy wśród Wielebnych na świecie. Bardziej chodzi tu o pewne zasady karmienia* (o tym dalej).

6. "Człowiek podkarmia je też substytutami. Dlaczego? Pierwotna przyczyna jest taka, że są tańsze niż produkty pszczele. Taki jest tego powód zazwyczaj, choć też niekoniecznie. Można by karmić tylko produktami pszczelimi, często kupionymi w sklepie, najczęściej zresztą zabranym pszczołom leczonym akarcycydami, a to przecież pszczelarze PN i TF krytykują. Tu akurat są jednomyślnie zgodni. Czy w zamian możemy karmić jednak substytutami czyli paszami? Sprawy te wzbudzają kontrowersje. Wydaje się, że w tym chaosie możliwości i różnych opinii moglibyśmy błądzić jak dzieci we mgle. Całe szczęście niektórzy z Wielebnych zostawili nam rady, kiedy i jak możemy karmić." - o tak... bez tych wskazówek jesteśmy jak dzieci... i to we mgle! Jak to dobrze, że autor przytoczył wskazówki od Wielebnych*! Jeżeli też dobrze zrozumiałem tą myśl, to jestem również "jednomyślnie zgodny" z tym, że nie należy karmić miodem ze sklepu bo jest pełen akarycydów. No cóż, raczej nie robię tego z powodu jego ceny, a gdyby ten czynnik ekonomiczny zupełnie odłączyć od równania, to mając do wyboru cukier lub miód "pełen akarycydów" ze sklepu, prawdopodobnie wybrałbym ten miód. Nie dlatego, że uważam, że pszczołom te akarycydy i ich pozostałości posłużą, tylko dlatego, że całość karmienia trzeba jakoś zbilansować. Chyba wolałbym więc podać pszczołom pokarm przerobiony, mający odpowiedni stosunek cukrów i wzbogacony enzymami - a i też niewątpliwie mający w sobie choć część przerobionego nektaru (i śladowe ilości akarycydów), a nie tylko paszę - niż cukier rozpuszczony w wodzie. Nie byłbym więc z tą jednomyślnością taki zupełnie pewny. Co więcej z tego co kojarzę z historii różnych dyskusji podobne opinie wyrażał i sam Kuba (choć mogę się mylić - jeżeli tu wprowadzam w błąd, to z góry przepraszam)*.

7. "Oto kolejne wskazówki od Michaela Busha, który jest wzorem dla wielu „naturalnych”, ponieważ napisał poczytny w środowisku PN podręcznik „Pszczelarstwo Naturalne”" - Pomyłka czy manipulacja (fakt - bardzo niewielka)? Bo jeszcze dokładniej to ten tytuł brzmi: "Practical beekeeper" - a więc "Pszczelarz praktyczny" czy "Praktyczny pszczelarz" i chyba właśnie o tym jest ta książka. Podręcznik posiada jednak podtytuł "Beekeeping naturally" - przetłumaczmy to "pszczelarząc naturalnie"*.

8. "Dlaczego podaję te przykłady? (chodzi o cytaty z Solomona Parkera i Michaela Busha - do zapoznania się w tekście - przypis mój) Ano dlatego, że sami często we własnym gronie powołujemy się na ich zasady i ich praktykę. Stawiamy ich jako wzór i autorytet godny naśladowania. Mam wrażenie jednak, że czasami będąc zbyt radykalni, wpadamy we własne sidła". Tak, to prawda. Patrząc na "wykładnię historyczną" autor tekstu o Wielebnych wpadł we własne sidła i dziś musi się wycofywać rakiem ogłaszając to światu*. Chyba nie ma nikogo, kto nie stosowałby od samego już początku dokładnie tych rad, które udziela Bush w przytoczonym cytacie - a upraszczając brzmią mniej więcej tak: "jak są głodne i nie ma pożytków, to karm, żeby nie padły" (patrz pkt 5 i 6 powyżej). Ja sam - choć mogę źle ocenić potrzebne ilości czy posiadany zapas - karmię mniej więcej tak jak sugeruje Bush w cytacie i tymi też zasadami kierują się chyba prawie wszyscy (choć zapewne inaczej oceniając "żelazny zapas" czy potrzebną dla pszczół ilość). A Bush nie mówi (akurat tam) nic o substytutach pyłku - o tych wspomina zaś w przytoczonym cytacie Parker. Ja osobiście nie podawałem nigdy substytutów pyłku i na pewno nie zamierzam.
A w tekście tym - jak odnoszę wrażenie - bardziej chodzi o to, żeby fałszywie wesprzeć się autorytetami, przedstawiając ich słowa w oderwaniu od kontekstu i ich całego dorobku, tylko po to, żeby uzasadnić jakieś swoje nowe koncepcje*.

