W marcowym numerze "Pszczelarstwa" ukazała się pierwsza część mojego nowego tekstu. Tekst ten jest wyrazem mojej frustracji i pewnej bezsilności związanej z brakiem realnych zmian w polskim pszczelarstwie. Wydawałoby się - z jednej strony, że wiele się zmienia: już tylko z rzadka takie osoby jak ja są wyzywane czy mieszane z błotem, a nadto zaczęła się pewna dyskusja wokół projektu zapoczątkowanego przez Ralpha Büchlera - Varroaresistenz-2033. Brzmi dobrze.
Z drugiej jednak strony cały czas słyszę - a przede wszystkim widzę - że polskie pszczelarstwo nie jest gotowe na zmiany. Słyszę też, że to mrzonki, że tym czy tym się nie udało i wciąż powszechne jest zniechęcanie do jakichkolwiek działań. O tak, pszczelarstwo nie jest gotowe na zmiany. To prawda, fakt. Ale to samo słyszymy od lat (ja odkąd się zajmuję pszczelarstwem czyli 2013 roku, ale przecież nie wtedy się pszczelarstwo i dyskusje zaczęły). Czyli kisimy się od lat w swoim sosie, a potem powtarzamy, że nie jesteśmy gotowi na zmiany. Nie jesteśmy, bo się bronimy przed nimi od dekad. To samo jest w dyskusjach społecznych czy ekonomicznych. Przykładowo Polska do dziś nie jest gotowa na ETS, choć znaliśmy te warunki wchodząc do Unii Europejskiej. Mieliśmy ponad 20 lat na jakiekolwiek zmiany - bo wiedzieliśmy co nas czeka, to była już wtedy oficjalna polityka i UE wyznaczyła długi czas na przygotowania, a my przystępując do Unii ją przyjęliśmy. Nikt nas niczym nie zaskoczył. Zmarnowaliśmy zupełnie ten czas. Zmiany zaszły wszędzie dookoła (swój "ETS" mają Chiny, czy miały USA za czasów innych niż obecne...), ale nie u nas, bo "nikt nam nie będzie w obcych językach", i tak dalej... Dziś budzimy się z ręką nocniku i mówimy, że nie jesteśmy gotowi i że ktoś na nas coś wymusza. To samo jest w pszczelarstwie. W 2026 roku wciąż jesteśmy zaskakiwani warrozą i trudną sytuacją. Moim zdaniem bywa (nie wiem czy jest, bo to subiektywne odczucie) jeszcze gorzej niż dawniej. Przykładowo, w tle jest dyskusja o tym, że zmiany klimatu to brednie propagowane za pieniądze eurokołchozu, który chce zniszczyć polskie pszczelarstwo. Wciąż - nawet gdy wiemy to co wiemy o warrozie i innych chorobach pszczół - oglądamy różnej maści influencerów, którzy bezrefleksyjnie dymią kwaasem do ula, mówiąc: "zakładacie baterie, idziecie na pasiekę, kiedy macie czas dymicie". Bo kto by tam sprawdzał czy trzeba...
Podsumowując: mam dość. Przede wszystkim dość bełkotu, dość braku rzetelnej dyskusji, dość mentalnego zaścianka i średniowiecza (choć chyba przyrównanie tego co dzieje się dziś obraża średniowiecze). Z tym tekstem zamierzam więc zakończyć wszelkie aktywne próby docierania do pszczelarzy. Może raz na czas napiszę tu coś na blogu, pewnie będę pisał jakieś cykliczne podsumowania, ale zamierzam zakończyć (co najmniej na dłuższy czas, lata) pisanie artykułów do "Pszczelarstwa". Zamierzam też zrezygnować z jakichkolwiek innych aktywniejszych form działania, jakie albo podejmowałem, albo na które przynajmniej byłem otwarty. Po prostu jestem zmęczony rzucaniem grochem o ścianę i biciem głową w betonowy mur. Po 12 latach wreszcie zrozumiałem (brawo za bystrość i szybkość uczenia się, panie trutniu!), że nie ma to jakiegokolwiek sensu.
Biję się też z myślami czy wylać moje frustracje - nie tylko pszczelarskie, bo i społeczne - w sposób bardziej otwarty niż ten do "Pszczelarstwa" (powiedzmy, że takie rozwinięcie tego co tu we wstępie). Byłby to - powiedzmy - tekst terapeutyczny (sic!). No cóż, albo to opiszę, albo nie...
A teraz czas już na ostatni w ogóle lub ostatni na długi czas artykuł do "Pszczelarstwa". Zapraszam.
