piątek, 6 marca 2026

Jak bardzo trzeba się napracować i ile zainwestować, żeby nie rozwiązać żadnego z pszczelarskich problemów - część 1

W marcowym numerze "Pszczelarstwa" ukazała się pierwsza część mojego nowego tekstu. Tekst ten jest wyrazem mojej frustracji i pewnej bezsilności związanej z brakiem realnych zmian w polskim pszczelarstwie. Wydawałoby się - z jednej strony, że wiele się zmienia: już tylko z rzadka takie osoby jak ja są wyzywane czy mieszane z błotem, a nadto zaczęła się pewna dyskusja wokół projektu zapoczątkowanego przez Ralpha Büchlera - Varroaresistenz-2033. Brzmi dobrze.

Z drugiej jednak strony cały czas słyszę - a przede wszystkim widzę - że polskie pszczelarstwo nie jest gotowe na zmiany. Słyszę też, że to mrzonki, że tym czy tym się nie udało i wciąż powszechne jest zniechęcanie do jakichkolwiek działań. O tak, pszczelarstwo nie jest gotowe na zmiany. To prawda, fakt. Ale to samo słyszymy od lat (ja odkąd się zajmuję pszczelarstwem czyli 2013 roku, ale przecież nie wtedy się pszczelarstwo i dyskusje zaczęły). Czyli kisimy się od lat w swoim sosie, a potem powtarzamy, że nie jesteśmy gotowi na zmiany. Nie jesteśmy, bo się bronimy przed nimi od dekad. To samo jest w dyskusjach społecznych czy ekonomicznych. Przykładowo Polska do dziś nie jest gotowa na ETS, choć znaliśmy te warunki wchodząc do Unii Europejskiej. Mieliśmy ponad 20 lat na jakiekolwiek zmiany - bo wiedzieliśmy co nas czeka, to była już wtedy oficjalna polityka i UE wyznaczyła długi czas na przygotowania, a my przystępując do Unii ją przyjęliśmy. Nikt nas niczym nie zaskoczył. Zmarnowaliśmy zupełnie ten czas. Zmiany zaszły wszędzie dookoła (swój "ETS" mają Chiny, czy miały USA za czasów innych niż obecne...), ale nie u nas, bo "nikt nam nie będzie w obcych językach", i tak dalej... Dziś budzimy się z ręką  nocniku i mówimy, że nie jesteśmy gotowi i że ktoś na nas coś wymusza. To samo jest w pszczelarstwie. W 2026 roku wciąż jesteśmy zaskakiwani warrozą i trudną sytuacją. Moim zdaniem bywa (nie wiem czy jest, bo to subiektywne odczucie) jeszcze gorzej niż dawniej. Przykładowo, w tle jest dyskusja o tym, że zmiany klimatu to brednie propagowane za pieniądze eurokołchozu, który chce zniszczyć polskie pszczelarstwo. Wciąż - nawet gdy wiemy to co wiemy o warrozie i innych chorobach pszczół - oglądamy różnej maści influencerów, którzy bezrefleksyjnie dymią kwaasem do ula, mówiąc: "zakładacie baterie, idziecie na pasiekę, kiedy macie czas dymicie". Bo kto by tam sprawdzał czy trzeba...

Podsumowując: mam dość. Przede wszystkim dość bełkotu, dość braku rzetelnej dyskusji, dość mentalnego zaścianka i średniowiecza (choć chyba przyrównanie tego co dzieje się dziś obraża średniowiecze). Z tym tekstem zamierzam więc zakończyć wszelkie aktywne próby docierania do pszczelarzy. Może raz na czas napiszę tu coś na blogu, pewnie będę pisał jakieś cykliczne podsumowania, ale zamierzam zakończyć (co najmniej na dłuższy czas, lata) pisanie artykułów do "Pszczelarstwa". Zamierzam też zrezygnować z jakichkolwiek innych aktywniejszych form działania, jakie albo podejmowałem, albo na które przynajmniej byłem otwarty. Po prostu jestem zmęczony rzucaniem grochem o ścianę i biciem głową w betonowy mur. Po 12 latach wreszcie zrozumiałem (brawo za bystrość i szybkość uczenia się, panie trutniu!), że nie ma to jakiegokolwiek sensu.
Biję się też z myślami czy wylać moje frustracje - nie tylko pszczelarskie, bo i społeczne - w sposób bardziej otwarty niż ten do "Pszczelarstwa" (powiedzmy, że takie rozwinięcie tego co tu we wstępie). Byłby to - powiedzmy - tekst terapeutyczny (sic!). No cóż, albo to opiszę, albo nie...