9. "Jednocześnie zdarza się, że niemerytorycznie, emocjonalnie i krytycznie oceniamy działanie innych, nie starając się poznać ich subiektywnie dobrych powodów do podjęcia pewnych działań. Bywa, że niemerytoryczne argumenty, jakie rzucamy, nie pochodzą z dziedziny np. pszczelnictwa czy biologii pszczół, ale odpływają w takie rejony jak: antromorfizacja pszczół, produkcja wyskoprocentowego alkoholu metodą domową itd. Przy tym w krytyce odstępstw od radykalnych ideologicznych zasad PN i TF łamiemy zasadę niesprzeczności logicznej.".... ojojojoj..... i jeszcze alkohol?... My niewłaściwie oceniamy innych, inni nas. Każdy też mierzy swoją miarą. Dla mnie nie jest to powód, żeby uznawać, że "radykalne zasady PN i TF" są koniecznie "ideologiczne" (o czym już pisałem powyżej). Bo razem z Kubą wielokrotnie też broniliśmy racjonalności wielu radykalnych zasad TF*. Po co mieszać w to aż tak daleko idącą ideologię jakiej możemy doświadczyć w tym zdaniu?

10. "Karmimy i rozmawiamy o substytutach nektaru z buraków i zbóż, a nie chcemy widzieć rozmowy o substytutach pyłku. Prowadzimy rozmowy o specjalnej węzie do zmniejszania pszczół, o plastikowej węzie, o substytucie plastra pszczelego czyli plastikowym plastrze, o rodzinach dwumatecznych, o intensywnym przewożeniu pasieki np. na pożytek, o kratach odgrodowych, o przegonkach, o intensywnym manipulowaniu dzieleniem i namnażaniem rodzin, o tworzeniu mikro-ulików z mikro-odkładów weselnych, o hodowli matek, o zabiegach maksymalizujących produkcję miodu z miodni, o zabieraniu pszczołom miodu aby w zamian podać substytut, o zabieraniu pszczołom pyłku przez wymyślne technologiczne nowoczesne pułapki, o wymianie matek, o usuwaniu trutowych matek, o wysyłaniu matek w ciasnych klateczkach, o trzymaniu pszczół w ulu domowym w zimę w ciepłym mieszkaniu w gnieździe o szerokości jednej ramki itd." - Tak jest. Prowadzimy szereg różnych rozmów i w przypadku większości lub wszystkich tych wymienionych spraw mówimy jednoznacznie: zaburzają one pewne naturalne mechanizmy funkcjonowania pszczół. Godzimy się na nie, gdy są one niezbędne czy potrzebne do realizacji naszych celów, które każdy różnie bilansuje, ale nigdzie nie mówimy: są super dla pszczół. Dlatego właśnie potrzebny jest pewien merytoryczny kręgosłup i minimalizowanie tych ingerencji, a maksymalizowanie pozostawienia pszczołom ich spraw*.

11. "Wszyscy stosują walk-away split, a masowo i intensywnie robiła to Dee Lusby łącznie z poddawaniem matek „zimą” (a raczej wtedy, kiedy w Arizonie występuje coś na kształt „zimy” pszczelarskiej), manipulując przy okazji selekcją pszczół." (???) Zastanawia mnie ta "manipulacja selekcją pszczół". Bo mi to brzmi raczej jak manipulacja w tekście, który ma bronić jakieś absurdalne zmiany nastawienia do karmienia naturalnym/sztucznym pokarmem*. Czyli, że co robiła? Wybierała mateczniki z tych rodzin, które jej odpowiadały do pracy i podawała je innym przy tworzeniu odkładów? A może rozpylała spermę trzmieli na swojej pasiece? Tak czy siak, o ile wiem Dee Lusby "manipuluje" selekcją tak jak każdy pszczelarz TF - czyli rozmnaża spośród tych, które przeżywają bez leczenia na jej pasiece (wykonując przy tym - słusznie czy nie - różne zabiegi, które w jej mniemaniu uchronią jej pasiekę przed inwazją genów pszczół zafrykanizowanych)*.