JAK BARDZO TRZEBA SIĘ NAPRACOWAĆ I ILE ZAINWESTOWAĆ, ŻEBY NIE ROZWIĄZAĆ ŻADNEGO Z PSZCZELARSKICH PROBLEMÓW - część 1
Wizje pszczelarstwa we współczesnym świecie są mocno zróżnicowane. Ale nawet wtedy, gdy mamy odmienne zdanie, warto przemyśleć argumenty, będące niejako w kontrze do tych bardziej powszechnych, utartych poglądów.
Kiedy czytam różne posty, artykuły, czasem książki (choć ich już z reguły nie kupuję, wystarczą mi te, które mam ) traktujące o „nowoczesnym” i „profesjonalnym” rozwiązywaniu pszczelarskich problemów, dochodzę do wniosku, że pszczelarze wykonują olbrzymi wysiłek fizyczny i intelektualny tylko po to, żeby do tego nie doszło. Nie dociekają ich istoty. Szukają jedynie „łat na powstające dziury”. Robią wszystko, żeby udało się przetrwać chociaż jeszcze jeden sezon dłużej, wykonując dokładnie to, co do tej pory – tylko „lepiej i bardziej”.
O co w tym pszczelarstwie chodzi?
Moim zdaniem dotarliśmy do pewnej ściany, której nie sposób pokonać, nie nabijając sobie kolejnych guzów i siniaków. Uważam, że powinniśmy na nowo zadać sobie kilka podstawowych pytań. A gdy już to zrobimy i odpowiemy na nie, być może wówczas będziemy wiedzieli, jak zredefiniować zasady zdrowego i zrównoważonego pszczelarstwa.
Zacznijmy od zastanowienia się o co tak naprawdę chodzi w pszczelarstwie. Inaczej to ujmując, prześledźmy motywacje, które kierują osobami podejmującymi to fascynujące zajęcie. Zakładam, że 99 proc. młodych adeptów nie zaczyna trzymać pszczół, żeby zostać wielkim pszczelarskim biznesmenem. Kierują się raczej pasją, chęcią kontaktu z przyrodą, ucieczką od codzienności – w świat dźwięków, zapachów, smaków, które pozwalają zapomnieć choć na chwilę o bieżących problemach. Nad ulem czas biegnie inaczej. Słowem motywacją założenia pasieki dla znaczącej większości – a przynajmniej tak mi się wydaje – jest hobby, pasja. Część osób na tym poprzestaje, ale pewnemu odsetkowi to nie wystarcza. Ani się nie obejrzą, a już obsługują co najmniej kilkadziesiąt pni, czasem kilkaset, a niektóre dochodzą do tysięcy. Hobby zmienia się w pracę, chociaż nierzadko nie przestaje ona pasjonować. A przecież, jak głosi przysłowie, ten kto z pasji uczyni zajęcie zarobkowe, nie przepracuje w swoim życiu ani jednego dnia. Bywa i tak, że nawet wielka pasja zmienia się w przykry obowiązek – szczególnie wtedy, gdy staje się przyczyną notorycznej frustracji. A ta może wynikać choćby z faktu, że pszczoły miewają problemy zdrowotne, bywa że giną masowo. Zdarzają się też złe lata, kiedy zamiast obserwować pięknie rozwijające się rodziny, gromadzące dużą ilość miodu (nawet nie na sprzedaż, ale na własne potrzeby) trzeba co chwilę mieszać wodę z cukrem i uzupełnić syropem tzw. żelazny zapas pokarmu w ulach. Jeżeli problemy zaczynają dominować nad pozytywnymi bodźcami, to tracimy motywację do oddawania się naszej pasji. Jednak wówczas nie sprawdza się również podejście biznesowe, bo koszty rozwiązywania nawarstwiających się problemów są większe od zysku.
BEE-WASHING
Bywa też tak, że decyzja o założeniu pasieki podyktowana jest chęcią realizacji jakichś proekologicznych celów. Wciąż słyszymy, że pszczoły są zagrożone i trzeba je ratować, a najlepszym na to sposobem jest wpieranie pszczelarstwa, zakładanie kolejnych pasiek i wprowadzanie pszczół miodnych w coraz to nowe, jakoby „niedopszczelone” regiony, np. do miast. Moim zdaniem pszczelarze są mistrzami green-washingu („zielone kłamstwo”) w „pszczelej” odsłonie, czyli bee-washingu, a pszczelarstwo miejskie jest kwintesencją i zarazem symbolem tego zjawiska. Termin wywodzi się on od angielskiego „brain-washing” (pranie mózgu) – wspominałem już o tym we wcześniejszym artykule. Niesamowicie silnie rezonuje ono w społeczeństwie, które dało sobie wmówić fałszywą tezę, że wspieranie pszczelarstwa, jako intensywnego chowu pszczoły miodnej, może pomóc ubożejącej przyrodzie, ekosystemom, środowisku, zapewniając jednocześnie pokarm rozrastającej się populacji ludzkiej. Tymczasem pszczoła miodna – jakkolwiek ważny element ekosystemu – nie jest niezbędna do podtrzymania zapylania dzikich roślin czy, tym bardziej, utrzymania różnorodnych ekosystemów. Zgadzam się jednak, że intensywny chów pszczół jest dość istotną częścią przemysłowego rolnictwa. Prawie żaden inny zapylacz nie pojawi się na zajmujących setki hektarów monokulturach. Pszczoła miodna sama też tam nie „przyjdzie”, ale można na czas kwitnienia roślin przewieźć „pudełka”, w których żyje, by zapyliła uprawy. W pewnym sensie, przy obecnym kształcie rolnictwa jest gatunkiem ważnym gospodarczo (trudno powiedzieć czy niezbędnym). Inną kwestią jest natomiast np. to, czy całe rolnictwo też nie powinno przejść gruntownej reformy, a może nawet rewolucji [o tym pisałem w innym tekście do „Pszczelarstwa”: „Zasada zrównoważonego rozwoju, czyli czas zmienić sposób myślenia” – przypis autora].