A teraz czas już na ostatni w ogóle lub ostatni na długi czas artykuł do "Pszczelarstwa". Zapraszam.

JAK BARDZO TRZEBA SIĘ NAPRACOWAĆ I ILE ZAINWESTOWAĆ, ŻEBY NIE ROZWIĄZAĆ ŻADNEGO Z PSZCZELARSKICH PROBLEMÓW - część 1

Wizje pszczelarstwa we współczesnym świecie są mocno zróżnicowane. Ale nawet wtedy, gdy mamy odmienne zdanie, warto przemyśleć argumenty, będące niejako w kontrze do tych bardziej powszechnych, utartych poglądów.

Kiedy czytam różne posty, artykuły, czasem książki (choć ich już z reguły nie kupuję, wystarczą mi te, które mam ) traktujące o „nowoczesnym” i „profesjonalnym” rozwiązywaniu pszczelarskich problemów, dochodzę do wniosku, że pszczelarze wykonują olbrzymi wysiłek fizyczny i intelektualny tylko po to, żeby do tego nie doszło. Nie dociekają ich istoty. Szukają jedynie „łat na powstające dziury”. Robią wszystko, żeby udało się przetrwać chociaż jeszcze jeden sezon dłużej, wykonując dokładnie to, co do tej pory – tylko „lepiej i bardziej”.

O co w tym pszczelarstwie chodzi?


Moim zdaniem dotarliśmy do pewnej ściany, której nie sposób pokonać, nie nabijając sobie kolejnych guzów i siniaków. Uważam, że powinniśmy na nowo zadać sobie kilka podstawowych pytań. A gdy już to zrobimy i odpowiemy na nie, być może wówczas będziemy wiedzieli, jak zredefiniować zasady zdrowego i zrównoważonego pszczelarstwa.
Zacznijmy od zastanowienia się o co tak naprawdę chodzi w pszczelarstwie. Inaczej to ujmując, prześledźmy motywacje, które kierują osobami podejmującymi to fascynujące zajęcie. Zakładam, że 99 proc. młodych adeptów nie zaczyna trzymać pszczół, żeby zostać wielkim pszczelarskim biznesmenem. Kierują się raczej pasją, chęcią kontaktu z przyrodą, ucieczką od codzienności – w świat dźwięków, zapachów, smaków, które pozwalają zapomnieć choć na chwilę o bieżących problemach. Nad ulem czas biegnie inaczej. Słowem motywacją założenia pasieki dla znaczącej większości – a przynajmniej tak mi się wydaje – jest hobby, pasja. Część osób na tym poprzestaje, ale pewnemu odsetkowi to nie wystarcza. Ani się nie obejrzą, a już obsługują co najmniej kilkadziesiąt pni, czasem kilkaset, a niektóre dochodzą do tysięcy. Hobby zmienia się w pracę, chociaż nierzadko nie przestaje ona pasjonować. A przecież, jak głosi przysłowie, ten kto z pasji uczyni zajęcie zarobkowe, nie przepracuje w swoim życiu ani jednego dnia. Bywa i tak, że nawet wielka pasja zmienia się w przykry obowiązek – szczególnie wtedy, gdy staje się przyczyną notorycznej frustracji. A ta może wynikać choćby z faktu, że pszczoły miewają problemy zdrowotne, bywa że giną masowo. Zdarzają się też złe lata, kiedy zamiast obserwować pięknie rozwijające się rodziny, gromadzące dużą ilość miodu (nawet nie na sprzedaż, ale na własne potrzeby) trzeba co chwilę mieszać wodę z cukrem i uzupełnić syropem tzw. żelazny zapas pokarmu w ulach. Jeżeli problemy zaczynają dominować nad pozytywnymi bodźcami, to tracimy motywację do oddawania się naszej pasji. Jednak wówczas nie sprawdza się również podejście biznesowe, bo koszty rozwiązywania nawarstwiających się problemów są większe od zysku.