12. "Michael Bush karmi substytutem nektaru i pyłkiem, a czasami, jak musi, też substytutem pyłku. Robi to w celu wzmocnienia rozwoju słabych rodzin na wiosnę i wymuszenia produkcji dobrych mateczników w hodowli matek, które sprzedaje". Cóż, dochodzimy do końca tekstu i jednej z ostatnich jego manipulacji*. Michael Bush wielokrotnie podkreślał, że jest przeciwnikiem stosowania substytutów pyłku. Przyznam, że ja raczej trafiałem na informacje gdzie pisze kategorycznie, że nigdy tego nie robi (patrz np. TU). Kuba podesłał jednak parę linków z forów internetowych, gdzie Michael Bush przyznaje, że czasem zdarza mu się je zastosować (są podlinkowane pod tekstem - szkoda, że nie przetłumaczone, bo może manipulacja byłaby trochę mniejsza). Zawsze zastrzega jednak, że podaje je z naturalnym pyłkiem, którego daje nie mniejs niż 50%, a robi to tylko gdy jest "zdesperowany" (takiego określenia używa: When I'm desperate). Niezależnie od wszystkiego z kontekstu jego rozlicznych wypowiedzi wynika, że jest wrogiem stosowania substytutów pyłku u pszczół i podkreśla, że badania wskazują na ograniczenie długowieczoności pszczół wychowanych na substytutach i ich gorszy stan zdrowia. Nie robi tego "czasem", a gdy "jest zdesperowany". Przed wystąpieniem naturalnego wziątku z pyłku podaje "pyłek" (co wynika z cytatu w tekście), a nie substytut. A w jakim celu to robi - nie sądzę znając jego poglądy na temat "substytutów pyłku", żeby podawał substytut rodzinom wychowującym mateczniki. A jeśli nawet, to podaje nie substytut, a nie więcej niż 50% substytutu zmieszanego z pyłkiem naturalnym*.
Trzeba pamiętać, że każdy inaczej definiuje pszczelarstwo naturalne (bo samo pszczelarstwo bez leczenia jest jest już chyba łatwiejsze do zdefiniowania)*. Ale każdy się zgadza, że negatywne zjawiska (o jakich mowa w pkt 10) muszą być minimalizowane - być może na każdej pasiece w inny sposób. Może gdy jest głód, jeden będzie wolał podać pyłek i syrop cukrowy, a inny wywieźć ule na pożytek. To są już sprawy dyskusyjne, ale chyba bezdyskusyjnie polega to na minimalizacji manipulacji (w innym znaczeniu niż wielokrotnie używane tutaj) w rodzinie pszczelej*. Jeżeli więc podajemy czy to "nektar buraczany" czy "substytut pyłku", to tylko w ilości niezbędnej i uzupełniającej pokarm naturalny. Nie będzie więc - w mojej ocenie - zgodne z zasadami pszczelarstwa naturalnego odebranie miodu i zalanie rodziny syropem cukrowym na zimę, ale nie odebranie miodu czy wzięcie 1 ramki i dolanie syropu do ilości wystarczającej dla dobrej zimowli czasem dla niektórych może być po prostu niezbędną ingerencją - z tym zastrzeżeniem, że chcemy dać rodzinie szanse na przetrwanie, a nie "ideologicznie patrzeć jak umiera z głodu" (a tego chyba nikt nie stosuje - choć znów pewnie to temat na dyskusje)*.

13. "Wyznawcy najwielebniejszej z Wielebnych ze strony Resistant Bees dopuszczają do użycia i sprzedają plastikowe plastry i węzę w celu wymuszania zmniejszania pszczół." - jeśli już to w celu przyspieszenia regresji, a więc powrotu do naturalnego rozmiaru. A więc chodzi o sztuczne "odwrócenie" od tego co sztucznie zostało wymuszone wcześniej*.

14. "Nikt z Wielebnych nie jest więc nawet blisko radykalnego pszczelarstwa „naturalnego”". A to jest bardzo dyskusyjne dla mnie, bo według mnie oni wszyscy są bardzo, bardzo blisko (choć znów zależy jak definiujemy słowo "radykalne" w kontekście zupełnie różnorodnie rozumianego "pszczelarstwa naturalnego"). Jeżeli bowiem chodzi o "radykalny" odłam "hands-off beekeeping" czyli ograniczający ingerencję do tych na miarę tradycyjnego bartnictwa - to faktycznie są czasem nieblisko, ale pewnie bliżej niż wielu, wielu innych. Ich pszczoły jednak najczęściej pochodzą z pszczół lokalnych - bardzo często z dzikich rójek i zapewne w większości mają co najmniej dobre szanse, żeby po ucieczce z ich pasiek przeżyć "na wolności". Dla mnie to bardzo dużo i bardzo blisko "pszczelarstwa naturalnego". A czy "radykalnego" czy "racjonalnego" to już sprawa ideologiczna*.