Udział pszczoły miodnej w ekosystemie w pewnym sensie można porównać do obecności ditlenku węgla w atmosferze. Proszę wybaczyć to wydawać by się mogło dziwne zestawienie, ale uważam, że w pewnym sensie jest ono zasadne. Już tłumaczę. CO2 jest niezbędny do życia, gdyż podtrzymuje ciepło na planecie w ramach tzw. efektu cieplarnianego (lepiej byłoby nazywać go szklarniowym). Bez niego skuta lodem Ziemia nie nadawałaby się do życia w znanej nam formie. Jego obecność w następstwie tego samego fizycznego efektu szklarniowego może być tragiczna w skutkach, gdy jest go zbyt dużo. Strefy klimatyczne planety mogą się całkiem rozregulować – to przecież już się dzieje na naszych oczach: susza, ograniczona dostępność do wody pitnej, fale upałów czyniące niektóre rejony niezdatnymi do życia ludzi, czy po prostu nadmierna ilość energii cieplnej w atmosferze, skutkująca większą częstotliwością i intensywnością naturalnych katastrof (burze, tornada, powodzie itp.).
Pszczoła miodna (Apis mellifera) jest naturalną i ważną składową ekosystemów w wielu częściach świata. Ale dzisiaj jej populacja na terenie naszego kraju jest zbyt duża. Rozwój pszczelarstwa odbija się na samych pszczelarzach. Stałe dostawianie coraz to nowych pni w ponoć niedopszczelonych miejscach skutkuje licznymi problemami epizootycznymi czy okresowym głodem wynikającym z konkurencji o pokarm przy ubożejących pożytkach. Tymczasem pszczelarski bee-washing trwa w najlepsze. Różnica pomiędzy pszczołą miodną a ditlenkiem węgla jest na omawianej płaszczyźnie taka, że wbrew propagandzie, ta pierwsza raczej nie jest nam niezbędna, a ich nadmiar nie spowoduje globalnych katastrof. Intensywny chów pszczoły miodnej w przepszczelonych krajobrazach stanie się przyczyną problemów lokalnych pszczelarzy i ekosystemów (np. wynikające z zanikania jakichś gatunków roślin lub zapylaczy). Prawdopodobieństwo, że przez brak lub nadmiar pszczół miodnych ludzie nie będą mogli egzystować na obszarze Ziemi o wielkości np. połowy dowolnego kontynentu jest minimalne, aczkolwiek długotrwałe skutki są jednak trudne do oszacowania.
Sądzę, że propagowany wzór uprawiania pszczelarstwa nie powinien polegać na sprowadzaniu obcego materiału genetycznego (matek), ciągłego stymulowania ich rozwoju po to by rodziny pszczele zajmowały siedem–osiem korpusów, a pozyskiwanie produktów pszczelich odbywało się kosztem ogromnych nakładów finansowych i przy negatywnym oddziaływaniu na środowisko. W moim przekonaniu uprawianie pszczelarstwa jest możliwe przy zachowaniu odpowiedniego komfortu pracy i stopnia realizacji swoich celów bez negatywnego oddziaływania na otoczenie - i to niezależnie od przyczyn leżących u podłoża decyzji o prowadzeniu pasieki, nawet jeśli są one czysto biznesowe.