BEE-WASHING


Bywa też tak, że decyzja o założeniu pasieki podyktowana jest chęcią realizacji jakichś proekologicznych celów. Wciąż słyszymy, że pszczoły są zagrożone i trzeba je ratować, a najlepszym na to sposobem jest wpieranie pszczelarstwa, zakładanie kolejnych pasiek i wprowadzanie pszczół miodnych w coraz to nowe, jakoby „niedopszczelone” regiony, np. do miast. Moim zdaniem pszczelarze są mistrzami green-washingu („zielone kłamstwo”) w „pszczelej” odsłonie, czyli bee-washingu, a pszczelarstwo miejskie jest kwintesencją i zarazem symbolem tego zjawiska. Termin wywodzi się on od angielskiego „brain-washing” (pranie mózgu) – wspominałem już o tym we wcześniejszym artykule. Niesamowicie silnie rezonuje ono w społeczeństwie, które dało sobie wmówić fałszywą tezę, że wspieranie pszczelarstwa, jako intensywnego chowu pszczoły miodnej, może pomóc ubożejącej przyrodzie, ekosystemom, środowisku, zapewniając jednocześnie pokarm rozrastającej się populacji ludzkiej. Tymczasem pszczoła miodna – jakkolwiek ważny element ekosystemu – nie jest niezbędna do podtrzymania zapylania dzikich roślin czy, tym bardziej, utrzymania różnorodnych ekosystemów. Zgadzam się jednak, że intensywny chów pszczół jest dość istotną częścią przemysłowego rolnictwa. Prawie żaden inny zapylacz nie pojawi się na zajmujących setki hektarów monokulturach. Pszczoła miodna sama też tam nie „przyjdzie”, ale można na czas kwitnienia roślin przewieźć „pudełka”, w których żyje, by zapyliła uprawy. W pewnym sensie, przy obecnym kształcie rolnictwa jest gatunkiem ważnym gospodarczo (trudno powiedzieć czy niezbędnym). Inną kwestią jest natomiast np. to, czy całe rolnictwo też nie powinno przejść gruntownej reformy, a może nawet rewolucji [o tym pisałem w innym tekście do „Pszczelarstwa”: „Zasada zrównoważonego rozwoju, czyli czas zmienić sposób myślenia” – przypis autora].

Udział pszczoły miodnej w ekosystemie w pewnym sensie można porównać do obecności ditlenku węgla w atmosferze. Proszę wybaczyć to wydawać by się mogło dziwne zestawienie, ale uważam, że w pewnym sensie jest ono zasadne. Już tłumaczę. CO2 jest niezbędny do życia, gdyż podtrzymuje ciepło na planecie w ramach tzw. efektu cieplarnianego (lepiej byłoby nazywać go szklarniowym). Bez niego skuta lodem Ziemia nie nadawałaby się do życia w znanej nam formie. Jego obecność w następstwie tego samego fizycznego efektu szklarniowego może być tragiczna w skutkach, gdy jest go zbyt dużo. Strefy klimatyczne planety mogą się całkiem rozregulować – to przecież już się dzieje na naszych oczach: susza, ograniczona dostępność do wody pitnej, fale upałów czyniące niektóre rejony niezdatnymi do życia ludzi, czy po prostu nadmierna ilość energii cieplnej w atmosferze, skutkująca większą częstotliwością i intensywnością naturalnych katastrof (burze, tornada, powodzie itp.).