Posłowie

No cóż. Nie mówię, że omawiany tekst zawiera wprost kłamstwa. Ale na pewno zawiera szereg manipulacji, których  nie chciałbym widzieć na stronie Stowarzyszenia*. Niestety muszę je tam oglądać. Traktuję ten tekst - że się powtórzę - jako swoistą ideologiczną wizję kogoś, kto niegdyś był chyba najwielebniejszym i doszukiwał się w "radykalnych" krokach racjonalizmu, choć zewsząd wszyscy pisali o co z tą warrozą tak naprawdę chodzi*.

Kirk mówi o potrzebie przejścia cyklów Zapaści i Ozdrowienia. Co najmniej dwóch - a to znaczy, że mogą być i 3, a czasem i 4. Niewątpliwie mogą być miejsca (np. przepszczelone i ubogie w pożytki, albo o niestabilnym klimacie), w których pszczelarstwo bez leczenia nie będzie możliwe w wydaniu ekonomicznie opłacalnym (a być może w żadnym wydaniu). Ale o tym nie przekonamy się nie budując pasiek na tych pszczołach, które przeszły wąskie gardła ewolucyjne* i nie przechodząc kolejnych etapów cykli Zapaści i Ozdrowienia, zgodnie z tym o czym pisze Kirk i inni nieleczący pszczół pszczelarze. Jeżeli ktoś co rok ma duże straty uzupełniane pszczołami z zewnątrz, opartych na genetyce "obcej" i nie pochodzącej z wąskiego gardła pozostawionego przez Zapaść, ale ma i pszczoły, które przeżywają, a które z jego własnych wyborów nie są namnażane i powielane (nawet i przy "nienaturalnym" wspomaganiu w czasie gdy tego potrzebują - jakkolwiek to rozumieć), a które ostatecznie umierają - to wcale nie znaczy, że co rok przechodzi kolejny etap cyklu Zapaści i Ozdrowienia i po 3 latach ma za sobą trzeci etap - i to do tego trzeci nieudany. Znaczy to tyle, że trzy razy przeszedł pierwszy etap Zapaści i nigdy nie wszedł w etap Ozdrowienia. To na prawdę nie jest trudne do zrozumienia (wydawało by się)*. Dokupując nowe pszczoły i nie korzystając z ogromnej wartości "niedobitków" te cykle można "przechodzić i przechodzić" latami - i zapewne kiedyś się uda, tak jak udało się - wg jego relacji - Charlesowi Martinowi Simonowi. Ale czy na pewno?*

Mam nadzieję, że nikt nie zarzuci mi, że pisząc swoje zdanie i polemikę do tych manipulacji zrobiłem coś nie tak - bo przecież to felieton*, a taki gatunek "literacki" z całą pewnością nie podlega ocenie w zakresie prawdy*. Można sobie w nim pisać co się tylko chce*.


_____________________________________________________
* Felieton - wg SJP (https://sjp.pl/felieton) jest to "utwór publicystyczno-dziennikarski o tematyce społecznej, obyczajowej lub kulturalnej posługujący się środkami prozy fabularnej", wg Wikipedii (https://pl.wikipedia.org/wiki/Felieton) to "specyficzny rodzaj publicystyki, krótki utwór dzinnikarski (prasowy, radiowy, telewizyjny) utrzymany w osobistym tonie, lekki w formie, wyrażający - często skrajnie złośliwie - osobisty punkt widzenia autora".
A generalnie okazuje się, że można sobie publikować co się chce, gdzie się chce i jak się chce, bo skoro to "osobisty punkt widzenia", to najwidoczniej może się znaleźć wszędzie, a sam "publikator" w żaden sposób nie powinien zastanawiać się nad treściami (a w szczególności czy są zgodne z ogólnym i planowanym przekazem), bo to subiektywny punkt widzenia autora. Proszę mnie więc nie winić za opublikowane tu treści, nawet jeżeli Wam się nie podobają, bo są one osobistym spojrzeniem autora.

** Manipulacja - wg SJP (https://sjp.pl/manipulacja) jest to "wpływanie na poglądy i zachowania innych osób poza ich świadomością dla osiągnięcia własnych celów"; wg najistotniejszego dziś źródła wiedzy (sic) Wikipedii (https://pl.wikipedia.org/wiki/Manipulacja) to "przeinaczanie, naginanie, wykorzystanie do własnych celów, wywieranie (często ukryte) wpływu oraz wszystkie działania mające na celu wywołanie konkretnych zachowań i reakcji u odbiorcy".
Jak dla mnie w tym konkretnym przypadku tekst powstał, aby uzasadnić światu zmianę poglądów wynikającą z ostatecznego "doczytania" co to jest warroza.*, ** (uwaga! manipulacja!) Nie twierdzę przy tym, że to kłamstwa, tylko własnie manipulacja*.