Reakcja na problemy
W dobie narastających problemów bee-washing „dostaje wiatru w żagle” – jest problem z pszczołami, ergo trzeba wspierać i rozwijać pszczelarstwo. Ogółowi społeczeństwa, ba, pszczelarzom, nie tłumaczy się jakie jest ich rzeczywiste źródło. Rzadko wybrzmiewa bowiem stwierdzenie, że powodem wielu problemów jest brak wystarczającej ewolucji postaw w reakcji na zachodzące zmiany w otoczeniu i warunkach prowadzenia pasiek. Pszczelarze od lat postępują tak samo, natomiast zmieniająca się rzeczywistość na to już nie pozwala. Reakcją pszczelarzy na przepszczelenie danego terenu jest nierzadko zintensyfikowanie zabiegów przeciwwarrozowych. Dość powszechna jest także praktyka wprowadzania kolejnych rodzin tam, gdzie według dostępnych danych ich liczba nie przekracza wyliczonej dla kraju wartości średniego napszczelenia. Zapewne jest to wynikiem rozumowania, że skoro gdzieś lokalnie pszczół jest mniej to również mniejsza jest konkurencja, a presja chorób - słabsza. Niestety „poniżej średniej” to i tak więcej niż być ich tam powinno, żeby zapewnić normalny udział Apis mellifera w ekosystemie. Jeśli nawet w niektórych lokalizacjach - np. miejskich - występują jeszcze dobre, obfite pożytki, to nie znaczy, że trzeba je mocniej nasycić pszczołami. Krytykom nadmiernego rozwoju miejskiego pszczelarstwa (do których również się zaliczam) wcale nie chodzi o to, by z miast usunąć wszystkie amatorskie pasieki (zwłaszcza te, które mają długie tradycje rodzinne). Sprzeciw budzi raczej nadmierne zagęszczenie pszczół w imię źle rozumianej poprawy losu miejskich ekosystemów. Argument, że krajobrazy rolnicze są dziś mało przyjazne dla pszczół, a zbiory miodu w mieście bywają większe, więc trzeba je wykorzystać też nie jest zasadny. Możemy się z nim zgodzić wtedy , jeśli analizujemy go od strony krótkotrwałej opłacalności. Jeśli natomiast pójdziemy dalej bieżącą drogą, to wkrótce w przepszczelonych miastach pożytki także okażą się niewystarczające, a ostatnie tereny, które obecnie możemy nazywać (pod niektórymi względami przynajmniej) bardziej przyjaznymi dla pszczół, znikną w wyniku rozwoju intensywnego pszczelarstwa, tak jak zniknęły na dużych obszarach krajobrazów rolniczych.
Właściwe napszczelenie
Uważam, że powinniśmy jako środowisko pszczelarskie podjąć zdecydowane działania aby dążyć do korzystniejszego dla pszczół i ekosystemów zagęszczenia i rozmieszczenia rodzin. Jakie napszczelenie jest zatem właściwe? Odpowiedź nie może być jednoznaczna. Biorąc pod uwagę konkurencję o pokarm, wszystko zależy od obfitości i różnorodności pożytków. Dla przykładu na uprawie rzepaku zajmującej kilkaset hektarów wyżywią się setki, jeśli nie tysiące rodzin. Jeśli jednak zostawimy je tam po zakończeniu kwitnienia roślin, to prawdopodobnie ok. 90 proc. z nich nie dożyje do zimowli. Zginą z głodu. Być może kilka, ewentualnie kilkanaście procent (najsilniej rabujących) dotrwa do jesieni, dzięki zapasom zebranym od pozostałych. A zatem im teren jest bardziej zasobny w roślinność pylko- i nektarodajną, tym konkurencja o pokarm jest mniej dotkliwa dla zasiedlających go owadów. Wiadomo, że tam gdzie środowisko jest przyjazne, a na kilometrze kwadratowym nie stacjonuje więcej niż dwie rodziny (np. Wyspy Brytyjskie, Kuba), odporność pszczół na inwazję V. destructor buduje się samoistnie, ewentualnie z niewielką pomocą pszczelarzy. Natomiast tam, gdzie pszczół jest więcej, narastają problemy epizootyczne i śmiertelność. Mając na uwadze zdrowie pszczół, uznaję takie napszczelenie (dwie rodzin/ km kw.) jako maksymalne. Według danych z 2024 roku w Polsce na powierzchni 1 km kw. średnio ulokowanych jest 7,5 rodziny, a więc czterokrotnie więcej. Jednak w Małopolsce na 1 km kw. przypada ok. 14 rodzin. Natomiast w regionie najmniej napszczelonym (województwo podlaskie) jest ich 5, a więc gęstość rodzin przekracza wskazany limit 2,5 razy. Oczywiście presja chorób w regionach o nadmiernym napszczeleniu będzie tym większa im będą one uboższe w bazę pokarmową. O ile więc niemożliwe jest podanie jednej wartości optymalnego napszczelenia, to niewątpliwie możemy stwierdzić , że populacja pszczół miodnych w Polsce w kontekście ich dobrostanu jest zdecydowanie za duża.