Pszczoła miodna (Apis mellifera) jest naturalną i ważną składową ekosystemów w wielu częściach świata. Ale dzisiaj jej populacja na terenie naszego kraju jest zbyt duża. Rozwój pszczelarstwa odbija się na samych pszczelarzach. Stałe dostawianie coraz to nowych pni w ponoć niedopszczelonych miejscach skutkuje licznymi problemami epizootycznymi czy okresowym głodem wynikającym z konkurencji o pokarm przy ubożejących pożytkach. Tymczasem pszczelarski bee-washing trwa w najlepsze. Różnica pomiędzy pszczołą miodną a ditlenkiem węgla jest na omawianej płaszczyźnie taka, że wbrew propagandzie, ta pierwsza raczej nie jest nam niezbędna, a ich nadmiar nie spowoduje globalnych katastrof. Intensywny chów pszczoły miodnej w przepszczelonych krajobrazach stanie się przyczyną problemów lokalnych pszczelarzy i ekosystemów (np. wynikające z zanikania jakichś gatunków roślin lub zapylaczy). Prawdopodobieństwo, że przez brak lub nadmiar pszczół miodnych ludzie nie będą mogli egzystować na obszarze Ziemi o wielkości np. połowy dowolnego kontynentu jest minimalne, aczkolwiek długotrwałe skutki są jednak trudne do oszacowania.

Sądzę, że propagowany wzór uprawiania pszczelarstwa nie powinien polegać na sprowadzaniu obcego materiału genetycznego (matek), ciągłego stymulowania ich rozwoju po to by rodziny pszczele zajmowały siedem–osiem korpusów, a pozyskiwanie produktów pszczelich odbywało się kosztem ogromnych nakładów finansowych i przy negatywnym oddziaływaniu na środowisko. W moim przekonaniu uprawianie pszczelarstwa jest możliwe przy zachowaniu odpowiedniego komfortu pracy i stopnia realizacji swoich celów bez negatywnego oddziaływania na otoczenie - i to niezależnie od przyczyn leżących u podłoża decyzji o prowadzeniu pasieki, nawet jeśli są one czysto biznesowe.

Reakcja na problemy


W dobie narastających problemów bee-washing „dostaje wiatru w żagle” – jest problem z pszczołami, ergo trzeba wspierać i rozwijać pszczelarstwo. Ogółowi społeczeństwa, ba, pszczelarzom, nie tłumaczy się jakie jest ich rzeczywiste źródło. Rzadko wybrzmiewa bowiem stwierdzenie, że powodem wielu problemów jest brak wystarczającej ewolucji postaw w reakcji na zachodzące zmiany w otoczeniu i warunkach prowadzenia pasiek. Pszczelarze od lat postępują tak samo, natomiast zmieniająca się rzeczywistość na to już nie pozwala. Reakcją pszczelarzy na przepszczelenie danego terenu jest nierzadko zintensyfikowanie zabiegów przeciwwarrozowych. Dość powszechna jest także praktyka wprowadzania kolejnych rodzin tam, gdzie według dostępnych danych ich liczba nie przekracza wyliczonej dla kraju wartości średniego napszczelenia. Zapewne jest to wynikiem rozumowania, że skoro gdzieś lokalnie pszczół jest mniej to również mniejsza jest konkurencja, a presja chorób - słabsza. Niestety „poniżej średniej” to i tak więcej niż być ich tam powinno, żeby zapewnić normalny udział Apis mellifera w ekosystemie. Jeśli nawet w niektórych lokalizacjach - np. miejskich - występują jeszcze dobre, obfite pożytki, to nie znaczy, że trzeba je mocniej nasycić pszczołami. Krytykom nadmiernego rozwoju miejskiego pszczelarstwa (do których również się zaliczam) wcale nie chodzi o to, by z miast usunąć wszystkie amatorskie pasieki (zwłaszcza te, które mają długie tradycje rodzinne). Sprzeciw budzi raczej nadmierne zagęszczenie pszczół w imię źle rozumianej poprawy losu miejskich ekosystemów. Argument, że krajobrazy rolnicze są dziś mało przyjazne dla pszczół, a zbiory miodu w mieście bywają większe, więc trzeba je wykorzystać też nie jest zasadny. Możemy się z nim zgodzić wtedy , jeśli analizujemy go od strony krótkotrwałej opłacalności. Jeśli natomiast pójdziemy dalej bieżącą drogą, to wkrótce w przepszczelonych miastach pożytki także okażą się niewystarczające, a ostatnie tereny, które obecnie możemy nazywać (pod niektórymi względami przynajmniej) bardziej przyjaznymi dla pszczół, znikną w wyniku rozwoju intensywnego pszczelarstwa, tak jak zniknęły na dużych obszarach krajobrazów rolniczych.

Właściwe napszczelenie


Uważam, że powinniśmy jako środowisko pszczelarskie podjąć zdecydowane działania aby dążyć do korzystniejszego dla pszczół i ekosystemów zagęszczenia i rozmieszczenia rodzin. Jakie napszczelenie jest zatem właściwe? Odpowiedź nie może być jednoznaczna. Biorąc pod uwagę konkurencję o pokarm, wszystko zależy od obfitości i różnorodności pożytków. Dla przykładu na uprawie rzepaku zajmującej kilkaset hektarów wyżywią się setki, jeśli nie tysiące rodzin. Jeśli jednak zostawimy je tam po zakończeniu kwitnienia roślin, to prawdopodobnie ok. 90 proc. z nich nie dożyje do zimowli. Zginą z głodu. Być może kilka, ewentualnie kilkanaście procent (najsilniej rabujących) dotrwa do jesieni, dzięki zapasom zebranym od pozostałych. A zatem im teren jest bardziej zasobny w roślinność pylko- i nektarodajną, tym konkurencja o pokarm jest mniej dotkliwa dla zasiedlających go owadów. Wiadomo, że tam gdzie środowisko jest przyjazne, a na kilometrze kwadratowym nie stacjonuje więcej niż dwie rodziny (np. Wyspy Brytyjskie, Kuba), odporność pszczół na inwazję V. destructor buduje się samoistnie, ewentualnie z niewielką pomocą pszczelarzy. Natomiast tam, gdzie pszczół jest więcej, narastają problemy epizootyczne i śmiertelność. Mając na uwadze zdrowie pszczół, uznaję takie napszczelenie (dwie rodzin/ km kw.) jako maksymalne. Według danych z 2024 roku w Polsce na powierzchni 1 km kw. średnio ulokowanych jest 7,5 rodziny, a więc czterokrotnie więcej. Jednak w Małopolsce na 1 km kw. przypada ok. 14 rodzin. Natomiast w regionie najmniej napszczelonym (województwo podlaskie) jest ich 5, a więc gęstość rodzin przekracza wskazany limit 2,5 razy. Oczywiście presja chorób w regionach o nadmiernym napszczeleniu będzie tym większa im będą one uboższe w bazę pokarmową. O ile więc niemożliwe jest podanie jednej wartości optymalnego napszczelenia, to niewątpliwie możemy stwierdzić , że populacja pszczół miodnych w Polsce w kontekście ich dobrostanu jest zdecydowanie za duża.