Fake-newsy
| Z prezentacji dra Semkiwa |
Walka z chorobami pszczół
Walka z chorobami pszczół polega obecnie przede wszystkim na mierzeniu się z postępującymi wciąż skutkami ubocznymi stosowanych przez wiele lat kuracji. Nie walczymy jedynie z pasożytem (Varroa destructor), ale także towarzyszącymi mu wyjątkowo zjadliwymi formami infekcji wirusowych, które są coraz bardziej zabójcze dla pszczół. Słuchając ostatnio pszczelarskich podcastów trafiłem na rozmowę z pszczelarzami z Australii, gdzie dręcz przedostał się kilka lat temu. Dzisiaj mają oni olbrzymi problem z dręczem, gdyż poziom porażenia niektórych rodzin przekracza nierzadko... 100 proc. – a to oznacza, że potencjalnie na każdej robotnicy pasożytuje co najmniej jedna samica Varroa. Pszczoły są w stanie wytrzymać takie porażenie (chociaż nie zawsze), ponieważ w Australii dotychczas nie potwierdzono występowania najbardziej zjadliwego zabójcy przenoszonego przez dręcza – wirusa zdeformowanych skrzydeł (DWV). Tymczasem w USA i Europie, za groźny i wymagający natychmiastowego przeprowadzenia leczenia poziom inwazji coraz częściej uznaje się ok. 1–2 proc., kiedy to jeszcze całkiem niedawno określano go na 3 proc., a podczas prowadzenia pierwszych programów selekcyjnych w USA (w latach 90. XX wieku) przyjmowano próg 10–15 proc. Dotychczasowy sposób prowadzenia walki z chorobami pszczół doprowadził więc do tego, że śmiertelność jest względnie stała (według oficjalnych danych dla Polski), ale co roku lub co dwa lata trzeba listę kuracji rozszerzyć o kolejny zabieg. Inaczej się już nie da. Podążając obecną drogą, generujemy więc coraz większe koszty prowadzenia pasieki – żeby „stać w miejscu” trzeba bowiem pracować coraz intensywniej (tzw. efekt królowej kier z „Alicji w krainie czarów”), bo w przeciwnym razie należy liczyć się z większymi stratami. Oczywiście powinny nam je zrekompensować coraz większe zbiory miodu z coraz bardziej wydajnych rodzin. Z tego względu hodowcy dwoją się i troją, żeby ich pszczoły były jeszcze bardziej produktywne i... jeszcze słabiej reagowały na środowisko (bo jak inaczej wytłumaczyć dojście do pełnej siły rodziny pszczelej jeszcze przed pożytkiem rzepakowym w kwietniu). Należy zatem postawić pytanie, o ile jeszcze wydajność produkcyjna pszczół będzie mogła wzrosnąć skoro pożytki stają się coraz słabsze. To ogólnoświatowy trend – nawet tam, gdzie wciąż pożytki są bardzo dobre, obserwuje się spadek zbiorów w porównaniu z poprzednimi dekadami, a w niektórych regionach konieczne jest dokarmianie pszczół przez większą część sezonu, aby nie osypały się z głodu.
W Stanach Zjednoczonych straty pszczół w zimie 2023/24 oszacowano w zawodowych pasiekach na 62 proc., co stanowi prawie dwie trzecie populacji pszczół w tym kraju, czyli ok. 2 mln rodzin pszczelich. To absolutny rekord, tak źle nie było nawet w szczytowym okresie występowania zespołu masowego ginięcia rodzin pszczelich (ang. Colony Collapse Disorder – CCD) pod koniec pierwszej dekady XXI wieku. Jesienią 2025 roku śledziłem trochę anglojęzyczne grupy na mediach społecznościowych, gdzie co chwilę początkujący pszczelarze wrzucali zdjęcia pustych uli z pytaniem o przyczynę takiego stanu, wyrażając zdziwienie: jeszcze kilka tygodni wcześniej było wszystko w porządku. Nierzadko byli przekonani, że rodziny się po prostu wyroiły. Świadczy to o braku edukacji i zrozumienia czym dzisiaj jest warroza. Oczywiście tych anegdotycznych historii nie należy odnosić do pszczelarzy zawodowych czy półzawodowych, którzy są doskonale zorientowani w przyczynach takiego stanu rodzin. Ze strony środowiska pszczelarskiego słychać głosy, że należy postępować w ten sam sposób, co do tej pory bardziej się do tego przykładając. Sarkastycznie można by to skomentować, że widać patogeny są jeszcze niewystarczająco zjadliwe i trzeba im umożliwić dalsze mutacje – przynajmniej do czasu, kiedy roczne straty sięgną 80 proc. Śmiem jednak wątpić, że wtedy pojawi się refleksja. Winston Churchill powiedział kiedyś, że na Amerykanów można liczyć, że jak już wyczerpią wszystkie złe rozwiązania, to wreszcie zastosują właściwe. Myślę jednak, że to szersza przypadłość, bo pszczelarze z wielu krajów (w tym z Polski) reagują podobnie. Jestem pewien, że gdy kolejny raz pojawią się rekordowe straty rodzin, za przyczynę zostanie wskazana niska skuteczność produktów warozobójczych, a potem wystosowany zostanie standardowy apel do środowiska naukowego o opracowanie i dopuszczenie na rynek nowych leków – najlepiej skutecznych, nieszkodliwych, nietoksycznych, na które dręcz nie będzie się w stanie się uodpornić. Oczywiście winą zostaną obarczeni także pszczelarze, którzy pszczół nie leczą, a do tych ja również się zaliczam.
Panie Bartku, nie napiszę że będzie lepiej bo jako sceptyk z natury nie wierzę
OdpowiedzUsuńw szybką poprawę sytuacji.
Większość pszczelarzy chce po prostu jak najwięcej miodu i to determinuje ich działania. Inne działanie to koszty: zasiewów roślin miododajnych (wszyscy narzekają na brak pożytków ale pola przy domu puszczone w ugór bo trzeba wydać trochę grosza na paliwo czy nasiona); brak odymiania to ryzyko upadków rodzin a zatem tez mniej miodu .... i tak to się kręci.
ps. A jak u Pana stan rodzin po zimowli?
Tu nie chodzi o to, żeby rezygnować z miodu lub rezygnować z kuracji od zaraz.
UsuńChodzi o wdrożenie systemowych rozwiązań, które w skali 10-15 lat mogłyby praktycznie z pewnością (jeśli by faktycznie wdrożono je systemowo, przez większą część środowiska) doprowadzić do stałej poprawy zdrowotności i możliwości zaniechania kuracji - z prostej przyczyny, te kuracje przestałyby być potrzebne. W zamian mamy to, że wszelkiej maści influencerzy i środowiska naukowe i zawodowe (teoretycznie więc grupy najbardziej świadomych i wyedukowanych pszczelarzy) nie tylko nie zachęcają do zmian, ale do nich zniechęcają. W tym tkwi problem i stąd wynikają moje frustracje i całkowite zniechęcenie do docierania do pszczelarzy. Po prostu nie ma to sensu, bo na każdego przekonanego pszczelarza jest co najmniej 100 nowych (i tak, moim zdaniem to jest właściwa proporcja!), zniechęconych do zmian, tj. przekonanych przez "drugą stronę" - przez doktorów, profesorów, "wybitnych" hodowców i "elitę" pszczelarską.
A moje straty odzwierciedlają faktyczny stan zdrowia pszczół i środowiska - czyli są bardzo wysokie. Powiedzmy, że jestem tu papierkiem lakmusowym tego, jak wygląda faktyczne środowisko. Tak naprawdę po roku całkowitego głodu i przy skrajnym małopolskim przepszczeleniu jestem zadowolony, że przeżyło cokolwiek. (żyją 3 na 20).
pozdrawiam
1. Panie Bartku, jest Pan idealistą z wszystkimi tego konsekwencjami - porywaniem się z przysłowiowa motyką na słońce ale również jak pokazuje historia świata czasami idealiści są kamykami ruszającymi lawiny - jako idealista zawiązywał Pan Fort Knox do którego ja np bym nie przystąpił już na starcie uważając że znając naturę ludzką to nie wypali ;-)
OdpowiedzUsuńJa patrzę jako sceptykorealista i powtarzam - celem 99% pszczelarzy jest "zdobycie miodu" - słabe rodziny, rodziny które nie przeżyją zimy miodu nie dadzą więc nie ryzykują porzucenia kuracji.
Osobiście ponieważ nie zależy mi na ogromnych ilościach miodu pozwoliłem sobie te moje 5 uli podzielić na 3 leczone (raz latem i raz w grudniu w okresie bezczerwiowym - takie leczenie dotychczas mi się sprawdzało) oraz 2 puszczone samopas w myśl zasady, że jak nawet mi te 2 rodziny nie leczone upadną samowystarczalnie zrobię sobie z 3 pozostałych odkłady i dalej będę kontynuował moje próby nie leczenia rodzin
Tak jak Pan to kilka razy postulował - jest duże prawdopodobieństwo, że wystarczyłoby żeby każdy pszczelarz kilka rodzin zostawił nie leczonych i je obserwował to przy tej skali udałoby się zapewne wyselekcjonować rodziny które jakoś potrafią sobie radzić z warozą - no ale większość pszczelarzy jak rozmawiam czy czytam fora to ma tylko jeden cel - miód.
2. Znajomi pszczelarze gdzieś tam w rozmowach przyznają, że pewnie przy tempie wymiany pokoleń ewolucja już gdzieś tam stworzyła rodziny potrafiące radzić sobie z warozą - ale i tak leczą systemowo wszystkie - więc jak mają wiedzieć czy mają takie rodziny u siebie ... Jak któryś mniej chce się przyznać że głównym celem jest miód to wspomina że leczy żeby reinwazji nie było ;-)
3. Główne rodziny (5) przeżyło mi póki co - nie robię przeglądów świadomie (postanowiłem minimalnie oddziaływać na rodziny i co do zasady nie ruszać ramek stanowiących gniazdo) wiec nie wiem czy mają dużo pokarmu Zakładam że tak - na jesieni cukru nie żałowałem.
Mała rodzina w odkładówce upadła ale tam nie miałem jak zakarmić rodziny a a oględziny wykazały brak pokarmu.
4. Przyznam się że dziwi mnie aż tak duży odsetek rodzin które u Pana nie przeżyły - z tego co u Pana widzę robi Pan co roku sporo odkładów więc teoretycznie matki mają przerwy w czerwieniu a nowe rodziny nie leczone wg literatury czy też informacji które mi znajomi pszczelarze przekazują upadają w 2/3 roku nieleczenia najczęściej
Mam nadzieję że w końcu uda się Panu osiągnąć stabilizację - szczerze Panu tego życzę bo zaprawdę zasługuje Pan na to
Dzień dobry ponownie,
Usuń1. no właśnie. duża część na poziomie deklaracji uważa, że coś, np. pszczoły odporne (akurat tu mówimy o konkretnym projekcie) jest ważne, wartościowe itp., ale "znając naturę ludzką" nie robi nic. W związku z tym ludzie robią się obojętni i zamiast coś zmienić, ta obojętność powoduje stałe pogarszanie sytuacji - ale to prawda, to wszystko jest idealizm, bo komu by tam zależało na czymś co się wydarzy lub nie za 10 lat.
Jeszcze raz napiszę: miód nie jest sprzeczny z celem w postaci zdrowych pszczół, co więcej jest z nim spójny. To jest wymówka, żeby zachować obojętność i bierność. Nikt - żaden z hodowców zajmujących się odpornością, a ja choć się nie zaliczam do takich też tak uważam - nie postuluje rezygnacji z miodu. Na jakimś poziomie ten argument ginie komunikacyjnie (również, jak mniemam, w tej naszej wymianie zdań).
Istota tego do czego namawiam polega na tym, że dziś podejmujemy niewielki wysiłek i za 15 lat możemy zająć się innymi sprawami, a nie podawaniem chemii. Miód pozyskujemy stale jak do tej pory.
Argument: "bo miód", jest dla mnie abstrakcyjnie oderwany od tej dyskusji. To tak jakbym mówił np. "ograniczmy koszenie trawników i zakładajmy łąki", a ktoś by odpowiadał: "ale nam trawą zarosną rynki w miastach i drogi wojewódzkie". To jest ten sam poziom oderwania się od rzeczowej dyskusji :) Ale zgoda - ten argument pada. Nic to że jest odklejony od dyskusji i od merytoryki.
Między innymi z powodu tego odklejenia od rzeczowej dyskusji mam dość jej prowadzenia i gadania z pszczelarzami. Niech się zajmą swoim miodem i tyle. :)
2. Zgłaszam sprzeciw: nie leczą "systemowo".
leczą bezrefleksynie, stale, bez sensu.
Systemowo leczył Erik Osterlund, czy systemowe podejście widzimy u Buchlera.
Ale wiem, że to skrót myślowy i samemu mi się też tak zdarzyło nie raz i pewnie zdarzy jeszcze w przyszłości powiedzieć.
4. mnie to nie dziwi. Przy tych warunkach jakie tu panują (głód + skrajne przepszczelenie) miłym zaskoczeniem było to, że przeżyło cokolwiek.
Upadki w 2-3cim roku, to jest zamierzchła przeszłość i nie dotyczy to regionów, gdzie jest 15 rodzin na kilometr kwadratowy. tu presja jest po prostu zbyt duża.
pozdrawiam serdecznie, dziękuję za dobre słowo.
Z jednej strony przykro że czujesz że brak Ci już sił/ochoty do aktywnego zajmowania głosu.
OdpowiedzUsuńZ drugiej strony, byłem (i jestem) pełen podziwu dla Twojego samozaparcia i myślałem w duchu że koleś ma "zajebiście silną psychikę" ;)
Nie mam długiego stażu pszczelarskiego, ani wielu rodzin, ale myślę że takie podejście i inne spojrzenie na pszczoły jakie można wyczytać u Ciebie czy to co pokazuje Jakub vel Warroza, wpłyneło pozytywnie na moje pszczelarzenie.
Więc powiedziałbym że kropla drąży skałę, ale może to jeszcze potrwać ;)
Zgadzam się z przedmówcą że większość pszczelarzy chce mieć miód, a pszczoły to półśrodek. Oczywiście jest wiele odcieni szarości, ale z tą "miłością do pszczół" to różnie bywa (delikatnie mówiąc).
Brakuje trochę takiego adwokata, zrównoważonego leczenia i ekstensywnej gospodarki który miałby siłę nieść dalej kaganek oświaty (może się pojawi).
Z fartem szefie!
dzięki za dobre słowo,
Usuńno cóż, 12 lat to widać za dużo (choć już po 10 miałem dość ;) )
pozdrowienia :)
1. Widzi Pan Panie Bartku, czyli i mnie i kolegę MAQ zainspirował Pan do innego niż główny nurt postępowania ze pszczołami. Choć w moim przypadku może inaczej - od początku postanowiłem nie leczyć (w planach mam powrót do pszczoły środkowoeuropejskiej -i tak, wiem że czystej genetycznie de facto już nie ma) natomiast Pana działalność publikacyjna uzmysłowiła mi że szukanie własnego sposobu postępowania z pszczołami nie jest "dziwactwem" i warto próbować.
OdpowiedzUsuńWg prawilnych podręczników sporo rzeczy robię źle: zakarmiam nie w terminie, nie ścieśniam gniazd na zimę, nie daję ciasta wiosną, nie przeciwdziałam rójkom, nie grzebię na wiosnę w ramach przeglądu wiosennego ;-)
2. To "systemowe leczenie" to właśnie taki skrót myślowy jak Pan wspomniał ;-)
aaaaa i od lat nie stosuję węzy (zgapiłem od Pana patyczki bambusowe) - ramki mam krzywe i nierówne ale za to mogę żuć plaster z miodem nie martwiąc się o skład "wosku" ;-)
OdpowiedzUsuńMiło mi to słyszeć. dziękuję za dobre słowo.
UsuńAle, że dziś widzę wyraźniej co się dzieje, a nie pojedyncze przypadki, to mogę podsumować, że tempo zmian jest takie, że już za około 500 lat większość pszczelarzy wreszcie da się wreszcie przekonać.
Wszystkiego dobrego!
Nadziei z nikąd.... Jedyna szansa jaką ja widzę to stopniowy zanik bumu na pszczelarstwo czyli istotny odpływ pszczelarzy. Inaczej będzie coraz gorzej i już jest w sumie. U mnie w okolicy spadki też ogromne. Duże pasieki potracili 80-90% swoich pasiek. Refleksji nie ma. Wina miodnego roku w spadź i słabych leków...
OdpowiedzUsuńPierwsze symptomy zaniku bumu już są. Według opracowania Semkiwa (pytanie na ile to jest wiarygodne, czy tak samo jak jego "fake-newsy") mamy już - o ile kojarzę z tego opracowania - 96 tys pszczelarzy a nie 100 tys (to byłby dość duży odpływ), a liczba rodzin się też zmniejszyła. Choć tu jest ta zmiana na tyle mała, że moim zdaniem jest to mało wiarygodne i w zakresie błędu statystycznego (z 2.42 do 2.4 mln). W ogóle pytanie o metodologię, bo to jest chyba wszystko mocno oparte na szacunkach, a może i zgadywaniu. Tak czy owak u mnie w okolicy stoją setki uli tak jak stały...
UsuńNatomiast jak pisałem mnie bardziej irytuje bełkot. Czyli zamiast patrzeć w lustro, to się okazuje, że są wraże siły, które chcą zniszczyć polskie pszczelarstwo. A to Ukraina, a to Chiny, a to "Eurokołchoz", masoni, reptilianie, cykliści, weganie... Choć prawda, spadź też masowo zabija pszczoły, zły inwert, zła proporcja cukru w cukrze, o 3 dni spóźnione podkarmianie, zbyt długie karmienie, albo zbyt krótkie karmienie, za małe dawki syropu, lub za duże dawki... tak, to też wpisuje się w ten bełkot. A na koniec jak jest pusty ul, to wiadomo: matka się straciła i przez to rodzina padła...
Bełkot bełkotem ale nie idzie normalnie dotrzeć do ludzi z przekazem. Twoją książkę już ze 3 razy pożyczyłem i jedna osoba tylko zapytała czy się da... i że zamierza robić coś w tym kierunku.
UsuńMoim zdaniem to jest wina szeroko rozumianych "autorytetów" pszczelarskich, ale nie tylko - bo cały dyskurs społeczny, czy społeczno-polityczny jest taki sam. Od kilku dziesięcioleci (20?-25? lat) nasila się zjawisko szukania prostych odpowiedzi na skomplikowane problemy. to zawsze było, ale dziś dochodzi do granic absurdu. i tym torem idzie praktycznie każda dziedzina... Więc ten bełkot jest wszędzie, nie tyko w pszczelarstwie. Stąd mam dość ogólnie...
Usuń