Fake-newsy


Z prezentacji dra Semkiwa
Doktor Piotr Semkiw w październiku 2024 roku podczas konferencji, stwierdził że: W przestrzeni medialnej krążą nieprawdziwe informacje o przepszczelonym terytorium kraju, spadającej produkcji i nasilonych chorobach rodzin pszczelich […)]. Musimy walczyć z fake newsami [...]. No cóż, właśnie dlatego postanowiłem przytoczyć tą wypowiedź, ponieważ także jestem zdania, że powinno się z nimi walczyć. Z tego względu postanowiłem kategorycznie odciąć się od tych słów, posiłkując się opinią dr hab. Hajnalki Schentgyörgy z Zakładu Ekologii Roślin Instytutu Botaniki UJ : Myślę, że w takim układzie pan Semkiw jeszcze nie otworzył oczu na rzeczywistość, na to co się dzieje. W niektórych miejscach lokalnie na pewno są tu już dobrze widoczne problemy […], ale to będzie się tylko pogłębiać. Nawet jeśli on ogólnie nie widzi problemu, ten problem już jest i stoi w naszych drzwiach [...]. Ilość rodzin pszczelich świetnie wygląda w statystykach, ale moje pytanie jest takie: czy takie rodziny, które ledwo przezimowały są w stanie wydajnie zbierać miód? Czy są w stanie przetrwać cały sezon? Czy pszczelarze nie mają strat, które muszą niwelować produkcją kolejnych rodzin? Czy naprawdę tędy droga?” („Pasieka” 6/2025). Zgadzam się z praktycznie ze wszystkim poza tym, że w statystykach wygląda to dobrze. Moim zdaniem te statystyki są katastrofalne. W okolicy stacjonowania mojej pasieki (południowa Małopolska) dwa z ostatnich trzech lat (2023 i 2025 rok) były absolutnie dramatyczne, jeśli chodzi o dostęp pszczół do nektaru. Musiałem przez cały sezon podawać im syrop cukrowy (odkąd skończył się pokarm zimowy z końcem kwietnia aż do przygotowania do zimowli), próbując zapewnić im chociaż żelazny zapas i mimo tego, że karmiłem rodziny regularnie, nie zawsze mi się to udawało. Jeden z moich znajomych, utrzymujący ok. 100 rodzin w gospodarce zgoła innej niż moja (nastawionej na intensywną produkcję), przyznał się, że wiosną 2025 roku do końca czerwca zużył już ok. 800 kg cukru (w teoretycznie najlepszym dla pszczół okresie!). Zapewniam, że nie byliśmy w tym jedyni. Nie można jednak stwierdzić, czy ta sytuacja była spowodowana przepszczeleniem – wydaje mi się, że raczej przyczyną był stan środowiska (być może susza hydrologiczna – na roślinach były kwiaty, ale nie miały nektaru).

Walka z chorobami pszczół


Walka z chorobami pszczół polega obecnie przede wszystkim na mierzeniu się z postępującymi wciąż skutkami ubocznymi stosowanych przez wiele lat kuracji. Nie walczymy jedynie z pasożytem (Varroa destructor), ale także towarzyszącymi mu wyjątkowo zjadliwymi formami infekcji wirusowych, które są coraz bardziej zabójcze dla pszczół. Słuchając ostatnio pszczelarskich podcastów trafiłem na rozmowę z pszczelarzami z Australii, gdzie dręcz przedostał się kilka lat temu. Dzisiaj mają oni olbrzymi problem z dręczem, gdyż poziom porażenia niektórych rodzin przekracza nierzadko... 100 proc. – a to oznacza, że potencjalnie na każdej robotnicy pasożytuje co najmniej jedna samica Varroa. Pszczoły są w stanie wytrzymać takie porażenie (chociaż nie zawsze), ponieważ w Australii dotychczas nie potwierdzono występowania najbardziej zjadliwego zabójcy przenoszonego przez dręcza – wirusa zdeformowanych skrzydeł (DWV). Tymczasem w USA i Europie, za groźny i wymagający natychmiastowego przeprowadzenia leczenia poziom inwazji coraz częściej uznaje się ok. 1–2 proc., kiedy to jeszcze całkiem niedawno określano go na 3 proc., a podczas prowadzenia pierwszych programów selekcyjnych w USA (w latach 90. XX wieku) przyjmowano próg 10–15 proc. Dotychczasowy sposób prowadzenia walki z chorobami pszczół doprowadził więc do tego, że śmiertelność jest względnie stała (według oficjalnych danych dla Polski), ale co roku lub co dwa lata trzeba listę kuracji rozszerzyć o kolejny zabieg. Inaczej się już nie da. Podążając obecną drogą, generujemy więc coraz większe koszty prowadzenia pasieki – żeby „stać w miejscu” trzeba bowiem pracować coraz intensywniej (tzw. efekt królowej kier z „Alicji w krainie czarów”), bo w przeciwnym razie należy liczyć się z większymi stratami. Oczywiście powinny nam je zrekompensować coraz większe zbiory miodu z coraz bardziej wydajnych rodzin. Z tego względu hodowcy dwoją się i troją, żeby ich pszczoły były jeszcze bardziej produktywne i... jeszcze słabiej reagowały na środowisko (bo jak inaczej wytłumaczyć dojście do pełnej siły rodziny pszczelej jeszcze przed pożytkiem rzepakowym w kwietniu). Należy zatem postawić pytanie, o ile jeszcze wydajność produkcyjna pszczół będzie mogła wzrosnąć skoro pożytki stają się coraz słabsze. To ogólnoświatowy trend – nawet tam, gdzie wciąż pożytki są bardzo dobre, obserwuje się spadek zbiorów w porównaniu z poprzednimi dekadami, a w niektórych regionach konieczne jest dokarmianie pszczół przez większą część sezonu, aby nie osypały się z głodu.

W Stanach Zjednoczonych straty pszczół w zimie 2023/24 oszacowano w zawodowych pasiekach na 62 proc., co stanowi prawie dwie trzecie populacji pszczół w tym kraju, czyli ok. 2 mln rodzin pszczelich. To absolutny rekord, tak źle nie było nawet w szczytowym okresie występowania zespołu masowego ginięcia rodzin pszczelich (ang. Colony Collapse Disorder – CCD) pod koniec pierwszej dekady XXI wieku. Jesienią 2025 roku śledziłem trochę anglojęzyczne grupy na mediach społecznościowych, gdzie co chwilę początkujący pszczelarze wrzucali zdjęcia pustych uli z pytaniem o przyczynę takiego stanu, wyrażając zdziwienie: jeszcze kilka tygodni wcześniej było wszystko w porządku. Nierzadko byli przekonani, że rodziny się po prostu wyroiły. Świadczy to o braku edukacji i zrozumienia czym dzisiaj jest warroza. Oczywiście tych anegdotycznych historii nie należy odnosić do pszczelarzy zawodowych czy półzawodowych, którzy są doskonale zorientowani w przyczynach takiego stanu rodzin. Ze strony środowiska pszczelarskiego słychać głosy, że należy postępować w ten sam sposób, co do tej pory bardziej się do tego przykładając. Sarkastycznie można by to skomentować, że widać patogeny są jeszcze niewystarczająco zjadliwe i trzeba im umożliwić dalsze mutacje – przynajmniej do czasu, kiedy roczne straty sięgną 80 proc. Śmiem jednak wątpić, że wtedy pojawi się refleksja. Winston Churchill powiedział kiedyś, że na Amerykanów można liczyć, że jak już wyczerpią wszystkie złe rozwiązania, to wreszcie zastosują właściwe. Myślę jednak, że to szersza przypadłość, bo pszczelarze z wielu krajów (w tym z Polski) reagują podobnie. Jestem pewien, że gdy kolejny raz pojawią się rekordowe straty rodzin, za przyczynę zostanie wskazana niska skuteczność produktów warozobójczych, a potem wystosowany zostanie standardowy apel do środowiska naukowego o opracowanie i dopuszczenie na rynek nowych leków – najlepiej skutecznych, nieszkodliwych, nietoksycznych, na które dręcz nie będzie się w stanie się uodpornić. Oczywiście winą zostaną obarczeni także pszczelarze, którzy pszczół nie leczą, a do tych ja również się zaliczam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz